Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nazwy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nazwy. Pokaż wszystkie posty
sobota, 15 lutego 2014
Pamiątka z gór
W tym przypadku na uwagę zasługuje nie tylko nazwa sklepu (Qupse ciucha), łącząca elementy obce i potoczne (typowo małopolskie "se"), ale i jego "definicja". Komentarz chyba zbędny.
wtorek, 27 listopada 2012
Poprawna polszczyzna a polityka
Redagując ostatnio album o fortyfikacjach w Europie (więcej o książce tutaj) i sugerując zamianę określenia „Związek Sowiecki” na „Związek Radziecki”, przypomnieliśmy sobie niedawną (maj 2012 r.) publiczną dyskusję na temat przymiotników „radziecki” i „sowiecki”. Ta dyskusja wybuchła po zebraniu redakcyjnym zespołu biuletynu „Pamięć” wydawanego przez IPN: redaktor naczelny pisma polecił autorom artykułów używanie nazwy „Związek Radziecki” i eliminowanie określenia „Związek Sowiecki” (więcej na ten temat tutaj).
Od razu powiedzmy: i „radziecki”, i „sowiecki” to słowa zgodne z normą językową, czyli z punktu widzenia językoznawcy oba są poprawne. Przymiotnik „radziecki” istnieje w polszczyźnie od dawna, a jego pierwsze znaczenie to „należący do rady (zwłaszcza: rady miejskiej), pochodzący od rady; należący do rajcy; złożony z rajców” (zob. np. sala radziecka w ratuszu, czyli sala posiedzeń rady miasta; sądy radzieckie itp.). Przymiotnik „sowiecki” powstał w polszczyźnie w międzywojniu, czyli w czasie, kiedy nasz wschodni sąsiad umacniał komunistyczny ustrój, a Polska umacniała świeżo zdobytą niepodległość, przy czym interesy obu państw stały w sprzeczności (o czym pamiętają Państwo np. z lekcji historii). I właśnie wraz z nowym tworem politycznym, jakim był Związek Radziecki, pojawiło się w języku polskim słowo „sowiecki”, jako bezpośrednie zapożyczenie z rosyjskiego (ros. Sowietskij Sojuz). Było to zapożyczenie dobre, choćby dlatego że jednoznaczne (nazywało nowy byt polityczny i związane z nim rzeczy, niczego więcej). Jednak ponieważ w Polsce międzywojennej ani Sowietów, ani ich państwa nie kochano (wyjątkiem były środowiska polskich komunistów i sympatyków rewolucji), bardzo szybko przymiotnik „sowiecki” – może właśnie dlatego że obcy i że jego obcość z komunistycznego wschodu się brała – zyskał zabarwienie pejoratywne: wyraźnie wskazywał na niechętny stosunek do sąsiada Polski. Był więc nie tylko poprawny językowo, ale – co ważniejsze – poprawny politycznie.
Sytuacja – i polityczna, i językowa – zmieniła się po II wojnie światowej. W PRL-u politycznie poprawna była już tylko miłość do Kraju Rad, a językowo właściwy (bo nakazany przez reżim) stał się przymiotnik „radziecki”, który miał zastąpić niewygodny w tym okresie brak sympatii do ZSRR, odczuwany w słowie „sowiecki”. Przymiotnik „sowiecki” zszedł zatem do podziemia i gościł głównie na łamach wydawnictw z trzeciego obiegu.
Kiedy historia zatoczyła koło, a najlepszy z ustrojów politycznych pod słońcem runął, w powszechnym użyciu zaistniał znowu przymiotnik „sowiecki” jako synonim słowa „radziecki”. Były to jednak (i tak pozostało do dzisiaj) synonimy niedokładne – różniły się bowiem zabarwieniem emocjonalnym: przymiotnik „radziecki” pozostał słowem neutralnym, natomiast „sowiecki” wskazywał wyraźnie na negatywny stosunek mówiącego do opisywanej rzeczywistości. Można więc powiedzieć, że i oba słowa, i związane z nimi emocje przetrwały mimo politycznych zmian.
Jaki z tego płynie wniosek? Dla autorów tekstów, w których wymienia się ZSRR, taki, że mają prawo wyboru. Jednak decydując się na słowo „sowiecki”, powinni pamiętać, że może ono ujawnić ich polityczne sympatie. A takie nacechowanie nie zawsze jest na miejscu – nie będzie na miejscu chociażby w wydawnictwach encyklopedycznych, w których właściwy jest raczej obiektywizm i neutralny język opisu.
Od razu powiedzmy: i „radziecki”, i „sowiecki” to słowa zgodne z normą językową, czyli z punktu widzenia językoznawcy oba są poprawne. Przymiotnik „radziecki” istnieje w polszczyźnie od dawna, a jego pierwsze znaczenie to „należący do rady (zwłaszcza: rady miejskiej), pochodzący od rady; należący do rajcy; złożony z rajców” (zob. np. sala radziecka w ratuszu, czyli sala posiedzeń rady miasta; sądy radzieckie itp.). Przymiotnik „sowiecki” powstał w polszczyźnie w międzywojniu, czyli w czasie, kiedy nasz wschodni sąsiad umacniał komunistyczny ustrój, a Polska umacniała świeżo zdobytą niepodległość, przy czym interesy obu państw stały w sprzeczności (o czym pamiętają Państwo np. z lekcji historii). I właśnie wraz z nowym tworem politycznym, jakim był Związek Radziecki, pojawiło się w języku polskim słowo „sowiecki”, jako bezpośrednie zapożyczenie z rosyjskiego (ros. Sowietskij Sojuz). Było to zapożyczenie dobre, choćby dlatego że jednoznaczne (nazywało nowy byt polityczny i związane z nim rzeczy, niczego więcej). Jednak ponieważ w Polsce międzywojennej ani Sowietów, ani ich państwa nie kochano (wyjątkiem były środowiska polskich komunistów i sympatyków rewolucji), bardzo szybko przymiotnik „sowiecki” – może właśnie dlatego że obcy i że jego obcość z komunistycznego wschodu się brała – zyskał zabarwienie pejoratywne: wyraźnie wskazywał na niechętny stosunek do sąsiada Polski. Był więc nie tylko poprawny językowo, ale – co ważniejsze – poprawny politycznie.
Sytuacja – i polityczna, i językowa – zmieniła się po II wojnie światowej. W PRL-u politycznie poprawna była już tylko miłość do Kraju Rad, a językowo właściwy (bo nakazany przez reżim) stał się przymiotnik „radziecki”, który miał zastąpić niewygodny w tym okresie brak sympatii do ZSRR, odczuwany w słowie „sowiecki”. Przymiotnik „sowiecki” zszedł zatem do podziemia i gościł głównie na łamach wydawnictw z trzeciego obiegu.
Kiedy historia zatoczyła koło, a najlepszy z ustrojów politycznych pod słońcem runął, w powszechnym użyciu zaistniał znowu przymiotnik „sowiecki” jako synonim słowa „radziecki”. Były to jednak (i tak pozostało do dzisiaj) synonimy niedokładne – różniły się bowiem zabarwieniem emocjonalnym: przymiotnik „radziecki” pozostał słowem neutralnym, natomiast „sowiecki” wskazywał wyraźnie na negatywny stosunek mówiącego do opisywanej rzeczywistości. Można więc powiedzieć, że i oba słowa, i związane z nimi emocje przetrwały mimo politycznych zmian.
Jaki z tego płynie wniosek? Dla autorów tekstów, w których wymienia się ZSRR, taki, że mają prawo wyboru. Jednak decydując się na słowo „sowiecki”, powinni pamiętać, że może ono ujawnić ich polityczne sympatie. A takie nacechowanie nie zawsze jest na miejscu – nie będzie na miejscu chociażby w wydawnictwach encyklopedycznych, w których właściwy jest raczej obiektywizm i neutralny język opisu.
czwartek, 6 października 2011
Rzucać mięsem – bardziej!
Gdyby ktoś usilnie nas dopytywał, dlaczego interesuje nas język, jego poprawność i piękno, to nie usłyszałby wcale deklaracji w rodzaju „lubimy się śmiać z potknięć i błędów innych, a szerzej: tropimy głupotę”. Dowiedziałby się raczej, że nasza praca wynika z nieustannego zafascynowania tym, co zmienne, żywe, wymykające się na coraz to nowe i coraz ciekawsze sposoby (ale jak!) najłagodniejszym nawet unormowaniom.
No bo spójrzmy choćby na takie słowo „festiwal”. Już zdążyliśmy się jako tako przyzwyczaić do rozmaitych festiwali smaku, festiwali wnętrz, festiwali przedmiotów rozmaitych (ot, choćby taki Festiwal Krzemienia Pasiastego, a co!) czy festiwali praw (zawsze równych!). Przełknęliśmy (nomen omen) jakoś festiwal pierogów, festiwal pizzy, festiwal wina i serów (to nawet z dużym smakiem) czy nawet festiwal golonki (choć nie jadamy). Już zdążyliśmy sobie przecież wytłumaczyć, że skoro etymologicznie słowo „festiwal” pochodzi od łacińskiego festivus, który to przymiotnik oznacza (Słownik łacińsko-polski PWN, Warszawa 1988, wyd. XVIII): „przyjemny, wesoły; miły, piękny; dowcipny; swobodny”, to nie będziemy odmawiać wesołości, piękna ani tym bardziej swobody ani pierogom, ani golonce. Wszak są tacy (znamy Was!), którzy o golonce wiersze pisać by mogli, gdyby tylko chcieli. Tymczasem nie chcą – nie mogą może, bo czar golonki ich usidlił (na festiwalu zwłaszcza, gdzie golonek jest wielość i rozmaitość niezmierna), a ściślej – usidlił ich golonki aromat i smak.
Wytłumaczyliśmy sobie zatem, zaczęliśmy się przyzwyczajać... Aż nagle – klops, nie golonka.
Przeczytaliśmy zdanie, które zachwiało naszym – nowym, więc i słabym jeszcze – przyzwyczajeniem. Zdanie zaczynało się tak: „W festiwalu wzajemnych oskarżeń i szukania winnych (...)” (więcej tutaj), a mowa była o lokalnych politykach i wrześniowej aferze z przedszkolami.
Hm, pomyśleliśmy, niełatwa sprawa. Bo jak tradycyjne znaczenie słowa „festiwal” („uroczystość złożona z szeregu imprez artystycznych, często połączona z konkursem” – Słownik języka polskiego PWN), jak przytoczoną wyżej łacińską etymologię tego wyrazu powiązać z czymś tak niepięknym, niemiłym i zwykle mało dowcipnym, jak oskarżenia, obwinianie, a nawet – mięsem rzucanie? Jak dopasować do przywołanego zdania definicję festiwalu, według której to wydarzenie „umożliwiające przybyłym z różnych stron uczestnikom nawiązanie kontaktów kulturalnych (albo niekiedy i politycznych)” (W. Kopaliński, Słownik wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych, Wiedza Powszechna 1994)?
A może, wpadliśmy na pomysł, dziennikarka w tak zawoalowany sposób dała czytelnikom do zrozumienia, że radni miejscy wymyślili nową grę pt. „Oskarż mnie, bardziej!”, którą testują w czasie obrad, zanim wynalazek ten ujrzy światło dzienne? Dostojni panowie (i nieliczne panie), którzy zebrali się, by radzić, gdy jako jeden z głównych punktów na sesji zobaczyli temat „przedszkola”, też zapragnęli rozrywki, dziecięctwa właśnie, i zamiast grać w zielone (demodé!), zagrali w oskarżenia. Emocje wrzały, obojętne mury urzędu były świadkami niebywałego tu widowiska, ktoś zapewne klaskał, inny się śmiał, ktoś chciał skoczyć komuś do gardła, ale już mu nie wypadało, bo ten właśnie krzyczał „wina (moja)!”, więc wypadł z gry.
Jeśli to nie był festiwal, to co to mogło być?
PS 1. Oczywiście przepraszamy wszystkich ewentualnie urażonych miłośników golonki ;-) Wszelkie podobieństwo występujących w tym tekście osób i rzeczy do istniejących rzeczywiście jest zupełnie przypadkowe.
No bo spójrzmy choćby na takie słowo „festiwal”. Już zdążyliśmy się jako tako przyzwyczaić do rozmaitych festiwali smaku, festiwali wnętrz, festiwali przedmiotów rozmaitych (ot, choćby taki Festiwal Krzemienia Pasiastego, a co!) czy festiwali praw (zawsze równych!). Przełknęliśmy (nomen omen) jakoś festiwal pierogów, festiwal pizzy, festiwal wina i serów (to nawet z dużym smakiem) czy nawet festiwal golonki (choć nie jadamy). Już zdążyliśmy sobie przecież wytłumaczyć, że skoro etymologicznie słowo „festiwal” pochodzi od łacińskiego festivus, który to przymiotnik oznacza (Słownik łacińsko-polski PWN, Warszawa 1988, wyd. XVIII): „przyjemny, wesoły; miły, piękny; dowcipny; swobodny”, to nie będziemy odmawiać wesołości, piękna ani tym bardziej swobody ani pierogom, ani golonce. Wszak są tacy (znamy Was!), którzy o golonce wiersze pisać by mogli, gdyby tylko chcieli. Tymczasem nie chcą – nie mogą może, bo czar golonki ich usidlił (na festiwalu zwłaszcza, gdzie golonek jest wielość i rozmaitość niezmierna), a ściślej – usidlił ich golonki aromat i smak.
Wytłumaczyliśmy sobie zatem, zaczęliśmy się przyzwyczajać... Aż nagle – klops, nie golonka.
Przeczytaliśmy zdanie, które zachwiało naszym – nowym, więc i słabym jeszcze – przyzwyczajeniem. Zdanie zaczynało się tak: „W festiwalu wzajemnych oskarżeń i szukania winnych (...)” (więcej tutaj), a mowa była o lokalnych politykach i wrześniowej aferze z przedszkolami.
Hm, pomyśleliśmy, niełatwa sprawa. Bo jak tradycyjne znaczenie słowa „festiwal” („uroczystość złożona z szeregu imprez artystycznych, często połączona z konkursem” – Słownik języka polskiego PWN), jak przytoczoną wyżej łacińską etymologię tego wyrazu powiązać z czymś tak niepięknym, niemiłym i zwykle mało dowcipnym, jak oskarżenia, obwinianie, a nawet – mięsem rzucanie? Jak dopasować do przywołanego zdania definicję festiwalu, według której to wydarzenie „umożliwiające przybyłym z różnych stron uczestnikom nawiązanie kontaktów kulturalnych (albo niekiedy i politycznych)” (W. Kopaliński, Słownik wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych, Wiedza Powszechna 1994)?
A może, wpadliśmy na pomysł, dziennikarka w tak zawoalowany sposób dała czytelnikom do zrozumienia, że radni miejscy wymyślili nową grę pt. „Oskarż mnie, bardziej!”, którą testują w czasie obrad, zanim wynalazek ten ujrzy światło dzienne? Dostojni panowie (i nieliczne panie), którzy zebrali się, by radzić, gdy jako jeden z głównych punktów na sesji zobaczyli temat „przedszkola”, też zapragnęli rozrywki, dziecięctwa właśnie, i zamiast grać w zielone (demodé!), zagrali w oskarżenia. Emocje wrzały, obojętne mury urzędu były świadkami niebywałego tu widowiska, ktoś zapewne klaskał, inny się śmiał, ktoś chciał skoczyć komuś do gardła, ale już mu nie wypadało, bo ten właśnie krzyczał „wina (moja)!”, więc wypadł z gry.
Jeśli to nie był festiwal, to co to mogło być?
PS 1. Oczywiście przepraszamy wszystkich ewentualnie urażonych miłośników golonki ;-) Wszelkie podobieństwo występujących w tym tekście osób i rzeczy do istniejących rzeczywiście jest zupełnie przypadkowe.
niedziela, 18 września 2011
Premierka nie przejdzie! (na razie)
Forowicz, który przeczytał w „Newsweeku” artykuł pt. „Tusk przekazał premier Chorwacji projekt Traktatu Akcesyjnego” (tekst dostępny tutaj), pisze: „Dziesięć razy przeczytałem powyższe zdanie i nic. (...) Dopiero z dalszej części tekstu dowiedziałem się, że chodzi o niewiastę. Skoro ta niewiasta jest godna piastować takie odpowiedzialne stanowisko, to dlaczego nie można opisać jej stanowiska właściwym rodzajem gramatycznym? (...)” i proponuje tak zmienić wadliwy według niego tytuł: „Tusk przekazał premierowej Chorwacji projekt Traktatu Akcesyjnego”.
Otóż proponowana przez forowicza zmiana byłaby myląca. Przyrostek -owa (podobnie jak przyrostek -ina), dodawany do męskich nazw stanowisk, funkcji, zawodów itp. tradycyjnie tworzy nazwy odmężowskie. Zatem „premierowa” oznaczać będzie „żonę premiera”, tak jak np. słowo „prezydentowa” powszechnie będzie rozumiane jako „żona prezydenta”, „profesorowa” – „żona profesora”, „doktorowa” – „żona doktora”, „sędzina” (uwaga!) – „żona sędziego” itp.
Kiedyś już pisaliśmy o tym, że polszczyzna ma problem z żeńskimi nazwami stanowisk, funkcji, profesji itp. (więcej tutaj). Dążenie do feminizacji języka, coraz wyraźniejsze nie tylko w kręgach feministek, jest na pewno zjawiskiem pozytywnym i, jak mamy nadzieję, przyniesie trwałe zmiany, poszerzając zasób słownikowy języka polskiego. Pracując nad „ukobieceniem” polszczyzny, nie możemy jednak zapominać o tradycyjnym znaczeniu słów i przyrostków słowotwórczych. Nietrudno bowiem sobie wyobrazić, jak urażona mogłaby się poczuć niejedna pani profesor, pani sędzia, pani prezes czy pani premier, jeśli sprowadzilibyśmy ją do roli żony swojego męża, odbierając jej tym samym prawo do tytułu wieńczącego niejednokrotnie trudną ścieżkę kariery zawodowej.
Na razie polszczyzna (przynajmniej w swej ogólnej odmianie) nie akceptuje przyrostka -ka jako uniwersalnego przy tworzeniu nazw własnych. Zatem „premierka”, podobnie jak np. „prezydentka”, „prezeska” czy „profesorka” w ogólnopolskiej odmianie, w sytuacjach oficjalnych czy służbowych nie mają jeszcze racji bytu. Zostaje nam „pani premier”, „pani prezes”, „pani prezydent”, „pani profesor” etc. Na razie.
Otóż proponowana przez forowicza zmiana byłaby myląca. Przyrostek -owa (podobnie jak przyrostek -ina), dodawany do męskich nazw stanowisk, funkcji, zawodów itp. tradycyjnie tworzy nazwy odmężowskie. Zatem „premierowa” oznaczać będzie „żonę premiera”, tak jak np. słowo „prezydentowa” powszechnie będzie rozumiane jako „żona prezydenta”, „profesorowa” – „żona profesora”, „doktorowa” – „żona doktora”, „sędzina” (uwaga!) – „żona sędziego” itp.
Kiedyś już pisaliśmy o tym, że polszczyzna ma problem z żeńskimi nazwami stanowisk, funkcji, profesji itp. (więcej tutaj). Dążenie do feminizacji języka, coraz wyraźniejsze nie tylko w kręgach feministek, jest na pewno zjawiskiem pozytywnym i, jak mamy nadzieję, przyniesie trwałe zmiany, poszerzając zasób słownikowy języka polskiego. Pracując nad „ukobieceniem” polszczyzny, nie możemy jednak zapominać o tradycyjnym znaczeniu słów i przyrostków słowotwórczych. Nietrudno bowiem sobie wyobrazić, jak urażona mogłaby się poczuć niejedna pani profesor, pani sędzia, pani prezes czy pani premier, jeśli sprowadzilibyśmy ją do roli żony swojego męża, odbierając jej tym samym prawo do tytułu wieńczącego niejednokrotnie trudną ścieżkę kariery zawodowej.
Na razie polszczyzna (przynajmniej w swej ogólnej odmianie) nie akceptuje przyrostka -ka jako uniwersalnego przy tworzeniu nazw własnych. Zatem „premierka”, podobnie jak np. „prezydentka”, „prezeska” czy „profesorka” w ogólnopolskiej odmianie, w sytuacjach oficjalnych czy służbowych nie mają jeszcze racji bytu. Zostaje nam „pani premier”, „pani prezes”, „pani prezydent”, „pani profesor” etc. Na razie.
piątek, 16 września 2011
Przecinek zgubiony w biegu
Dziś biegać jest nie tylko zdrowo, ale i modnie – społeczny trend wykorzystują więc rozmaite firmy, instytucje (niekoniecznie z branży sportowej), a nawet politycy i urzędnicy, biegiem promujący np. miasta czy wydarzenia. Tak jest np. w przypadku cyklicznej (organizowana od 2009 roku) imprezy biegowej pt. „Biegnij Warszawo” – jeśli wierzyć jej organizatorom: największego tego typu biegu w Polsce (więcej tutaj).
Nie mamy nic przeciwko bieganiu, ale nie podoba nam się błąd w nazwie imprezy „Biegnij Warszawo”. Organizatorzy tej akcji, chyba w biegu właśnie, zapomnieli o przecinku, który powinien oddzielać wołacz od poprzedzającego go czasownika. W „Słowniku ortograficznym PWN” (więcej tutaj) czytamy przecież: „Wyrazy i wyrażenia niebędące częściami zdania (tzw. wyrazy poza zdaniem) zawsze wydzielamy przecinkami. Są nimi (...) [m.in.] wyrazy w wołaczu”. I to, dodajmy, niezależnie od szyku wyrazów w zdaniu (wołacz może zaczynać zdanie bądź je kończyć, może też zostać użyty w środku zdania – zawsze należy go oddzielić od reszty wyrazów, np.: „Biegnij, Warszawo”, „Warszawo, biegnij”, „Biegnij, Warszawo, byle szybko”). Owszem, zasada ta nie obowiązuje, jeśli po czasowniku użytym w trybie rozkazującym stoi wykrzyknik (wtedy byłoby np. „Biegnij! Warszawo!”) albo (przy zmianie szyku wyrazów) wykrzyknik postawiono po wyrazie użytym w wołaczu (np. „Panie Kaziu! Niech pan się zatrzyma!” – by uciec już od nazwy imprezy).
„Biegnij Warszawo” w tym roku odbywać się będzie po raz trzeci. Nazwa biegu utrwaliła się w społecznej świadomości do tego stopnia, że kwestia, czy jest błędna, czy nie, zaczyna budzić wątpliwości (polecamy odpowiedni post w portalu GoldenLine). A przecież zawiera błąd oczywisty, taki, do wykazania którego nie trzeba prowadzenia żmudnych studiów czy zamawiania opinii specjalistów. Dlatego, organizatorzy wydarzenia, lepiej zatrzymajcie się w biegu, zamiast narażać się na krytykę, choćby to miała być „tylko” krytyka językoznawcza.
Nie mamy nic przeciwko bieganiu, ale nie podoba nam się błąd w nazwie imprezy „Biegnij Warszawo”. Organizatorzy tej akcji, chyba w biegu właśnie, zapomnieli o przecinku, który powinien oddzielać wołacz od poprzedzającego go czasownika. W „Słowniku ortograficznym PWN” (więcej tutaj) czytamy przecież: „Wyrazy i wyrażenia niebędące częściami zdania (tzw. wyrazy poza zdaniem) zawsze wydzielamy przecinkami. Są nimi (...) [m.in.] wyrazy w wołaczu”. I to, dodajmy, niezależnie od szyku wyrazów w zdaniu (wołacz może zaczynać zdanie bądź je kończyć, może też zostać użyty w środku zdania – zawsze należy go oddzielić od reszty wyrazów, np.: „Biegnij, Warszawo”, „Warszawo, biegnij”, „Biegnij, Warszawo, byle szybko”). Owszem, zasada ta nie obowiązuje, jeśli po czasowniku użytym w trybie rozkazującym stoi wykrzyknik (wtedy byłoby np. „Biegnij! Warszawo!”) albo (przy zmianie szyku wyrazów) wykrzyknik postawiono po wyrazie użytym w wołaczu (np. „Panie Kaziu! Niech pan się zatrzyma!” – by uciec już od nazwy imprezy).
„Biegnij Warszawo” w tym roku odbywać się będzie po raz trzeci. Nazwa biegu utrwaliła się w społecznej świadomości do tego stopnia, że kwestia, czy jest błędna, czy nie, zaczyna budzić wątpliwości (polecamy odpowiedni post w portalu GoldenLine). A przecież zawiera błąd oczywisty, taki, do wykazania którego nie trzeba prowadzenia żmudnych studiów czy zamawiania opinii specjalistów. Dlatego, organizatorzy wydarzenia, lepiej zatrzymajcie się w biegu, zamiast narażać się na krytykę, choćby to miała być „tylko” krytyka językoznawcza.
wtorek, 26 lipca 2011
Nalewkowe a propos
Analizując kiedyś różnego rodzaju nazwy firm i zakładów usługowych, osobny wątek poświęciliśmy „Życzliwej aptece”, czyli jednemu z wielu ostatnio przykładów niepoprawnego nazewnictwa (o tym, dlaczego niepoprawnego, przeczytają Państwo tutaj). Teraz „Życzliwą aptekę” przypomniał nam wyciągnięty ze starego zeszytu przepis na... nalewkę malinową.
Otóż dawno, dawno temu, kiedy odkryto nie tylko walory smakowe, ale i zdrowotne nalewek (w języku staropolskim zwanych m.in. nastojkami), miejsce, w którym napoje te przechowywano i w którym spokojnie dojrzewały, by zyskać najlepszy aromat, smak i kolor, nazywano często apteczką przyjemną. Apteczka przyjemna, by takową pozostać nie tylko z nazwy, musiała być skrzętnie zamykana na klucz, żeby spragnieni trunków domownicy przedwcześnie nie zepsuli całej przyjemności delektowania się nastojkami i nie wypili ich przed czasem. W spiżarce pełnej nalewek przyjemności czerpać można było z samych obietnic składanych przez nazwy trunków – taka choćby żenicha, która miała sprawić, że gospodarz mający pannę na wydaniu znajdował wśród starających się o jej rękę tego odpowiedniego (czytaj: który godził się na zaproponowane mu warunki) i jedynego. Takie nazwy nastojek, jak malinówka, jeżynówka, orzechówka, śliwówka, tarninówka itp., przywoływały lato, słońce, smaki i aromaty ciepłych dni. Co dopiero, gdy butelkę otwarto i wspomnienia zamieniały się w smakowo-wonną realność!
Odbywające się dziś konkursy i turnieje nalewek napawają optymizmem. Tak jak nie zginęła sztuka przyrządzania nalewek, tak i zadziwia wciąż pomysłowość w nadawaniu tym trunkom pięknych nazw. No bo co powiedzą Państwo na Pieśń sosny czy Siedem sił? Prawda, że niejeden copywriter mógłby pozazdrościć?
Sezon nalewek w pełni. Dlatego zdecydowanie głosujemy na apteczkę przyjemną, a odwracamy się od apteki życzliwej. W tej pierwszej nazwie nic nam nie zgrzyta, tej drugiej daleko od piękna i prawdy słowa.
PS A jak Państwo nazywają malinówkę?
Otóż dawno, dawno temu, kiedy odkryto nie tylko walory smakowe, ale i zdrowotne nalewek (w języku staropolskim zwanych m.in. nastojkami), miejsce, w którym napoje te przechowywano i w którym spokojnie dojrzewały, by zyskać najlepszy aromat, smak i kolor, nazywano często apteczką przyjemną. Apteczka przyjemna, by takową pozostać nie tylko z nazwy, musiała być skrzętnie zamykana na klucz, żeby spragnieni trunków domownicy przedwcześnie nie zepsuli całej przyjemności delektowania się nastojkami i nie wypili ich przed czasem. W spiżarce pełnej nalewek przyjemności czerpać można było z samych obietnic składanych przez nazwy trunków – taka choćby żenicha, która miała sprawić, że gospodarz mający pannę na wydaniu znajdował wśród starających się o jej rękę tego odpowiedniego (czytaj: który godził się na zaproponowane mu warunki) i jedynego. Takie nazwy nastojek, jak malinówka, jeżynówka, orzechówka, śliwówka, tarninówka itp., przywoływały lato, słońce, smaki i aromaty ciepłych dni. Co dopiero, gdy butelkę otwarto i wspomnienia zamieniały się w smakowo-wonną realność!
Odbywające się dziś konkursy i turnieje nalewek napawają optymizmem. Tak jak nie zginęła sztuka przyrządzania nalewek, tak i zadziwia wciąż pomysłowość w nadawaniu tym trunkom pięknych nazw. No bo co powiedzą Państwo na Pieśń sosny czy Siedem sił? Prawda, że niejeden copywriter mógłby pozazdrościć?
Sezon nalewek w pełni. Dlatego zdecydowanie głosujemy na apteczkę przyjemną, a odwracamy się od apteki życzliwej. W tej pierwszej nazwie nic nam nie zgrzyta, tej drugiej daleko od piękna i prawdy słowa.
PS A jak Państwo nazywają malinówkę?
środa, 20 kwietnia 2011
Wella vel Well?
Nic na to nie poradzimy, że język polski (obok np. łaciny i języka... czeczeńskiego) to język fleksyjny, w którym oprócz koniugacji (odmiana czasowników) mamy rozbudowaną deklinację (odmiana przez przypadki i liczby, np. rzeczowników, przymiotników itd.). Skoro zatem chcemy mówić i pisać poprawnie (a chcieć powinniśmy, jeśli naszym celem jest porozumiewanie się bez zakłóceń), musimy odmieniać nie tylko słowa rodzime, ale i obce, te, które odmieniać się dają. „Dają się odmieniać” w tym przypadku oznacza, że można dla nich znaleźć wzorzec odmiany w polszczyźnie, czyli:
• nie są zakończone na sylaby akcentowane
• w mianowniku mają końcówkę zgodną z którymś typem odmiany polskiej.
Stąd nieodmienne pozostają np. takie słowa jak „tabu” czy „gnu”, ale już np. nazwę Tesco odmieniać powinniśmy (choć niektórych to na pewno bardzo zdziwi), wszak mamy polskie łóżko – łóżka, łóżku..., okno – okna, oknu..., jajko – jajka, jajku... itp. (niedowiarkom polecamy odpowiedni wątek w poradni językowej PWN). Mówmy (i piszmy) zatem Tesca, Tescu... – bardzo Państwa o to prosimy :-)
Jednak nie o Tescu będzie mowa w tym poście, a o Welli jako przykładzie szerzącej się ostatnio, także za sprawą reklam, tendencji do nieodmieniania nazw własnych rozmaitych międzynarodowych firm. W spotach reklamowych koncernu Wella można usłyszeć np. „szampon od Wella” czy „farby od Wella”, a na ulotkach czy innych materiałach reklamowych czytamy np. „Spersonalizowana Alchemia Włosów od Wella Professionals” (pomińmy już milczeniem wielkie litery) albo „Dzięki nowym kosmetykom od Wella można samodzielnie pielęgnować włosy”.
Jaki jest efekt takich – nomen omen – zabiegów? Ta oczywista kalka z angielskiego (from Wella) sprawia, że zaczynamy myśleć o firmie Wella jako o firmie Well, bo właśnie taka postać mianownika tworzyłaby w dopełniaczu formy z końcówką -a. Ta Wella staje się więc tym Wellem i tak oto następuje niezamierzony rebranding marki, że posłużymy się tutaj slangiem marketingowców. Niezamierzony, bo jak się domyślamy, nie to było intencją polskich PR-owców tworzących dla Welli materiały prasowe.
I jeszcze pointa tej historii, która z happy endem niewiele ma wspólnego. „Od Wella” nie dało nam spokoju, zaczęliśmy więc drążyć temat i szukać na stronie Welli kolejnych „łupów” (zachęcamy do poszukiwań – link tutaj). I cóż – nie musieliśmy się zbytnio wysilać, znaleźliśmy bowiem „Świat Wella”, „Filozofia Wella”, „Trendy Wella”... Wszystko zapisane wołami, a jakże, przekaz reklamowy musi wszak do odbiorcy dotrzeć...
Pozostaje tylko zaproponować nowy eufemizm znanego przekleństwa – od dziś mówić będziemy: „O wella!”, czego i Państwu ku rozrywce życzymy.
• nie są zakończone na sylaby akcentowane
• w mianowniku mają końcówkę zgodną z którymś typem odmiany polskiej.
Stąd nieodmienne pozostają np. takie słowa jak „tabu” czy „gnu”, ale już np. nazwę Tesco odmieniać powinniśmy (choć niektórych to na pewno bardzo zdziwi), wszak mamy polskie łóżko – łóżka, łóżku..., okno – okna, oknu..., jajko – jajka, jajku... itp. (niedowiarkom polecamy odpowiedni wątek w poradni językowej PWN). Mówmy (i piszmy) zatem Tesca, Tescu... – bardzo Państwa o to prosimy :-)
Jednak nie o Tescu będzie mowa w tym poście, a o Welli jako przykładzie szerzącej się ostatnio, także za sprawą reklam, tendencji do nieodmieniania nazw własnych rozmaitych międzynarodowych firm. W spotach reklamowych koncernu Wella można usłyszeć np. „szampon od Wella” czy „farby od Wella”, a na ulotkach czy innych materiałach reklamowych czytamy np. „Spersonalizowana Alchemia Włosów od Wella Professionals” (pomińmy już milczeniem wielkie litery) albo „Dzięki nowym kosmetykom od Wella można samodzielnie pielęgnować włosy”.
Jaki jest efekt takich – nomen omen – zabiegów? Ta oczywista kalka z angielskiego (from Wella) sprawia, że zaczynamy myśleć o firmie Wella jako o firmie Well, bo właśnie taka postać mianownika tworzyłaby w dopełniaczu formy z końcówką -a. Ta Wella staje się więc tym Wellem i tak oto następuje niezamierzony rebranding marki, że posłużymy się tutaj slangiem marketingowców. Niezamierzony, bo jak się domyślamy, nie to było intencją polskich PR-owców tworzących dla Welli materiały prasowe.
I jeszcze pointa tej historii, która z happy endem niewiele ma wspólnego. „Od Wella” nie dało nam spokoju, zaczęliśmy więc drążyć temat i szukać na stronie Welli kolejnych „łupów” (zachęcamy do poszukiwań – link tutaj). I cóż – nie musieliśmy się zbytnio wysilać, znaleźliśmy bowiem „Świat Wella”, „Filozofia Wella”, „Trendy Wella”... Wszystko zapisane wołami, a jakże, przekaz reklamowy musi wszak do odbiorcy dotrzeć...
Pozostaje tylko zaproponować nowy eufemizm znanego przekleństwa – od dziś mówić będziemy: „O wella!”, czego i Państwu ku rozrywce życzymy.
niedziela, 5 grudnia 2010
Makabra w sklepie z zabawkami
Okres mikołajkowo-świąteczny w pełni, zatem sklepy z zabawkami przyciągają tłumy. Tłumy te coraz częściej kierują swe kroki w stronę regałów z zabawkami edukacyjnymi, dydaktycznymi, a nawet - ostatnio - naukowymi. W dużych i małych sklepach zabawkowych można już bowiem kupić rozmaite zestawy, których celem jest wprowadzenie dziecka w świat fizyki, chemii, biologii, geometrii itp. Mamy zatem np. "Młodego paleontologa", "Hodowlę kryształów", "Elektronik start", "Laboratorium perfum", "Kopalnię minerałów" i wiele wiele innych.
Wśród nich znaleźć też można (np. w sieci sklepów SMYK) zestaw nazwany przez jego producenta "Pierwsza chemia". Wbrew pierwszym skojarzeniom nie jest to jednak zestaw z dziedziny medycznej (inna wersja takiego zestawu mogłaby wtedy zostać nazwana "Mały onkolog", na wzór "Małego doktora"), ale zabawka, która ma być dla dziecka pierwszą lekcją chemii, coś w rodzaju minilaboratorium - kilka probówek, pojemniczków, pipet itp. przedmiotów nieodzownych do wykonywania pierwszych eksperymentów.
A przecież można było wymyślić neutralną nazwę dla tej zabawki. "Małe laboratorium", "Pierwsza lekcja chemii", "Mały chemik"... Może wtedy nazwa tego naukowego zestawu nie zapadałaby tak w pamięć, ale może też - nie odstraszałaby w pierwszym odruchu sporej części klientów.
Wśród nich znaleźć też można (np. w sieci sklepów SMYK) zestaw nazwany przez jego producenta "Pierwsza chemia". Wbrew pierwszym skojarzeniom nie jest to jednak zestaw z dziedziny medycznej (inna wersja takiego zestawu mogłaby wtedy zostać nazwana "Mały onkolog", na wzór "Małego doktora"), ale zabawka, która ma być dla dziecka pierwszą lekcją chemii, coś w rodzaju minilaboratorium - kilka probówek, pojemniczków, pipet itp. przedmiotów nieodzownych do wykonywania pierwszych eksperymentów.
A przecież można było wymyślić neutralną nazwę dla tej zabawki. "Małe laboratorium", "Pierwsza lekcja chemii", "Mały chemik"... Może wtedy nazwa tego naukowego zestawu nie zapadałaby tak w pamięć, ale może też - nie odstraszałaby w pierwszym odruchu sporej części klientów.
niedziela, 3 października 2010
Naczelna, wydawnicza, prowadząca... - czyli o żeńskiej końcówce
Powiedzmy sobie od razu - nie jesteśmy zwolennikami słów w rodzaju: ministra, krytyczka, skoczkini czy myśliwa. Co więcej, mamy spore opory przed używaniem słów typu: socjolożka, psycholożka, filolożka. Powodem nie jest wcale antyfeministyczne nastawienie czy brak zrozumienia dla takich językowych zabiegów. Chodzi raczej o to, że uznajemy, że zwyczajów językowych nie można sztucznie zmieniać, język nie jest materią, która podda się tego typu systemowym działaniom, choćby nawet u ich podstaw leżały jak najbardziej słuszne intencje. Inna sprawa: większość proponowanych przez feministki żeńskich odpowiedników tradycyjnych nazw (więcej przykładów można znaleźć na stronie akcji "Trudne wyrazy" prowadzonej w 2005 roku przez Feminotekę) jest albo trudna do wymówienia (zob. np. adiunktka, architektka), albo powoduje wieloznaczność (zob. np. bokserka, kolarka, stolarka, profesorka), albo wreszcie brzmi cokolwiek niepoważnie (np. prezeska).
Są jednak takie męskie określenia stanowisk/zawodów, które nas rażą i których zmianę warto forsować. Chodzi tu o określenia w stylu: redaktor naczelny, dyrektor wydawniczy, główny księgowy, redaktor prowadzący (oraz ich na wpół kobiece odpowiedniki - zob. niżej). Geneza tego zjawiska jest prosta, przynajmniej w odniesieniu do nazw stanowisk menedżerskich. To, najprościej rzecz tłumacząc, nazwy funkcji, a nie osób, niezależne zatem od płci tych, którzy te stanowiska w danej chwili piastują. Główny księgowy, dyrektor wydawniczy - te słowa informują o roli odgrywanej w danej organizacji, ich nieodmienność pozwala uniknąć także takich sytuacji jak np. każdorazowe dostosowanie nazewnictwa na identyfikatorach (pieczątki, etykiety, wizytówki itp.) nowo mianowanych na takie stanowisko osób. Inna rzecz: zwyczajowo nazwy "dyrektorka" czy "księgowa" odczuwane są jako mniej prestiżowe, przynależne albo pracownikom szeregowym (księgowa), albo zarządzającym mało znaczącymi firmami/oddziałami.
Geneza genezą, a praktyka? Ta pokazuje, że mamy problem z nazywaniem kobiet, które obejmują męsko nazywane stanowiska, i różnie radzimy sobie z ukobiecaniem nazw. Przykłady: "Frykowska będzie redaktor naczelną" (portal Plotek), "Ewa Wanat, redaktor naczelna TOK FM, z nagrodą Człowiek mediów 2010" (TOK FM), "Agnieszka Kozak dyrektor wydawniczą "Zwierciadła" i "Sensu"" (Press) itp. Zatem nader częsta jest praktyka, w której trzon nazwy zostaje męski (dyrektor, redaktor), ale odmieniany jest towarzyszący mu przymiotnik.
Jak oceniać takie zabiegi? Choć uzus wskazuje, że niezgodność rodzajowa w tego typu nazwach zyskała już spore grono zwolenników, my zalecalibyśmy ostrożność w używaniu zestawień będących kompromisem (nieudanym, naszym zdaniem) między tradycyjną nomenklaturą a feministycznymi postulatami. Zwłaszcza gdy mowa jest o stanowiskach w rodzaju "redaktor prowadzący" - w wydawnictwach taką pracę wykonuje kilka osób, nie jest to zatem określenie funkcji menedżerskiej, ale nazwa szeregowego pracownika, który samodzielnie prowadzi projekty wydawnicze (zarządza nimi). Tu zestawienie "redaktorka prowadząca" nikomu nie odejmuje prestiżu, a jest zdecydowanie lepsze z punktu widzenia poprawności językowej.
I jeszcze a propos feminizmu: spotkaliśmy się z opinią, że feminizowanie nazw jest swego rodzaju manifestacją niezależności, samodzielności, aktywności zawodowej i wykształcenia osób ukobiecających język. Jeśli tak jest w rzeczywistości, to kompromisy językowe w rodzaju "redaktor naczelna" czy "dyrektor wydawnicza" świadczą o niezależności, samodzielności, aktywności zawodowej itp. na pół gwizdka? Warto się nad tym zastanowić...
Są jednak takie męskie określenia stanowisk/zawodów, które nas rażą i których zmianę warto forsować. Chodzi tu o określenia w stylu: redaktor naczelny, dyrektor wydawniczy, główny księgowy, redaktor prowadzący (oraz ich na wpół kobiece odpowiedniki - zob. niżej). Geneza tego zjawiska jest prosta, przynajmniej w odniesieniu do nazw stanowisk menedżerskich. To, najprościej rzecz tłumacząc, nazwy funkcji, a nie osób, niezależne zatem od płci tych, którzy te stanowiska w danej chwili piastują. Główny księgowy, dyrektor wydawniczy - te słowa informują o roli odgrywanej w danej organizacji, ich nieodmienność pozwala uniknąć także takich sytuacji jak np. każdorazowe dostosowanie nazewnictwa na identyfikatorach (pieczątki, etykiety, wizytówki itp.) nowo mianowanych na takie stanowisko osób. Inna rzecz: zwyczajowo nazwy "dyrektorka" czy "księgowa" odczuwane są jako mniej prestiżowe, przynależne albo pracownikom szeregowym (księgowa), albo zarządzającym mało znaczącymi firmami/oddziałami.
Geneza genezą, a praktyka? Ta pokazuje, że mamy problem z nazywaniem kobiet, które obejmują męsko nazywane stanowiska, i różnie radzimy sobie z ukobiecaniem nazw. Przykłady: "Frykowska będzie redaktor naczelną" (portal Plotek), "Ewa Wanat, redaktor naczelna TOK FM, z nagrodą Człowiek mediów 2010" (TOK FM), "Agnieszka Kozak dyrektor wydawniczą "Zwierciadła" i "Sensu"" (Press) itp. Zatem nader częsta jest praktyka, w której trzon nazwy zostaje męski (dyrektor, redaktor), ale odmieniany jest towarzyszący mu przymiotnik.
Jak oceniać takie zabiegi? Choć uzus wskazuje, że niezgodność rodzajowa w tego typu nazwach zyskała już spore grono zwolenników, my zalecalibyśmy ostrożność w używaniu zestawień będących kompromisem (nieudanym, naszym zdaniem) między tradycyjną nomenklaturą a feministycznymi postulatami. Zwłaszcza gdy mowa jest o stanowiskach w rodzaju "redaktor prowadzący" - w wydawnictwach taką pracę wykonuje kilka osób, nie jest to zatem określenie funkcji menedżerskiej, ale nazwa szeregowego pracownika, który samodzielnie prowadzi projekty wydawnicze (zarządza nimi). Tu zestawienie "redaktorka prowadząca" nikomu nie odejmuje prestiżu, a jest zdecydowanie lepsze z punktu widzenia poprawności językowej.
I jeszcze a propos feminizmu: spotkaliśmy się z opinią, że feminizowanie nazw jest swego rodzaju manifestacją niezależności, samodzielności, aktywności zawodowej i wykształcenia osób ukobiecających język. Jeśli tak jest w rzeczywistości, to kompromisy językowe w rodzaju "redaktor naczelna" czy "dyrektor wydawnicza" świadczą o niezależności, samodzielności, aktywności zawodowej itp. na pół gwizdka? Warto się nad tym zastanowić...
poniedziałek, 23 sierpnia 2010
Bez zgrzytu na nowej drodze życia
Podróże kształcą także dlatego, że przywieźć z nich można mnóstwo językowych „ciekawostek”. Pierwsze z brzegu: w Nowym Sączu z dumą reklamuje swoje usługi dom weselny... Zgrzyt, a kilka kilometrów dalej zobaczyć można wymyślną reklamę czegoś o nazwie biurOwiec (pisownia zgodna z oryginałem).
Jeśli autorzy tych reklam chcieli wykazać się dowcipem, to zaryzykowali, że takie poczucie humoru nie przemówi do ich potencjalnych klientów. I o ile wymyślna reklama czegoś o nazwie biurOwiec świadczy tylko o tym, że grafik, tworząc koncepcję tego szyldu, dał się ponieść formie, a pominął treść (tak zapisana nazwa w miejscowości położonej w górach każe się bowiem zastanawiać nad tym, kto w owym biurOwcu pracuje – niewinne owieczki czy raczej tępe barany?), o tyle nazwa Zgrzyt dla miejsca, w którym młode pary świętują swoje zaślubiny, to raczej odstraszająca wróżba na nową drogę życia. (Zwłaszcza gdy na poważnie weźmie się dane, które przedstawiają różne sondaże opinii publicznej, np. ten z 2008 roku, z instytutu badawczego TNS OBOP, dowodzący, że aż 55% Polaków kieruje się przesądami).
Swoją drogą nazwy domów weselnych to odrębny i bardzo ciekawy temat. Choć kiedyś zdawało nam się, że tylko właściciele domów pogrzebowych nie boją się narazić na śmieszność czy zniesmaczenie odbiorców i z upodobaniem dobierają dziwaczne nazwy dla swoich firm, dziś już wiemy, że nie mieliśmy racji. Oto kilka najciekawszych znalezisk (zainteresowanym polecamy też odpowiedni wątek w blogu Artura Andrusa).
Morfeusz (bo przecież najlepsza zabawa to ta w „kto szybciej zaśnie”, by nie powiedzieć „ulula się” – z nudów? z nadmiaru procentów?).
Pokusa (młoda para od początku swej wspólnej drogi musi się bowiem mierzyć z czyhającymi zewsząd niebezpieczeństwami i okazjami do zdrad).
Gorzelnia (nie ma to jak nazywać rzeczy po imieniu i kultywować sprawdzoną polską świecką tradycję – prawdziwe wesele jest wtedy, gdy po rosole [entrée] następuje „i jeszcze jeden, i jeszcze raz” [danie główne], a na deser są zawody w kto ostatni spadnie pod stół w stanie ostatecznego upojenia).
Nestor (bo najlepsza zabawa jest wtedy, gdy pan młody nie jest wcale młody, ale wręcz przeciwnie, a przede wszystkim nie brak mu koniecznego mężczyźnie doświadczenia).
Poker (na weselach w tym przybytku uciech goście weselni grają w karty, przy czym zabawa polega na tym, że tylko młoda para wygrywa, bo jak inaczej ma zdobyć środki na zapłacenie za przyjęcie, o środkach na nową drogę życia nie wspominając).
Krokodyl (kinomani mieliby kilka skojarzeń, ale czy byłyby to złe skojarzenia?).
Labirynt (życie wszak, zwłaszcza życie we dwoje, to nie tylko teatr, to przede wszystkim kręty labirynt).
Titanic (paro młoda, na końcu i tak pójdziesz na dno!).
Sabat (skoro dom weselny mieści się w Kieleckiem, na Łysą Górę jest niedaleko, niech goście domyślą się od razu, co zwieńczy zabawę, i najlepiej zabiorą ze sobą na przyjęcie miotły).
Aż strach brać ślub, o urządzaniu wesela nie wspominając!
Jeśli autorzy tych reklam chcieli wykazać się dowcipem, to zaryzykowali, że takie poczucie humoru nie przemówi do ich potencjalnych klientów. I o ile wymyślna reklama czegoś o nazwie biurOwiec świadczy tylko o tym, że grafik, tworząc koncepcję tego szyldu, dał się ponieść formie, a pominął treść (tak zapisana nazwa w miejscowości położonej w górach każe się bowiem zastanawiać nad tym, kto w owym biurOwcu pracuje – niewinne owieczki czy raczej tępe barany?), o tyle nazwa Zgrzyt dla miejsca, w którym młode pary świętują swoje zaślubiny, to raczej odstraszająca wróżba na nową drogę życia. (Zwłaszcza gdy na poważnie weźmie się dane, które przedstawiają różne sondaże opinii publicznej, np. ten z 2008 roku, z instytutu badawczego TNS OBOP, dowodzący, że aż 55% Polaków kieruje się przesądami).
Swoją drogą nazwy domów weselnych to odrębny i bardzo ciekawy temat. Choć kiedyś zdawało nam się, że tylko właściciele domów pogrzebowych nie boją się narazić na śmieszność czy zniesmaczenie odbiorców i z upodobaniem dobierają dziwaczne nazwy dla swoich firm, dziś już wiemy, że nie mieliśmy racji. Oto kilka najciekawszych znalezisk (zainteresowanym polecamy też odpowiedni wątek w blogu Artura Andrusa).
Morfeusz (bo przecież najlepsza zabawa to ta w „kto szybciej zaśnie”, by nie powiedzieć „ulula się” – z nudów? z nadmiaru procentów?).
Pokusa (młoda para od początku swej wspólnej drogi musi się bowiem mierzyć z czyhającymi zewsząd niebezpieczeństwami i okazjami do zdrad).
Gorzelnia (nie ma to jak nazywać rzeczy po imieniu i kultywować sprawdzoną polską świecką tradycję – prawdziwe wesele jest wtedy, gdy po rosole [entrée] następuje „i jeszcze jeden, i jeszcze raz” [danie główne], a na deser są zawody w kto ostatni spadnie pod stół w stanie ostatecznego upojenia).
Nestor (bo najlepsza zabawa jest wtedy, gdy pan młody nie jest wcale młody, ale wręcz przeciwnie, a przede wszystkim nie brak mu koniecznego mężczyźnie doświadczenia).
Poker (na weselach w tym przybytku uciech goście weselni grają w karty, przy czym zabawa polega na tym, że tylko młoda para wygrywa, bo jak inaczej ma zdobyć środki na zapłacenie za przyjęcie, o środkach na nową drogę życia nie wspominając).
Krokodyl (kinomani mieliby kilka skojarzeń, ale czy byłyby to złe skojarzenia?).
Labirynt (życie wszak, zwłaszcza życie we dwoje, to nie tylko teatr, to przede wszystkim kręty labirynt).
Titanic (paro młoda, na końcu i tak pójdziesz na dno!).
Sabat (skoro dom weselny mieści się w Kieleckiem, na Łysą Górę jest niedaleko, niech goście domyślą się od razu, co zwieńczy zabawę, i najlepiej zabiorą ze sobą na przyjęcie miotły).
Aż strach brać ślub, o urządzaniu wesela nie wspominając!
sobota, 26 czerwca 2010
Opony są przeciw!
To, że wymyślić nazwę dla swojej firmy nie jest łatwo, wie każdy, kto kiedykolwiek podjął taką próbę. Nazwa powinna być przecież niebanalna, atrakcyjna, uniwersalna, musi być też streszczeniem tego, czym dana firma się zajmuje, lub tego, czym jej właściciele chcą przyciągać klientów. Dobra nazwa to często zwiastun sukcesu przedsiębiorcy.
Nazwy firm aż nazbyt często pokazują, że skłonni jesteśmy ulegać np. zgubnej modzie. Końcówki takie jak -mex czy -ex wcale nie odeszły do lamusa, choć dziś (na szczęście) jest ich coraz mniej. Wymieńmy tu choćby DACH-MEX (dachy wprost z Meksyku?), EXDRÓB (to oczywiste: firma oferuje coś, co kiedyś było drobiem), DROBEX (dla firmy specjalizującej się w handlu kurami mamy zatem gotowca: KUREX – prawda, że ładne?), DRUTEX (ulepszona wersja ZŁOMEKSU), a nawet JAŚ-MEX (rodzinnie, ciepło, a jednocześnie internacjonalnie, czyli trzy w jednym), PIÓREX (producent kołder, który zapewni wam sen lekki jak piórko) czy SAŁEX (zastanawia nas tylko, jaki związek ta nazwa ma z ukraińskim sałem, czyli słoniną). Modne są też nazwy obce, zwłaszcza angielskie. Taka F.H. OUTLETKA to sklep z tanią odzieżą, którego właścicielowi przede wszystkim nieobce jest poczucie humoru; QUP to z kolei sklep internetowy nazwą nadrabiający brak nachalnego subiekta („no KUP! na co czekasz?”); ROYAL DENT – klinika stomatologiczna, która obiecuje nam iście królewskie uzębienie (ucząc się z historii, trudno byłoby nam jednak orzec, czy nie jest to przypadkiem antyreklama); ALLDENTE to pracownia protetyczna (!) chyba tylko dla makaroniarzy (w Polsce taniej – tak, tak, czytaliśmy w prasie, my też zatem co nieco wiemy o turystyce dentystycznej); HAPPY DENT – znów pracownia protetyczna, ale w niej sprawią, że gęba nam się będzie śmiała (wszystkim bez wyjątku), z głębi szczęścia naszego nowego garnituru zębów, oczywiście. Sporo nazw jest podszytych efekciarstwem. Pozostając w klimatach stomatologicznych, weźmy np. taki ART-DENT – ta nazwa jasno wskazuje, że świadczący usługi protetyczne zbliżają się do sztuki wysokiej.
Osobny problem to nazwy, które naruszają normy językowe.
Bo jak inaczej ocenić miano OPONENT nadane... firmie zajmującej się wulkanizacją? Na tej samej zasadzie producenta papy należałoby nazwać PAPARAZZO, a PRYMITYW mógłby być mianem dumnego właściciela firmy wiodącej prym na rynku.
Z kolei autor nazwy ŻYCZLIWA APTEKA zapomniał chyba, że przymiotnik „życzliwy” może być tylko określeniem ludzi lub ich działań – zgodnie ze słownikową definicją życzliwy jest ktoś przychylny innym, przyjacielsko do nich nastawiony. Życzliwe zaś może być coś, co jest wyrazem owej przyjaźni, przychylności (dziś powiedzielibyśmy raczej: empatii). Życzliwy może być więc aptekarz, każde inne skojarzenie życzliwości z apteką przyniesie natomiast niezamierzony komizm językowy. Podobnie jest z hasłami typu „Sympatyczne kursy językowe” czy „Młoda marka”, ale to już temat na inny tekst...
Nazwy firm aż nazbyt często pokazują, że skłonni jesteśmy ulegać np. zgubnej modzie. Końcówki takie jak -mex czy -ex wcale nie odeszły do lamusa, choć dziś (na szczęście) jest ich coraz mniej. Wymieńmy tu choćby DACH-MEX (dachy wprost z Meksyku?), EXDRÓB (to oczywiste: firma oferuje coś, co kiedyś było drobiem), DROBEX (dla firmy specjalizującej się w handlu kurami mamy zatem gotowca: KUREX – prawda, że ładne?), DRUTEX (ulepszona wersja ZŁOMEKSU), a nawet JAŚ-MEX (rodzinnie, ciepło, a jednocześnie internacjonalnie, czyli trzy w jednym), PIÓREX (producent kołder, który zapewni wam sen lekki jak piórko) czy SAŁEX (zastanawia nas tylko, jaki związek ta nazwa ma z ukraińskim sałem, czyli słoniną). Modne są też nazwy obce, zwłaszcza angielskie. Taka F.H. OUTLETKA to sklep z tanią odzieżą, którego właścicielowi przede wszystkim nieobce jest poczucie humoru; QUP to z kolei sklep internetowy nazwą nadrabiający brak nachalnego subiekta („no KUP! na co czekasz?”); ROYAL DENT – klinika stomatologiczna, która obiecuje nam iście królewskie uzębienie (ucząc się z historii, trudno byłoby nam jednak orzec, czy nie jest to przypadkiem antyreklama); ALLDENTE to pracownia protetyczna (!) chyba tylko dla makaroniarzy (w Polsce taniej – tak, tak, czytaliśmy w prasie, my też zatem co nieco wiemy o turystyce dentystycznej); HAPPY DENT – znów pracownia protetyczna, ale w niej sprawią, że gęba nam się będzie śmiała (wszystkim bez wyjątku), z głębi szczęścia naszego nowego garnituru zębów, oczywiście. Sporo nazw jest podszytych efekciarstwem. Pozostając w klimatach stomatologicznych, weźmy np. taki ART-DENT – ta nazwa jasno wskazuje, że świadczący usługi protetyczne zbliżają się do sztuki wysokiej.
Osobny problem to nazwy, które naruszają normy językowe.
Bo jak inaczej ocenić miano OPONENT nadane... firmie zajmującej się wulkanizacją? Na tej samej zasadzie producenta papy należałoby nazwać PAPARAZZO, a PRYMITYW mógłby być mianem dumnego właściciela firmy wiodącej prym na rynku.
Z kolei autor nazwy ŻYCZLIWA APTEKA zapomniał chyba, że przymiotnik „życzliwy” może być tylko określeniem ludzi lub ich działań – zgodnie ze słownikową definicją życzliwy jest ktoś przychylny innym, przyjacielsko do nich nastawiony. Życzliwe zaś może być coś, co jest wyrazem owej przyjaźni, przychylności (dziś powiedzielibyśmy raczej: empatii). Życzliwy może być więc aptekarz, każde inne skojarzenie życzliwości z apteką przyniesie natomiast niezamierzony komizm językowy. Podobnie jest z hasłami typu „Sympatyczne kursy językowe” czy „Młoda marka”, ale to już temat na inny tekst...
Subskrybuj:
Posty (Atom)
