Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wrażliwość językowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wrażliwość językowa. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 28 kwietnia 2015

Na pomoc!

Praktykujący katolicy z nabożeństwa Godzinki o Niepokalanym Poczęciu NMP czy z modlitwy Aniele Stróżu kojarzą zapewne wyrażenie przyimkowe ku pomocy oznaczające „na pomoc; bycie pomocnym”. I o ile ku pomocy dziś usłyszeć można już niezmiernie rzadko, o tyle podobne mu wyrażenie przy pomocy szerzy się coraz bardziej, powiedziałabym nawet, że się pleni, ponieważ jest jednym z językowych chwastów – konstrukcji nadużywanych i niepotrzebnie usztywniających naszą codzienną komunikację. Ostatnio znaleziony przeze mnie (w portalu Onet.pl) przykład to sensacyjny (i językowo straszny!) tytuł: „Uśmiercił wadliwy komputer przy pomocy pistoletu” (zob. tutaj). A ponieważ czytając go, dostałam gęsiej skórki, postanowiłam w tym blogu rozprawić się wreszcie z błędnymi konstrukcjami.

We współczesnej polszczyźnie mamy kilka wyrażeń przyimkowych z rzeczownikiem pomoc: za pomocą, przy pomocy, z pomocą, na pomoc, do pomocy i po pomoc. Różnią je nie tylko zastosowane w nich przyimki, ale przede wszystkim łączliwość tych związków wyrazowych. Najwięcej problemów sprawiają dwie z powyższych konstrukcji – za pomocą i przy pomocy, obie nadużywane i w dodatku mylone ze sobą (przy czym większą ekspansywnością wykazuje się wyrażenie przy pomocy).

Przypomnę zasady:
1. Jeśli stosujemy rzeczowniki osobowe (określające ludzi), używamy wyrażenia przy pomocy lub z pomocą, np.: Myślałam, że nie zdążę, ale z pomocą kolegów się udało; Mapa została narysowana przy pomocy graczy; Udało mi się uruchomić usługę przy pomocy konsultanta z infolinii; Nigeryjczycy przy pomocy Rosjan wybudują elektrownie atomowe; Z pomocą mamy skończyłam szyć suknię już wczoraj itp.
2. Jeśli stosujemy rzeczowniki nieosobowe (określające przedmioty), używamy tylko wyrażenia za pomocą, np.: Uruchamiamy urządzenie za pomocą przycisku Enter; Zacznij się komunikować za pomocą Skype’a; Autoryzuj przelew za pomocą SMS-a; Badanie przeprowadza się za pomocą rezonansu magnetycznego itp.
3. Użycie wyrażenia za pomocą sprawia, że teksty często stają się sztuczne (zaczynają przypominać raczej styl instrukcji lub urzędowych komunikatów niż zwyczajnych informacji) i niepotrzebnie rozbudowane. Za pomocą bywa takim piątym kołem u wozu w naszej komunikacji, protezą językową, czymś zbytecznym, nadmiarowym. O ileż prościej – i zgrabniej – jest powiedzieć czy napisać: Uruchamiamy urządzenie przyciskiem Enter/używając przycisku Enter; Zacznij się komunikować przez Skype’a; Autoryzuj przelew SMS-em; Uśmiercił (skoro już ma być tak metaforycznie i sensacyjnie) wadliwy komputer pistoletem/używając pistoletu itp. Język odciążony z takiej językowej waty, jak omawiane za pomocą staje się klarowniejszy, a nasz komunikat szybciej trafia do odbiorcy.

Na koniec wypada się zastanowić: czy byłam Państwu pomocna? Mam nadzieję, że z moją pomocą łatwiej i przyjemniej będzie Państwu mówić i pisać po polsku :-).

sobota, 14 lutego 2015

Jak postąpić z Murzynem?

Koleżanka, która pracuje jako nauczycielka w jednej z warszawskich szkół podstawowych, zdradziła mi ostatnio: „Wiesz, nie mam już siły dyskutować z uczniami i ich rodzicami o tym, że słowo Murzyn jest jak najbardziej poprawne, niedyskryminujące, nieobraźliwe itd. To po prostu neutralne określenie, błędnie dyskwalifikowane w imię źle pojętej poprawności politycznej”. Zdziwiłam się, bo wydawało mi się, że tego typu dyskusje, wywołane kilka lat temu przez fundację Afryka (polecam bardzo dobry artykuł na ten temat z dziennika „Rzeczpospolita” – tutaj) zupełnie już przycichły, a sprawa Murzyna zniknęła równie gwałtownie, jak wybuchła. Jak się okazuje, racji nie miałam, a słowo Murzyn nadal budzi emocje, choć może już nie publicznie jak jeszcze niedawno: temat niegdyś polityczny stał się teraz problemem „ulicznym”, rozstrzyganym w mowie potocznej i nie przez dziennikarzy, profesorów czy językoznawców (w tym kontekście polecam lekturę reportażu z „Dużego Formatu" – tutaj), ale przez zwykłych użytkowników języka.
Nie zamierzam tu powielać tez stawianych przez różnych autorów – zainteresowanych odsyłam do wyżej przywołanych tekstów z „Rzeczpospolitej” i „Dużego Formatu”, a także do takich, ciekawych moim zdaniem, felietonów, jak ten z portalu Oblicza Kultury (tutaj) czy z gazety „Gość Niedzielny” (tutaj) albo post z bloga Eksploatyka (tutaj). Postanowiłam tylko uporządkować kwestie językowe – wypunktowuję je poniżej.

1. Etymologia. W Słowniku etymologicznym języka polskiego autorstwa Aleksandra Brücknera znajdziemy następujące wyjaśnienie etymologii słowa Murzyn: pochodzi ono od murzyć się, czyli czernić, autor przywołuje w tym kontekście niemiecki (Mohr) i łaciński (Maurus) źródłosłów, dodając także greckie Maurowlachia – słowo, które dosłownie należałoby przetłumaczyć jako „ciemni, czarni Włosi”. Zatem słowo Murzyn w świetle tej etymologii to to samo, co Czarny (zob. niżej).
2. Ortografia. Trzeba pamiętać, że słowo Murzyn ma w polszczyźnie dwojaką pisownię – sposób zapisu odzwierciedla znaczenie tego określenia. Jeśli zapiszemy Murzyn wielką literą, wskazujemy, że chodzi o neutralną nazwę rasy, natomiast już napisanie murzyn odsyła do negatywnego skojarzenia – jest wtedy pogardliwym wskazaniem na człowieka wykonującego za innych niewdzięczną robotę lub wykorzystywanego (jak niewolnik) przez innych. To zresztą nie jedyne tak rozróżniane w pisowni słowo w polszczyźnie – podobnie jest np. ze słowem Cygan/cygan czy Żyd/żyd (w tym ostatnim przypadku rozróżnienie dotyczy jednak narodowości – wielka litera – lub wyznawanej wiary – mała litera). W mowie na neutralne bądź pejoratywne zabarwienie słowa Murzyn (tudzież innych) wskazywać może wyłącznie kontekst i ton wypowiedzi.
3. Frazeologia. Istnieje w polszczyźnie powiedzenie, które ma wybitnie negatywne konotacje: „Murzyn zrobił swoje, Murzyn może odejść”. Miłośnikom serialu Alternatywy 4 od razu skojarzy się zapewne odcinek 5 z Abrahamem Lincolnem (postać grana przez Ryszarda Raduszewskiego; w innym z odcinków nazwana Negatywem – tutaj) przekopującym w ramach czynu społecznego osiedlowy trawnik. To zdanie, przywoływane także w politycznej dyskusji na temat słowa Murzyn, stanowi najmocniejszy argument przeciwników Murzyna w polszczyźnie – według oponujących przeciw Murzynowi pogarda pobrzmiewająca w tym powiedzeniu rzutuje na inne użycia wyrazu Murzyn, tym samym sprawiając, że omawiane słowo przestało być neutralne. I o ile trudno się nie zgodzić, że frazeologizm „Murzyn zrobił swoje...” jest rasistowski, o tyle już rozszerzanie znaczenia tego frazeologizmu na każde inne użycie słowa Murzyn wydaje się za daleko idącym wnioskiem.
4. Tendencje rozwojowe języka. W Poradni językowej PWN (tutaj) znaleźć można wypowiedź językoznawcy prof. Marka Łazińskiego wskazującą na dostosowywanie się polszczyzny do innych języków i – w omawianym kontekście – ustępowanie słowa Murzyn słowu Czarny. Czy jednak taki zabieg na języku ma sens? W świetle przywołanej wyżej etymologii, a także wobec negatywnych przecież skojarzeń ze słowem czarnuch czy wyrażeniem robota na czarno, należałoby na to pytanie odpowiedzieć przecząco.

Tyle kwestii językowych. Co zatem zrobić z Murzynem? Pod przywołanym wyżej postem z bloga Eksploatyka znalazłam taki komentarz: „Poprawność językowa to jest taka sama choroba jak lekceważenie i atakowanie ludzi. Zapomina się wtedy od głębszym sensie”. Zgoda, ale pod jednym warunkiem: jako jednostkę chorobową należałoby też zakwalifikować poprawność polityczną. Jej zwolennicy często bowiem zapominają o sensie słów wywodzonym przecież z ich etymologii, historii w polszczyźnie, a przede wszystkim z kontekstów, w jakich te słowa funkcjonują. I jako że konteksty bywają różne, nie da się do słów takich jak Murzyn stosować zawsze jednakowej miary. To do nas, użytkowników języka, należy decyzja, które określenie wybrać w danej sytuacji – musimy przy tym brać pod uwagę tradycję językową (a zgodnie z nią, powtórzmy, wyraz Murzyn jest neutralny), ale i dobro naszych rozmówców (jeśli ci są przedstawicielami rasy czarnej i odbierają jako negatywne nazywanie ich Murzynami). I nawet jeśli w danym kontekście słusznie będziemy starać się unikać danego określenia, nie chciejmy unikać go w ogóle, by w efekcie nie uczynić z niego właśnie wyrazu pogardliwego czy pejoratywnego na stałe.


środa, 14 stycznia 2015

Śledztwo jak się patrzy

Zabawiłam się wczoraj w detektywa – przedmiotem poszukiwań było słówko patrzeć (przy czym nie chodziło wcale o oboczność form „patrzeć/patrzyć"), a impulsem do wertowania słowników i zasobów internetu było pozornie proste pytanie mojego kolegi: „Jak się powinno mówić – patrzeć czy patrzeć się?”. I ponieważ odpowiedź, której szybko udzieliłam („Oczywiście patrzeć. Bo patrzeć się to błąd”), wydała mi się zbyt intuicyjna, postanowiłam zbadać problem głębiej, zupełnie nie spodziewając się, że będzie to śledztwo tak trudne, a jego rezultat okaże się wcale niejednoznaczny.
Pierwszy trop poprowadził mnie ku stwierdzeniu, że „patrzeć się” to regionalizm. Potwierdzają to niektóre słowniki (np. Współczesny słownik języka polskiego pod red. B. Dunaja, Warszawa 1996; Praktyczny słownik współczesnej polszczyzny pod red. H. Zgółkowej, Poznań 2000) czy poradniki językowe (choćby J. Bralczyk, Mówi się, Warszawa 2008, s. 209), nie notując wszak, z którego obszaru Polski miałby ów regionalizm pochodzić. Jedyne miarodajne źródło, tym razem internetowe (chodzi o Słownik gwary miejskiej Poznania opracowywany przy udziale poznańskiej redakcji WN PWN – zob. tutaj), wskazuje, że zwrotna forma czasownika patrzeć pochodzi z terenów Wielkopolski.
I to mnie zaniepokoiło. Kolega wszak pochodzi z Krakowa, pytanie zainspirowały jego rozmowy prowadzone z krakusami (i jego spory na omawiany temat z krakowianami właśnie), skąd więc ten Poznań i ta Wielkopolska?
Drugim wątkiem śledztwa stało się zatem zakwalifikowanie formy patrzeć się jako dopuszczalnej jedynie w języku potocznym. Takie, liberalne jak mi się początkowo zdawało, podejście też znajduje potwierdzenie w słownikach, chociażby w internetowym Słowniku języka polskiego WN PWN (zob. tutaj). Pomyślałam: skoro jest frazeologizm „jak się patrzy” – całkiem poprawny i oznaczający tyle co „świetny, doskonały; świetnie, należycie” – to może użytkownicy języka błędnie interpretują formę patrzeć się jako jedynie poprawną i stosują ją zawsze, nie zważając na to, że jest dopuszczalna tylko w wyżej wymienionym zwrocie. By się utwierdzić w tym przekonaniu, sięgnęłam do starszych słowników, a przede wszystkim do etymologii czasownika patrzeć, by wytropić pochodzenie zwrotu „jak się patrzy”.
I tu znów coś odkryłam. Coś, co jeszcze bardziej mnie zdumiało.
W Słowniku etymologicznym języka polskiego Aleksandra Brücknera trafiłam bowiem na informację, że istnieje poprawna (choć dziś już mocno przestarzała) konstrukcja patrzy mi się oznaczająca tyle co „należy mi się”. Konstrukcję tę w językach słowiańskich można znaleźć tylko w polskim i czeskim, od niej wywodzi się właśnie zwrot „jak się patrzy”. Potwierdzenia tej tezy dostarczają starsze (i całkiem stare) wydania słowników języka polskiego. Dostarczają też jednak jeszcze innych informacji.
Trzeci trop w badaniach prowadzi bowiem ku stwierdzeniu, że forma patrzeć się jest... całkowicie poprawna, choć – powiedzmy to od razu – nie neutralna. Mówi o tym już pierwszy słownik języka polskiego, ten autorstwa Samuela Lindego, gdzie znajdziemy formę patrzyć się na coś i jej następującą definicję: „przypatrywać się, oczy wlepione mieć w kogo” (Słownik języka polskiego, S.B. Linde, t. II, cz. 2, Warszawa 1811). Inne słowniki polszczyzny (np. pod redakcją J. Karłowicza, A. Kryńskiego i W. Niedźwiedzkiego z 1908 r. czy pod redakcją W. Doroszewskiego z 1964 r.) notują nawet takie cytaty z literatury, jak zdania napisane przez Stanisława Staszica („Patrzy się na niego długo, podnosi oczy ku niebu i odchodzi”) czy Stefana Żeromskiego („Rozłożysty, nad lasy wyniesiony wierzchołek patrzy się z władczego cypliska w szerokie niziny”). Formę patrzeć się należałoby zatem definiować jako „patrzeć bardziej”, a występujący w niej zaimek „się” to nie tyle sygnał, że czasownik „patrzeć" jest zwrotny, ile wzmocnienie treści.

Jaka jest konkluzja?

Mówmy patrzeć, kiedy chodzi nam o wyrażenie zwyczajnej czynności („Na co tak patrzysz?”, „Popatrz – ładnie mi w tej sukience?”, „Janek patrzy na Gosię”, „Nie widzę, choć patrzę i patrzę”) – w ten sposób nikt nie zakwalifikuje naszej wypowiedzi jako mniej starannej (bo potocznej, dawnej czy regionalnej) ani jako zbyt ekspresywnej. Nie wzbraniajmy się jednak przed formą patrzeć się, ale pamiętajmy, by używać jej tylko wtedy, gdy chcemy wyraźnie zaznaczyć, że chodzi o patrzenie intensywne, o wgapianie się lub patrzenie, które ma ustalić wyraźną hierarchię (takie, w którym podmiot wyraźnie dominuje nad obserwowanym obiektem).

czwartek, 8 stycznia 2015

Jak pomóc dziecku w nauce ortografii (cz. 2)

Przyszła pora na kolejny odcinek miniporadnika (pierwszy zob. tutaj). Hasłem przewodnim tego posta będzie „po pierwsze: nie szkodzić", tym razem skupię się bowiem na krótkim spisie rodzicielskich grzechów głównych. Zbyt często bywa bowiem tak, że chcąc pomóc, niepotrzebnie przeszkadzamy, a doraźne korzyści (np. cząstkowa ocena) po naszej matczynej/ojcowskiej akcji ratunkowej tak naprawdę skutkują poważnymi (nie przesadzam) szkodami. Czego zatem należy się wystrzegać?
1. Pomocy polegającej na wyręczaniu. Pisanie za dziecko zadań, przepisywanie lekcji czy wreszcie poprawa dyktand/zadań klasowych w wykonaniu nie dziecka, ale jego rodzica, to bardzo poważny błąd. Co z tego, że nauczyciel się nie zorientuje (czy aby na pewno?) albo nie zwróci uwagi? Co z tego, że dziecko będzie miało w ten sposób „zaliczone" zadanie/poprawę, a może nawet w końcu dostanie dobrą ocenę? Jaki jest w końcu sens tego, że zeszyt będzie wyglądał ładnie, a pismo zyska pozór dziecięcej staranności? Te wszystkie argumenty bledną wobec podstawowej prawdy - wykonywanie pracy za dziecko sprawia, że nasza pociecha zamiast się uczyć, dostaje od nas informację: skoro ci nie wychodzi, nie musisz. A przecież w przypadku nauki ortografii - procesu w ogromnej mierze polegającego na ćwiczeniu pamięci, utrwalaniu obrazu słów przez ich czytanie i (otóż to!!!) pisanie - taka pomoc rodzicielska powinna być zakazana. Jeśli dziecko brzydko pisze, powinno pisanie ćwiczyć (choćby to miało być pisanie po 1-2 zdania dziennie, ale systematycznie, w miarę możliwości starannie, a przede wszystkim uważnie - należy zwracać uwagę na „zjadane" literki czy przekręcane słowa, na znaki interpunkcyjne), np. przez samodzielne przepisywanie jakichś fragmentów czytanek, książeczek czy choćby zdań zapisanych w czasie lekcji. Jeśli dziecko pisze źle (nieortograficznie), lekarstwem też będzie (między innymi) właśnie ćwiczenie pisania - np. na zasadzie pisania krótkich tekstów, najpierw czytanych wspólnie z rodzicem, a potem dyktowanych do zeszytu (proste ćwiczenie pamięci, o wiele przyjemniejsze niż wkuwanie regułek/słówek). Albo na zasadzie samodzielnego pisania poprawy dyktand czy zdań z lekcji - wcześniej źle napisanych (po zaznaczeniu poprawek przez nauczyciela takie już poprawne przepisanie nie powinno stanowić problemu).
2. Nadmiernej powagi. Jeśli dziecko (myślę tu zwłaszcza o edukacji wczesnoszkolnej - klasy I-III) dostanie nagle sygnał „jest źle, MUSISZ się poprawić" wraz z informacją „no, to zaczęła się poważna nauka" i zostanie zarzucone regułkami, długimi i trudnymi dyktandami czy obłożone słownikami, z przerażeniem się wycofa. Tymczasem naszą jako rodziców rolą jest nie straszyć, ale pomagać, co oznacza: znaleźć taki sposób dotarcia do dziecka, by w nauce ortografii widziało ono przyjemność i traktowało ją dalej jako formę zabawy (np. inną formę zgadywanek, zagadek), by nie postrzegało uczenia się ortografii jako poważnego procesu pamięciowego. Nie polecam tu żadnych konkretnych produktów (np. konkretne gry, zestawy ćwiczeń, strony WWW) wspomagających naukę ortografii, ale zachęcam do poszukiwań (bo takie pomoce są naprawdę pomocne), a przede wszystkim do inwencji własnej i zabawy w naukę. Można tu wykorzystać nieśmiertelną „Ortografię na wesoło" Witolda Gawdzika - ale należy tę książkę traktować jako lekturę własną, a nie dziecka. To my możemy skorzystać z zamieszczonych w tej publikacji pomysłów (np. na opracowanie kart do nauki ortografii, na różne formy ćwiczeń pamięciowych, także rysunkowych, na rozmaite dyktanda czy zgadywanki), gotowych zestawów słówek, to my najpierw powinniśmy przeczytać podane tam wierszyki i dyktanda, a potem je tak zmodyfikować, by dla naszych dzieci nie były ani za trudne, ani nudne.
3. Przesady. Jeśli np. ktoś uznaje, że najlepszą formą nauki jest czytanie słownika ortograficznego, to... niewiele wie o uczeniu ortografii. Podobnie jest z tym, kto zaczyna pomagać dziecku od dyktowania mu najeżonych problemami ortograficznymi zdań lub od dyktand o poziomie trudności jak w Ogólnopolskim Konkursie Ortograficznym „Dyktando" (zob. tutaj). Słownik to tylko narzędzie - trzeba traktować go jako pomoc w nauce, wydawnictwo, w którym można sprawdzać pisownię (i warto wyrobić ten nawyk w dziecku - tu polecam różne wydania słowników ortograficznych dla dzieci, dostosowane poziomem trudności do najmłodszych i pełne fajnych regułek czy rysunków, a także z kolorowymi podkreśleniami trudności ortograficznych, co sprzyja nauce poprawnej pisowni), a nie jako gotowiec do wkucia. Podobnie jest z dyktandami - stawiajmy raczej na krótkie, zabawne i łatwe teksty, zwłaszcza na początku. Wybierajmy (lub wymyślajmy) teksty takie, w których jest zaledwie kilka trudniejszych słówek - bo w nauce (nie tylko ortografii) ważniejsze jest wyrobienie nawyku systematyczności niż stawianie wysoko poprzeczki, zwłaszcza na początku.

Na koniec kilka polecanych przeze mnie pomocy online:
1. Strona Ortografka.pl (zob. tutaj) - z powodu jej przyjazności dla dzieci, kilku ciekawych pomysłów (aczkolwiek jeśli chodzi o podstawowy poziom uczenia ortografii, zalecam raczej inspirowanie się tą stroną i modyfikowanie ćwiczeń/dyktand niż kopiowanie pomysłów przy nauce z dzieckiem).
2. Strona projektu Ortofrajda (zob. tutaj) - z powodu poziomu dostosowanego do klas I-III oraz za uzmysłowienie, jak ważna w nauce ortografii jest zabawa kolorami.
3. Strona pomocy z języka polskiego na Zyraffa.pl (zob. tutaj) - za kilka fajnych gier ortograficznych, które można stosować jako przerywniki w nauce.
4. Strona Słownika języka polskiego PWN online (zob. tutaj) - traktuję to jako jedyne rzetelne źródło wiedzy o pisowni, bezcenne zarówno dla tych, co mają problemy z ortografią, jak i dla tych, co są niepewni zapisu, znaczenia, odmiany różnych słów. Od czasu, gdy wydawnictwo zdecydowało się zintegrować na stronie WWW różne słowniki i porady (zatem po wpisaniu hasła/słowa do słownika dostajemy i informacje ze słownika ortograficznego, i ze słownika języka polskiego, i z poradni językowej, i - opcjonalnie - z innych wydawnictw), witryna ma ciekawe i przydatne w różnym zakresie funkcjonalności.

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Tabletki na festiwalu

Słowo „festiwal" było już tematem jednego z postów zamieszczonych na tej stronie (tutaj). Uznałam jednak, że warto mu poświęcić jeszcze trochę uwagi (tym razem w poważniejszym tonie), a skłonił mnie do tego przede wszystkim przeczytany dzisiaj artykuł w portalu Gazeta.pl, w dziale Sport. Proszę zerknąć na poniższy zrzut ekranu.

W pierwszym zdaniu przywoływanego tekstu były trener reprezentacji polskich piłkarek ręcznych nazywa poziom gry Polek „festiwalem błędów". I nie chodzi tu wcale o stwierdzenie obojętnego dlań faktu, komentujący mecz bowiem grzmi, ostrzega, a słowa „festiwal" używa, doprowadzony do pasji dalekiej od sportowej sztuki motywowania i zagrzewania do walki. Nie wymienia słów znacznie bardziej w tym kontekście odpowiednich – nie mówi o zestawie błędów, o ich nadmiernej ilości czy o ich masie. Mnóstwo różnorodnych potknięć kojarzy się komentującemu z festiwalem, czyli popisem umiejętności (tu rozumianym oczywiście a rebours), przeglądem twórczości, dokonań. A na takim przeglądzie, wiadomo, poziom talentu i wykonawstwa bywa różny...
I właśnie słowo „przegląd" jest chyba tym skojarzeniem, przez które wiedzie droga od festiwalu rozumianego słownikowo (czyli jako uroczystości/imprezy organizowanej cyklicznie, mającej charakter kulturalny i/lub artystyczny – więcej tutaj) do słowa wytrychu, coraz dziś modniejszego i coraz częściej używanego w rozmaitych, często bardzo komicznych kontekstach.
Ot choćby jedna z sieci znanych w Polsce hipermarketów organizuje zwykle swoje akcje promocyjne według modelu festiwali tematycznych. I o ile do przełknięcia (choć pewnie – mam nadzieję! – nie dla wszystkich) są jeszcze festiwale ciast, czekolad czy nawet (!) deserów mlecznych (np. tutaj), o tyle niedawno anonsowany wielkimi (a jakże!) literami Festiwal Kapsuł do Prania i Tabletek do Zmywarek (tutaj dowód) wywoływał już tylko śmiech i dawał impuls do radosnej gry wyobraźni.
Ale wrócę jeszcze do piłki ręcznej. Nie podejrzewam byłego trenera reprezentacji Polski mówiącego „Dziewczyny zaprezentowały dziś festiwal błędów" o sarkazm czy świadomą grę słów i zamiar ironicznego skwitowania pomeczowej sytuacji polskiej drużyny. Myślę, że ulegając emocjom i modzie, sięgnął raczej po słowo coraz powszechniej dziś niestety stosowane na określenie rozmaitych „pokazów", „przeglądów", „prezentacji" itp., mających tyle wspólnego z aktywnością artystyczną czy kulturalną, ile wspólnego może mieć kapsuła do prania z uroczystym świętowaniem.

niedziela, 30 listopada 2014

Co zrobić z -o?

Końcówka „-o” była już „bohaterem” kilku postów publikowanych na tej stronie (np. o słowie „logo” tutaj, o zdrobnieniach „Jasio”, „misio” tutaj). Temat jednak będzie powracał, a ja niezmiennie zamierzam orędować za odmienianiem wyrazów rodzaju męskiego i nijakiego zakończonych w mianowniku na „-o”.
Powyższy zrzut ze strony Gazeta.pl (chodzi o nagłówek A w radio wspominają aktora...) dowodzi, że problem końcówki „-o” dotyczy nie tylko wyrazów nowych w polszczyźnie („logo”) czy nazw własnych („Tesco”), ale także, wtórnie, ta powszechna tendencja zaczyna obejmować wyrazy zapożyczone już dawno, o od lat usankcjonowanej odmianie („radio” – uwaga, nieodmienianie wyrazów „radio”, „studio” itp. to błąd!). Co do słów w polszczyźnie stosunkowo nowych – najczęściej boimy się je odmieniać z prostych powodów:
• żeby nie popełnić błędu,
• traktując nazwę jako zastrzeżony znak towarowy – co znaczy: wyraz jedynie poprawny w formie mianownikowej (tego, że taka tendencja jest obecna w polszczyźnie, najlepiej dowodzi nazwa IKEA – z tego, co się dowiedziałam, pracując nad pewną publikacją z dziedziny public relations, zakaz odmieniania nazwy jest w tym przypadku „odgórny”, a nad jego respektowaniem czuwa sztab marketingowców firmy!).
Ale jak wygląda sprawa z wyrazami starymi? Dlaczego wracamy do staroświecko przecież brzmiących i tak naprawdę niepoprawnych wyrażeń „w radio”, „do studio”, dlaczego przestajemy odmieniać nie tylko nazwy sklepów czy firm, ale także np. imiona męskie zakończone na „-o” (ostatnio w książce przełożonej z języka angielskiego przez bardzo dobrą skądinąd tłumaczkę hurtowo musiałam zmieniać imię bohatera Milo w przypadkach zależnych – autorka przekładu, po chwili zastanowienia, sama zdumiała się, że uległa powszechnej tendencji, i ofiarnie pomagała mi w dokonaniu korekty*)? Jak to się dzieje, że rzadki przecież problem wyrazów zakończonych na „-ao”, których ze względu na problemy z wymową lepiej nie odmieniać (np. „kakao” – proszę spróbować wymówić „z kakaem” i resztę sobie dopowiedzieć), rozciągnięto na odmianę innych wyrazów rodzaju męskiego i nijakiego zakończonych na „-o”?

Na te pytania nietrudno odpowiedzieć. Ekspansja wyrazów obcych, zwłaszcza anglicyzmów, którą w ostatnich latach obserwujemy, sprawia, że użytkownicy polszczyzny próbują znaleźć złoty środek mogący pogodzić reguły rządzące w języku polskim i angielskim. Efekt? To, na czym budowane są struktury językowe w polszczyźnie (deklinacja), coraz bardziej się sypie, zanika, ustępuje miejsca tak dziwacznym przecież konstrukcjom, jak np. „Pojadę do Tesco”, „Rozmawiałem z Zozo” czy „Lubię słuchać radio”. Takie wypowiedzi brzmią po prostu sztucznie.

Te rozważania wypadałoby zakończyć jakąś radą. Ta brzmi: nie bójmy się odmieniać nie tylko wyrazów „radio”, „Milo” czy „studio”, ale też „logo” czy „Tesco” – taka odmiana nie jest ani trudna, ani błędna.

* W tym kontekście ciekawostka: lekturą w klasie II szkół podstawowych jest leciwa już (I wydanie z 1933 r.!) książka Jana Grabowskiego pt. Puc, Bursztyn i goście. Jednym z jej sympatycznych bohaterów jest piesek Mikado – jego imię jest poprawnie odmieniane (Mikadę, z Mikadem, o Mikadzie...) i może stanowić wzorzec dla niejednej współcześnie wydawanej książki z bohaterem o imieniu zakończonym na „-o”. Inna sprawa, że jak się domyślam, wielu rodziców, sekundując swoim pociechom w dobrnięciu do końca książki, także właśnie odmienianie imienia Mikada kładzie na karb staroświeckości języka tej lektury. Niesłusznie!

czwartek, 27 listopada 2014

Wysłałam lista, odebrałem telefona

To niby naturalne: wraz ze zmianą zwyczajów i postępem technologicznym zmieniamy też język, którym się komunikujemy. Czasem jednak (często) te zmiany nie wychodzą językowi (a i nam) na dobre – w toku przekształceń koślawią się poprawne niegdyś formy i odchodzą do lamusa, wypierane m.in. przez anglicyzmy (zob. tutaj), kolokwializmy, a nawet wulgaryzmy (zob. słówko „zajebisty”). Zanim ustali się nowa norma – albo zanim językoznawcy dadzą głos i poprą wybór użytkowników języka lub go odrzucą (a użytkownicy – często – i tak zrobią swoje) – mija czas, a język pod wpływem naszych niczym niekontrolowanych działań dalej pędzi, rozwija się, asymiluje nowe formy (i cóż z tego, że jeden czy drugi profesor określi je jako rażące czy niepoprawne?), niemiłosiernie rozprawiając się ze starymi.
Ten przydługi nieco wstęp to ciąg dalszy mojej językowej miniprowokacji, zapoczątkowanej tytułem tego posta – przy czym słowo „prowokacja” należy tu rozumieć jako prowokowanie do refleksji, zatrzymania się i bardziej świadomego wyboru stylu, jakim mówimy czy piszemy na co dzień. Jednym bowiem ze skutków charakteryzowanego wyżej rozwoju języka jest dziś ekspansja zwrotów typu: „wysłałem mejla”, „dostałam esesmesa”, „przeczytałam posta” itp. Co w nich złego? Czy chodzi tylko o to, że językoznawcy upierają się przy dawnych konstrukcjach, czyli bierniku z końcówką zerową (B kogo? co? mejl, telefon, list, esemes, post...), nie oglądając się na wolę i wybór użytkowników języka? Czy to jedynie przejaw wojny nowego ze starym, powszechnego z elitarnym (a tak naprawdę: z nieżyciowym, sformalizowanym, skostniałym)?
Odpowiedź jest prostsza, niż mogłoby się wydawać. Po pierwsze: wspomniane formy biernika z końcówką „-a” w przypadku wielu rzeczowników nieżywotnych rodzaju męskiego (czyli np.: kogo? co? „mejla”, „esemesa”, ale też: „pączka”, „hot-doga” itp.) nie są całkowicie potępiane przez językoznawców. W jednym czy drugim słowniku poprawnej polszczyzny, poradniku językowym lub blogu o języku znajdziemy przykłady zdań z biernikiem z końcówką „-a”, jednak zwykle opatrywane kwalifikatorem pot., czyli wskazaniem, że takie formy są dopuszczalne jedynie w języku potocznym, a nie w polszczyźnie starannej czy oficjalnej. Zatem wybór między „wysłać mejl” a „wysłać mejla” jest tak naprawdę wyborem stylu. I tu jest „po drugie” mojego wywodu. Jeśli bowiem język, jakim mówimy, porównać do wizytówki, to staranność bądź niechlujstwo językowe będzie niczym elegancka bądź ordynarna (bo np. karta jest pomięta czy zabrudzona) forma małego kartonika, który ma przypominać innym o nas. Która z nich lepiej rokuje naszym przyszłym kontaktom?
Wraz z piękną i dziś coraz bardziej staroświecką tradycją wysyłania sobie listów, kartek albo (kto o tym jeszcze pamięta?) telegramów odchodzą też w niepamięć jedynie poprawne niegdyś zwroty z użyciem form biernika z końcówką zerową w przypadku rzeczowników nieżywotnych rodzaju męskiego, takie jak: „wysłałem list” (a nie: lista!), „odebrałem telefon” (a nie: telefona!), „ze smutkiem przyjąłem Twój telegram” (a nie: Twojego telegrama!). Warto je jednak sobie przypomnieć, zanim stwierdzimy na głos, że właśnie wysłaliśmy mejla, odebraliśmy esemesa i napisaliśmy posta czy bloga...

poniedziałek, 3 listopada 2014

Co zgrzyta w modowym?

Zanim zabrałam się do pisania tego posta, wcieliłam się w rolę „zwykłego” użytkownika języka, który próbując rozstrzygnąć jakąś poprawnościową kwestię, szuka odpowiedzi w internecie. To doświadczenie okazało się bardzo pouczające, a wniosek płynący z poszukiwań można sformułować tak: co autor językowej ekspertyzy, to inna opinia. Dla internauty drążącego tematy poprawnościowe taka konkluzja jest mało satysfakcjonująca, ale – co warto od razu powiedzieć – przypadek słowa „modowy” nie jest odosobniony, często bowiem bywa tak, że poloniści spierają się o poprawność różnych nowych językowych konstrukcji, ujawniając przy tym większą bądź mniejszą tolerancyjność wobec inwencji użytkowników polszczyzny.
Wróćmy jednak do tematu tego artykułu – czy przymiotnik „modowy” jest poprawny? Z punktu widzenia słowotwórstwa nie ma w nim nic błędnego – został utworzony zgodnie z językowymi regułami od rzeczownika „moda”, a fakt, że od zawsze istniał przymiotnik „modny”, niczego w tej opinii zmienić nie może. „Modny” i „modowy” opisują bowiem dwa zupełnie różne pojęcia. „Modny” to to samo, co francuskie á la mode, czyli: zgodny z modą, naśladujący aktualne trendy (np. modny mężczyzna) czy odzwierciedlający obowiązujące w danym sezonie reguły stylu (np. modny płaszcz). „Modowy” to natomiast ogólnie związany z modą (jak w nazwie działu pewnej witryny internetowej: „Modowy misz masz”, czyli wszystko, co dzieje się w świecie mody: pokazów mody, projektantów, modelek, stylistów itp.), choć często także w takim znaczeniu z modą się wiążący, że jest właśnie na przekór modzie czy wbrew dobremu gustowi, jak np. w wyrażeniu „wpadka modowa”. Co więcej – wydaje się, że pierwowzorem dla przymiotnika „modowy” stały się słowa w pewnym sensie znaczeniowo mu bliskie, np. „stylowy” czy „ubraniowy”.
„Modowy” budzi jednak wątpliwości stylistyczne. Językoznawcy narzekają, że zgrzyta (np. tutaj) lub że niepotrzebnie zastępuje konstrukcje bardziej opisowe (np. tutaj), precyzyjniej oddające rzeczywistość. Niektórzy (np. tutaj) wręcz boją się dalszej inwencji użytkowników polszczyzny i wysypu językowych potworków w rodzaju czasownika „modować” czy rzeczownika „modowanie” (co miałyby jednak one znaczyć, trudno się domyślić, a i autor przywoływanego artykułu tego nie tłumaczy). Zapewne znalazłyby się też głosy broniące różnorodności językowej i pełne obaw o to, że polszczyzna stanie się niebawem językiem jednostajnym brzmieniowo, w którym wszystko się ze sobą zrymuje i przez to zleje w jeden niezrozumiały strumień dźwięków.
Moim zdaniem jednak te opinie należałoby potraktować ostrożnie (oględnie rzecz ujmując), za „modowym” przemawia bowiem całkiem sporo argumentów. Oto ich zestaw:
1. Przywołany już wyżej argument słowotwórczy – „modowy” jest jak najbardziej poprawnym słowotwórczo wyrazem.
2. Argument ekonomiczny – przymiotnik „modowy” jest krótszy niż wyrażenia „o modzie/dotyczący mody”.
3. Argument semantyczny, także już wstępnie pokrótce omówiony – wyraz „modowy” jest wygodny, bo nadaje się do określania różnych zjawisk związanych z modą (zatem nie tylko do opisu tego, co dzieje się w modzie, ale i tego, co jest jej na przekór, co jest demodée lub po prostu w złym guście), a jednocześnie nie wchodzi w paradę (nie pokrywa się z nim znaczeniowo, zatem jego utworzenie jest wyrazem dążenia do precyzji w języku) innemu przymiotnikowi wywodzącemu się od rzeczownika „moda”, czyli „modnemu”. I jeszcze jedna uwaga: przymiotnik „modowy” jest w polszczyźnie tworem zupełnie nowym, nie zaś neosemantyzmem (czyli nie jest starym wyrazem, który zmienił bądź poszerzył swoje znaczenie). Jego pojawienie się nie rodzi dwuznaczności (jak np. w przypadku wyrazu „kawowy”: od dawna mamy np. tort kawowy, czyli taki, w którym jednym ze składników jest kawa, ale od niedawna także słyszymy o przerwie kawowej, czyli przerwie na kawę/herbatę/ciastka itp. – tutaj niewygoda polega na tym, że przymiotnik poszerzył swoje znaczenie, zaczął określać różne zjawiska, przez co staje się mylący, nieprecyzyjny).
4. Argument wywodzący się z uzusu – dziś mówić, że wyraz „modowy” jest nowy czy rzadki w polszczyźnie, już po prostu nie wypada, „modowy” bardzo szybko bowiem przeniknął do języka i niedługo zapewne znajdzie się dla niego miejsce w wydawnictwach poprawnościowych.
Moim zdaniem „modowego” nie ma co tępić. W świecie, w którym modne jest raczej językowe lenistwo, objawiające się bezmyślnym bełkotem wynikającym z dowolnego pomieszania języków angielskiego z polskim (zobacz ten post), pochwalać należałoby inwencję użytkowników tworzących wyrazy nowe w sposób poprawny i zgodny z tendencjami rozwojowymi polszczyzny. Zatem: ja jestem za „modowym”!

poniedziałek, 27 października 2014

Jak pomóc dziecku w nauce ortografii (cz. 1)

Jako rodzic dziecka w wieku wczesnoszkolnym od niedawna mierzę się z problemem, jak można nauczyć dzieci zasad polskiej ortografii (a ściśle: jak rodzice mogą w tej nauce pomóc swoim pociechom). Problem zrazu był teoretyczny (zastanawiałam się nad tym na użytek własny, gdy mój pierwszoklasista poznał już wszystkie literki i zaczął pisać dłuższe teksty – wtedy dotarło do mnie, że jakoś trzeba zacząć pracować nad ortograficzną poprawnością), z czasem jednak – wraz z pierwszym szkolnym dyktandem – stał się żywy. I ponieważ tak się złożyło, że na tle swojej klasy moje dziecko stanowi chlubny wyjątek jako uczeń całkiem nieźle radzący sobie z ortografią, co skutkuje pytaniami: „Jak to się robi?”, które słyszę i ja od innych rodziców, i mój syn od swoich kolegów, postanowiłam przyjrzeć się sprawie bliżej. Celem tej analizy jest zresztą nie tylko to, by podpowiedzieć innym rodzicom kilka metod pracy z dzieckiem, ale też zamiar usystematyzowania wiedzy dla samej siebie, na przyszłość, ponieważ jestem przekonana, że nauka ortografii (czy szerzej: zasad poprawności językowej) to proces żmudny i długi, nikt nie dostaje w genach/od losu prezentu w postaci znajomości zasad pisowni, co najwyżej może dostać od swoich rodziców mądrą pomoc, i nikt też nie nauczy się ortografii ot tak – po przeczytaniu kilkunastu regułek czy nawet całego słownika ortograficznego (co z całego serca odradzam!).
Oto moje metody.
1. Odkąd raz czy dwa zauważyłam, że w zeszycie, brudnopisie lub w zeszycie ćwiczeń syn napisał coś niepoprawnie (np. „zjadł” literkę, pomylił podobne znaki, zapomniał przyimka itp.), regularnie (co znaczy: mniej więcej raz w tygodniu) przeglądam zeszyty dziecka, wskazuję błędy i zachęcam do ich poprawy. Skutek takiego postępowania zauważyłam już po kilku tygodniach: syn sam zaczął zwracać uwagę na to, czy poprawnie zapisał wyrazy, a od niedawna bawi się nawet w „korektora”, wynajdując błędy w książkach, gazetach, reklamach czy na szyldach. Każda taka jego trafna „korekta” nagradzana jest przeze mnie pochwałą.
Ważna informacja: kiedy, drodzy Rodzice, przeglądacie zeszyty dziecka, nie czytajcie „na pamięć”, ale literka po literce (jak korektor właśnie :-) ). Tylko w ten sposób odkryjecie, że „ogródek” wcale nie jest ogródkiem, a „ogódkiem”, a np. z wyrażenia „w parku” zostało samo „parku”.
2. Od kilku miesięcy (mniej więcej od czasu, gdy syn z dumą oświadczył, że poznał już ostatnią literkę polskiego alfabetu) raz w tygodniu przeznaczamy trochę czasu na zabawę z ortografią. Celowo piszę „zabawę”, bo nie zawsze jest to dyktando (a nawet jeśli jest to dyktando, to zabawne właśnie – zob. punkt 3). Na rynku jest wiele pomocy dydaktycznych, które można wykorzystać do takich zabaw (albo którymi można się zainspirować): puzzle ortograficzne, karty do gry z zapisanymi na nich zagadkami ortograficznymi itp. Bawić się można także np. rozwiązując krzyżówki z dzieckiem, czytając zabawne wierszyki, rywalizując w wymyślaniu i zapisywaniu rymów (ach, te głoski nosowe!) czy słów na określoną literę, skojarzeń itp.
Ważna informacja: każda zabawa językowa, nawet jeśli nie towarzyszy jej zapisywanie słów/zdań/skojarzeń, służy rozwijaniu sprawności lingwistycznej dziecka i mniej lub bardziej wyraźnie przekłada się na umiejętności ortograficzne. I druga rzecz: mimo że internet jest kopalnią różnych treści i często najłatwiej (i najtaniej) jest sięgnąć po pomoc właśnie do sieci, odradzałabym naukę ortografii tylko na zasadzie rozwiązywania zadań/łamigłówek na komputerze. Można od czasu do czasu je wykorzystywać, ale z umiarem, zwłaszcza jeśli myślimy o dzieciach z klas I-III, ponieważ zadania typu „Wybierz z listy właściwą literkę (rz/ż, ch/h, ó/u)” nie sprzyjają zapamiętywaniu poprawnej pisowni.
3. Od czasu do czasu (a od pierwszego klasowego dyktanda już regularnie, przynajmniej raz w tygodniu) urządzam dziecku dyktando w domu. Korzystam przy tym z inwencji własnej, wspieram się tekstami wynajdowanymi w internecie albo wierszykami czy fragmentami tekstów z książek.
Ważna informacja: teksty domowych dyktand są króciutkie (maksymalnie 3-4 niezbyt rozbudowane zdania – nie chodzi przecież o to, by dziecko zmęczyło się samym pisaniem) i zawsze zabawne (np. opowieść o Frącku chorym na wątrobę) lub „życiowe”. Co to ostatnie słowo oznacza? Tylko tyle, by do pracy nad ortografią zaprząc zainteresowania swojego dziecka. Jeśli lubi piłkę nożną, niech to będzie tekst o meczu („...i kiedy sędzia odgwizdał rzut rożny, kilku piłkarzy z drużyny gości próbowało dyskutować z tą decyzją” – prawda, że niełatwe?), jeśli lubi gotować, niech to będzie przepis na sałatkę warzywną albo pasztet z marchewki, pietruszki i soczewicy, jeśli uwielbia komputery, historyjka o Heniu informatyku itp.
4. Jeśli widzę, że dziecko ma problem z zapamiętaniem pisowni jakiegoś wyrazu, staram się mu pomóc przez skojarzenia. I wcale nie chodzi tutaj o przywołanie rodziny wyrazów (druh, bo drużyna – względnie odwrotnie :-) ) czy odmienianie wyrazu przez przypadki (np. wóz, bo wozy), ale o inne zabiegi. Przykładowo: synonimem słowa „różny” jest wyraz „rozmaity” (wymiana „ó” na „o” i „ż” na „z”, super!), pisownię wyrazu „król” można wywieść od wzmianki o królu słońce (wymiana „ó” na „o”, hoho!), jednocześnie coś rysując czy podkreślając dziecku na kartce, by lepiej zapamiętało, a „góry" nie możemy przecież pisać przez „u”, bo znak „u” przypomina raczej dolinę, czyli odwrotność góry :-).
Ważna informacja: warto, w miarę możliwości, wykorzystać przy nauce ortografii swoją wiedzę, np. znajomość języków obcych (nieocenione są tu inne języki słowiańskie, którymi można się posiłkować), umiejętności (np. zabawy plastyczne: narysuj smUtną Ulę idącą do domU – w rysunku wykorzystaj jak najwięcej literek „u”, np. z jednej robiąc spódniczkę Uli, z drugiej buzię dziewczynki, z trzeciej odwrócony dach domu itd.) i wyobraźnię. Pomysłowość absolutnie wskazana!
5. Od zawsze czytamy. Kiedyś było to czytanie dziecku, potem czytanie z dzieckiem (np. na głosy), teraz coraz częściej już tylko podsuwanie dziecku ciekawych książek. I jeśli jeszcze od czasu do czasu czytam synowi książki, robię to dla wspólnej (jego, ale i mojej) przyjemności, zawsze z ciekawością i radością. Jestem przekonana (także przywołując doświadczenia własne jako dziecka kiedyś ogromnie dużo czytającego), że regularne czytanie książek sprzyja nauce ortografii.
Ważna informacja: polecam wybieranie książek bliskich zainteresowaniom dziecka, czyli: opowieści szkolne (także serie o szkolnych i domowych urwisach), historie z zagadkami w tle (opowiadania detektywistyczne), książki o zwierzątkach itp.

niedziela, 26 października 2014

W pogoni za modą

Przeglądanie portali czy blogów o modzie (nazywanych przez ich twórców „modowymi” – o tym, czy ten przymiotnik należy uznać za poprawny, napiszę niebawem) może mieć poza innymi i tę zaletę, że dostarcza ciekawego materiału do analiz... językoznawczych. Kto by myślał, że żartuję albo całkowicie sfiksowałam, niech szybko kliknie ten link. Uprzedzam: to odnośnik do artykułu nie najświeższego, nie jest bowiem moim zamierzeniem promowanie w tym poście gorących trendów w modzie, za to jest to link do tekstu doskonale pokazującego stylistyczny problem autorów piszących o tym, co i jak należy nosić. Dodam: piszących po polsku, choć na pierwszy rzut oka nie jest to wcale oczywiste :-).
Proszę przeczytać taki np. akapit, streszczający najważniejsze wytyczne dla pań, które chcą nadążać za modą: „Absolutnym must have będzie kraciasty oversizowy płaszcz, który lansuje Marc Jacobs i Stella McCartney. Saint Laurent z kolei postawił na kratę w wersji grunge’owej, natomiast włoski dom mody Moschino proponuje kraciasty total look! Jest to wersja dla odważnych fashionistek, np. dla trendsetterki Rity Ory”. Chciałoby się powiedzieć „Wow!”, prawda? (Bo przecież czują Państwo, że mówienie „Och!” w tym kontekście jest nie na miejscu, byłoby po prostu passé). Miało przykuć uwagę? Przykuło! Miało postawić do pionu? Postawiło! Miało wywołać wewnętrzną motywację do przeszukania szaf, a przede wszystkim sklepów pod kątem tych wszystkich absolutnie koniecznych do naśladowania trendów? Wywołało!
Dalej w tekście przeczytać jeszcze można o modnych w sezonie printach (bezwzględnie zwierzęce, ewentualnie kropki – taki retro look, dla odmiany). Autorki zastanawiają się np.: „Czy ten print opanuje polskie ulice?”, ale przecież wiadomo już, że jest to pytanie retoryczne, bo kto z czytelników chciałby być demodé, kto ma jeszcze jakiekolwiek wątpliwości, kto wysiedział dotąd przed ekranem komputera/tabletu/smartfona, zamiast oblekać się już, natychmiast!, w najbardziej zwierzęcy z możliwych wzorek – ten w panterkę? Mamy też tajemniczy outfit ikon mody – wspomnienie o nim ma nas utwierdzić w przekonaniu, że warto naśladować najnowsze światowe trendy. W innym miejscu jest jeszcze look (już bez określenia „total”, jaka szkoda!) jako synonim outfitu. Prawda, że modnie?
Tylko – kto przez taki język przebrnie? Może gdyby media traktujące o modzie zamieszczały każdorazowo słowniczek wyrazów modnych, byłoby łatwiej. Jednak tego nie robią, a w poszukiwaniu słów kluczowych dla omawianego artykułu (i temu podobnych tekstów) należy się udać na inne strony, z których np. można się dowiedzieć, że outfit to po prostu wygląd, total look to styl kobiety nienagannie stylowej albo (w innym znaczeniu) jednolity, np. kolorystycznie ubiór (wyjaśnienie tutaj), oversizowy znaczy obszerny, print to wzorek, deseń, zaś must have to przebój, a jednocześnie znak rozpoznawczy każdej śledzącej nowinki w modzie osoby.
Język żyje, to prawda. Język się zmienia, rozwija, asymiluje nowe słowa, pozbywa się tych leciwych i nieużywanych. Podlega modom i rozmaitym trendom. To wszystko jednak nie znaczy przecież, że mamy zacząć mówić i pisać w jakiejś bełkotliwej mieszance, w jakimś polanglo, ani ładnym, ani zrozumiałym.
PS Jako ciekawostkę polecam wszystkim taką oto grafikę mojej ulubionej artystki Marty Frej :-).

sobota, 15 lutego 2014

Pamiątka z gór

W tym przypadku na uwagę zasługuje nie tylko nazwa sklepu (Qupse ciucha), łącząca elementy obce i potoczne (typowo małopolskie "se"), ale i jego "definicja". Komentarz chyba zbędny.

sobota, 19 października 2013

Tylko ludzie z marginesu szczepią się przeciw grypie


Choć pozostajemy wiernymi czytelnikami portalu Gazeta.pl, od dawna już widzimy jego coraz niższą jakość. I nie chodzi tu tylko o jakość informacyjną, ale też o respektowanie norm poprawności językowej. Coraz częściej mamy wrażenie, że redaktorami i korektorami tekstów publikowanych w tym portalu są sami dziennikarze, a efekt tych zabiegów raz śmieszy, raz przestrasza (lub: odstrasza). I coraz częściej myślimy: „nie, już ostatni raz te bzdury...”.

I oto niedawno mieliśmy okazję dowiedzieć się, że tylko ludzie z marginesu szczepią się przeciw grypie. Ponieważ szczepionka jest płatna i kojarzy się raczej z korporacyjnymi zwyczajami, ta informacja niepomiernie nas zdziwiła. Z tym większym zaciekawieniem sięgnęliśmy zatem do tekstu o tajemniczym tytule „Jestem marginesem społecznym. Zaszczepiłam się przeciwko grypie” (artykuł dostępny tutaj). Okazało się, że autorka tekstu, pisząc margines społeczny, miała na myśli malejącą liczbę szczepiących się i fakt, że wedle statystyk osoby, które korzystają ze szczepień przeciw grypie, stanowią ledwo kilka procent całego społeczeństwa.

A przecież wyrażenie margines społeczny, jak podaje np. Słownik języka polskiego PWN (zob. tutaj), określa ludzi wykolejonych, stojących poza społeczeństwem nie dla swej wyjątkowości (rzadkości), ale dlatego, że łamią normy społeczne i nie zwracają uwagi na zasady współistnienia z innymi. Definicję ludzi z marginesu – w mniej oficjalnej formie – można także znaleźć choćby w skeczach kabaretowych (np. kabaret Limo – zob. tutaj).

Zatem wyjątkowość kogoś, kto określa siebie przez zdanie „jestem marginesem społecznym”, nie jest wyjątkowością godną naśladowania, ale przeciwnie – czymś, co raczej się odrzuca, spycha jeszcze bardziej na margines albo próbuje się naprawiać/leczyć. Wyznanie dziennikarki portalu Gazeta.pl jest zatem tyleż niezręczne, co ryzykowne. I jeśli miała to być zabawa słowem, próba przyciągnięcia czytelnika czy inny tego typu zabieg stylistyczny, to naszym zdaniem nie wyszło – znowu.

Metafory mają to do siebie, że łatwo ześlizgują się w dosłowność lub śmieszność. Wyrażenie/zdanie/porównanie, które pozornie wydaje się efektownym zabiegiem, zwłaszcza jeśli towarzyszy temu nieprzemyślane zachłyśnięcie się formą, może szybko zepchnąć swojego autora na margines. Pół biedy, jeśli jest to margines życia literackiego/publicystyki itp. Gorzej, gdy jest to margines społeczny...

środa, 28 sierpnia 2013

Kurdwanowie bawią się pod koniec lata

Początek września to w jednej z krakowskich dzielnic (Kurdwanów Nowy) czas wesołej zabawy dla osiedlowego ludu, zabawy ochrzczonej przez jej organizatorów (Rada Dzielnicy XI i Spółdzielnia Mieszkaniowa „Kurdwanów Nowy”) jako Festyn „Jesień Kurdwanów”. Nazwa to zadziwiająca, która każe nie tylko osiedlowemu ludowi zapytać: kim jest nieznany szerzej krakowski lud Kurdwanów? A dalej każe się zastanawiać: czego można się spodziewać po tak nazwanej imprezie? Turnieju gier jaskiniowych? Targów średniowiecznych rzemiosł? Degustacji przedziwnych zielnych naparów?

Nie wiemy, co kierowało organizatorami festynu, kiedy wybierali nazwę tej – skądinąd całkiem sympatycznej – osiedlowej zabawy. Może chodziło im o to, że nazwa „Jesień kurdwanowska” czy „Kurdwanowska jesień” kojarzyłaby się raczej z imprezą dla seniorów albo z poważnymi koncertami muzyki zgoła niepopularnej? Może nazwę „Jesień na Kurdwanowie” trudno było zakomponować na plakacie z programem wydarzenia? Albo – wydała się komuś za smutna, za jesienna właśnie, a impreza ma raczej charakter optymistyczny – to taki ostatni akcent lata i informacja dla ludu: „Wróciliście z wakacji? No to zobaczcie: wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej – a w dodatku jakże wesoło!”?

Niestety, nie wiemy, co myśleli pomysłodawcy nazwy, bo nie mieliśmy szczęścia uczestniczyć w owej burzy mózgów, której efektem jest nazwa „Jesień Kurdwanów”. Ale wiemy jedno: nazwa „Jesień Kurdwanów”, zapisana w ten właśnie sposób, bez myślnika, spójnika czy przyimka, jest po prostu dziwaczna i myląca. Jest niejednoznaczna i zamiast promować osiedlowy festyn, daje hasło do żartów.

Przy okazji warto krótko omówić pochodzenie nazwy Kurdwanów – najpewniej wywodzi się ona od rzeczownika „kurdwan/kurdyban” oznaczającego: 1. rodzaj drogiej skóry wyprawnej; 2. roślinę, kurdybanek, bluszczyk ziemny (więcej na ten temat w Słowniku XVII w. PAN – tutaj).

piątek, 7 grudnia 2012

Ktokolwiek widział, ten wie

Tytuł naszego posta w wersji coraz powszechniej słyszanej (widywanej) i niestety błędnej, brzmiałby: „Kto by nie widział, ten wie”. Coraz częściej bowiem eliminujemy konstrukcje z użyciem zaimków przysłownych względnych (chodzi o wyrazy „cokolwiek”, „ktokolwiek”, „gdziekolwiek”, „jakkolwiek” itp.) i zastępujemy je rusycyzmami w rodzaju: „co by nie...”, „kto by nie...”, „gdzie by nie...:, „jak by nie...” itp. Tworzymy w ten sposób frazy wcale nie krótsze (zatem za ich popularnością nie może przemawiać tendencja do ekonomiczności środków językowych), za to zupełnie nielogiczne. I to właśnie brak logiki, a nie pochodzenie, jest największym grzechem omawianych tu konstrukcji składniowych.

Ostatnio błąd tego rodzaju można zobaczyć na billboardach PZU (dostępne także w wersji reklamy internetowej – banery na stronie głównej firmy tutaj), które głoszą: „Jak byś nie szukał, zawsze nas znajdziesz”. I choć rozumiemy, że reklamodawca chciał w swoim przekazie jak najbardziej zbliżyć się do języka ulicy i wymyślił hasło jakby wprost wyjęte z mowy potocznej, to jednak nie możemy się zgodzić na utrwalanie przez reklamowy „krzyk” błędnych i nielogicznych konstrukcji.
Zobaczmy, kierując się przede wszystkim logiką, co mówią nam dwa następujące zdania złożone:
• „Ktokolwiek widział ten billboard, ten wie, o czym mówię”.
• „Kto by nie widział tego billboardu, ten wie, o czym mówię”.
Pierwsze z nich wyraźnie wskazuje na wszystkich, którzy coś widzieli (w naszym przypadku: billboard) i którzy w związku z tym zdobyli jakąś wiedzę (wiedzę o tym, o czym mówi nadawca komunikatu). By wszystko było jeszcze bardziej jasne, to zdanie można zastąpić w ten sposób: „Każdy, kto widział ten billboard, ten wie, o czym mówię”.
Co się natomiast dzieje w drugim zdaniu? Mowa jest o tych, którzy nie widzieli (po podobnej jak wyżej zamianie zdania otrzymujemy: „Wszyscy, którzy nie widzieli, wiedzą, o czym mówię”). Czy ci, którzy nie widzieli, będą wiedzieć, o czym mówię? Odpowiedź jest oczywista.

Poprawnych konstrukcji nie wystraszyli się twórcy programu telewizyjnego „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie” – tytuł tej serii jest jednocześnie wyraźnym wskazaniem, że przy poszukiwaniu zaginionych liczy się każdy trop, każdy głos, każda informacja. To apel o aktywność. I właśnie aktywność (jakakolwiek) jest logicznym uzasadnieniem wyboru konstrukcji z zaimkami typu „cokolwiek”, „ktokolwiek”, „gdziekolwiek”, „jakkolwiek” itp. Brak aktywności (konstrukcje z zaprzeczonymi czasownikami) w zdaniach z rusycyzmami „jak by nie...”, „kto by nie...” powoduje nierównowagę i asymetrię całego zdania złożonego. W każdym z omawianych przykładów przecież drugie zdanie składowe nie zawiera czasownika zaprzeczonego (w naszych zdaniach przykładowych mamy np.: „... ten wie, o czym mówię”, a nie: „... ten nie wie, o czym mówię”; w haśle na billboardzie PZU jest: „... zawsze nas znajdziesz”, a nie: „... nigdy nas nie znajdziesz”).

Zatem: grom i zabawom słowem w reklamach mówimy „tak”, błędom językowym – stanowczo „nie”. Jakiekolwiek by były...

czwartek, 12 kwietnia 2012

Coraz więcej „za”

Wbrew pozorom (tytuł tego tekstu) dzisiejszy post nie będzie miał charakteru afirmatywnego, nie chodzi bowiem o bycie „za” czymś, ale o przedrostek „za-”. „Zakupić” i „zapytanie”, a także (zdecydowanie rzadsze) „zasyłać” to słowa, którym tym razem będziemy się w szczególny sposób przyglądać.
O sprawie prefiksu „za-” przypomniała nam przedświąteczna wizyta w jednym z supermarketów. Megafony dudniące reklamami co i rusz wyrzucały z siebie słowo „zakupić”: „Produkt X umili państwu chwile spędzane przy świątecznym stole. Można go zakupić na dziale Wędliny”, „Rodzinna atmosfera świąt tylko z produktem Y! Zapraszamy na dział Nabiał, gdzie w promocyjnej cenie 9,99 zł zakupią państwo dwupak Y”, „Tylko dziś: jeśli zakupisz jedno opakowanie produktu Z, drugie dostaniesz gratis! Produkty gratisowe wydawane są przy kasie”... Jak to dobrze, że człowiek, nawet przed świętami, nie tylko kupuje (a w tym kontekście raczej: zakupuje), ale i pracuje – pomyśleliśmy z ulgą. Radość trwała jednak krótko: okazało się, że redagowana przez nas właśnie książka (tzw. kategorii biznes) pełna jest odmienianego przez wszystkie przypadki i co chwilę przywoływanego słowa „zapytanie”. „Zapytania do biura pomocy”, „25% wszystkich zapytań w mediach społecznościowych”, „zapytania związane z produktami”, „kiedy współpracownik stawia ci zapytanie...” itp.
Zakupić i zapytanie - oba te słowa, coraz częstsze w języku potocznym, brzmią bardzo pretensjonalnie i najczęściej są nieodpowiednie do sytuacji (a lepiej: kontekstu, w którym się pojawiają). O ile bowiem mamy już utrwalone w języku wyrażenia w rodzaju „zapytanie poselskie”, „zapytanie ofertowe” czy zwroty „wystosować zapytanie”, „sformułować zapytanie”, w których to związkach wyrazowych omawiane tu słowo nie razi, o tyle już zdanie „Mam do ciebie takie zapytanie: zgodzisz się podlewać kwiatki w moim domu, kiedy będę na urlopie” brzmi co najmniej śmiesznie. W tej drugiej (a autentycznej!) sytuacji komunikacyjnej oficjalne i nieco urzędowe słowo „zapytanie” zgrzyta, użyte bowiem zostało w zwykłej rozmowie dobrych znajomych, dotyczącej powszednich spraw.
Podobnie jest z czasownikiem „zakupić” – według słownika języka polskiego oznacza ono „kupić, zwykle coś wartościowego albo większą ilość czegoś”. Wobec przywołanego tu znaczenia kilogram kiełbasy swojskiej, choćby i najlepszej jakości, czy dwa opakowania twarogu na sernik prościej i sensowniej byłoby po prostu kupić, zamiast z dumą obwieszczać, że je „zakupiliśmy”.
Językowe potworki w rodzaju „zapytań o podlewanie kwiatków” czy „zakupywania kiełbasy” przypomniały nam jeszcze o wakacyjnych kartkach, jakie zapamiętaliśmy z czasów głębokiego dzieciństwa: piękne widokówki okraszał na odwrocie – oprócz adresu – wykaligrafowany starannie, ale jakże ubogi w treść komunikat: „Serdeczne pozdrowienia z wakacji zasyła XYZ z Rodziną”. To „zasyła” – jak sobie wtedy tłumaczyliśmy – było, zdaje się, znakiem wysiłku (intelektualnego? językowego? twórczego?) włożonego przez nadawcę widokówki w wypisany pięknie tekst, oznaczało też może specjalne traktowanie nas przez nadawcę kartki, więc tym samym miało zasługiwać na naszą wdzięczność. A jednak – zamiast wdzięczności budziło śmiech. Cóż, wakacje i młodość mają swoje prawa :-)

wtorek, 27 marca 2012

Radzimy wykluczyć

W redagowanych przez nas ostatnio tekstach, zwłaszcza tych o tematyce informatycznej i biznesowej, większość uwag kierowanych do autorów dotyczyła coraz bardziej nadużywanego przymiotnika „kluczowy”. Problem, jaki wiąże się z tym wyrazem, dotyczy nie tylko częstotliwości występowania, przez co słowo staje się powoli wytrychem. Ale wyraz ten to także ukryte zapożyczenie z języka angielskiego (inaczej zapożyczenie semantyczne lub kalka językowa).
Co to znaczy? Otóż terminem kalki językowej w językoznawstwie określa się wyrazy, które pod wpływem obcych języków zyskują nowe znaczenie, zaczyna się je stosować w nowym niewłaściwym dotąd dla nich kontekście. Czasami kalka językowa jest dla języka nieszkodliwa – dzieje się tak na przykład wtedy, gdy dotąd używany w jednym znaczeniu wyraz zaczyna nazywać zupełnie nowy element rzeczywistości; przykładem może być słowo „mysz (komputerowa)”, które jest kalką angielskiego „mouse”. Częściej jednak kalka językowa pojawia się w języku niezależnie od innych, tradycyjnie używanych w danym znaczeniu/w danym kontekście słów, zastępując je i stopniowo wypierając. Takie zjawisko postrzegane jest przez językoznawców jako szkodliwe dla języka przede wszystkim dlatego, że często łamie zasady rządzące polszczyzną, eliminuje utrwalone w języku i dobre konstrukcje czy znaczenia. Innymi słowy: nie wzbogaca języka, ale go psuje i odbiera mu oryginalność. Taką kalką jest choćby rozpowszechnione już wyrażenie „póki co”, które przyszło do nas z języka rosyjskiego i – chyba już na trwałe – zastąpiło polskie „na razie” (zob. Póki co nie będziemy się tym zajmować – popr. Na razie nie będziemy się tym zajmować).
Przyjrzyjmy się jednak słowu „kluczowy”. Słownik języka polskiego PWN podpowiada, że przymiotnik ten znaczy tyle, co «podstawowy, główny, najważniejszy; wyjściowy» i jako przykłady podaje wyrażenia: „kluczowy problem”, „kluczowe zagadnienie”, „kluczowa pozycja”. Analizując te przykłady, możemy zauważyć, że przymiotnik „kluczowy” właściwszy jest w kontekście rzeczowników abstrakcyjnych niż jako określenie rzeczowników konkretnych. Tymczasem we współczesnej polszczyźnie notujemy takie przykłady jak chociażby „kluczowa impreza”, „kluczowy kolor”, „kluczowi klienci” (i „przedstawiciel handlowy ds. kluczowych klientów”), „kluczowe osoby w firmie”, „kluczowy krok”, „kluczowy bieg” (w znaczeniu: wydarzenia sportowego) itp., a wreszcie językowe potworki w rodzaju: „Pracownik wiedzy jako kluczowy zasób współczesnego przedsiębiorstwa” (zob. tutaj) czy – niby żartobliwe sformułowanie „kluczowy składnik [systemu Android]” (zob. tutaj).
Skąd to się bierze? „Winny” jest tutaj język angielski i słówko „key”, występujące w takich utrwalonych wyrażeniach, jak np.: „key account” (najważniejszy klient), „key person” (osoba podejmująca decyzje w firmie), „key player” (ważny gracz – np. na rynku), „key message” (istotna wiadomość/informacja), „key witness” (główny świadek) itp. W polszczyźnie angielski przymiotnik „key”, przetłumaczony dosłownie jako „kluczowy” i wielokrotnie powielany w rozmaitych, dotąd obcych mu kontekstach, tylko drażni i zamiast być kluczem do zrozumienia, staje się ordynarnym wytrychem – niby pasuje do wszystkiego, choć do niczego jak ulał.
I dlatego radzimy: starajmy się zastępować słowo „kluczowy” którymś z jego wielu przecież synonimów.

środa, 21 marca 2012

Jasio to taki misio

Długo nas tutaj nie było – ostatnio nasza praca przypominała bowiem raczej nieustający ostry dyżur ratunkowego pogotowia językowego niż spokojne od 8.00 do 16.00 codziennej rutyny dogłębnych studiów i konsultacji. Ale teraz jesteśmy, choć nie wiadomo na jak długo, tym bardziej więc warto wykorzystać czas :-)
Pomysł na temat tego posta jest stary – dawno już zwróciliśmy uwagę na niezauważalny (a może według niektórych: niewart uwagi) błąd, szczególnie często popełniany w rozmowach z dziećmi (lub o dzieciach). Chodzi o formy zdrobnień od wyrazu „miś/misio” oraz zdrobnienia imion męskich zakończone w mianowniku na „-ś/-sio” (np. Jaś, Staś). Słyszymy np.: „Zobacz, jaki śliczny misiu”, „Ten misiu aż się do ciebie uśmiecha, kiedy tak ładnie jesz”, „Och, mój Jasiu to taki grzeczny chłopiec”, „Stasiu ostatnio zrobił mi taką awanturę w sklepie, że nie wiedziałam, gdzie oczy podziać ze wstydu” itp.
Mechanizm błędu jest prosty – formy wołacza, przypadku niknącego już w polszczyźnie, zaczęły wypierać formy mianownikowe. W mianowniku poprawna postać omawianych wyrazów to: Jaś/Jasio, Staś/Stasio, miś/misio itp. I tylko taka – używanie zatem form z końcówką „-u” jest lapsusem i powinniśmy o tym pamiętać.
Co ciekawe, forma „przebranego” za mianownik wołacza okazuje się już do tego stopnia utrwalona, że na rynku pojawiają się produkty (dla dzieci, oczywiście) o nazwach odzwierciedlających ten błąd językowy. Przykładem może być łóżeczko Misiu firmy Kowal i syn, które jednak (sic!) sprzedawane jest razem z szufladą Jasio (zobacz). To dziwne połączenie formy poprawnej z niepoprawnej przywodzi na myśl skojarzenie ze słynną komedią Barei („Oczko odpadło, temu misiu”) i kto wie, czy łóżeczko Misiu nie jest śladem filmowej pasji producenta mebli? :-)
A skoro o Jasiu mowa, przypomniał nam się słynny skecz Kabaretu Dudek (zobacz tutaj), który na wiosnę dedykujemy naszym Czytelnikom. I choć to nie problemy językowe są tematem tej scenki, to... Jasio (Kobuszewski) jest po prostu genialny :-) Prawda?

piątek, 18 listopada 2011

„Witam!” w e-mailach – krótkie uzupełnienie

W „Polityce” nr 46, 8.11–15.11.2011 przeczytaliśmy arcyciekawy wywiad z językoznawczynią dr Katarzyną Kłosińską. Ponieważ fragmenty tej rozmowy doskonale uzupełniają nasz poradnik o poprawności w e-mailach (czytaj tutaj), pozwalamy sobie je zacytować:
„Jeśli formy językowe oddają rzeczywiste relacje, to będziemy wiedzieli, co zrobić, by skrócić dystans albo go zwiększyć. [...]
Natomiast jeśli od początku wszyscy piszemy do siebie „Witam!” [...] powstaje niejasność, kim dla siebie jesteśmy”.
Nic dodać, nic ująć.

czwartek, 10 listopada 2011

Zastygają jak pomniki

Dwa wydarzenia z ostatnich dni (i w ich konsekwencji: dwie burzliwe rozmowy) skłoniły nas, by kolejny raz (inne posty na ten temat zob. np. tutaj czy tutaj oraz tutaj) poruszyć na tym blogu sprawę odmiany nazwisk. Pierwsza dyskusja odbyła się w trakcie prac redakcyjnych nad jedną z książek, kiedy to w proteście wobec wprowadzonych zmian usłyszeliśmy od autora publikacji ni mniej ni więcej: „Trzymajmy się standardu międzynarodowego w tej kwestii! Nazwisk się po prostu generalnie nie odmienia – niektóre po odmianie brzmią bardzo dziwnie, a nawet śmiesznie”. Jakiś czas po tej dyskusji wpadło nam w ręce zaproszenie na dziecięce przyjęcie urodzinowe: na zaproszeniu odmienione zostały tylko imiona, a nazwiska miały postać mianownikową. I tu znów odbyliśmy rozmowę, tym razem we własnym redaktorskim gronie.
Dwa różne konteksty, dwa różne środowiska, a taki sam schemat językowy. W pierwszym przypadku rozmawialiśmy przecież z profesjonalistą, mającym tytuł naukowy, obracającym się w środowiskach akademickich i biznesowych, który nie pierwszy raz przygotowywał książkę do druku i który jest (powinien być) obyty z językowymi normami poprawnościowymi. Drugi kontekst był bardziej „codzienny” czy „życiowy” – ot, rodzice, chcąc zrobić swojemu dziecku przyjemność, zorganizowali dla niego przyjęcie i zaprosili na nie inne dzieci. Takie przyjęcie to nie jest przecież sytuacja, w której obowiązywałyby jakiekolwiek sztywne normy, a jednak – to dziecięce nazwiska zostały tu „usztywnione” w swej mianownikowej postaci.
W obu przypadkach (a także w wielu innych obserwowanych przez nas ostatnio zachowaniach językowych) wyczuwamy strach o to, by nikogo nie urazić, gdy się odmieni jego nazwisko (taki Józef Kuzio jest do przyjęcia, także w „międzynarodowych standardach”, ale już forma Józefowi Kuziowi brzmi dla większości „nienaturalnie” i „śmiesznie”). Strach o własne kompetencje językowe (bo odmiana nazwiska staje się dla użytkowników polszczyzny coraz trudniejsza wobec... coraz powszechniejszej tendencji do ich nieodmieniania). A także coraz częstszy dziś strach o naruszenie sztywnej bryły, jaką dla większości mówiących po polsku są nasze nazwiska, zastygające jak pomniki w niezmiennie mianownikową postać.
Kiedy dzwoni pracownik biura obsługi klienta firmy XYZ, pyta: „Czy mam przyjemność z panią Magdaleną Tytuła?” albo „Czy rozmawiam z głównym użytkownikiem telefonu, Janem Nowak?”. I choć ten mechanizm można wytłumaczyć pośpiechem, jaki towarzyszy pracy każdego takiego akwizytora, oraz zwyczajem odczytywania nazwisk z listy w odpowiednim momencie wygłaszania gotowej formułki powitania, to jednak trudno jest nie zauważyć, że tak rozpoczęta rozmowa od razu staje się „mechaniczna” właśnie, że to kontakt robota z robotem raczej niż – człowieka z człowiekiem. Gdyby (podpowiadamy) formułkę „Czy rozmawiam z...?” zmienić na równie akceptowalną formę powitania „Czy to pan Jan Nowak/pani Magdalena Tytuła?”, i wilk byłby syty, i owca cała.
To usztywnianie relacji przez używanie nazwisk tylko w mianownikowej postaci jest dziś nagminne. A przecież zupełnie nie ma powodu, by nazwiska traktować inaczej niż inne deklinujące się w polszczyźnie słowa. Skoro jest Józio – Józiowi – z Józiem, dlaczego nie miałoby być Kuzio – Kuziowi – z Kuziem? Skoro mamy smoła – smołą – smole, dlaczego nie ma być Tytuła – Tytułą – (o) Tytule? I fakt, że w języku angielskim czy francuskim nazwiska się nie odmieniają, nie ma tutaj nic do rzeczy – te języki rządzą się po prostu innymi prawami niż polszczyzna. Dlatego środowisko międzynarodowe, w którym mówi się po polsku, powinno rozumieć zmienne formy nazwisk (także obcych!), podobnie jak rozumie, że raz mówi się „To jest pies”, a w innej konstrukcji językowej już trzeba powiedzieć: „Chodzę na spacer z psem”.
Owszem, odmienianie nazwisk sprawia, że trzeba się czasem nagłowić, by ustalić mianownikową postać słowa (zob. np. forma Tuskowi – pasuje i do Tusk, i do Tusek), ale z kolei ich nieodmienianie prowadzi do nieporozumień i błędów. Gdyby np. o mężczyźnie noszącym nazwisko Sekiera chcieć mówić „Widziałem dziś Pawła Sekiera”, to część z nas (ci nieodmieniający żadnych nazwisk) w mianowniku napisze Paweł Sekiera, ale druga część – Paweł Sekier.
Nazwiska w polszczyźnie trzeba odmieniać. Nieliczne wyjątki, kiedy nie da się tego zrobić (np. nazwiska zakończone na sylabę akcentowaną), powinny zostać tylko wyjątkami, a nie – tworzyć nową regułę. Dlaczego? Bo taka reguła naruszyłaby fundamentalne dla polszczyzny zasady, zmieniła charakter naszego języka, który przecież – czy tego chcemy, czy nie – jest oparty na systemie deklinacyjnym.

środa, 19 października 2011

Sklepowa gadka

Ta rozmowa w sklepie (market budowlany) wyglądała mniej więcej tak:
Kobieta: - Przepraszam, czy są worki do odkurzaczy?
Sprzedawca: - Tak, tak, na Narzędziach.
Kobieta (z wyraźnym obłędem w oczach): - Hm, na Narzędziach?
Sprzedawca: - No tak, tam na końcu i potem centralnie w rogu.
Pchani przeczuciem (oraz ciekawością), udaliśmy się „na Narzędzia”. Worki były. Z boku, czyli w rogu. Więc sprzedawca, dając zagadkę, podał także jej rozwiązanie. Sprytnie je jednak zawikłał. Psotny sprzedawca!
Bo przecież „centralnie” to, jak czytamy w „Słowniku języka polskiego PWN” pochodzi od „centralny”, a ten przymiotnik oznacza: 1. «znajdujący się w centrum; odnoszący się do centrum; środkowy»; 2. «mający główne znaczenie; główny, kierowniczy, naczelny».
Żadna z tych definicji nie pasuje jednak do miejsca, w którym znaleźliśmy worki – wisiały one w rogu (czyli z boku, ściślej: z lewej strony regału), w jednej z ostatnich alejek działu Narzędzia, w najbardziej końcowym z wszystkich możliwych miejscu sklepu. Róg to był, nie centrum, nie pępek marketowego świata! Zatem pierwsza definicja odpada. Trudno też byłoby temu miejscu przypisać którekolwiek ze słów z drugiej z przytoczonych za słownikiem definicji – znaczenie worków było ewidentnie poślednie, skoro nie wystawiono ich na środku, by łatwo każdy klient mógł się o nie potykać, tylko upchano boczkiem, jak wstydliwie mało ważną rzecz.
Zajrzeliśmy jeszcze do „Miejskiego słownika slangu”, jako bardziej pasującego do marketowej sytuacji.
Tu „centralnie” to: 1. «inaczej serio/naprawdę/powaga»; 2. wykrzyknik używany w nagłych sytuacjach. Słownik podaje też przykładowe zdania z tym słowem, choćby taki dialog:
„Słyszałeś że Marek wpadł?
No co ty?!
Centralnie!” (więcej tutaj).
Więc może sprzedawca chciał powiedzieć „naprawdę/normalnie w rogu”? To miałoby już jakiś sens...
Pogrzebaliśmy jednak jeszcze trochę w internecie. I odkryliśmy, że „centralnie” funkcjonuje raczej jako zamiennik innego słowa-śmiecia, a mianowicie „dokładnie”. Świadczą o tym takie zdania: „Alvarees, możesz opuścić aparat parę cm niżej, aby było centralnie z boku?" (więcej tutaj) czy np. „od paru dni boli mnie prawa część ciała (...) wydaje mi się że na wysokości nerek, ale centralnie na boku ciała (...)” (więcej tutaj).
Do „centralnie” jako „dokładnie” pasowałaby też zacytowana na początku wypowiedź sprzedawcy – należałoby ją zatem rozumieć jako: „w samiuśkim rogu”. W rzeczy samej, sprzedawca mówił prawdę! Zakamuflował ją jednak sprytnie, by tacy jak my, czuli na słówka klienci, pobiedzili się trochę, szukając, gdzież to jest ów „centralny róg”, a przy okazji – może wiertarkę nabyli? Może pilareczkę jakąś? Albo chociaż 15 deka gwoździ, wszak promocja była. Doceniliśmy w końcu i spryt, i handlowe zacięcie tego człowieka.
Pytanie, czy jego przełożeni to docenią? Bo przecież błędów się czepiać nie będą - od tego jesteśmy my!