Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reklama. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reklama. Pokaż wszystkie posty

sobota, 15 lutego 2014

Pamiątka z gór

W tym przypadku na uwagę zasługuje nie tylko nazwa sklepu (Qupse ciucha), łącząca elementy obce i potoczne (typowo małopolskie "se"), ale i jego "definicja". Komentarz chyba zbędny.

poniedziałek, 6 maja 2013

Bo tu jest Brodłej

Tym razem skrótowo i fotograficznie - te zdjęcia to efekt majówkowego wypadu za miasto. I choć cel wypadu był krajoznawczo-rekreacyjny (zamek Lipowiec, Dolina Mnikowska i okolice), to podziwianie krajobrazów i architektury nie przeszkodziło w zebraniu materiału do analiz językoznawczych.


Przydrożna reklama w miejscowości Brodła, czyli Broadway po polsku


Aż kłuje w oczy! Reklama w miejscowości Babice

piątek, 7 grudnia 2012

Ktokolwiek widział, ten wie

Tytuł naszego posta w wersji coraz powszechniej słyszanej (widywanej) i niestety błędnej, brzmiałby: „Kto by nie widział, ten wie”. Coraz częściej bowiem eliminujemy konstrukcje z użyciem zaimków przysłownych względnych (chodzi o wyrazy „cokolwiek”, „ktokolwiek”, „gdziekolwiek”, „jakkolwiek” itp.) i zastępujemy je rusycyzmami w rodzaju: „co by nie...”, „kto by nie...”, „gdzie by nie...:, „jak by nie...” itp. Tworzymy w ten sposób frazy wcale nie krótsze (zatem za ich popularnością nie może przemawiać tendencja do ekonomiczności środków językowych), za to zupełnie nielogiczne. I to właśnie brak logiki, a nie pochodzenie, jest największym grzechem omawianych tu konstrukcji składniowych.

Ostatnio błąd tego rodzaju można zobaczyć na billboardach PZU (dostępne także w wersji reklamy internetowej – banery na stronie głównej firmy tutaj), które głoszą: „Jak byś nie szukał, zawsze nas znajdziesz”. I choć rozumiemy, że reklamodawca chciał w swoim przekazie jak najbardziej zbliżyć się do języka ulicy i wymyślił hasło jakby wprost wyjęte z mowy potocznej, to jednak nie możemy się zgodzić na utrwalanie przez reklamowy „krzyk” błędnych i nielogicznych konstrukcji.
Zobaczmy, kierując się przede wszystkim logiką, co mówią nam dwa następujące zdania złożone:
• „Ktokolwiek widział ten billboard, ten wie, o czym mówię”.
• „Kto by nie widział tego billboardu, ten wie, o czym mówię”.
Pierwsze z nich wyraźnie wskazuje na wszystkich, którzy coś widzieli (w naszym przypadku: billboard) i którzy w związku z tym zdobyli jakąś wiedzę (wiedzę o tym, o czym mówi nadawca komunikatu). By wszystko było jeszcze bardziej jasne, to zdanie można zastąpić w ten sposób: „Każdy, kto widział ten billboard, ten wie, o czym mówię”.
Co się natomiast dzieje w drugim zdaniu? Mowa jest o tych, którzy nie widzieli (po podobnej jak wyżej zamianie zdania otrzymujemy: „Wszyscy, którzy nie widzieli, wiedzą, o czym mówię”). Czy ci, którzy nie widzieli, będą wiedzieć, o czym mówię? Odpowiedź jest oczywista.

Poprawnych konstrukcji nie wystraszyli się twórcy programu telewizyjnego „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie” – tytuł tej serii jest jednocześnie wyraźnym wskazaniem, że przy poszukiwaniu zaginionych liczy się każdy trop, każdy głos, każda informacja. To apel o aktywność. I właśnie aktywność (jakakolwiek) jest logicznym uzasadnieniem wyboru konstrukcji z zaimkami typu „cokolwiek”, „ktokolwiek”, „gdziekolwiek”, „jakkolwiek” itp. Brak aktywności (konstrukcje z zaprzeczonymi czasownikami) w zdaniach z rusycyzmami „jak by nie...”, „kto by nie...” powoduje nierównowagę i asymetrię całego zdania złożonego. W każdym z omawianych przykładów przecież drugie zdanie składowe nie zawiera czasownika zaprzeczonego (w naszych zdaniach przykładowych mamy np.: „... ten wie, o czym mówię”, a nie: „... ten nie wie, o czym mówię”; w haśle na billboardzie PZU jest: „... zawsze nas znajdziesz”, a nie: „... nigdy nas nie znajdziesz”).

Zatem: grom i zabawom słowem w reklamach mówimy „tak”, błędom językowym – stanowczo „nie”. Jakiekolwiek by były...

środa, 10 sierpnia 2011

Brzydkie słowo na „p”

O czasowniku „posiadać” już trochę pisaliśmy, wytykając błędy urzędnikom (zwrot „posiadać wiedzę – więcej tutaj). Teraz wypada nam napisać o nim raz jeszcze, tym razem wskazując na potknięcia stylistyczne zwykłych użytkowników języka, zwłaszcza właścicieli lokali i sprzedawców. Piszemy „zwłaszcza”, bo właśnie ogłoszenie jednego z lokali przypomniało nam o tym „palącym” (nomen omen – zob. niżej) problemie językowym.
Otóż wspomniany lokal na krakowskim Kazimierzu przyciąga ogłoszeniem powieszonym na drzwiach „Posiadamy pomieszczenie dla palących”. Przeczytaliśmy, pogratulowaliśmy w duchu i... wybraliśmy inne miejsce konsumpcji. A potem wróciliśmy do komputera i oto, co znaleźliśmy.
Jedna z firm sprzedających odzież sportową reklamuje damską kurtkę „kurtka posiada wentylację w rękawach”, co więcej, ta sama kurtka „posiada kryte kieszenie zewnętrzne”. Firma XYZ specjalizująca się w rekrutowaniu pracowników głosi na swojej stronie WWW: „XYZ posiada specjalizacje stanowiskowe i branżowe”. „Nowoczesna organizacja”, która „posiada wieloletnie doświadczenie i wiedzę”, a zajmuje się sprzątaniem i ochroną obiektów i osób”, chwali się: „posiadamy grupy interwencyjne, które w razie konieczności wspomagają nasze służby porządkowe”. Z kolei przedsiębiorstwo trudniące się handlem częściami samochodowymi i wyrobami stalowymi głosi „posiadamy na sprzedaż”. Przedsiębiorstwo, które w marcu br. dostało certyfikat ISO, dało taki nagłówek informacji zamieszczonej w dziale Aktualności: „Posiadamy system zarządzania jakością w spawalnictwie ISO 3834-2!”. Na stronie powroty.zielonalinia.gov.pl (tutaj) możemy przeczytać w dziale FAQ nagłówek powtarzającego się problemu emigrantów: „Co zrobić, jeśli nie jestem pewny, czy posiadam obywatelstwo polskie?”...
Przykłady można mnożyć, mamy (bo przecież nie: posiadamy!) ich na pęczki.
Co z nich wynika? Że coraz mniej rozumiemy znaczenie czasownika „posiadać”, traktując go jako dokładny synonim słowa „mieć”. Tymczasem nie są to wyrazy równoznaczne. Jak głosi „Słownik języka polskiego” PWN, posiadać to „mieć coś jako swoją własność, być właścicielem czegoś, zwykle mającego dużą wartość materialną, np. nieruchomości, ziemi, zasobów pieniężnych itp.”. Zatem najprościej rzecz ujmując, czasownik posiadać odnosimy do tego, co jest materialne, co nabyliśmy na własność. Ani do wiedzy i doświadczenia (te można ewentualnie „posiąść”, ale wtedy oznacza to „zdobyć”, a nie: „mieć”), ani do specjalizacji, ani do zespołów pracowników, ani do obywatelstwa, ani do innych rzeczy (zgrabna figura, proporcje, właściwości, funkcje...) czasownik „posiadać” nie przystaje. I jeszcze jedno: posiadać może, nie zaś kurtka, rower czy torebka.
Zapewne u genezy problemu z czasownikiem „posiadać” leży zamiar unikania powtórzeń nazbyt częstego w polszczyźnie „mieć”. Współcześnie jednak ta chlubna skądinąd tendencja do usuwania niezręczności stylistycznej doprowadziła nas do nadużywania słowa „posiadać”, w dodatku w niewłaściwym znaczeniu.
Pozostaje nam Państwa uczulić na ten błąd językowy i zachęcić do uważniejszego dobierania słów. A wtedy, kto wie, kurtka, która ma wentylowane rękawy, być może sprzeda się lepiej niż ta, która posiada wentylację? Jedna jest pewne: potencjalnym klientom łatwiej będzie przebrnąć przez krótszy i prostszy tekst reklamowy.

piątek, 3 grudnia 2010

Wielkie z małym

Jeden z ważniejszych w Polsce dostawców usług telekomunikacyjnych, firma Aster, reklamuje ostatnio pakiety swoich usług hasłem „Aster-o-nomiczne promocje”. Autora tego sformułowania skusiło zgrabne połączenie znanego powszechnie przymiotnika z nazwą firmy. Jednak hasło to jest przykładem coraz powszechniejszego w reklamach dawania prymatu formie nad treścią czy, inaczej, obojętności na normy językowe wynikającej z pogoni za atrakcyjnością reklamowego sloganu.
Według słowników wyrazów obcych (przewertowaliśmy kilka, by nie być gołosłownymi) astronomiczny to bowiem: „o liczbach: bardzo wielki, zawrotny, ogromny”. Reklama mówiąca o astronomicznych (w domyśle) promocjach daje nam zatem pod rozwagę oksymoron, bo coś, co de facto jest obniżką ceny (tak należy rozumieć słowo promocja w tym kontekście), zderzone zostaje z sugestią liczby ogromnej, niewyobrażalnie wysokiej.
Podobnym hasłem „pochwalić się” może mały i szerszemu odbiorcy nieznany sklepik na ul. Kalwaryjskiej w Krakowie. Na witrynie sklepowej można przeczytać wielkie i kolorowe hasło „Wysokie rabaty”. I znów coś tu zgrzyta. O rabacie (ten rabat, czyli obniżka) powiemy przecież raczej, że jest duży, możemy też nazwać go atrakcyjnym (bo klient zwraca na niego uwagę, widząc w takim zakupie korzyść dla siebie), ale mówienie wysoki, o czymś, co obniża cenę... Zabieg dla nas wątpliwy.
No chyba że w sklepie, którego reklama zwróciła naszą uwagę, w sprzedaży są aktualnie wysokie rabaty, czyli grządki kwiatowe. To też teoretycznie jest możliwe i już widzimy oczyma duszy wysokie i wąskie połacie ziemi, w sam raz dopasowane do możliwości ogrodników, którym problemy z kręgosłupem nie pozwalają się schylać, a pasja życiowa, czyli sadzenie kwiatów, nie pozwala żyć spokojnie. Bo czego to ludzie nie wymyślą?

czwartek, 18 listopada 2010

Startując z głową...

Samorządowa kampania wyborcza trwa w najlepsze, językoznawcy zatem mają pożywkę dla swoich badań i/lub krytyki. Przykład: jeden z krakowskich kandydatów na prezydenta miasta przekonuje do siebie hasłem: „Inwestując z głową, stać nas na więcej”. Hasło jest ogromne, billboardowe, więc tym trudniej w nim nie zauważyć błędu. Błędu szkolnego, będącego jednocześnie jednym z bardziej rażących (choćby tylko dlatego że pisanym ogromniastymi literami) dowodów na to, że coraz gorzej radzimy sobie z imiesłowami przysłówkowymi. A przecież polonistki do upadłego powtarzają na lekcjach dzieciom i młodzieży w każdym wieku, że imiesłowowy równoważnik zdania jako część zdania złożonego możemy stosować tylko wtedy, gdy podmiot w obu zdaniach – nadrzędnym i podrzędnym – jest ten sam. Tu często pada koronny przykład: „Idąc do domu, padał deszcz” (źle!) / „Idąc do domu, zmokłam” (dobrze).
Wracając do wyborczego hasła: rozumiemy, że kandydat chciał mieć zawołanie krótkie, plakatowe, nośne, a może nawet bojowe. Rozumiemy więc, że nie wchodziły w grę zbyt jak na billboardy rozbudowane konstrukcje typu: „Kiedy inwestujemy z głową, stać nas na więcej” czy „Jeśli inwestujemy z głową, stać nas na więcej”. Rozumiemy, że kandydat chciał mieć hasło wyraźnie odwołujące się do przyszłości, przyszłości z nim jako prezydentem Krakowa, rzecz jasna. Ale nie rozumiemy, dlaczego w gronie doradców (także tych od promocji czy marketingu politycznego) tego lokalnego polityka nie znalazł się ani jeden, który by pomyślał o językowej poprawności i spróbował ustrzec go od krytyki.
A przecież nie było trudno. Podpowiedzi cisną się bowiem same. Np. takie: „Inwestycje z głową. I stać nas na więcej!”, „Stać nas na więcej: inwestujmy z głową”, „Inwestujmy z głową, bo stać nas na więcej”.
Kandydatowi z felernym hasłem życzymy jak najlepiej. A przede wszystkim życzymy mu doradców z prawdziwego zdarzenia. Takich... z głową, jeśli to nie oksymoron :)

czwartek, 9 września 2010

Język lotny

Niedawno dzięki czytelniczce portalu gazeta.pl wypłynęła sprawa polszczyzny (?) stosowanej przez irlandzkie linie lotnicze Ryanair. Komentowany tekst ogłoszenia o strajku generalnym we Francji (czytaj tutaj) i o wynikających z niego opóźnieniach lotu raczył pasażerów m.in. takimi stwierdzeniami: „Pasażerowie mogą monitorować status lotów dzisiaj klikając na lotach", „Pasażerowie, którzy zostały zarezerwowane do podróży na jednym z poniżej odwołanych lotów może przenieść na następny lot dostępne bezpłatnie lub złożyć wniosek o refundację na niewykorzystane lotu (-ów) w kasie portu lotniczego, online, klikając na jeden z poniższych linków lub dzwoniąc do naszego centrum rezerwacji" czy „Jeżeli Państwa rezerwacji lotu powrotnego zawartych, które nie zostały przerwane i już odprawy na lot, że nie będzie w stanie przenieść lot powrotny na inny termin". Chciałoby się rzec: polszczyzna linii Ryanair, jaka jest, każdy widzi...
Postanowiliśmy głębiej spenetrować stronę www omawianego przewoźnika i znaleźliśmy inne kwiatki. Choćby taki tekst, zachęcający (w zamiarze jego autorów) do odwiedzenia Rzymu: „Jest stolicą Włoch i największym włoskim miastem. Rzym gromadzi w sobie piękno miasta, religii i historii, a także nowoczesności, dlatego jest doskonalym miejscem do odwiedzenia i wiele miejsc do zobaczenia Coloseum, Fontanna di Trevi, Forum Romanum i wiele innych wspaniałych miejsc. Ogromna ilość restauracji i barów z doskonałą kuchnią włoską, która jest znana na całym świecie. Rezerwuj już teraz i odwiedź to niewierygodne miasto".
Cóż, liniom lotniczym Ryanair pozostaje życzyć nie tylko wysokich lotów i powodzenia we mgle, że zacytujemy piosenkę, ale przede wszystkim kompetentnego redaktora strony WWW, który uczyni język stosowany w tekstach przewoźnika przynajmniej strawnym, jeśli nie uda się lotnym...

środa, 1 września 2010

Sprzedaż kontra kultura języka

Na początek nasz ulubiony cytat z folderu jednej z sieci kosmetycznych: „Mija już 50 lat od chwili, gdy z miłości do kobiet i do Natury, stworzyłem Kosmetykę Roślinną. Jest to kosmetyka unikatowa, dzięki której mogę Wam ofiarować energię witalną roślin i przyjemność, którą może dostarczyć jedynie natura”.
Przytoczony fragment najlepiej wskazuje, że coraz częściej borykamy się z problemem pisowni wielkimi/małymi literami, coraz też więcej pojawia się tu wątpliwości. Bo przecież tezę, że wydawnictwo takie, jak wskazywane powyżej, które w zamierzeniu ma być reklamą firmy, zostało przygotowane byle jak, a przede wszystkim: bez poszanowania reguł poprawności językowej i (co istotne!) grzeczności, musimy z góry odrzucić.
Zajrzyjmy najpierw do słownika ortograficznego (publikowanego przez WN PWN oczywiście – zob. tutaj, innych nie ma większego sensu cytować, choć – zauważmy to od razu – także publikacje WN PWN pozostawiają wiele do życzenia). Pisowni wielkimi i małymi literami tradycyjnie poświęca się we wspominanym słowniku obszerny rozdział. Jest tam napisane m.in.: „Użycie wielkiej litery ze względów uczuciowych i grzecznościowych jest indywidualną sprawą piszącego”, ale i „Wielką literą piszemy nazwy osób, do których się zwracamy w listach prywatnych i oficjalnych (…), a także nazwy osób bliskich adresatowi lub piszącemu”.
Reklama sieci kosmetycznej kierowana przede wszystkim do kobiet (taki jest bowiem target firmy) w pierwszym zdaniu adresowanym do klientek uraża ich uczucia (słowo „kobiet” pisane małą literą, obok „Natury” i „Kosmetyki Roślinnej” pisanych wielkimi literami). W liście założyciela firmy, otwierającym dopracowaną graficznie i marketingowo książeczkę reklamową, zabrakło zresztą nie tylko podstawowych zasad grzeczności językowej, ale i konsekwencji (np. różna w różnych zdaniach pisownia słowa „Natura”), co sprawia wrażenie niechlujności i zdecydowanie obniża wartość (także marketingową!) omawianego wydawnictwa.
Wniosek? Może być tylko jeden: jeśli w swoich działaniach marketingowych (rozumianych m.in. jako tworzenie różnego rodzaju tekstów reklamowych i promocyjnych) firmy będą zapominać o regułach poprawności językowej, a przede wszystkim o językowym savoir-vivrze, zaczną grzeszyć nie tylko przeciw językowi (co akurat w pracy marketingowca może się wydawać mało ważne), ale przede wszystkim przeciw jednej z podstawowych zasad komunikowania się z klientem – zasadzie AIDA (więcej o tej zasadzie zob. np. tutaj). Bo folder/strona/tekst reklamowy/reklama, choć ładnie graficznie przygotowany, atrakcyjnie zilustrowany itp., po pierwszym wrażeniu (attract) może w zdecydowany sposób odstraszyć, ostudzić zainteresowanie produktem i chęć kupienia go. Forma, za którą nie nadąża treść, to bubel i żeby to ocenić, nie trzeba specjalnie wytrawnego oka językoznawcy.
Podobno kot w worku sprzedaje się dziś coraz gorzej. Jak to wróży autorom takich folderów? Na to już mogą Państwo odpowiedzieć sobie sami…

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Bez zgrzytu na nowej drodze życia

Podróże kształcą także dlatego, że przywieźć z nich można mnóstwo językowych „ciekawostek”. Pierwsze z brzegu: w Nowym Sączu z dumą reklamuje swoje usługi dom weselny... Zgrzyt, a kilka kilometrów dalej zobaczyć można wymyślną reklamę czegoś o nazwie biurOwiec (pisownia zgodna z oryginałem).
Jeśli autorzy tych reklam chcieli wykazać się dowcipem, to zaryzykowali, że takie poczucie humoru nie przemówi do ich potencjalnych klientów. I o ile wymyślna reklama czegoś o nazwie biurOwiec świadczy tylko o tym, że grafik, tworząc koncepcję tego szyldu, dał się ponieść formie, a pominął treść (tak zapisana nazwa w miejscowości położonej w górach każe się bowiem zastanawiać nad tym, kto w owym biurOwcu pracuje – niewinne owieczki czy raczej tępe barany?), o tyle nazwa Zgrzyt dla miejsca, w którym młode pary świętują swoje zaślubiny, to raczej odstraszająca wróżba na nową drogę życia. (Zwłaszcza gdy na poważnie weźmie się dane, które przedstawiają różne sondaże opinii publicznej, np. ten z 2008 roku, z instytutu badawczego TNS OBOP, dowodzący, że aż 55% Polaków kieruje się przesądami).
Swoją drogą nazwy domów weselnych to odrębny i bardzo ciekawy temat. Choć kiedyś zdawało nam się, że tylko właściciele domów pogrzebowych nie boją się narazić na śmieszność czy zniesmaczenie odbiorców i z upodobaniem dobierają dziwaczne nazwy dla swoich firm, dziś już wiemy, że nie mieliśmy racji. Oto kilka najciekawszych znalezisk (zainteresowanym polecamy też odpowiedni wątek w blogu Artura Andrusa).

Morfeusz (bo przecież najlepsza zabawa to ta w „kto szybciej zaśnie”, by nie powiedzieć „ulula się” – z nudów? z nadmiaru procentów?).

Pokusa (młoda para od początku swej wspólnej drogi musi się bowiem mierzyć z czyhającymi zewsząd niebezpieczeństwami i okazjami do zdrad).

Gorzelnia (nie ma to jak nazywać rzeczy po imieniu i kultywować sprawdzoną polską świecką tradycję – prawdziwe wesele jest wtedy, gdy po rosole [entrée] następuje „i jeszcze jeden, i jeszcze raz” [danie główne], a na deser są zawody w kto ostatni spadnie pod stół w stanie ostatecznego upojenia).

Nestor (bo najlepsza zabawa jest wtedy, gdy pan młody nie jest wcale młody, ale wręcz przeciwnie, a przede wszystkim nie brak mu koniecznego mężczyźnie doświadczenia).

Poker (na weselach w tym przybytku uciech goście weselni grają w karty, przy czym zabawa polega na tym, że tylko młoda para wygrywa, bo jak inaczej ma zdobyć środki na zapłacenie za przyjęcie, o środkach na nową drogę życia nie wspominając).

Krokodyl (kinomani mieliby kilka skojarzeń, ale czy byłyby to złe skojarzenia?).

Labirynt (życie wszak, zwłaszcza życie we dwoje, to nie tylko teatr, to przede wszystkim kręty labirynt).

Titanic (paro młoda, na końcu i tak pójdziesz na dno!).

Sabat (skoro dom weselny mieści się w Kieleckiem, na Łysą Górę jest niedaleko, niech goście domyślą się od razu, co zwieńczy zabawę, i najlepiej zabiorą ze sobą na przyjęcie miotły).

Aż strach brać ślub, o urządzaniu wesela nie wspominając!