Koleżanka, która pracuje jako nauczycielka w jednej z warszawskich szkół podstawowych, zdradziła mi ostatnio: „Wiesz, nie mam już siły dyskutować z uczniami i ich rodzicami o tym, że słowo Murzyn jest jak najbardziej poprawne, niedyskryminujące, nieobraźliwe itd. To po prostu neutralne określenie, błędnie dyskwalifikowane w imię źle pojętej poprawności politycznej”. Zdziwiłam się, bo wydawało mi się, że tego typu dyskusje, wywołane kilka lat temu przez fundację Afryka (polecam bardzo dobry artykuł na ten temat z dziennika „Rzeczpospolita” – tutaj) zupełnie już przycichły, a sprawa Murzyna zniknęła równie gwałtownie, jak wybuchła. Jak się okazuje, racji nie miałam, a słowo Murzyn nadal budzi emocje, choć może już nie publicznie jak jeszcze niedawno: temat niegdyś polityczny stał się teraz problemem „ulicznym”, rozstrzyganym w mowie potocznej i nie przez dziennikarzy, profesorów czy językoznawców (w tym kontekście polecam lekturę reportażu z „Dużego Formatu" – tutaj), ale przez zwykłych użytkowników języka.
Nie zamierzam tu powielać tez stawianych przez różnych autorów – zainteresowanych odsyłam do wyżej przywołanych tekstów z „Rzeczpospolitej” i „Dużego Formatu”, a także do takich, ciekawych moim zdaniem, felietonów, jak ten z portalu Oblicza Kultury (tutaj) czy z gazety „Gość Niedzielny” (tutaj) albo post z bloga Eksploatyka (tutaj). Postanowiłam tylko uporządkować kwestie językowe – wypunktowuję je poniżej.
1. Etymologia. W Słowniku etymologicznym języka polskiego autorstwa Aleksandra Brücknera znajdziemy następujące wyjaśnienie etymologii słowa Murzyn: pochodzi ono od murzyć się, czyli czernić, autor przywołuje w tym kontekście niemiecki (Mohr) i łaciński (Maurus) źródłosłów, dodając także greckie Maurowlachia – słowo, które dosłownie należałoby przetłumaczyć jako „ciemni, czarni Włosi”. Zatem słowo Murzyn w świetle tej etymologii to to samo, co Czarny (zob. niżej).
2. Ortografia. Trzeba pamiętać, że słowo Murzyn ma w polszczyźnie dwojaką pisownię – sposób zapisu odzwierciedla znaczenie tego określenia. Jeśli zapiszemy Murzyn wielką literą, wskazujemy, że chodzi o neutralną nazwę rasy, natomiast już napisanie murzyn odsyła do negatywnego skojarzenia – jest wtedy pogardliwym wskazaniem na człowieka wykonującego za innych niewdzięczną robotę lub wykorzystywanego (jak niewolnik) przez innych. To zresztą nie jedyne tak rozróżniane w pisowni słowo w polszczyźnie – podobnie jest np. ze słowem Cygan/cygan czy Żyd/żyd (w tym ostatnim przypadku rozróżnienie dotyczy jednak narodowości – wielka litera – lub wyznawanej wiary – mała litera). W mowie na neutralne bądź pejoratywne zabarwienie słowa Murzyn (tudzież innych) wskazywać może wyłącznie kontekst i ton wypowiedzi.
3. Frazeologia. Istnieje w polszczyźnie powiedzenie, które ma wybitnie negatywne konotacje: „Murzyn zrobił swoje, Murzyn może odejść”. Miłośnikom serialu Alternatywy 4 od razu skojarzy się zapewne odcinek 5 z Abrahamem Lincolnem (postać grana przez Ryszarda Raduszewskiego; w innym z odcinków nazwana Negatywem – tutaj) przekopującym w ramach czynu społecznego osiedlowy trawnik. To zdanie, przywoływane także w politycznej dyskusji na temat słowa Murzyn, stanowi najmocniejszy argument przeciwników Murzyna w polszczyźnie – według oponujących przeciw Murzynowi pogarda pobrzmiewająca w tym powiedzeniu rzutuje na inne użycia wyrazu Murzyn, tym samym sprawiając, że omawiane słowo przestało być neutralne. I o ile trudno się nie zgodzić, że frazeologizm „Murzyn zrobił swoje...” jest rasistowski, o tyle już rozszerzanie znaczenia tego frazeologizmu na każde inne użycie słowa Murzyn wydaje się za daleko idącym wnioskiem.
4. Tendencje rozwojowe języka. W Poradni językowej PWN (tutaj) znaleźć można wypowiedź językoznawcy prof. Marka Łazińskiego wskazującą na dostosowywanie się polszczyzny do innych języków i – w omawianym kontekście – ustępowanie słowa Murzyn słowu Czarny. Czy jednak taki zabieg na języku ma sens? W świetle przywołanej wyżej etymologii, a także wobec negatywnych przecież skojarzeń ze słowem czarnuch czy wyrażeniem robota na czarno, należałoby na to pytanie odpowiedzieć przecząco.
Tyle kwestii językowych. Co zatem zrobić z Murzynem? Pod przywołanym wyżej postem z bloga Eksploatyka znalazłam taki komentarz: „Poprawność językowa to jest taka sama choroba jak lekceważenie i atakowanie ludzi. Zapomina się wtedy od głębszym sensie”. Zgoda, ale pod jednym warunkiem: jako jednostkę chorobową należałoby też zakwalifikować poprawność polityczną. Jej zwolennicy często bowiem zapominają o sensie słów wywodzonym przecież z ich etymologii, historii w polszczyźnie, a przede wszystkim z kontekstów, w jakich te słowa funkcjonują. I jako że konteksty bywają różne, nie da się do słów takich jak Murzyn stosować zawsze jednakowej miary. To do nas, użytkowników języka, należy decyzja, które określenie wybrać w danej sytuacji – musimy przy tym brać pod uwagę tradycję językową (a zgodnie z nią, powtórzmy, wyraz Murzyn jest neutralny), ale i dobro naszych rozmówców (jeśli ci są przedstawicielami rasy czarnej i odbierają jako negatywne nazywanie ich Murzynami). I nawet jeśli w danym kontekście słusznie będziemy starać się unikać danego określenia, nie chciejmy unikać go w ogóle, by w efekcie nie uczynić z niego właśnie wyrazu pogardliwego czy pejoratywnego na stałe.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą znaczenie słów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą znaczenie słów. Pokaż wszystkie posty
sobota, 14 lutego 2015
środa, 14 stycznia 2015
Śledztwo jak się patrzy
Zabawiłam się wczoraj w detektywa – przedmiotem poszukiwań było słówko patrzeć (przy czym nie chodziło wcale o oboczność form „patrzeć/patrzyć"), a impulsem do wertowania słowników i zasobów internetu było pozornie proste pytanie mojego kolegi: „Jak się powinno mówić – patrzeć czy patrzeć się?”. I ponieważ odpowiedź, której szybko udzieliłam („Oczywiście patrzeć. Bo patrzeć się to błąd”), wydała mi się zbyt intuicyjna, postanowiłam zbadać problem głębiej, zupełnie nie spodziewając się, że będzie to śledztwo tak trudne, a jego rezultat okaże się wcale niejednoznaczny.
Pierwszy trop poprowadził mnie ku stwierdzeniu, że „patrzeć się” to regionalizm. Potwierdzają to niektóre słowniki (np. Współczesny słownik języka polskiego pod red. B. Dunaja, Warszawa 1996; Praktyczny słownik współczesnej polszczyzny pod red. H. Zgółkowej, Poznań 2000) czy poradniki językowe (choćby J. Bralczyk, Mówi się, Warszawa 2008, s. 209), nie notując wszak, z którego obszaru Polski miałby ów regionalizm pochodzić. Jedyne miarodajne źródło, tym razem internetowe (chodzi o Słownik gwary miejskiej Poznania opracowywany przy udziale poznańskiej redakcji WN PWN – zob. tutaj), wskazuje, że zwrotna forma czasownika patrzeć pochodzi z terenów Wielkopolski.
I to mnie zaniepokoiło. Kolega wszak pochodzi z Krakowa, pytanie zainspirowały jego rozmowy prowadzone z krakusami (i jego spory na omawiany temat z krakowianami właśnie), skąd więc ten Poznań i ta Wielkopolska?
Drugim wątkiem śledztwa stało się zatem zakwalifikowanie formy patrzeć się jako dopuszczalnej jedynie w języku potocznym. Takie, liberalne jak mi się początkowo zdawało, podejście też znajduje potwierdzenie w słownikach, chociażby w internetowym Słowniku języka polskiego WN PWN (zob. tutaj). Pomyślałam: skoro jest frazeologizm „jak się patrzy” – całkiem poprawny i oznaczający tyle co „świetny, doskonały; świetnie, należycie” – to może użytkownicy języka błędnie interpretują formę patrzeć się jako jedynie poprawną i stosują ją zawsze, nie zważając na to, że jest dopuszczalna tylko w wyżej wymienionym zwrocie. By się utwierdzić w tym przekonaniu, sięgnęłam do starszych słowników, a przede wszystkim do etymologii czasownika patrzeć, by wytropić pochodzenie zwrotu „jak się patrzy”.
I tu znów coś odkryłam. Coś, co jeszcze bardziej mnie zdumiało.
W Słowniku etymologicznym języka polskiego Aleksandra Brücknera trafiłam bowiem na informację, że istnieje poprawna (choć dziś już mocno przestarzała) konstrukcja patrzy mi się oznaczająca tyle co „należy mi się”. Konstrukcję tę w językach słowiańskich można znaleźć tylko w polskim i czeskim, od niej wywodzi się właśnie zwrot „jak się patrzy”. Potwierdzenia tej tezy dostarczają starsze (i całkiem stare) wydania słowników języka polskiego. Dostarczają też jednak jeszcze innych informacji.
Trzeci trop w badaniach prowadzi bowiem ku stwierdzeniu, że forma patrzeć się jest... całkowicie poprawna, choć – powiedzmy to od razu – nie neutralna. Mówi o tym już pierwszy słownik języka polskiego, ten autorstwa Samuela Lindego, gdzie znajdziemy formę patrzyć się na coś i jej następującą definicję: „przypatrywać się, oczy wlepione mieć w kogo” (Słownik języka polskiego, S.B. Linde, t. II, cz. 2, Warszawa 1811). Inne słowniki polszczyzny (np. pod redakcją J. Karłowicza, A. Kryńskiego i W. Niedźwiedzkiego z 1908 r. czy pod redakcją W. Doroszewskiego z 1964 r.) notują nawet takie cytaty z literatury, jak zdania napisane przez Stanisława Staszica („Patrzy się na niego długo, podnosi oczy ku niebu i odchodzi”) czy Stefana Żeromskiego („Rozłożysty, nad lasy wyniesiony wierzchołek patrzy się z władczego cypliska w szerokie niziny”). Formę patrzeć się należałoby zatem definiować jako „patrzeć bardziej”, a występujący w niej zaimek „się” to nie tyle sygnał, że czasownik „patrzeć" jest zwrotny, ile wzmocnienie treści.
Jaka jest konkluzja?
Mówmy patrzeć, kiedy chodzi nam o wyrażenie zwyczajnej czynności („Na co tak patrzysz?”, „Popatrz – ładnie mi w tej sukience?”, „Janek patrzy na Gosię”, „Nie widzę, choć patrzę i patrzę”) – w ten sposób nikt nie zakwalifikuje naszej wypowiedzi jako mniej starannej (bo potocznej, dawnej czy regionalnej) ani jako zbyt ekspresywnej. Nie wzbraniajmy się jednak przed formą patrzeć się, ale pamiętajmy, by używać jej tylko wtedy, gdy chcemy wyraźnie zaznaczyć, że chodzi o patrzenie intensywne, o wgapianie się lub patrzenie, które ma ustalić wyraźną hierarchię (takie, w którym podmiot wyraźnie dominuje nad obserwowanym obiektem).
Pierwszy trop poprowadził mnie ku stwierdzeniu, że „patrzeć się” to regionalizm. Potwierdzają to niektóre słowniki (np. Współczesny słownik języka polskiego pod red. B. Dunaja, Warszawa 1996; Praktyczny słownik współczesnej polszczyzny pod red. H. Zgółkowej, Poznań 2000) czy poradniki językowe (choćby J. Bralczyk, Mówi się, Warszawa 2008, s. 209), nie notując wszak, z którego obszaru Polski miałby ów regionalizm pochodzić. Jedyne miarodajne źródło, tym razem internetowe (chodzi o Słownik gwary miejskiej Poznania opracowywany przy udziale poznańskiej redakcji WN PWN – zob. tutaj), wskazuje, że zwrotna forma czasownika patrzeć pochodzi z terenów Wielkopolski.
I to mnie zaniepokoiło. Kolega wszak pochodzi z Krakowa, pytanie zainspirowały jego rozmowy prowadzone z krakusami (i jego spory na omawiany temat z krakowianami właśnie), skąd więc ten Poznań i ta Wielkopolska?
Drugim wątkiem śledztwa stało się zatem zakwalifikowanie formy patrzeć się jako dopuszczalnej jedynie w języku potocznym. Takie, liberalne jak mi się początkowo zdawało, podejście też znajduje potwierdzenie w słownikach, chociażby w internetowym Słowniku języka polskiego WN PWN (zob. tutaj). Pomyślałam: skoro jest frazeologizm „jak się patrzy” – całkiem poprawny i oznaczający tyle co „świetny, doskonały; świetnie, należycie” – to może użytkownicy języka błędnie interpretują formę patrzeć się jako jedynie poprawną i stosują ją zawsze, nie zważając na to, że jest dopuszczalna tylko w wyżej wymienionym zwrocie. By się utwierdzić w tym przekonaniu, sięgnęłam do starszych słowników, a przede wszystkim do etymologii czasownika patrzeć, by wytropić pochodzenie zwrotu „jak się patrzy”.
I tu znów coś odkryłam. Coś, co jeszcze bardziej mnie zdumiało.
W Słowniku etymologicznym języka polskiego Aleksandra Brücknera trafiłam bowiem na informację, że istnieje poprawna (choć dziś już mocno przestarzała) konstrukcja patrzy mi się oznaczająca tyle co „należy mi się”. Konstrukcję tę w językach słowiańskich można znaleźć tylko w polskim i czeskim, od niej wywodzi się właśnie zwrot „jak się patrzy”. Potwierdzenia tej tezy dostarczają starsze (i całkiem stare) wydania słowników języka polskiego. Dostarczają też jednak jeszcze innych informacji.
Trzeci trop w badaniach prowadzi bowiem ku stwierdzeniu, że forma patrzeć się jest... całkowicie poprawna, choć – powiedzmy to od razu – nie neutralna. Mówi o tym już pierwszy słownik języka polskiego, ten autorstwa Samuela Lindego, gdzie znajdziemy formę patrzyć się na coś i jej następującą definicję: „przypatrywać się, oczy wlepione mieć w kogo” (Słownik języka polskiego, S.B. Linde, t. II, cz. 2, Warszawa 1811). Inne słowniki polszczyzny (np. pod redakcją J. Karłowicza, A. Kryńskiego i W. Niedźwiedzkiego z 1908 r. czy pod redakcją W. Doroszewskiego z 1964 r.) notują nawet takie cytaty z literatury, jak zdania napisane przez Stanisława Staszica („Patrzy się na niego długo, podnosi oczy ku niebu i odchodzi”) czy Stefana Żeromskiego („Rozłożysty, nad lasy wyniesiony wierzchołek patrzy się z władczego cypliska w szerokie niziny”). Formę patrzeć się należałoby zatem definiować jako „patrzeć bardziej”, a występujący w niej zaimek „się” to nie tyle sygnał, że czasownik „patrzeć" jest zwrotny, ile wzmocnienie treści.
Jaka jest konkluzja?
Mówmy patrzeć, kiedy chodzi nam o wyrażenie zwyczajnej czynności („Na co tak patrzysz?”, „Popatrz – ładnie mi w tej sukience?”, „Janek patrzy na Gosię”, „Nie widzę, choć patrzę i patrzę”) – w ten sposób nikt nie zakwalifikuje naszej wypowiedzi jako mniej starannej (bo potocznej, dawnej czy regionalnej) ani jako zbyt ekspresywnej. Nie wzbraniajmy się jednak przed formą patrzeć się, ale pamiętajmy, by używać jej tylko wtedy, gdy chcemy wyraźnie zaznaczyć, że chodzi o patrzenie intensywne, o wgapianie się lub patrzenie, które ma ustalić wyraźną hierarchię (takie, w którym podmiot wyraźnie dominuje nad obserwowanym obiektem).
poniedziałek, 3 listopada 2014
Co zgrzyta w modowym?
Zanim zabrałam się do pisania tego posta, wcieliłam się w rolę „zwykłego” użytkownika języka, który próbując rozstrzygnąć jakąś poprawnościową kwestię, szuka odpowiedzi w internecie. To doświadczenie okazało się bardzo pouczające, a wniosek płynący z poszukiwań można sformułować tak: co autor językowej ekspertyzy, to inna opinia. Dla internauty drążącego tematy poprawnościowe taka konkluzja jest mało satysfakcjonująca, ale – co warto od razu powiedzieć – przypadek słowa „modowy” nie jest odosobniony, często bowiem bywa tak, że poloniści spierają się o poprawność różnych nowych językowych konstrukcji, ujawniając przy tym większą bądź mniejszą tolerancyjność wobec inwencji użytkowników polszczyzny.
Wróćmy jednak do tematu tego artykułu – czy przymiotnik „modowy” jest poprawny? Z punktu widzenia słowotwórstwa nie ma w nim nic błędnego – został utworzony zgodnie z językowymi regułami od rzeczownika „moda”, a fakt, że od zawsze istniał przymiotnik „modny”, niczego w tej opinii zmienić nie może. „Modny” i „modowy” opisują bowiem dwa zupełnie różne pojęcia. „Modny” to to samo, co francuskie á la mode, czyli: zgodny z modą, naśladujący aktualne trendy (np. modny mężczyzna) czy odzwierciedlający obowiązujące w danym sezonie reguły stylu (np. modny płaszcz). „Modowy” to natomiast ogólnie związany z modą (jak w nazwie działu pewnej witryny internetowej: „Modowy misz masz”, czyli wszystko, co dzieje się w świecie mody: pokazów mody, projektantów, modelek, stylistów itp.), choć często także w takim znaczeniu z modą się wiążący, że jest właśnie na przekór modzie czy wbrew dobremu gustowi, jak np. w wyrażeniu „wpadka modowa”. Co więcej – wydaje się, że pierwowzorem dla przymiotnika „modowy” stały się słowa w pewnym sensie znaczeniowo mu bliskie, np. „stylowy” czy „ubraniowy”.
„Modowy” budzi jednak wątpliwości stylistyczne. Językoznawcy narzekają, że zgrzyta (np. tutaj) lub że niepotrzebnie zastępuje konstrukcje bardziej opisowe (np. tutaj), precyzyjniej oddające rzeczywistość. Niektórzy (np. tutaj) wręcz boją się dalszej inwencji użytkowników polszczyzny i wysypu językowych potworków w rodzaju czasownika „modować” czy rzeczownika „modowanie” (co miałyby jednak one znaczyć, trudno się domyślić, a i autor przywoływanego artykułu tego nie tłumaczy). Zapewne znalazłyby się też głosy broniące różnorodności językowej i pełne obaw o to, że polszczyzna stanie się niebawem językiem jednostajnym brzmieniowo, w którym wszystko się ze sobą zrymuje i przez to zleje w jeden niezrozumiały strumień dźwięków.
Moim zdaniem jednak te opinie należałoby potraktować ostrożnie (oględnie rzecz ujmując), za „modowym” przemawia bowiem całkiem sporo argumentów. Oto ich zestaw:
1. Przywołany już wyżej argument słowotwórczy – „modowy” jest jak najbardziej poprawnym słowotwórczo wyrazem.
2. Argument ekonomiczny – przymiotnik „modowy” jest krótszy niż wyrażenia „o modzie/dotyczący mody”.
3. Argument semantyczny, także już wstępnie pokrótce omówiony – wyraz „modowy” jest wygodny, bo nadaje się do określania różnych zjawisk związanych z modą (zatem nie tylko do opisu tego, co dzieje się w modzie, ale i tego, co jest jej na przekór, co jest demodée lub po prostu w złym guście), a jednocześnie nie wchodzi w paradę (nie pokrywa się z nim znaczeniowo, zatem jego utworzenie jest wyrazem dążenia do precyzji w języku) innemu przymiotnikowi wywodzącemu się od rzeczownika „moda”, czyli „modnemu”. I jeszcze jedna uwaga: przymiotnik „modowy” jest w polszczyźnie tworem zupełnie nowym, nie zaś neosemantyzmem (czyli nie jest starym wyrazem, który zmienił bądź poszerzył swoje znaczenie). Jego pojawienie się nie rodzi dwuznaczności (jak np. w przypadku wyrazu „kawowy”: od dawna mamy np. tort kawowy, czyli taki, w którym jednym ze składników jest kawa, ale od niedawna także słyszymy o przerwie kawowej, czyli przerwie na kawę/herbatę/ciastka itp. – tutaj niewygoda polega na tym, że przymiotnik poszerzył swoje znaczenie, zaczął określać różne zjawiska, przez co staje się mylący, nieprecyzyjny).
4. Argument wywodzący się z uzusu – dziś mówić, że wyraz „modowy” jest nowy czy rzadki w polszczyźnie, już po prostu nie wypada, „modowy” bardzo szybko bowiem przeniknął do języka i niedługo zapewne znajdzie się dla niego miejsce w wydawnictwach poprawnościowych.
Moim zdaniem „modowego” nie ma co tępić. W świecie, w którym modne jest raczej językowe lenistwo, objawiające się bezmyślnym bełkotem wynikającym z dowolnego pomieszania języków angielskiego z polskim (zobacz ten post), pochwalać należałoby inwencję użytkowników tworzących wyrazy nowe w sposób poprawny i zgodny z tendencjami rozwojowymi polszczyzny. Zatem: ja jestem za „modowym”!
Wróćmy jednak do tematu tego artykułu – czy przymiotnik „modowy” jest poprawny? Z punktu widzenia słowotwórstwa nie ma w nim nic błędnego – został utworzony zgodnie z językowymi regułami od rzeczownika „moda”, a fakt, że od zawsze istniał przymiotnik „modny”, niczego w tej opinii zmienić nie może. „Modny” i „modowy” opisują bowiem dwa zupełnie różne pojęcia. „Modny” to to samo, co francuskie á la mode, czyli: zgodny z modą, naśladujący aktualne trendy (np. modny mężczyzna) czy odzwierciedlający obowiązujące w danym sezonie reguły stylu (np. modny płaszcz). „Modowy” to natomiast ogólnie związany z modą (jak w nazwie działu pewnej witryny internetowej: „Modowy misz masz”, czyli wszystko, co dzieje się w świecie mody: pokazów mody, projektantów, modelek, stylistów itp.), choć często także w takim znaczeniu z modą się wiążący, że jest właśnie na przekór modzie czy wbrew dobremu gustowi, jak np. w wyrażeniu „wpadka modowa”. Co więcej – wydaje się, że pierwowzorem dla przymiotnika „modowy” stały się słowa w pewnym sensie znaczeniowo mu bliskie, np. „stylowy” czy „ubraniowy”.
„Modowy” budzi jednak wątpliwości stylistyczne. Językoznawcy narzekają, że zgrzyta (np. tutaj) lub że niepotrzebnie zastępuje konstrukcje bardziej opisowe (np. tutaj), precyzyjniej oddające rzeczywistość. Niektórzy (np. tutaj) wręcz boją się dalszej inwencji użytkowników polszczyzny i wysypu językowych potworków w rodzaju czasownika „modować” czy rzeczownika „modowanie” (co miałyby jednak one znaczyć, trudno się domyślić, a i autor przywoływanego artykułu tego nie tłumaczy). Zapewne znalazłyby się też głosy broniące różnorodności językowej i pełne obaw o to, że polszczyzna stanie się niebawem językiem jednostajnym brzmieniowo, w którym wszystko się ze sobą zrymuje i przez to zleje w jeden niezrozumiały strumień dźwięków.
Moim zdaniem jednak te opinie należałoby potraktować ostrożnie (oględnie rzecz ujmując), za „modowym” przemawia bowiem całkiem sporo argumentów. Oto ich zestaw:
1. Przywołany już wyżej argument słowotwórczy – „modowy” jest jak najbardziej poprawnym słowotwórczo wyrazem.
2. Argument ekonomiczny – przymiotnik „modowy” jest krótszy niż wyrażenia „o modzie/dotyczący mody”.
3. Argument semantyczny, także już wstępnie pokrótce omówiony – wyraz „modowy” jest wygodny, bo nadaje się do określania różnych zjawisk związanych z modą (zatem nie tylko do opisu tego, co dzieje się w modzie, ale i tego, co jest jej na przekór, co jest demodée lub po prostu w złym guście), a jednocześnie nie wchodzi w paradę (nie pokrywa się z nim znaczeniowo, zatem jego utworzenie jest wyrazem dążenia do precyzji w języku) innemu przymiotnikowi wywodzącemu się od rzeczownika „moda”, czyli „modnemu”. I jeszcze jedna uwaga: przymiotnik „modowy” jest w polszczyźnie tworem zupełnie nowym, nie zaś neosemantyzmem (czyli nie jest starym wyrazem, który zmienił bądź poszerzył swoje znaczenie). Jego pojawienie się nie rodzi dwuznaczności (jak np. w przypadku wyrazu „kawowy”: od dawna mamy np. tort kawowy, czyli taki, w którym jednym ze składników jest kawa, ale od niedawna także słyszymy o przerwie kawowej, czyli przerwie na kawę/herbatę/ciastka itp. – tutaj niewygoda polega na tym, że przymiotnik poszerzył swoje znaczenie, zaczął określać różne zjawiska, przez co staje się mylący, nieprecyzyjny).
4. Argument wywodzący się z uzusu – dziś mówić, że wyraz „modowy” jest nowy czy rzadki w polszczyźnie, już po prostu nie wypada, „modowy” bardzo szybko bowiem przeniknął do języka i niedługo zapewne znajdzie się dla niego miejsce w wydawnictwach poprawnościowych.
Moim zdaniem „modowego” nie ma co tępić. W świecie, w którym modne jest raczej językowe lenistwo, objawiające się bezmyślnym bełkotem wynikającym z dowolnego pomieszania języków angielskiego z polskim (zobacz ten post), pochwalać należałoby inwencję użytkowników tworzących wyrazy nowe w sposób poprawny i zgodny z tendencjami rozwojowymi polszczyzny. Zatem: ja jestem za „modowym”!
Etykiety:
słowotwórstwo,
wrażliwość językowa,
wyrazy modne,
znaczenie słów
środa, 28 sierpnia 2013
Kurdwanowie bawią się pod koniec lata
Początek września to w jednej z krakowskich dzielnic (Kurdwanów Nowy) czas wesołej zabawy dla osiedlowego ludu, zabawy ochrzczonej przez jej organizatorów (Rada Dzielnicy XI i Spółdzielnia Mieszkaniowa „Kurdwanów Nowy”) jako Festyn „Jesień Kurdwanów”. Nazwa to zadziwiająca, która każe nie tylko osiedlowemu ludowi zapytać: kim jest nieznany szerzej krakowski lud Kurdwanów? A dalej każe się zastanawiać: czego można się spodziewać po tak nazwanej imprezie? Turnieju gier jaskiniowych? Targów średniowiecznych rzemiosł? Degustacji przedziwnych zielnych naparów?
Nie wiemy, co kierowało organizatorami festynu, kiedy wybierali nazwę tej – skądinąd całkiem sympatycznej – osiedlowej zabawy. Może chodziło im o to, że nazwa „Jesień kurdwanowska” czy „Kurdwanowska jesień” kojarzyłaby się raczej z imprezą dla seniorów albo z poważnymi koncertami muzyki zgoła niepopularnej? Może nazwę „Jesień na Kurdwanowie” trudno było zakomponować na plakacie z programem wydarzenia? Albo – wydała się komuś za smutna, za jesienna właśnie, a impreza ma raczej charakter optymistyczny – to taki ostatni akcent lata i informacja dla ludu: „Wróciliście z wakacji? No to zobaczcie: wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej – a w dodatku jakże wesoło!”?
Niestety, nie wiemy, co myśleli pomysłodawcy nazwy, bo nie mieliśmy szczęścia uczestniczyć w owej burzy mózgów, której efektem jest nazwa „Jesień Kurdwanów”. Ale wiemy jedno: nazwa „Jesień Kurdwanów”, zapisana w ten właśnie sposób, bez myślnika, spójnika czy przyimka, jest po prostu dziwaczna i myląca. Jest niejednoznaczna i zamiast promować osiedlowy festyn, daje hasło do żartów.

Przy okazji warto krótko omówić pochodzenie nazwy Kurdwanów – najpewniej wywodzi się ona od rzeczownika „kurdwan/kurdyban” oznaczającego: 1. rodzaj drogiej skóry wyprawnej; 2. roślinę, kurdybanek, bluszczyk ziemny (więcej na ten temat w Słowniku XVII w. PAN – tutaj).
Nie wiemy, co kierowało organizatorami festynu, kiedy wybierali nazwę tej – skądinąd całkiem sympatycznej – osiedlowej zabawy. Może chodziło im o to, że nazwa „Jesień kurdwanowska” czy „Kurdwanowska jesień” kojarzyłaby się raczej z imprezą dla seniorów albo z poważnymi koncertami muzyki zgoła niepopularnej? Może nazwę „Jesień na Kurdwanowie” trudno było zakomponować na plakacie z programem wydarzenia? Albo – wydała się komuś za smutna, za jesienna właśnie, a impreza ma raczej charakter optymistyczny – to taki ostatni akcent lata i informacja dla ludu: „Wróciliście z wakacji? No to zobaczcie: wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej – a w dodatku jakże wesoło!”?
Niestety, nie wiemy, co myśleli pomysłodawcy nazwy, bo nie mieliśmy szczęścia uczestniczyć w owej burzy mózgów, której efektem jest nazwa „Jesień Kurdwanów”. Ale wiemy jedno: nazwa „Jesień Kurdwanów”, zapisana w ten właśnie sposób, bez myślnika, spójnika czy przyimka, jest po prostu dziwaczna i myląca. Jest niejednoznaczna i zamiast promować osiedlowy festyn, daje hasło do żartów.

Przy okazji warto krótko omówić pochodzenie nazwy Kurdwanów – najpewniej wywodzi się ona od rzeczownika „kurdwan/kurdyban” oznaczającego: 1. rodzaj drogiej skóry wyprawnej; 2. roślinę, kurdybanek, bluszczyk ziemny (więcej na ten temat w Słowniku XVII w. PAN – tutaj).
wtorek, 27 listopada 2012
Poprawna polszczyzna a polityka
Redagując ostatnio album o fortyfikacjach w Europie (więcej o książce tutaj) i sugerując zamianę określenia „Związek Sowiecki” na „Związek Radziecki”, przypomnieliśmy sobie niedawną (maj 2012 r.) publiczną dyskusję na temat przymiotników „radziecki” i „sowiecki”. Ta dyskusja wybuchła po zebraniu redakcyjnym zespołu biuletynu „Pamięć” wydawanego przez IPN: redaktor naczelny pisma polecił autorom artykułów używanie nazwy „Związek Radziecki” i eliminowanie określenia „Związek Sowiecki” (więcej na ten temat tutaj).
Od razu powiedzmy: i „radziecki”, i „sowiecki” to słowa zgodne z normą językową, czyli z punktu widzenia językoznawcy oba są poprawne. Przymiotnik „radziecki” istnieje w polszczyźnie od dawna, a jego pierwsze znaczenie to „należący do rady (zwłaszcza: rady miejskiej), pochodzący od rady; należący do rajcy; złożony z rajców” (zob. np. sala radziecka w ratuszu, czyli sala posiedzeń rady miasta; sądy radzieckie itp.). Przymiotnik „sowiecki” powstał w polszczyźnie w międzywojniu, czyli w czasie, kiedy nasz wschodni sąsiad umacniał komunistyczny ustrój, a Polska umacniała świeżo zdobytą niepodległość, przy czym interesy obu państw stały w sprzeczności (o czym pamiętają Państwo np. z lekcji historii). I właśnie wraz z nowym tworem politycznym, jakim był Związek Radziecki, pojawiło się w języku polskim słowo „sowiecki”, jako bezpośrednie zapożyczenie z rosyjskiego (ros. Sowietskij Sojuz). Było to zapożyczenie dobre, choćby dlatego że jednoznaczne (nazywało nowy byt polityczny i związane z nim rzeczy, niczego więcej). Jednak ponieważ w Polsce międzywojennej ani Sowietów, ani ich państwa nie kochano (wyjątkiem były środowiska polskich komunistów i sympatyków rewolucji), bardzo szybko przymiotnik „sowiecki” – może właśnie dlatego że obcy i że jego obcość z komunistycznego wschodu się brała – zyskał zabarwienie pejoratywne: wyraźnie wskazywał na niechętny stosunek do sąsiada Polski. Był więc nie tylko poprawny językowo, ale – co ważniejsze – poprawny politycznie.
Sytuacja – i polityczna, i językowa – zmieniła się po II wojnie światowej. W PRL-u politycznie poprawna była już tylko miłość do Kraju Rad, a językowo właściwy (bo nakazany przez reżim) stał się przymiotnik „radziecki”, który miał zastąpić niewygodny w tym okresie brak sympatii do ZSRR, odczuwany w słowie „sowiecki”. Przymiotnik „sowiecki” zszedł zatem do podziemia i gościł głównie na łamach wydawnictw z trzeciego obiegu.
Kiedy historia zatoczyła koło, a najlepszy z ustrojów politycznych pod słońcem runął, w powszechnym użyciu zaistniał znowu przymiotnik „sowiecki” jako synonim słowa „radziecki”. Były to jednak (i tak pozostało do dzisiaj) synonimy niedokładne – różniły się bowiem zabarwieniem emocjonalnym: przymiotnik „radziecki” pozostał słowem neutralnym, natomiast „sowiecki” wskazywał wyraźnie na negatywny stosunek mówiącego do opisywanej rzeczywistości. Można więc powiedzieć, że i oba słowa, i związane z nimi emocje przetrwały mimo politycznych zmian.
Jaki z tego płynie wniosek? Dla autorów tekstów, w których wymienia się ZSRR, taki, że mają prawo wyboru. Jednak decydując się na słowo „sowiecki”, powinni pamiętać, że może ono ujawnić ich polityczne sympatie. A takie nacechowanie nie zawsze jest na miejscu – nie będzie na miejscu chociażby w wydawnictwach encyklopedycznych, w których właściwy jest raczej obiektywizm i neutralny język opisu.
Od razu powiedzmy: i „radziecki”, i „sowiecki” to słowa zgodne z normą językową, czyli z punktu widzenia językoznawcy oba są poprawne. Przymiotnik „radziecki” istnieje w polszczyźnie od dawna, a jego pierwsze znaczenie to „należący do rady (zwłaszcza: rady miejskiej), pochodzący od rady; należący do rajcy; złożony z rajców” (zob. np. sala radziecka w ratuszu, czyli sala posiedzeń rady miasta; sądy radzieckie itp.). Przymiotnik „sowiecki” powstał w polszczyźnie w międzywojniu, czyli w czasie, kiedy nasz wschodni sąsiad umacniał komunistyczny ustrój, a Polska umacniała świeżo zdobytą niepodległość, przy czym interesy obu państw stały w sprzeczności (o czym pamiętają Państwo np. z lekcji historii). I właśnie wraz z nowym tworem politycznym, jakim był Związek Radziecki, pojawiło się w języku polskim słowo „sowiecki”, jako bezpośrednie zapożyczenie z rosyjskiego (ros. Sowietskij Sojuz). Było to zapożyczenie dobre, choćby dlatego że jednoznaczne (nazywało nowy byt polityczny i związane z nim rzeczy, niczego więcej). Jednak ponieważ w Polsce międzywojennej ani Sowietów, ani ich państwa nie kochano (wyjątkiem były środowiska polskich komunistów i sympatyków rewolucji), bardzo szybko przymiotnik „sowiecki” – może właśnie dlatego że obcy i że jego obcość z komunistycznego wschodu się brała – zyskał zabarwienie pejoratywne: wyraźnie wskazywał na niechętny stosunek do sąsiada Polski. Był więc nie tylko poprawny językowo, ale – co ważniejsze – poprawny politycznie.
Sytuacja – i polityczna, i językowa – zmieniła się po II wojnie światowej. W PRL-u politycznie poprawna była już tylko miłość do Kraju Rad, a językowo właściwy (bo nakazany przez reżim) stał się przymiotnik „radziecki”, który miał zastąpić niewygodny w tym okresie brak sympatii do ZSRR, odczuwany w słowie „sowiecki”. Przymiotnik „sowiecki” zszedł zatem do podziemia i gościł głównie na łamach wydawnictw z trzeciego obiegu.
Kiedy historia zatoczyła koło, a najlepszy z ustrojów politycznych pod słońcem runął, w powszechnym użyciu zaistniał znowu przymiotnik „sowiecki” jako synonim słowa „radziecki”. Były to jednak (i tak pozostało do dzisiaj) synonimy niedokładne – różniły się bowiem zabarwieniem emocjonalnym: przymiotnik „radziecki” pozostał słowem neutralnym, natomiast „sowiecki” wskazywał wyraźnie na negatywny stosunek mówiącego do opisywanej rzeczywistości. Można więc powiedzieć, że i oba słowa, i związane z nimi emocje przetrwały mimo politycznych zmian.
Jaki z tego płynie wniosek? Dla autorów tekstów, w których wymienia się ZSRR, taki, że mają prawo wyboru. Jednak decydując się na słowo „sowiecki”, powinni pamiętać, że może ono ujawnić ich polityczne sympatie. A takie nacechowanie nie zawsze jest na miejscu – nie będzie na miejscu chociażby w wydawnictwach encyklopedycznych, w których właściwy jest raczej obiektywizm i neutralny język opisu.
czwartek, 12 kwietnia 2012
Coraz więcej „za”
Wbrew pozorom (tytuł tego tekstu) dzisiejszy post nie będzie miał charakteru afirmatywnego, nie chodzi bowiem o bycie „za” czymś, ale o przedrostek „za-”. „Zakupić” i „zapytanie”, a także (zdecydowanie rzadsze) „zasyłać” to słowa, którym tym razem będziemy się w szczególny sposób przyglądać.
O sprawie prefiksu „za-” przypomniała nam przedświąteczna wizyta w jednym z supermarketów. Megafony dudniące reklamami co i rusz wyrzucały z siebie słowo „zakupić”: „Produkt X umili państwu chwile spędzane przy świątecznym stole. Można go zakupić na dziale Wędliny”, „Rodzinna atmosfera świąt tylko z produktem Y! Zapraszamy na dział Nabiał, gdzie w promocyjnej cenie 9,99 zł zakupią państwo dwupak Y”, „Tylko dziś: jeśli zakupisz jedno opakowanie produktu Z, drugie dostaniesz gratis! Produkty gratisowe wydawane są przy kasie”... Jak to dobrze, że człowiek, nawet przed świętami, nie tylko kupuje (a w tym kontekście raczej: zakupuje), ale i pracuje – pomyśleliśmy z ulgą. Radość trwała jednak krótko: okazało się, że redagowana przez nas właśnie książka (tzw. kategorii biznes) pełna jest odmienianego przez wszystkie przypadki i co chwilę przywoływanego słowa „zapytanie”. „Zapytania do biura pomocy”, „25% wszystkich zapytań w mediach społecznościowych”, „zapytania związane z produktami”, „kiedy współpracownik stawia ci zapytanie...” itp.
Zakupić i zapytanie - oba te słowa, coraz częstsze w języku potocznym, brzmią bardzo pretensjonalnie i najczęściej są nieodpowiednie do sytuacji (a lepiej: kontekstu, w którym się pojawiają). O ile bowiem mamy już utrwalone w języku wyrażenia w rodzaju „zapytanie poselskie”, „zapytanie ofertowe” czy zwroty „wystosować zapytanie”, „sformułować zapytanie”, w których to związkach wyrazowych omawiane tu słowo nie razi, o tyle już zdanie „Mam do ciebie takie zapytanie: zgodzisz się podlewać kwiatki w moim domu, kiedy będę na urlopie” brzmi co najmniej śmiesznie. W tej drugiej (a autentycznej!) sytuacji komunikacyjnej oficjalne i nieco urzędowe słowo „zapytanie” zgrzyta, użyte bowiem zostało w zwykłej rozmowie dobrych znajomych, dotyczącej powszednich spraw.
Podobnie jest z czasownikiem „zakupić” – według słownika języka polskiego oznacza ono „kupić, zwykle coś wartościowego albo większą ilość czegoś”. Wobec przywołanego tu znaczenia kilogram kiełbasy swojskiej, choćby i najlepszej jakości, czy dwa opakowania twarogu na sernik prościej i sensowniej byłoby po prostu kupić, zamiast z dumą obwieszczać, że je „zakupiliśmy”.
Językowe potworki w rodzaju „zapytań o podlewanie kwiatków” czy „zakupywania kiełbasy” przypomniały nam jeszcze o wakacyjnych kartkach, jakie zapamiętaliśmy z czasów głębokiego dzieciństwa: piękne widokówki okraszał na odwrocie – oprócz adresu – wykaligrafowany starannie, ale jakże ubogi w treść komunikat: „Serdeczne pozdrowienia z wakacji zasyła XYZ z Rodziną”. To „zasyła” – jak sobie wtedy tłumaczyliśmy – było, zdaje się, znakiem wysiłku (intelektualnego? językowego? twórczego?) włożonego przez nadawcę widokówki w wypisany pięknie tekst, oznaczało też może specjalne traktowanie nas przez nadawcę kartki, więc tym samym miało zasługiwać na naszą wdzięczność. A jednak – zamiast wdzięczności budziło śmiech. Cóż, wakacje i młodość mają swoje prawa :-)
O sprawie prefiksu „za-” przypomniała nam przedświąteczna wizyta w jednym z supermarketów. Megafony dudniące reklamami co i rusz wyrzucały z siebie słowo „zakupić”: „Produkt X umili państwu chwile spędzane przy świątecznym stole. Można go zakupić na dziale Wędliny”, „Rodzinna atmosfera świąt tylko z produktem Y! Zapraszamy na dział Nabiał, gdzie w promocyjnej cenie 9,99 zł zakupią państwo dwupak Y”, „Tylko dziś: jeśli zakupisz jedno opakowanie produktu Z, drugie dostaniesz gratis! Produkty gratisowe wydawane są przy kasie”... Jak to dobrze, że człowiek, nawet przed świętami, nie tylko kupuje (a w tym kontekście raczej: zakupuje), ale i pracuje – pomyśleliśmy z ulgą. Radość trwała jednak krótko: okazało się, że redagowana przez nas właśnie książka (tzw. kategorii biznes) pełna jest odmienianego przez wszystkie przypadki i co chwilę przywoływanego słowa „zapytanie”. „Zapytania do biura pomocy”, „25% wszystkich zapytań w mediach społecznościowych”, „zapytania związane z produktami”, „kiedy współpracownik stawia ci zapytanie...” itp.
Zakupić i zapytanie - oba te słowa, coraz częstsze w języku potocznym, brzmią bardzo pretensjonalnie i najczęściej są nieodpowiednie do sytuacji (a lepiej: kontekstu, w którym się pojawiają). O ile bowiem mamy już utrwalone w języku wyrażenia w rodzaju „zapytanie poselskie”, „zapytanie ofertowe” czy zwroty „wystosować zapytanie”, „sformułować zapytanie”, w których to związkach wyrazowych omawiane tu słowo nie razi, o tyle już zdanie „Mam do ciebie takie zapytanie: zgodzisz się podlewać kwiatki w moim domu, kiedy będę na urlopie” brzmi co najmniej śmiesznie. W tej drugiej (a autentycznej!) sytuacji komunikacyjnej oficjalne i nieco urzędowe słowo „zapytanie” zgrzyta, użyte bowiem zostało w zwykłej rozmowie dobrych znajomych, dotyczącej powszednich spraw.
Podobnie jest z czasownikiem „zakupić” – według słownika języka polskiego oznacza ono „kupić, zwykle coś wartościowego albo większą ilość czegoś”. Wobec przywołanego tu znaczenia kilogram kiełbasy swojskiej, choćby i najlepszej jakości, czy dwa opakowania twarogu na sernik prościej i sensowniej byłoby po prostu kupić, zamiast z dumą obwieszczać, że je „zakupiliśmy”.
Językowe potworki w rodzaju „zapytań o podlewanie kwiatków” czy „zakupywania kiełbasy” przypomniały nam jeszcze o wakacyjnych kartkach, jakie zapamiętaliśmy z czasów głębokiego dzieciństwa: piękne widokówki okraszał na odwrocie – oprócz adresu – wykaligrafowany starannie, ale jakże ubogi w treść komunikat: „Serdeczne pozdrowienia z wakacji zasyła XYZ z Rodziną”. To „zasyła” – jak sobie wtedy tłumaczyliśmy – było, zdaje się, znakiem wysiłku (intelektualnego? językowego? twórczego?) włożonego przez nadawcę widokówki w wypisany pięknie tekst, oznaczało też może specjalne traktowanie nas przez nadawcę kartki, więc tym samym miało zasługiwać na naszą wdzięczność. A jednak – zamiast wdzięczności budziło śmiech. Cóż, wakacje i młodość mają swoje prawa :-)
wtorek, 27 marca 2012
Radzimy wykluczyć
W redagowanych przez nas ostatnio tekstach, zwłaszcza tych o tematyce informatycznej i biznesowej, większość uwag kierowanych do autorów dotyczyła coraz bardziej nadużywanego przymiotnika „kluczowy”. Problem, jaki wiąże się z tym wyrazem, dotyczy nie tylko częstotliwości występowania, przez co słowo staje się powoli wytrychem. Ale wyraz ten to także ukryte zapożyczenie z języka angielskiego (inaczej zapożyczenie semantyczne lub kalka językowa).
Co to znaczy? Otóż terminem kalki językowej w językoznawstwie określa się wyrazy, które pod wpływem obcych języków zyskują nowe znaczenie, zaczyna się je stosować w nowym niewłaściwym dotąd dla nich kontekście. Czasami kalka językowa jest dla języka nieszkodliwa – dzieje się tak na przykład wtedy, gdy dotąd używany w jednym znaczeniu wyraz zaczyna nazywać zupełnie nowy element rzeczywistości; przykładem może być słowo „mysz (komputerowa)”, które jest kalką angielskiego „mouse”. Częściej jednak kalka językowa pojawia się w języku niezależnie od innych, tradycyjnie używanych w danym znaczeniu/w danym kontekście słów, zastępując je i stopniowo wypierając. Takie zjawisko postrzegane jest przez językoznawców jako szkodliwe dla języka przede wszystkim dlatego, że często łamie zasady rządzące polszczyzną, eliminuje utrwalone w języku i dobre konstrukcje czy znaczenia. Innymi słowy: nie wzbogaca języka, ale go psuje i odbiera mu oryginalność. Taką kalką jest choćby rozpowszechnione już wyrażenie „póki co”, które przyszło do nas z języka rosyjskiego i – chyba już na trwałe – zastąpiło polskie „na razie” (zob. Póki co nie będziemy się tym zajmować – popr. Na razie nie będziemy się tym zajmować).
Przyjrzyjmy się jednak słowu „kluczowy”. Słownik języka polskiego PWN podpowiada, że przymiotnik ten znaczy tyle, co «podstawowy, główny, najważniejszy; wyjściowy» i jako przykłady podaje wyrażenia: „kluczowy problem”, „kluczowe zagadnienie”, „kluczowa pozycja”. Analizując te przykłady, możemy zauważyć, że przymiotnik „kluczowy” właściwszy jest w kontekście rzeczowników abstrakcyjnych niż jako określenie rzeczowników konkretnych. Tymczasem we współczesnej polszczyźnie notujemy takie przykłady jak chociażby „kluczowa impreza”, „kluczowy kolor”, „kluczowi klienci” (i „przedstawiciel handlowy ds. kluczowych klientów”), „kluczowe osoby w firmie”, „kluczowy krok”, „kluczowy bieg” (w znaczeniu: wydarzenia sportowego) itp., a wreszcie językowe potworki w rodzaju: „Pracownik wiedzy jako kluczowy zasób współczesnego przedsiębiorstwa” (zob. tutaj) czy – niby żartobliwe sformułowanie „kluczowy składnik [systemu Android]” (zob. tutaj).
Skąd to się bierze? „Winny” jest tutaj język angielski i słówko „key”, występujące w takich utrwalonych wyrażeniach, jak np.: „key account” (najważniejszy klient), „key person” (osoba podejmująca decyzje w firmie), „key player” (ważny gracz – np. na rynku), „key message” (istotna wiadomość/informacja), „key witness” (główny świadek) itp. W polszczyźnie angielski przymiotnik „key”, przetłumaczony dosłownie jako „kluczowy” i wielokrotnie powielany w rozmaitych, dotąd obcych mu kontekstach, tylko drażni i zamiast być kluczem do zrozumienia, staje się ordynarnym wytrychem – niby pasuje do wszystkiego, choć do niczego jak ulał.
I dlatego radzimy: starajmy się zastępować słowo „kluczowy” którymś z jego wielu przecież synonimów.
Co to znaczy? Otóż terminem kalki językowej w językoznawstwie określa się wyrazy, które pod wpływem obcych języków zyskują nowe znaczenie, zaczyna się je stosować w nowym niewłaściwym dotąd dla nich kontekście. Czasami kalka językowa jest dla języka nieszkodliwa – dzieje się tak na przykład wtedy, gdy dotąd używany w jednym znaczeniu wyraz zaczyna nazywać zupełnie nowy element rzeczywistości; przykładem może być słowo „mysz (komputerowa)”, które jest kalką angielskiego „mouse”. Częściej jednak kalka językowa pojawia się w języku niezależnie od innych, tradycyjnie używanych w danym znaczeniu/w danym kontekście słów, zastępując je i stopniowo wypierając. Takie zjawisko postrzegane jest przez językoznawców jako szkodliwe dla języka przede wszystkim dlatego, że często łamie zasady rządzące polszczyzną, eliminuje utrwalone w języku i dobre konstrukcje czy znaczenia. Innymi słowy: nie wzbogaca języka, ale go psuje i odbiera mu oryginalność. Taką kalką jest choćby rozpowszechnione już wyrażenie „póki co”, które przyszło do nas z języka rosyjskiego i – chyba już na trwałe – zastąpiło polskie „na razie” (zob. Póki co nie będziemy się tym zajmować – popr. Na razie nie będziemy się tym zajmować).
Przyjrzyjmy się jednak słowu „kluczowy”. Słownik języka polskiego PWN podpowiada, że przymiotnik ten znaczy tyle, co «podstawowy, główny, najważniejszy; wyjściowy» i jako przykłady podaje wyrażenia: „kluczowy problem”, „kluczowe zagadnienie”, „kluczowa pozycja”. Analizując te przykłady, możemy zauważyć, że przymiotnik „kluczowy” właściwszy jest w kontekście rzeczowników abstrakcyjnych niż jako określenie rzeczowników konkretnych. Tymczasem we współczesnej polszczyźnie notujemy takie przykłady jak chociażby „kluczowa impreza”, „kluczowy kolor”, „kluczowi klienci” (i „przedstawiciel handlowy ds. kluczowych klientów”), „kluczowe osoby w firmie”, „kluczowy krok”, „kluczowy bieg” (w znaczeniu: wydarzenia sportowego) itp., a wreszcie językowe potworki w rodzaju: „Pracownik wiedzy jako kluczowy zasób współczesnego przedsiębiorstwa” (zob. tutaj) czy – niby żartobliwe sformułowanie „kluczowy składnik [systemu Android]” (zob. tutaj).
Skąd to się bierze? „Winny” jest tutaj język angielski i słówko „key”, występujące w takich utrwalonych wyrażeniach, jak np.: „key account” (najważniejszy klient), „key person” (osoba podejmująca decyzje w firmie), „key player” (ważny gracz – np. na rynku), „key message” (istotna wiadomość/informacja), „key witness” (główny świadek) itp. W polszczyźnie angielski przymiotnik „key”, przetłumaczony dosłownie jako „kluczowy” i wielokrotnie powielany w rozmaitych, dotąd obcych mu kontekstach, tylko drażni i zamiast być kluczem do zrozumienia, staje się ordynarnym wytrychem – niby pasuje do wszystkiego, choć do niczego jak ulał.
I dlatego radzimy: starajmy się zastępować słowo „kluczowy” którymś z jego wielu przecież synonimów.
Etykiety:
błędy słownikowe,
synonimy,
wrażliwość językowa,
wyrazy modne,
znaczenie słów
sobota, 29 października 2011
Bujne życie roślin
Spośród wszystkich innych rynków rynek wydawniczy interesuje nas szczególnie – stąd przecież i chleb nasz powszedni, i coś do niego, a przede wszystkim dużo satysfakcji z pracy nad językiem i kształtem graficznym dzieł różnych – czasem mądrych, czasem pięknych, a czasem po prostu przydatnych. Śledzimy więc intensywnie, co, kto i gdzie wydał, a przede wszystkim – dlaczego nas przy tym nie było :-).
I otóż ostatnio wyśledziliśmy książkę Kamila Sipowicza, o której wydawca pisze tak: „Czy marihuana jest z konopi? – projekt Kamila Sipowicza i wydawnictwa Baobab, to unikatowa pozycja na polskim rynku. Stanowi biografię kontrowersyjnej rośliny, jaką są konopie” (więcej tutaj).
Przetarliśmy oczy, napiliśmy się wody, pobębniliśmy palcami najpierw o blat stołu, a potem o klawiaturę i oto, jaki efekt: niezawodny Kopaliński upewnił nas, że biografia to „życiorys postaci znanej, wybitnej”.
Fakt, Kopaliński nie musi mieć racji – język żyje, zmienia się, słowa zmieniają znaczenia (pisaliśmy o tym niedawno), a antropocentryzm był dobry, ale w renesansie, a to, jak wszyscy wiedzą, było naprawdę dawno temu. Rośliny też mogą mieć swoje życie, niektóre z nich – nawet życie bujne, pełne tajemnic, życiowych zakrętów (wiją się i wiją), porażek, od których więdną, i sukcesów, którymi rozkwitają. Przy okazji odkryliśmy nawet, że całkiem niedawno „czysto polski” (!), jak napisała o nim „Gazeta Wyborcza”, zespół naukowców odkrył, że rośliny nie dość, że myślą i rozmawiają ze sobą, to w dodatku: mają pamięć! (więcej tutaj). Biografia marihuany wpisuje się zatem w nurt najnowszych naukowych odkryć – pomyśleliśmy. Oto hit! Życiorys – niektórzy chcieliby go nazwać raczej dziejami grzechu – ziarenka, które długą przebyło drogę, prześladowane przez jednych, pożądane przez innych, i dało plon, także ten literacki. W głowie mieliśmy już jakąś sensacyjną historię, różne intrygi, tu fascynującą rozmowę, tam ciekawe przemyślenia, których nie wypada pominąć w lekturze, jeśli nie chce się stracić ważnego elementu wartkiej akcji, na końcu zaś happy end (wszak Palikot o niego walczy). A wszystko to przekazywane z pokolenia na pokolenie (pamięć!) i w końcu spisane – nie przez roślinę wprawdzie, ale ręką człowieka. Imponujące!
Niestety, jak się okazało, nasze projekcje nijak się miały do tego, czym jest reklamowana przez wydawcę książka. Czy marihuana jest z konopi? to bowiem tak naprawdę historia jednego gatunku, dokumentacja zastosowań tej rośliny w dziejach ludzkości oraz zbiór związanych z nią unormowań prawnych, religijnych czy obyczajowych.
Szkoda – ale i nic straconego. Może wkrótce wytropimy coś, co będzie bliższe naszym wyobrażeniom? Jakieś „Żywoty grochu, kapusty i innych spośród zielonej braci”, tworzone na kształt średniowiecznych hagiografii? Czekamy!
I otóż ostatnio wyśledziliśmy książkę Kamila Sipowicza, o której wydawca pisze tak: „Czy marihuana jest z konopi? – projekt Kamila Sipowicza i wydawnictwa Baobab, to unikatowa pozycja na polskim rynku. Stanowi biografię kontrowersyjnej rośliny, jaką są konopie” (więcej tutaj).
Przetarliśmy oczy, napiliśmy się wody, pobębniliśmy palcami najpierw o blat stołu, a potem o klawiaturę i oto, jaki efekt: niezawodny Kopaliński upewnił nas, że biografia to „życiorys postaci znanej, wybitnej”.
Fakt, Kopaliński nie musi mieć racji – język żyje, zmienia się, słowa zmieniają znaczenia (pisaliśmy o tym niedawno), a antropocentryzm był dobry, ale w renesansie, a to, jak wszyscy wiedzą, było naprawdę dawno temu. Rośliny też mogą mieć swoje życie, niektóre z nich – nawet życie bujne, pełne tajemnic, życiowych zakrętów (wiją się i wiją), porażek, od których więdną, i sukcesów, którymi rozkwitają. Przy okazji odkryliśmy nawet, że całkiem niedawno „czysto polski” (!), jak napisała o nim „Gazeta Wyborcza”, zespół naukowców odkrył, że rośliny nie dość, że myślą i rozmawiają ze sobą, to w dodatku: mają pamięć! (więcej tutaj). Biografia marihuany wpisuje się zatem w nurt najnowszych naukowych odkryć – pomyśleliśmy. Oto hit! Życiorys – niektórzy chcieliby go nazwać raczej dziejami grzechu – ziarenka, które długą przebyło drogę, prześladowane przez jednych, pożądane przez innych, i dało plon, także ten literacki. W głowie mieliśmy już jakąś sensacyjną historię, różne intrygi, tu fascynującą rozmowę, tam ciekawe przemyślenia, których nie wypada pominąć w lekturze, jeśli nie chce się stracić ważnego elementu wartkiej akcji, na końcu zaś happy end (wszak Palikot o niego walczy). A wszystko to przekazywane z pokolenia na pokolenie (pamięć!) i w końcu spisane – nie przez roślinę wprawdzie, ale ręką człowieka. Imponujące!
Niestety, jak się okazało, nasze projekcje nijak się miały do tego, czym jest reklamowana przez wydawcę książka. Czy marihuana jest z konopi? to bowiem tak naprawdę historia jednego gatunku, dokumentacja zastosowań tej rośliny w dziejach ludzkości oraz zbiór związanych z nią unormowań prawnych, religijnych czy obyczajowych.
Szkoda – ale i nic straconego. Może wkrótce wytropimy coś, co będzie bliższe naszym wyobrażeniom? Jakieś „Żywoty grochu, kapusty i innych spośród zielonej braci”, tworzone na kształt średniowiecznych hagiografii? Czekamy!
środa, 10 sierpnia 2011
Brzydkie słowo na „p”
O czasowniku „posiadać” już trochę pisaliśmy, wytykając błędy urzędnikom (zwrot „posiadać wiedzę – więcej tutaj). Teraz wypada nam napisać o nim raz jeszcze, tym razem wskazując na potknięcia stylistyczne zwykłych użytkowników języka, zwłaszcza właścicieli lokali i sprzedawców. Piszemy „zwłaszcza”, bo właśnie ogłoszenie jednego z lokali przypomniało nam o tym „palącym” (nomen omen – zob. niżej) problemie językowym.
Otóż wspomniany lokal na krakowskim Kazimierzu przyciąga ogłoszeniem powieszonym na drzwiach „Posiadamy pomieszczenie dla palących”. Przeczytaliśmy, pogratulowaliśmy w duchu i... wybraliśmy inne miejsce konsumpcji. A potem wróciliśmy do komputera i oto, co znaleźliśmy.
Jedna z firm sprzedających odzież sportową reklamuje damską kurtkę „kurtka posiada wentylację w rękawach”, co więcej, ta sama kurtka „posiada kryte kieszenie zewnętrzne”. Firma XYZ specjalizująca się w rekrutowaniu pracowników głosi na swojej stronie WWW: „XYZ posiada specjalizacje stanowiskowe i branżowe”. „Nowoczesna organizacja”, która „posiada wieloletnie doświadczenie i wiedzę”, a zajmuje się sprzątaniem i ochroną obiektów i osób”, chwali się: „posiadamy grupy interwencyjne, które w razie konieczności wspomagają nasze służby porządkowe”. Z kolei przedsiębiorstwo trudniące się handlem częściami samochodowymi i wyrobami stalowymi głosi „posiadamy na sprzedaż”. Przedsiębiorstwo, które w marcu br. dostało certyfikat ISO, dało taki nagłówek informacji zamieszczonej w dziale Aktualności: „Posiadamy system zarządzania jakością w spawalnictwie ISO 3834-2!”. Na stronie powroty.zielonalinia.gov.pl (tutaj) możemy przeczytać w dziale FAQ nagłówek powtarzającego się problemu emigrantów: „Co zrobić, jeśli nie jestem pewny, czy posiadam obywatelstwo polskie?”...
Przykłady można mnożyć, mamy (bo przecież nie: posiadamy!) ich na pęczki.
Co z nich wynika? Że coraz mniej rozumiemy znaczenie czasownika „posiadać”, traktując go jako dokładny synonim słowa „mieć”. Tymczasem nie są to wyrazy równoznaczne. Jak głosi „Słownik języka polskiego” PWN, posiadać to „mieć coś jako swoją własność, być właścicielem czegoś, zwykle mającego dużą wartość materialną, np. nieruchomości, ziemi, zasobów pieniężnych itp.”. Zatem najprościej rzecz ujmując, czasownik posiadać odnosimy do tego, co jest materialne, co nabyliśmy na własność. Ani do wiedzy i doświadczenia (te można ewentualnie „posiąść”, ale wtedy oznacza to „zdobyć”, a nie: „mieć”), ani do specjalizacji, ani do zespołów pracowników, ani do obywatelstwa, ani do innych rzeczy (zgrabna figura, proporcje, właściwości, funkcje...) czasownik „posiadać” nie przystaje. I jeszcze jedno: posiadać może, nie zaś kurtka, rower czy torebka.
Zapewne u genezy problemu z czasownikiem „posiadać” leży zamiar unikania powtórzeń nazbyt częstego w polszczyźnie „mieć”. Współcześnie jednak ta chlubna skądinąd tendencja do usuwania niezręczności stylistycznej doprowadziła nas do nadużywania słowa „posiadać”, w dodatku w niewłaściwym znaczeniu.
Pozostaje nam Państwa uczulić na ten błąd językowy i zachęcić do uważniejszego dobierania słów. A wtedy, kto wie, kurtka, która ma wentylowane rękawy, być może sprzeda się lepiej niż ta, która posiada wentylację? Jedna jest pewne: potencjalnym klientom łatwiej będzie przebrnąć przez krótszy i prostszy tekst reklamowy.
Otóż wspomniany lokal na krakowskim Kazimierzu przyciąga ogłoszeniem powieszonym na drzwiach „Posiadamy pomieszczenie dla palących”. Przeczytaliśmy, pogratulowaliśmy w duchu i... wybraliśmy inne miejsce konsumpcji. A potem wróciliśmy do komputera i oto, co znaleźliśmy.
Jedna z firm sprzedających odzież sportową reklamuje damską kurtkę „kurtka posiada wentylację w rękawach”, co więcej, ta sama kurtka „posiada kryte kieszenie zewnętrzne”. Firma XYZ specjalizująca się w rekrutowaniu pracowników głosi na swojej stronie WWW: „XYZ posiada specjalizacje stanowiskowe i branżowe”. „Nowoczesna organizacja”, która „posiada wieloletnie doświadczenie i wiedzę”, a zajmuje się sprzątaniem i ochroną obiektów i osób”, chwali się: „posiadamy grupy interwencyjne, które w razie konieczności wspomagają nasze służby porządkowe”. Z kolei przedsiębiorstwo trudniące się handlem częściami samochodowymi i wyrobami stalowymi głosi „posiadamy na sprzedaż”. Przedsiębiorstwo, które w marcu br. dostało certyfikat ISO, dało taki nagłówek informacji zamieszczonej w dziale Aktualności: „Posiadamy system zarządzania jakością w spawalnictwie ISO 3834-2!”. Na stronie powroty.zielonalinia.gov.pl (tutaj) możemy przeczytać w dziale FAQ nagłówek powtarzającego się problemu emigrantów: „Co zrobić, jeśli nie jestem pewny, czy posiadam obywatelstwo polskie?”...
Przykłady można mnożyć, mamy (bo przecież nie: posiadamy!) ich na pęczki.
Co z nich wynika? Że coraz mniej rozumiemy znaczenie czasownika „posiadać”, traktując go jako dokładny synonim słowa „mieć”. Tymczasem nie są to wyrazy równoznaczne. Jak głosi „Słownik języka polskiego” PWN, posiadać to „mieć coś jako swoją własność, być właścicielem czegoś, zwykle mającego dużą wartość materialną, np. nieruchomości, ziemi, zasobów pieniężnych itp.”. Zatem najprościej rzecz ujmując, czasownik posiadać odnosimy do tego, co jest materialne, co nabyliśmy na własność. Ani do wiedzy i doświadczenia (te można ewentualnie „posiąść”, ale wtedy oznacza to „zdobyć”, a nie: „mieć”), ani do specjalizacji, ani do zespołów pracowników, ani do obywatelstwa, ani do innych rzeczy (zgrabna figura, proporcje, właściwości, funkcje...) czasownik „posiadać” nie przystaje. I jeszcze jedno: posiadać może, nie zaś kurtka, rower czy torebka.
Zapewne u genezy problemu z czasownikiem „posiadać” leży zamiar unikania powtórzeń nazbyt częstego w polszczyźnie „mieć”. Współcześnie jednak ta chlubna skądinąd tendencja do usuwania niezręczności stylistycznej doprowadziła nas do nadużywania słowa „posiadać”, w dodatku w niewłaściwym znaczeniu.
Pozostaje nam Państwa uczulić na ten błąd językowy i zachęcić do uważniejszego dobierania słów. A wtedy, kto wie, kurtka, która ma wentylowane rękawy, być może sprzeda się lepiej niż ta, która posiada wentylację? Jedna jest pewne: potencjalnym klientom łatwiej będzie przebrnąć przez krótszy i prostszy tekst reklamowy.
Etykiety:
błędy słownikowe,
reklama,
strony www,
synonimy,
wyrazy modne,
znaczenie słów
wtorek, 26 lipca 2011
Nalewkowe a propos
Analizując kiedyś różnego rodzaju nazwy firm i zakładów usługowych, osobny wątek poświęciliśmy „Życzliwej aptece”, czyli jednemu z wielu ostatnio przykładów niepoprawnego nazewnictwa (o tym, dlaczego niepoprawnego, przeczytają Państwo tutaj). Teraz „Życzliwą aptekę” przypomniał nam wyciągnięty ze starego zeszytu przepis na... nalewkę malinową.
Otóż dawno, dawno temu, kiedy odkryto nie tylko walory smakowe, ale i zdrowotne nalewek (w języku staropolskim zwanych m.in. nastojkami), miejsce, w którym napoje te przechowywano i w którym spokojnie dojrzewały, by zyskać najlepszy aromat, smak i kolor, nazywano często apteczką przyjemną. Apteczka przyjemna, by takową pozostać nie tylko z nazwy, musiała być skrzętnie zamykana na klucz, żeby spragnieni trunków domownicy przedwcześnie nie zepsuli całej przyjemności delektowania się nastojkami i nie wypili ich przed czasem. W spiżarce pełnej nalewek przyjemności czerpać można było z samych obietnic składanych przez nazwy trunków – taka choćby żenicha, która miała sprawić, że gospodarz mający pannę na wydaniu znajdował wśród starających się o jej rękę tego odpowiedniego (czytaj: który godził się na zaproponowane mu warunki) i jedynego. Takie nazwy nastojek, jak malinówka, jeżynówka, orzechówka, śliwówka, tarninówka itp., przywoływały lato, słońce, smaki i aromaty ciepłych dni. Co dopiero, gdy butelkę otwarto i wspomnienia zamieniały się w smakowo-wonną realność!
Odbywające się dziś konkursy i turnieje nalewek napawają optymizmem. Tak jak nie zginęła sztuka przyrządzania nalewek, tak i zadziwia wciąż pomysłowość w nadawaniu tym trunkom pięknych nazw. No bo co powiedzą Państwo na Pieśń sosny czy Siedem sił? Prawda, że niejeden copywriter mógłby pozazdrościć?
Sezon nalewek w pełni. Dlatego zdecydowanie głosujemy na apteczkę przyjemną, a odwracamy się od apteki życzliwej. W tej pierwszej nazwie nic nam nie zgrzyta, tej drugiej daleko od piękna i prawdy słowa.
PS A jak Państwo nazywają malinówkę?
Otóż dawno, dawno temu, kiedy odkryto nie tylko walory smakowe, ale i zdrowotne nalewek (w języku staropolskim zwanych m.in. nastojkami), miejsce, w którym napoje te przechowywano i w którym spokojnie dojrzewały, by zyskać najlepszy aromat, smak i kolor, nazywano często apteczką przyjemną. Apteczka przyjemna, by takową pozostać nie tylko z nazwy, musiała być skrzętnie zamykana na klucz, żeby spragnieni trunków domownicy przedwcześnie nie zepsuli całej przyjemności delektowania się nastojkami i nie wypili ich przed czasem. W spiżarce pełnej nalewek przyjemności czerpać można było z samych obietnic składanych przez nazwy trunków – taka choćby żenicha, która miała sprawić, że gospodarz mający pannę na wydaniu znajdował wśród starających się o jej rękę tego odpowiedniego (czytaj: który godził się na zaproponowane mu warunki) i jedynego. Takie nazwy nastojek, jak malinówka, jeżynówka, orzechówka, śliwówka, tarninówka itp., przywoływały lato, słońce, smaki i aromaty ciepłych dni. Co dopiero, gdy butelkę otwarto i wspomnienia zamieniały się w smakowo-wonną realność!
Odbywające się dziś konkursy i turnieje nalewek napawają optymizmem. Tak jak nie zginęła sztuka przyrządzania nalewek, tak i zadziwia wciąż pomysłowość w nadawaniu tym trunkom pięknych nazw. No bo co powiedzą Państwo na Pieśń sosny czy Siedem sił? Prawda, że niejeden copywriter mógłby pozazdrościć?
Sezon nalewek w pełni. Dlatego zdecydowanie głosujemy na apteczkę przyjemną, a odwracamy się od apteki życzliwej. W tej pierwszej nazwie nic nam nie zgrzyta, tej drugiej daleko od piękna i prawdy słowa.
PS A jak Państwo nazywają malinówkę?
czwartek, 7 lipca 2011
Optymalnie? Nie, znacznie lepiej!
I znów dopadło nas słowo. Słowo, które odklejane jest od znaczenia, ale sprytnie, bo w imię respektowania norm gramatycznych. Chodzi o przysłówek optymalnie i przymiotnik optymalny, optymalna, optymalne.
Czytamy np.:
„Jaką najoptymalniejszą trasę wybrać na dojazd do pracy?” (forum Bikeholicy.pl).
„Jak najoptymalniej nieodpłatnie przekazać działkę swojemu dziecku?” (serwis Poradaprawna.pl).
„Jak najoptymalniej obliczyć sumę cyfr danej liczby?” (Digipedia.pl).
„Zastanawia mnie najbardziej optymalny dla mięśni ruch podczas jakiegokolwiek ćwiczenia” (serwis Sfd.pl).
„Podział smoków faworyzujący małe ilości smoków jest jeszcze mniej optymalny” (forum Reddragon.pl).
„Im problem był bardziej skomplikowany (przedstawiany jako skomplikowany), tym podejmowane decyzje były gorsze i mniej optymalne” (serwis Sekcja8).
„W rzadkich przypadkach zwierzęta mogły spawnować się na mniej optymalnym terenie, np. w głębokiej wodzie albo stokach, gdzie miały trudności z wydostaniem się z nich” (serwis Polishthehunter.pl/).
Czytamy i myślimy: przecież słowo optymalny oznacza „najlepszy, najkorzystniejszy”. Wywodzi się z łaciny, gdzie przymiotnik optimus był stopniem najwyższym od nieregularnie stopniującego się przymiotnika bonus. Bonus to dobry, melior – lepszy, zaś optimus właśnie najlepszy. Skoro zatem optymalny zgodnie z etymologią jest najlepszy, to to, co określamy jako optymalne, nie może być najlepsze mniej lub najlepsze bardziej (najkorzystniejsze mniej lub najkorzystniejsze bardziej), tak jak zwycięzca nie może być mniej zwycięzcą ani bardziej zwycięzcą, bo albo zwycięzcą jest, i wtedy w danej klasyfikacji to on właśnie jest najlepszy, albo zwycięzcą nie jest, i wtedy go tak nie nazywamy, bo miano to należy się komuś innemu.
Optymalnie i optymalny zatem się nie stopniują, znaczenie tych słów zawiesza gramatyczne reguły stopniowania, nie pozwala ich zastosować. Sens wyrazów optymalny i optymalnie opiera się na informacji o stopniu najwyższym właśnie, jest synonimem „najlepszości” w czystej postaci, która już bardziej najlepsza być nie może, a z kolei czynienie jej mniej najlepszą, to wprowadzanie do języka nielogiczności.
Piszmy zatem dobrze: optymalna trasa, optymalnie obliczyć, optymalny ruch... Lepiej po prostu napisać się tego nie da. A gorzej... pisać nie warto.
Czytamy np.:
„Jaką najoptymalniejszą trasę wybrać na dojazd do pracy?” (forum Bikeholicy.pl).
„Jak najoptymalniej nieodpłatnie przekazać działkę swojemu dziecku?” (serwis Poradaprawna.pl).
„Jak najoptymalniej obliczyć sumę cyfr danej liczby?” (Digipedia.pl).
„Zastanawia mnie najbardziej optymalny dla mięśni ruch podczas jakiegokolwiek ćwiczenia” (serwis Sfd.pl).
„Podział smoków faworyzujący małe ilości smoków jest jeszcze mniej optymalny” (forum Reddragon.pl).
„Im problem był bardziej skomplikowany (przedstawiany jako skomplikowany), tym podejmowane decyzje były gorsze i mniej optymalne” (serwis Sekcja8).
„W rzadkich przypadkach zwierzęta mogły spawnować się na mniej optymalnym terenie, np. w głębokiej wodzie albo stokach, gdzie miały trudności z wydostaniem się z nich” (serwis Polishthehunter.pl/).
Czytamy i myślimy: przecież słowo optymalny oznacza „najlepszy, najkorzystniejszy”. Wywodzi się z łaciny, gdzie przymiotnik optimus był stopniem najwyższym od nieregularnie stopniującego się przymiotnika bonus. Bonus to dobry, melior – lepszy, zaś optimus właśnie najlepszy. Skoro zatem optymalny zgodnie z etymologią jest najlepszy, to to, co określamy jako optymalne, nie może być najlepsze mniej lub najlepsze bardziej (najkorzystniejsze mniej lub najkorzystniejsze bardziej), tak jak zwycięzca nie może być mniej zwycięzcą ani bardziej zwycięzcą, bo albo zwycięzcą jest, i wtedy w danej klasyfikacji to on właśnie jest najlepszy, albo zwycięzcą nie jest, i wtedy go tak nie nazywamy, bo miano to należy się komuś innemu.
Optymalnie i optymalny zatem się nie stopniują, znaczenie tych słów zawiesza gramatyczne reguły stopniowania, nie pozwala ich zastosować. Sens wyrazów optymalny i optymalnie opiera się na informacji o stopniu najwyższym właśnie, jest synonimem „najlepszości” w czystej postaci, która już bardziej najlepsza być nie może, a z kolei czynienie jej mniej najlepszą, to wprowadzanie do języka nielogiczności.
Piszmy zatem dobrze: optymalna trasa, optymalnie obliczyć, optymalny ruch... Lepiej po prostu napisać się tego nie da. A gorzej... pisać nie warto.
środa, 6 lipca 2011
Kochajmy dzieci!
Każdy z nas ma inny poziom wrażliwości językowej, więc każdego z nas coś innego będzie bulwersować i coś innego będzie mu obojętne. Dodajmy, że nie chodzi tu o ewidentne błędy językowe (w rodzaju np. tacierzyństwa – o tym obiecujemy jeszcze napisać!; poszłem, wziąść, standartów itp.), ale o słowa poprawne, choć z różnym natężeniem lubiane (bądź znienawidzone) przez różnych użytkowników polszczyzny.
Takie choćby pieniążki, wywołujące zgrzytanie zębów i obrzydzenie u jednych, a rozanielające drugich i będące dla nich znakiem spoufalenia z rozmówcą. Albo – bardziej niby neutralna – aplikacja, dla której założona została nawet specjalna grupa na Facebooku (chodzi o rugowanie z polszczyzny słowa aplikacja używanego w znaczeniu „podanie o pracę” jako niepotrzebnej pożyczki z języka angielskiego; więcej tutaj).
Nam zgrzytają zęby (same!), gdy słyszymy/czytamy słowo dzieciaki, które zyskało na popularności chyba dzięki Jurkowi Owsiakowi i nagłaśnianym medialnie finałom Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Dziś o dzieciakach nie dość że mówi się dużo (o wiele więcej niż o dzieciach), to w dodatku coraz częściej używa się tego słowa w neutralnym znaczeniu, bez zwracania uwagi na tradycyjną funkcję przyrostka -ak. Tymczasem ten przyrostek ma wyraźne zabarwienie ekspresywne, które sprawia, że gdy ktoś mówi dzieciak, to:
• ma na myśli urwisa
• odnosi się raczej do dziecka już starszego (w typie starszaka właśnie), którego inne działania mają charakter zaplanowany rozumowo
• mówi o dziecku lekceważąco.
Zatem o ile możemy zrozumieć jeszcze autorów zgrabnie rymujących się i jawnie żartobliwych haseł w rodzaju „dzieciaki-sieciaki”, „dzieciaki-słodziaki” czy „dzieciaki-bystrzaki”, to już zdania typu „Dzieciaki chore na białaczkę” wywołują w nas bunt i chęć surowego rozprawienia się z wrażliwymi inaczej autorami takich tekstów. Dlatego zgodnie z tytułem tego posta apelujemy do Państwa: kochajmy dzieci – i nie mówmy o nich źle.
Takie choćby pieniążki, wywołujące zgrzytanie zębów i obrzydzenie u jednych, a rozanielające drugich i będące dla nich znakiem spoufalenia z rozmówcą. Albo – bardziej niby neutralna – aplikacja, dla której założona została nawet specjalna grupa na Facebooku (chodzi o rugowanie z polszczyzny słowa aplikacja używanego w znaczeniu „podanie o pracę” jako niepotrzebnej pożyczki z języka angielskiego; więcej tutaj).
Nam zgrzytają zęby (same!), gdy słyszymy/czytamy słowo dzieciaki, które zyskało na popularności chyba dzięki Jurkowi Owsiakowi i nagłaśnianym medialnie finałom Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Dziś o dzieciakach nie dość że mówi się dużo (o wiele więcej niż o dzieciach), to w dodatku coraz częściej używa się tego słowa w neutralnym znaczeniu, bez zwracania uwagi na tradycyjną funkcję przyrostka -ak. Tymczasem ten przyrostek ma wyraźne zabarwienie ekspresywne, które sprawia, że gdy ktoś mówi dzieciak, to:
• ma na myśli urwisa
• odnosi się raczej do dziecka już starszego (w typie starszaka właśnie), którego inne działania mają charakter zaplanowany rozumowo
• mówi o dziecku lekceważąco.
Zatem o ile możemy zrozumieć jeszcze autorów zgrabnie rymujących się i jawnie żartobliwych haseł w rodzaju „dzieciaki-sieciaki”, „dzieciaki-słodziaki” czy „dzieciaki-bystrzaki”, to już zdania typu „Dzieciaki chore na białaczkę” wywołują w nas bunt i chęć surowego rozprawienia się z wrażliwymi inaczej autorami takich tekstów. Dlatego zgodnie z tytułem tego posta apelujemy do Państwa: kochajmy dzieci – i nie mówmy o nich źle.
Etykiety:
przyrostki,
słowotwórstwo,
wrażliwość językowa,
znaczenie słów
wtorek, 28 czerwca 2011
Przekonuje, bo uważa. Tak naprawdę: mówi
Pracując przez lata z młodymi (a raczej: uczącymi się) dziennikarzami, zauważyliśmy powszechną już manierę przy cytowaniu wypowiedzi: okraszanie cytatów niepasującymi wcale do kontekstu czasownikami („X przekonuje”, „Y uważa”, „Z uznaje...” czy nawet „A nawołuje” lub „B zapewnia” – w miejsce „mówi”, „powiedział”). Aspirujący do chlubnego dla nich miana reportera młodzi ludzie, uczeni w szkole/na studiach, że język polski nie lubi powtórzeń, dowolnie żonglują takimi słowami, jak np. „przekonywać”, „uważać”, „tłumaczyć”, „wyjaśniać”, „potwierdzać”, „twierdzić” itp., nie bacząc na ich znaczenie.
Zobaczmy na cytaty z jednego tylko tekstu:
1. „Dzięki budowie nowego [gmachu] studiowanie tego kierunku będzie możliwe – zachęca rektor”.
2. „To odpowiedź na zapotrzebowanie rynku – uważa rzecznik prasowy”.
3. „Dwa uniwersytety (ze Szwecji i Belgii) zadeklarowały chęć współpracy i zapewnienia nam swojej kadry naukowo-dydaktycznej – przekonuje rektor”.
Do czegóż rektor zachęca w zdaniu pierwszym? Owszem, w bardzo dużym domyśle do studiowania, ale w tym zdaniu nacisk położony jest nie tyle na zachęcanie, co na wskazanie faktu: gdyby nie nowy budynek, o studiach nie byłoby co marzyć, teraz budynek będzie, więc i nowy kierunek zostanie otwarty. To nie zachęta, to podanie informacji. Jeśli więc wzdragamy się przed „mówi”, możemy użyć w tym kontekście np. „informuje/ komunikuje/podaje do wiadomości” i nikt nie dopatrzy się w naszym tekście błędu.
Jakiż to własny punkt widzenia przedstawia rzecznik ze zdania drugiego? „Uważać” to przecież według słowników „być zdania, sądzić, mniemać, przypuszczać”, tymczasem nasz rzecznik nie podaje tu własnych sądów, nie przedstawia rozumowania (nieważne: zawiłego czy prostego), które jest jedną ze stron medalu, ale tak naprawdę przytacza twarde wyniki badań, które uczelnia wykonała i w efekcie których zdecydowała się otworzyć nowy kierunek.
A w zdaniu trzecim rektor raczej chwali się sukcesem niż przekonuje (w słowniku „przekonywać” to „dowieść słuszności, prawdziwości czegoś”). Jest skromny? To niech się nie chwali, a np. podkreśli czy wreszcie – powie, bo unikanie powtórzeń nie oznacza, że należy unikać danego słowa w ogóle! A przede wszystkim: nie oznacza, że możemy dowolnie czerpać ze słownikowych zasobów bez oglądania się na znaczeniowe ramy, które sytuują słowa w określonych kontekstach. I to właśnie chcieliśmy dziś Państwu wytłumaczyć, przytaczając przykłady, argumentując, a wreszcie – mówiąc (pisząc) :-).
PS O tym, że problem podnoszony w tym felietonie nie jest wadą tylko adeptów dziennikarstwa, można się przekonać, śledząc publikowane już w poważnych mediach artykuły. Przykłady: przekonywać w tekście z portalu Gazeta.pl czy z serwisu Se.pl; uważać w tekście ze strony Onet.pl; zapewnia i twierdzi w „Dzienniku Polskim” i wiele innych...
Zobaczmy na cytaty z jednego tylko tekstu:
1. „Dzięki budowie nowego [gmachu] studiowanie tego kierunku będzie możliwe – zachęca rektor”.
2. „To odpowiedź na zapotrzebowanie rynku – uważa rzecznik prasowy”.
3. „Dwa uniwersytety (ze Szwecji i Belgii) zadeklarowały chęć współpracy i zapewnienia nam swojej kadry naukowo-dydaktycznej – przekonuje rektor”.
Do czegóż rektor zachęca w zdaniu pierwszym? Owszem, w bardzo dużym domyśle do studiowania, ale w tym zdaniu nacisk położony jest nie tyle na zachęcanie, co na wskazanie faktu: gdyby nie nowy budynek, o studiach nie byłoby co marzyć, teraz budynek będzie, więc i nowy kierunek zostanie otwarty. To nie zachęta, to podanie informacji. Jeśli więc wzdragamy się przed „mówi”, możemy użyć w tym kontekście np. „informuje/ komunikuje/podaje do wiadomości” i nikt nie dopatrzy się w naszym tekście błędu.
Jakiż to własny punkt widzenia przedstawia rzecznik ze zdania drugiego? „Uważać” to przecież według słowników „być zdania, sądzić, mniemać, przypuszczać”, tymczasem nasz rzecznik nie podaje tu własnych sądów, nie przedstawia rozumowania (nieważne: zawiłego czy prostego), które jest jedną ze stron medalu, ale tak naprawdę przytacza twarde wyniki badań, które uczelnia wykonała i w efekcie których zdecydowała się otworzyć nowy kierunek.
A w zdaniu trzecim rektor raczej chwali się sukcesem niż przekonuje (w słowniku „przekonywać” to „dowieść słuszności, prawdziwości czegoś”). Jest skromny? To niech się nie chwali, a np. podkreśli czy wreszcie – powie, bo unikanie powtórzeń nie oznacza, że należy unikać danego słowa w ogóle! A przede wszystkim: nie oznacza, że możemy dowolnie czerpać ze słownikowych zasobów bez oglądania się na znaczeniowe ramy, które sytuują słowa w określonych kontekstach. I to właśnie chcieliśmy dziś Państwu wytłumaczyć, przytaczając przykłady, argumentując, a wreszcie – mówiąc (pisząc) :-).
PS O tym, że problem podnoszony w tym felietonie nie jest wadą tylko adeptów dziennikarstwa, można się przekonać, śledząc publikowane już w poważnych mediach artykuły. Przykłady: przekonywać w tekście z portalu Gazeta.pl czy z serwisu Se.pl; uważać w tekście ze strony Onet.pl; zapewnia i twierdzi w „Dzienniku Polskim” i wiele innych...
wtorek, 21 czerwca 2011
Coraz nam ciężej...
Od kilku dni redagujemy tekst, który przypomniał nam o częstym ostatnio problemie językowym: wypieraniu przysłówka „trudno” z jego tradycyjnych połączeń i zastępowaniu go przez synonim „ciężko”. Czytamy (i słyszymy): „ciężko coś stwierdzić”, „ciężko powiedzieć”, „ciężko w coś uwierzyć”, „ciężko dostrzec”, „ciężko się oprzeć wrażeniu”, „ciężko wyczytać”,..., a nawet – „ciężko jest przekazać swoje geny” czy „ciężko jest odbyć randkę” (!).
Z synonimami w języku jest tak, że rzadko bywają one swoimi dokładnymi odpowiednikami. Warto przypomnieć sobie tutaj inną nazwę synonimu – to wszak „wyraz bliskoznaczny”. Już samo to określenie wskazuje, że synonimy łączą jedynie bliskie związki, nie zaś tożsamość znaczeniowa. Synonimy są niby językowi bracia – trochę do siebie podobni, jednak mający zupełnie inną osobowość i wygląd. Zobaczmy na pierwsze z brzegu synonimy (cytuję za słownikiem synonimów z portalu Interia) popularnego przysłówka „bardzo”. „Bardzo” to zatem inaczej np.: wielce (powiemy, stylizując się na staroświecki ton „jestem wielce zobowiązany”, ale nikt nie powie: „to jest wielce drogie”), głęboko „głęboko wzruszony”, ale nie: „głęboko ładny”), okropnie („okropnie brzydki”, ale już nie: „okropnie piękny”!), diabelnie („diabelnie zimno”, ale już nie: „diabelnie się cieszę”, a przynajmniej nie w każdym kontekście), ciężko (tylko w kontekście choroby – „ciężko chory”, ale już nigdy np. „ciężko atrakcyjny”) itp.
Podobnie rzecz się ma z przysłówkami „ciężko” i „trudno”. Najprościej i najogólniej mówiąc: jeśli opisujemy wysiłek fizyczny („ciężko pracował”) lub psychiczny, w znaczeniu: odnoszący się do emocji („było mi ciężko znieść śmierć siostry”), możemy użyć przysłówka „ciężko”, jeśli natomiast mamy na myśli wysiłek (nazwijmy go mentalnym*), który można opisać też np. słowami „w sposób skomplikowany, niełatwo”, używamy słowa „trudno”.
Zatem: „trudno coś stwierdzić/ dostrzec/ odczytać”, ale: „ciężko harować/ biec (np. pod górę)/ chodzić (np. o silniku)” itp. Wystarczy to zrozumieć (a nie jest trudno!), by powiedzieć poprawnie. Bo choć życie bywa ciężkie, to jeszcze nie powód, żeby to ciągle podkreślać :-)
* Oczywiście zwrot „ciężko myśleć” każe wziąć w cudzysłów mentalność wysiłku. „Ciężko myśleć” (czyli powoli, opornie, w sposób wskazujący na niedostatek/brak inteligencji), podobnie jak „ciężki dowcip” (niezgrabny, toporny, przykry lub krzywdzący) zaliczmy więc do wyjątków potwierdzających naszą regułę :-)
Z synonimami w języku jest tak, że rzadko bywają one swoimi dokładnymi odpowiednikami. Warto przypomnieć sobie tutaj inną nazwę synonimu – to wszak „wyraz bliskoznaczny”. Już samo to określenie wskazuje, że synonimy łączą jedynie bliskie związki, nie zaś tożsamość znaczeniowa. Synonimy są niby językowi bracia – trochę do siebie podobni, jednak mający zupełnie inną osobowość i wygląd. Zobaczmy na pierwsze z brzegu synonimy (cytuję za słownikiem synonimów z portalu Interia) popularnego przysłówka „bardzo”. „Bardzo” to zatem inaczej np.: wielce (powiemy, stylizując się na staroświecki ton „jestem wielce zobowiązany”, ale nikt nie powie: „to jest wielce drogie”), głęboko „głęboko wzruszony”, ale nie: „głęboko ładny”), okropnie („okropnie brzydki”, ale już nie: „okropnie piękny”!), diabelnie („diabelnie zimno”, ale już nie: „diabelnie się cieszę”, a przynajmniej nie w każdym kontekście), ciężko (tylko w kontekście choroby – „ciężko chory”, ale już nigdy np. „ciężko atrakcyjny”) itp.
Podobnie rzecz się ma z przysłówkami „ciężko” i „trudno”. Najprościej i najogólniej mówiąc: jeśli opisujemy wysiłek fizyczny („ciężko pracował”) lub psychiczny, w znaczeniu: odnoszący się do emocji („było mi ciężko znieść śmierć siostry”), możemy użyć przysłówka „ciężko”, jeśli natomiast mamy na myśli wysiłek (nazwijmy go mentalnym*), który można opisać też np. słowami „w sposób skomplikowany, niełatwo”, używamy słowa „trudno”.
Zatem: „trudno coś stwierdzić/ dostrzec/ odczytać”, ale: „ciężko harować/ biec (np. pod górę)/ chodzić (np. o silniku)” itp. Wystarczy to zrozumieć (a nie jest trudno!), by powiedzieć poprawnie. Bo choć życie bywa ciężkie, to jeszcze nie powód, żeby to ciągle podkreślać :-)
* Oczywiście zwrot „ciężko myśleć” każe wziąć w cudzysłów mentalność wysiłku. „Ciężko myśleć” (czyli powoli, opornie, w sposób wskazujący na niedostatek/brak inteligencji), podobnie jak „ciężki dowcip” (niezgrabny, toporny, przykry lub krzywdzący) zaliczmy więc do wyjątków potwierdzających naszą regułę :-)
sobota, 11 czerwca 2011
No to... logo!
Oprócz tego, że zajmują nas (och, jak bardzo ostatnio!) teksty, zajmują nas też (od czasu do czasu) zakupy odzieżowe. No cóż, czasem trzeba wychynąć z „jaskini”, iść do klienta/pokazać się na mieście/zwerbować współpracowników... Ale jako że przed wychynięciem często niewiele jest czasu na szperanie/przymierzanie/ocenianie (zakupy odzieżowe zajmują nas, tak szczerze mówiąc, średnio), zostaje dobry wujaszek Google wspierany przez dodane do „Ulubionych” różne serwisy aukcyjne/sklepy internetowe. Tak jest szybciej – wygodniej – przyjemniej.
I oto ostatnio szukając ubrań, znaleźliśmy TEKST. Tekst brzmiał „logowana koszulka”. Hm, pomyśleliśmy, koszulka z loginem i hasłem zamiast metki – kupujesz i się logujesz? Koszulka, która sama się zalogowała, więc wraz z nią kupić możemy tzw. wartość dodaną (cenione, oj cenione wśród marketingowych chwytów)? Koszulka, w której łatwiej, szybciej i przyjemniej będzie się zalogować (włóż naszą koszulkę i loguj się – gdzie chcesz!)? Zachciało nam się nagle takiej koszulki (ale także torebki, sukienki, spodenek itp., które zaraz, odkrywszy tekst, znaleźliśmy w sieci).
Zakupy nasze jednak tym razem spaliły na panewce (klienci/współpracownicy/ludzie na mieście – wybaczcie Państwo, prosimy!). Koszulka (a także sukienka, spodenki, a nawet torebka) okazały się logowane pozornie, bo logiem (znaczkiem/symbolem firmy) tylko opatrzone po wierzchu, bez loginu wszak i bez hasła dostępowego w nich zawartego/do nich dodanego, bez wygody w logowaniu nawet! Logowane były, bo logiem jak pieczątką (a częściej: jak pieczątkami) się chlubiły.
Co nam zostało? Wylogować się chyba. I włożyć stary (bez przesady ;-) ) sprawdzony strój biznesowy. Strój, o którym można powiedzieć jedno: „No logo, no!”.
PS My odmieniamy słowo "logo".
I oto ostatnio szukając ubrań, znaleźliśmy TEKST. Tekst brzmiał „logowana koszulka”. Hm, pomyśleliśmy, koszulka z loginem i hasłem zamiast metki – kupujesz i się logujesz? Koszulka, która sama się zalogowała, więc wraz z nią kupić możemy tzw. wartość dodaną (cenione, oj cenione wśród marketingowych chwytów)? Koszulka, w której łatwiej, szybciej i przyjemniej będzie się zalogować (włóż naszą koszulkę i loguj się – gdzie chcesz!)? Zachciało nam się nagle takiej koszulki (ale także torebki, sukienki, spodenek itp., które zaraz, odkrywszy tekst, znaleźliśmy w sieci).
Zakupy nasze jednak tym razem spaliły na panewce (klienci/współpracownicy/ludzie na mieście – wybaczcie Państwo, prosimy!). Koszulka (a także sukienka, spodenki, a nawet torebka) okazały się logowane pozornie, bo logiem (znaczkiem/symbolem firmy) tylko opatrzone po wierzchu, bez loginu wszak i bez hasła dostępowego w nich zawartego/do nich dodanego, bez wygody w logowaniu nawet! Logowane były, bo logiem jak pieczątką (a częściej: jak pieczątkami) się chlubiły.
Co nam zostało? Wylogować się chyba. I włożyć stary (bez przesady ;-) ) sprawdzony strój biznesowy. Strój, o którym można powiedzieć jedno: „No logo, no!”.
PS My odmieniamy słowo "logo".
czwartek, 26 maja 2011
Do samospisu!
I nastał znów czas Narodowego Spisu Powszechnego Ludności i Mieszkań (dalej NSPLiM). Jako że teraz wszystko trzeba zareklamować (zwłaszcza jeśli jest to robione za pieniądze z UE), najlepiej w TV lub w radiu, to i NSPLiM reklamowany być musi. Więc reklamują go – tym mocniej, im koniec spisu bliższy.
I słyszymy coraz bardziej powszechne (a jakże!) larum: „Spisz się i Ty!”. To hasło krzyczy do nas także na stronie NSPLiM (czytaj tutaj). Bo chodzi o to, by jak najwięcej z nas, obywateli, dokonało „samospisu” online. Dlatego na stronie NSPLiM mamy i formularze do samospisu, i informacje o samospisie. Samospis można nawet polubić na Facebooku, takie czasy.
W tym narodowym porywie statystycznym słowa pogubiły swoje prawdziwe znaczenia. A może tylko ktoś źle spisał te znaczenia ze słownika?
„Spisać/spisywać coś, kogoś” to rzeczywiście «dokonać spisu, wykonać rejestr, wykaz, protokół; ułożyć tekst». Ale już czasownik „spisać się” (strona zwrotna) oznacza «postąpić, zachować się w sposób zasługujący na wyróżnienie, pochwałę (ironicznie: na naganę); odznaczyć się, pokazać się, popisać się» („Słownik języka polskiego” PWN). Mały zaimek „się” zmienia sens słowa. To „się” przenosi czynność z kategorii tych wykonywanych mechanicznie pod dyktando kogoś (np. „spisywał wiernie jego słowa”) lub czegoś (np. „spis z natury”) do kategorii działań manifestujących czyjąś wolę, czyjeś zdolności, czyjeś dobre lub złe zamiary.
„Spisz się i Ty!” oznaczać może zatem „popisz się (w końcu)!”, „pokaż swoje prawdziwe oblicze!”, „objaw nam swoje możliwości!”. Ta skądinąd chwalebna zachęta ze spisem narodowym, a już tym bardziej ze samospisem za wiele wspólnego nie ma, co wiedzą nawet ci, których dotąd NSPLiM omijał.
I nastał znów czas NSPLiM. Nie spisujmy się źle (nagannie, karygodnie...), obywatele! Dokonajmy wpisu, choćby i wypełniając online odpowiedni formularz. Co z tego, że niejeden z nas woli jadłospis od samospisu? Wpiszmy się (spiesząc się)! I miejmy to z głowy, a przede wszystkim z oczu!
I słyszymy coraz bardziej powszechne (a jakże!) larum: „Spisz się i Ty!”. To hasło krzyczy do nas także na stronie NSPLiM (czytaj tutaj). Bo chodzi o to, by jak najwięcej z nas, obywateli, dokonało „samospisu” online. Dlatego na stronie NSPLiM mamy i formularze do samospisu, i informacje o samospisie. Samospis można nawet polubić na Facebooku, takie czasy.
W tym narodowym porywie statystycznym słowa pogubiły swoje prawdziwe znaczenia. A może tylko ktoś źle spisał te znaczenia ze słownika?
„Spisać/spisywać coś, kogoś” to rzeczywiście «dokonać spisu, wykonać rejestr, wykaz, protokół; ułożyć tekst». Ale już czasownik „spisać się” (strona zwrotna) oznacza «postąpić, zachować się w sposób zasługujący na wyróżnienie, pochwałę (ironicznie: na naganę); odznaczyć się, pokazać się, popisać się» („Słownik języka polskiego” PWN). Mały zaimek „się” zmienia sens słowa. To „się” przenosi czynność z kategorii tych wykonywanych mechanicznie pod dyktando kogoś (np. „spisywał wiernie jego słowa”) lub czegoś (np. „spis z natury”) do kategorii działań manifestujących czyjąś wolę, czyjeś zdolności, czyjeś dobre lub złe zamiary.
„Spisz się i Ty!” oznaczać może zatem „popisz się (w końcu)!”, „pokaż swoje prawdziwe oblicze!”, „objaw nam swoje możliwości!”. Ta skądinąd chwalebna zachęta ze spisem narodowym, a już tym bardziej ze samospisem za wiele wspólnego nie ma, co wiedzą nawet ci, których dotąd NSPLiM omijał.
I nastał znów czas NSPLiM. Nie spisujmy się źle (nagannie, karygodnie...), obywatele! Dokonajmy wpisu, choćby i wypełniając online odpowiedni formularz. Co z tego, że niejeden z nas woli jadłospis od samospisu? Wpiszmy się (spiesząc się)! I miejmy to z głowy, a przede wszystkim z oczu!
Etykiety:
błędy słownikowe,
czasowniki,
styl urzędowy,
znaczenie słów
czwartek, 19 maja 2011
Dobry uczynek dla języka
W radiu powiedzieli, że dziś jest Dzień Dobrych Uczynków. Powiedzieli też, że dobro jest czynić dobrze, nie tylko 19 maja, dlatego do niego zachęcają. „I choćby to miało być tylko przeprowadzenie przysłowiowej babci przez ulicę, zróbmy dzisiaj coś dobrego” – dodali.
Pomyśleliśmy: o jakie to przysłowie, które mówi o babci, może chodzić? „Gdyby babcia miała wąsy, to by była dziadkiem” – jedyne porzekadło, jakie nam przyszło do głowy, do tego kontekstu zupełnie bowiem nie pasowało. A może miało być „przeprowadzanie przysłowiowej baby przez ulicę”? Tu moglibyśmy już poradzić sobie lepiej – wiadomo wszak, że „baba z wozu, koniom lżej”, kontekst drogowy jest, jakoś można by jedno z drugim połączyć...
Pora na nasz dobry uczynek.
Mili i Szanowni Państwo, wyraz „przysłowiowy” oznacza „taki jak w przysłowiu”. Używa się go wtedy, gdy chcemy, by odbiorca naszej wypowiedzi przypomniał sobie jakąś mądrość ludową i dobudował sens informacji o to, czego nie mówimy wprost albo – czego nie dopowiadamy. Wyraz „przysłowiowy” jest nadużywany, w dodatku najczęściej w błędnym znaczeniu. Lubią go zwłaszcza dziennikarze, którym pasuje tworzenie różnego rodzaju skrótów – zgadza się z dynamiką przekazu i jego polotem (cokolwiek by to miało znaczyć). Uwodzeni wizją budowania celnych metafor i skrótów myślowych, zapominają o ważniejszej w dziennikarskim fachu precyzji i rzetelności przekazu, także językowej. I wychodzi to, co wychodzi.
Pomyśleliśmy: o jakie to przysłowie, które mówi o babci, może chodzić? „Gdyby babcia miała wąsy, to by była dziadkiem” – jedyne porzekadło, jakie nam przyszło do głowy, do tego kontekstu zupełnie bowiem nie pasowało. A może miało być „przeprowadzanie przysłowiowej baby przez ulicę”? Tu moglibyśmy już poradzić sobie lepiej – wiadomo wszak, że „baba z wozu, koniom lżej”, kontekst drogowy jest, jakoś można by jedno z drugim połączyć...
Pora na nasz dobry uczynek.
Mili i Szanowni Państwo, wyraz „przysłowiowy” oznacza „taki jak w przysłowiu”. Używa się go wtedy, gdy chcemy, by odbiorca naszej wypowiedzi przypomniał sobie jakąś mądrość ludową i dobudował sens informacji o to, czego nie mówimy wprost albo – czego nie dopowiadamy. Wyraz „przysłowiowy” jest nadużywany, w dodatku najczęściej w błędnym znaczeniu. Lubią go zwłaszcza dziennikarze, którym pasuje tworzenie różnego rodzaju skrótów – zgadza się z dynamiką przekazu i jego polotem (cokolwiek by to miało znaczyć). Uwodzeni wizją budowania celnych metafor i skrótów myślowych, zapominają o ważniejszej w dziennikarskim fachu precyzji i rzetelności przekazu, także językowej. I wychodzi to, co wychodzi.
niedziela, 15 maja 2011
Rzecznik rzucony na stos (ofiarny)
Sytuacja, w której błędy językowe śmieszą (do łez) zamiast drażnić, nie należy do częstych. Inna sprawa, że rozbawienie łatwo i szybko może przejść w rozdrażnienie, a w najlepszym razie – w pukanie się w czoło (własne, bo czoła autorów wypowiedzi cytowanych przez dziennikarzy, są z reguły dla nas niedostępne, a szkoda).
A do śmiechu do łez doprowadziła nas informacja przeczytana we wczorajszym newsletterze portalu Proto.pl dotycząca ostatnich dokonań rzecznika naszego rządu w serwisie Facebook (pełny tekst można przeczytać tutaj).
W artykule zacytowane zostały dwie, jakże „zabawne”, wypowiedzi. Autorką pierwszej z nich jest specjalistka ds. kreowania wizerunku firm, marek i produktów w internecie (nazwiska miłosiernie nie wspomnimy), która tłumaczy czytelnikom: „Rzecznik prasowy nie jest dla wyborców osobą autentyczną – jest to specjalista dedykowany do kontaktów z mediami [...]”. Autor drugiej to specjalista ds. marketingu politycznego z Dolnośląskiej Szkoły Wyższej, który mówi, że rzecznik „prowadzi dosyć siermiężny dialog” (z kontekstu wynika, że chodzi o dialog skąpy w interakcje, nierozbudowany, dialog w powijakach, że tak metaforycznie to ujmiemy).
Do imiesłowu „dedykowany” (będącego kalką angielskiego dedicated), który na początku swojej kariery w języku polskim notowany był głównie w tekstach informatycznych, by wkrótce wkroczyć w inne dziedziny życia, jako tako zdążyliśmy się przyzwyczaić, co wcale nie oznacza, że go akceptujemy (bo nie ma potrzeby takiego zapożyczenia w polszczyźnie) czy – że się z nim pogodziliśmy. Nie akceptujemy i nie godzimy się zwłaszcza w takich kontekstach, które zwróciła nam wyszukiwarka (to wyniki pierwsze – ale lepsze!): PureLime – „odzież dedykowana dla kobiet”, AIP – „infolinia dedykowana do obsługi osób [...]”, forum Wedkuje.pl – „zanęta dedykowana (!) pod konkretny gatunek ryby”, ASA sp. z o.o. – „konferencja prasowa dedykowana nowoczesnym metodom profilaktyki zdrowia intymnego kobiety”, DlaHandlu.pl – „sklep dedykowany zabieganym pasażerom metra” itp. Można było przecież powiedzieć: „przeznaczony”, „służący do czegoś”, „dla kogoś/czegoś”, „do czegoś” i nikt nie miałby wątpliwości, o co chodzi. Że byłoby bez „mądrych” słów? No cóż, mądre słowa mają to do siebie, że przestają być mądre, jeśli się ich głupio używa.
Przypomnijmy więc pochodzenie i definicję słowa „dedykować”. Słowo przywędrowało do polszczyzny z łaciny, gdzie pierwotnie oznaczało „uroczyście poświęcić bogom, ofiarować”. Słownik języka polskiego PWN wyjaśnia, że dedykować oznacza dziś przede wszystkim „ofiarować, poświęcić komu (jakiś utwór lub przedmiot)” i podaje takie przykłady: „Dedykować komuś wiersz, powieść, symfonię”.
Wróćmy do naszego rzecznika prasowego. Jeśli upierać się, że specjalistka wie, co mówi, należałoby jej wypowiedź zrozumieć chyba tak: rzecznik prasowy to specjalista, którego się składa w ofierze mediom. (Inna sprawa, że wiele osób zgodziłoby się z tą definicją). Kaleką treść odzwierciedla kaleka forma tekstu – każdy gołym okiem widzi, że nadęcie wypowiedzi obcymi słowami gwałtownie zaniżyło jej komunikatywność. A przecież można było powiedzieć: „rzecznik prasowy to specjalista ds. kontaktów z mediami” albo „powołany do kontaktów z mediami”.
Jeśli zaś nie tylko specjalistka ds. kreowania, ale i specjalista ds. marketingu politycznego wie, co mówi, to rysuje nam się taki oto obraz rzecznika rządu: chłop przyodziany w zgrzebne płótno, jako tako zszyte tu i ówdzie po bokach, który rzuca się na stos jako ofiara. Tylko czyja to jest ofiara?
A do śmiechu do łez doprowadziła nas informacja przeczytana we wczorajszym newsletterze portalu Proto.pl dotycząca ostatnich dokonań rzecznika naszego rządu w serwisie Facebook (pełny tekst można przeczytać tutaj).
W artykule zacytowane zostały dwie, jakże „zabawne”, wypowiedzi. Autorką pierwszej z nich jest specjalistka ds. kreowania wizerunku firm, marek i produktów w internecie (nazwiska miłosiernie nie wspomnimy), która tłumaczy czytelnikom: „Rzecznik prasowy nie jest dla wyborców osobą autentyczną – jest to specjalista dedykowany do kontaktów z mediami [...]”. Autor drugiej to specjalista ds. marketingu politycznego z Dolnośląskiej Szkoły Wyższej, który mówi, że rzecznik „prowadzi dosyć siermiężny dialog” (z kontekstu wynika, że chodzi o dialog skąpy w interakcje, nierozbudowany, dialog w powijakach, że tak metaforycznie to ujmiemy).
Do imiesłowu „dedykowany” (będącego kalką angielskiego dedicated), który na początku swojej kariery w języku polskim notowany był głównie w tekstach informatycznych, by wkrótce wkroczyć w inne dziedziny życia, jako tako zdążyliśmy się przyzwyczaić, co wcale nie oznacza, że go akceptujemy (bo nie ma potrzeby takiego zapożyczenia w polszczyźnie) czy – że się z nim pogodziliśmy. Nie akceptujemy i nie godzimy się zwłaszcza w takich kontekstach, które zwróciła nam wyszukiwarka (to wyniki pierwsze – ale lepsze!): PureLime – „odzież dedykowana dla kobiet”, AIP – „infolinia dedykowana do obsługi osób [...]”, forum Wedkuje.pl – „zanęta dedykowana (!) pod konkretny gatunek ryby”, ASA sp. z o.o. – „konferencja prasowa dedykowana nowoczesnym metodom profilaktyki zdrowia intymnego kobiety”, DlaHandlu.pl – „sklep dedykowany zabieganym pasażerom metra” itp. Można było przecież powiedzieć: „przeznaczony”, „służący do czegoś”, „dla kogoś/czegoś”, „do czegoś” i nikt nie miałby wątpliwości, o co chodzi. Że byłoby bez „mądrych” słów? No cóż, mądre słowa mają to do siebie, że przestają być mądre, jeśli się ich głupio używa.
Przypomnijmy więc pochodzenie i definicję słowa „dedykować”. Słowo przywędrowało do polszczyzny z łaciny, gdzie pierwotnie oznaczało „uroczyście poświęcić bogom, ofiarować”. Słownik języka polskiego PWN wyjaśnia, że dedykować oznacza dziś przede wszystkim „ofiarować, poświęcić komu (jakiś utwór lub przedmiot)” i podaje takie przykłady: „Dedykować komuś wiersz, powieść, symfonię”.
Wróćmy do naszego rzecznika prasowego. Jeśli upierać się, że specjalistka wie, co mówi, należałoby jej wypowiedź zrozumieć chyba tak: rzecznik prasowy to specjalista, którego się składa w ofierze mediom. (Inna sprawa, że wiele osób zgodziłoby się z tą definicją). Kaleką treść odzwierciedla kaleka forma tekstu – każdy gołym okiem widzi, że nadęcie wypowiedzi obcymi słowami gwałtownie zaniżyło jej komunikatywność. A przecież można było powiedzieć: „rzecznik prasowy to specjalista ds. kontaktów z mediami” albo „powołany do kontaktów z mediami”.
Jeśli zaś nie tylko specjalistka ds. kreowania, ale i specjalista ds. marketingu politycznego wie, co mówi, to rysuje nam się taki oto obraz rzecznika rządu: chłop przyodziany w zgrzebne płótno, jako tako zszyte tu i ówdzie po bokach, który rzuca się na stos jako ofiara. Tylko czyja to jest ofiara?
Etykiety:
błędy słownikowe,
media,
PR,
wyrazy modne,
wyrazy obce,
znaczenie słów
Subskrybuj:
Posty (Atom)