Zanim zabrałam się do pisania tego posta, wcieliłam się w rolę „zwykłego” użytkownika języka, który próbując rozstrzygnąć jakąś poprawnościową kwestię, szuka odpowiedzi w internecie. To doświadczenie okazało się bardzo pouczające, a wniosek płynący z poszukiwań można sformułować tak: co autor językowej ekspertyzy, to inna opinia. Dla internauty drążącego tematy poprawnościowe taka konkluzja jest mało satysfakcjonująca, ale – co warto od razu powiedzieć – przypadek słowa „modowy” nie jest odosobniony, często bowiem bywa tak, że poloniści spierają się o poprawność różnych nowych językowych konstrukcji, ujawniając przy tym większą bądź mniejszą tolerancyjność wobec inwencji użytkowników polszczyzny.
Wróćmy jednak do tematu tego artykułu – czy przymiotnik „modowy” jest poprawny? Z punktu widzenia słowotwórstwa nie ma w nim nic błędnego – został utworzony zgodnie z językowymi regułami od rzeczownika „moda”, a fakt, że od zawsze istniał przymiotnik „modny”, niczego w tej opinii zmienić nie może. „Modny” i „modowy” opisują bowiem dwa zupełnie różne pojęcia. „Modny” to to samo, co francuskie á la mode, czyli: zgodny z modą, naśladujący aktualne trendy (np. modny mężczyzna) czy odzwierciedlający obowiązujące w danym sezonie reguły stylu (np. modny płaszcz). „Modowy” to natomiast ogólnie związany z modą (jak w nazwie działu pewnej witryny internetowej: „Modowy misz masz”, czyli wszystko, co dzieje się w świecie mody: pokazów mody, projektantów, modelek, stylistów itp.), choć często także w takim znaczeniu z modą się wiążący, że jest właśnie na przekór modzie czy wbrew dobremu gustowi, jak np. w wyrażeniu „wpadka modowa”. Co więcej – wydaje się, że pierwowzorem dla przymiotnika „modowy” stały się słowa w pewnym sensie znaczeniowo mu bliskie, np. „stylowy” czy „ubraniowy”.
„Modowy” budzi jednak wątpliwości stylistyczne. Językoznawcy narzekają, że zgrzyta (np. tutaj) lub że niepotrzebnie zastępuje konstrukcje bardziej opisowe (np. tutaj), precyzyjniej oddające rzeczywistość. Niektórzy (np. tutaj) wręcz boją się dalszej inwencji użytkowników polszczyzny i wysypu językowych potworków w rodzaju czasownika „modować” czy rzeczownika „modowanie” (co miałyby jednak one znaczyć, trudno się domyślić, a i autor przywoływanego artykułu tego nie tłumaczy). Zapewne znalazłyby się też głosy broniące różnorodności językowej i pełne obaw o to, że polszczyzna stanie się niebawem językiem jednostajnym brzmieniowo, w którym wszystko się ze sobą zrymuje i przez to zleje w jeden niezrozumiały strumień dźwięków.
Moim zdaniem jednak te opinie należałoby potraktować ostrożnie (oględnie rzecz ujmując), za „modowym” przemawia bowiem całkiem sporo argumentów. Oto ich zestaw:
1. Przywołany już wyżej argument słowotwórczy – „modowy” jest jak najbardziej poprawnym słowotwórczo wyrazem.
2. Argument ekonomiczny – przymiotnik „modowy” jest krótszy niż wyrażenia „o modzie/dotyczący mody”.
3. Argument semantyczny, także już wstępnie pokrótce omówiony – wyraz „modowy” jest wygodny, bo nadaje się do określania różnych zjawisk związanych z modą (zatem nie tylko do opisu tego, co dzieje się w modzie, ale i tego, co jest jej na przekór, co jest demodée lub po prostu w złym guście), a jednocześnie nie wchodzi w paradę (nie pokrywa się z nim znaczeniowo, zatem jego utworzenie jest wyrazem dążenia do precyzji w języku) innemu przymiotnikowi wywodzącemu się od rzeczownika „moda”, czyli „modnemu”. I jeszcze jedna uwaga: przymiotnik „modowy” jest w polszczyźnie tworem zupełnie nowym, nie zaś neosemantyzmem (czyli nie jest starym wyrazem, który zmienił bądź poszerzył swoje znaczenie). Jego pojawienie się nie rodzi dwuznaczności (jak np. w przypadku wyrazu „kawowy”: od dawna mamy np. tort kawowy, czyli taki, w którym jednym ze składników jest kawa, ale od niedawna także słyszymy o przerwie kawowej, czyli przerwie na kawę/herbatę/ciastka itp. – tutaj niewygoda polega na tym, że przymiotnik poszerzył swoje znaczenie, zaczął określać różne zjawiska, przez co staje się mylący, nieprecyzyjny).
4. Argument wywodzący się z uzusu – dziś mówić, że wyraz „modowy” jest nowy czy rzadki w polszczyźnie, już po prostu nie wypada, „modowy” bardzo szybko bowiem przeniknął do języka i niedługo zapewne znajdzie się dla niego miejsce w wydawnictwach poprawnościowych.
Moim zdaniem „modowego” nie ma co tępić. W świecie, w którym modne jest raczej językowe lenistwo, objawiające się bezmyślnym bełkotem wynikającym z dowolnego pomieszania języków angielskiego z polskim (zobacz ten post), pochwalać należałoby inwencję użytkowników tworzących wyrazy nowe w sposób poprawny i zgodny z tendencjami rozwojowymi polszczyzny. Zatem: ja jestem za „modowym”!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą słowotwórstwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą słowotwórstwo. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 3 listopada 2014
środa, 6 lipca 2011
Kochajmy dzieci!
Każdy z nas ma inny poziom wrażliwości językowej, więc każdego z nas coś innego będzie bulwersować i coś innego będzie mu obojętne. Dodajmy, że nie chodzi tu o ewidentne błędy językowe (w rodzaju np. tacierzyństwa – o tym obiecujemy jeszcze napisać!; poszłem, wziąść, standartów itp.), ale o słowa poprawne, choć z różnym natężeniem lubiane (bądź znienawidzone) przez różnych użytkowników polszczyzny.
Takie choćby pieniążki, wywołujące zgrzytanie zębów i obrzydzenie u jednych, a rozanielające drugich i będące dla nich znakiem spoufalenia z rozmówcą. Albo – bardziej niby neutralna – aplikacja, dla której założona została nawet specjalna grupa na Facebooku (chodzi o rugowanie z polszczyzny słowa aplikacja używanego w znaczeniu „podanie o pracę” jako niepotrzebnej pożyczki z języka angielskiego; więcej tutaj).
Nam zgrzytają zęby (same!), gdy słyszymy/czytamy słowo dzieciaki, które zyskało na popularności chyba dzięki Jurkowi Owsiakowi i nagłaśnianym medialnie finałom Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Dziś o dzieciakach nie dość że mówi się dużo (o wiele więcej niż o dzieciach), to w dodatku coraz częściej używa się tego słowa w neutralnym znaczeniu, bez zwracania uwagi na tradycyjną funkcję przyrostka -ak. Tymczasem ten przyrostek ma wyraźne zabarwienie ekspresywne, które sprawia, że gdy ktoś mówi dzieciak, to:
• ma na myśli urwisa
• odnosi się raczej do dziecka już starszego (w typie starszaka właśnie), którego inne działania mają charakter zaplanowany rozumowo
• mówi o dziecku lekceważąco.
Zatem o ile możemy zrozumieć jeszcze autorów zgrabnie rymujących się i jawnie żartobliwych haseł w rodzaju „dzieciaki-sieciaki”, „dzieciaki-słodziaki” czy „dzieciaki-bystrzaki”, to już zdania typu „Dzieciaki chore na białaczkę” wywołują w nas bunt i chęć surowego rozprawienia się z wrażliwymi inaczej autorami takich tekstów. Dlatego zgodnie z tytułem tego posta apelujemy do Państwa: kochajmy dzieci – i nie mówmy o nich źle.
Takie choćby pieniążki, wywołujące zgrzytanie zębów i obrzydzenie u jednych, a rozanielające drugich i będące dla nich znakiem spoufalenia z rozmówcą. Albo – bardziej niby neutralna – aplikacja, dla której założona została nawet specjalna grupa na Facebooku (chodzi o rugowanie z polszczyzny słowa aplikacja używanego w znaczeniu „podanie o pracę” jako niepotrzebnej pożyczki z języka angielskiego; więcej tutaj).
Nam zgrzytają zęby (same!), gdy słyszymy/czytamy słowo dzieciaki, które zyskało na popularności chyba dzięki Jurkowi Owsiakowi i nagłaśnianym medialnie finałom Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Dziś o dzieciakach nie dość że mówi się dużo (o wiele więcej niż o dzieciach), to w dodatku coraz częściej używa się tego słowa w neutralnym znaczeniu, bez zwracania uwagi na tradycyjną funkcję przyrostka -ak. Tymczasem ten przyrostek ma wyraźne zabarwienie ekspresywne, które sprawia, że gdy ktoś mówi dzieciak, to:
• ma na myśli urwisa
• odnosi się raczej do dziecka już starszego (w typie starszaka właśnie), którego inne działania mają charakter zaplanowany rozumowo
• mówi o dziecku lekceważąco.
Zatem o ile możemy zrozumieć jeszcze autorów zgrabnie rymujących się i jawnie żartobliwych haseł w rodzaju „dzieciaki-sieciaki”, „dzieciaki-słodziaki” czy „dzieciaki-bystrzaki”, to już zdania typu „Dzieciaki chore na białaczkę” wywołują w nas bunt i chęć surowego rozprawienia się z wrażliwymi inaczej autorami takich tekstów. Dlatego zgodnie z tytułem tego posta apelujemy do Państwa: kochajmy dzieci – i nie mówmy o nich źle.
Etykiety:
przyrostki,
słowotwórstwo,
wrażliwość językowa,
znaczenie słów
sobota, 11 czerwca 2011
No to... logo!
Oprócz tego, że zajmują nas (och, jak bardzo ostatnio!) teksty, zajmują nas też (od czasu do czasu) zakupy odzieżowe. No cóż, czasem trzeba wychynąć z „jaskini”, iść do klienta/pokazać się na mieście/zwerbować współpracowników... Ale jako że przed wychynięciem często niewiele jest czasu na szperanie/przymierzanie/ocenianie (zakupy odzieżowe zajmują nas, tak szczerze mówiąc, średnio), zostaje dobry wujaszek Google wspierany przez dodane do „Ulubionych” różne serwisy aukcyjne/sklepy internetowe. Tak jest szybciej – wygodniej – przyjemniej.
I oto ostatnio szukając ubrań, znaleźliśmy TEKST. Tekst brzmiał „logowana koszulka”. Hm, pomyśleliśmy, koszulka z loginem i hasłem zamiast metki – kupujesz i się logujesz? Koszulka, która sama się zalogowała, więc wraz z nią kupić możemy tzw. wartość dodaną (cenione, oj cenione wśród marketingowych chwytów)? Koszulka, w której łatwiej, szybciej i przyjemniej będzie się zalogować (włóż naszą koszulkę i loguj się – gdzie chcesz!)? Zachciało nam się nagle takiej koszulki (ale także torebki, sukienki, spodenek itp., które zaraz, odkrywszy tekst, znaleźliśmy w sieci).
Zakupy nasze jednak tym razem spaliły na panewce (klienci/współpracownicy/ludzie na mieście – wybaczcie Państwo, prosimy!). Koszulka (a także sukienka, spodenki, a nawet torebka) okazały się logowane pozornie, bo logiem (znaczkiem/symbolem firmy) tylko opatrzone po wierzchu, bez loginu wszak i bez hasła dostępowego w nich zawartego/do nich dodanego, bez wygody w logowaniu nawet! Logowane były, bo logiem jak pieczątką (a częściej: jak pieczątkami) się chlubiły.
Co nam zostało? Wylogować się chyba. I włożyć stary (bez przesady ;-) ) sprawdzony strój biznesowy. Strój, o którym można powiedzieć jedno: „No logo, no!”.
PS My odmieniamy słowo "logo".
I oto ostatnio szukając ubrań, znaleźliśmy TEKST. Tekst brzmiał „logowana koszulka”. Hm, pomyśleliśmy, koszulka z loginem i hasłem zamiast metki – kupujesz i się logujesz? Koszulka, która sama się zalogowała, więc wraz z nią kupić możemy tzw. wartość dodaną (cenione, oj cenione wśród marketingowych chwytów)? Koszulka, w której łatwiej, szybciej i przyjemniej będzie się zalogować (włóż naszą koszulkę i loguj się – gdzie chcesz!)? Zachciało nam się nagle takiej koszulki (ale także torebki, sukienki, spodenek itp., które zaraz, odkrywszy tekst, znaleźliśmy w sieci).
Zakupy nasze jednak tym razem spaliły na panewce (klienci/współpracownicy/ludzie na mieście – wybaczcie Państwo, prosimy!). Koszulka (a także sukienka, spodenki, a nawet torebka) okazały się logowane pozornie, bo logiem (znaczkiem/symbolem firmy) tylko opatrzone po wierzchu, bez loginu wszak i bez hasła dostępowego w nich zawartego/do nich dodanego, bez wygody w logowaniu nawet! Logowane były, bo logiem jak pieczątką (a częściej: jak pieczątkami) się chlubiły.
Co nam zostało? Wylogować się chyba. I włożyć stary (bez przesady ;-) ) sprawdzony strój biznesowy. Strój, o którym można powiedzieć jedno: „No logo, no!”.
PS My odmieniamy słowo "logo".
Subskrybuj:
Posty (Atom)