Pokazywanie postów oznaczonych etykietą media. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą media. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 stycznia 2015

Dowierzać czy nie?



Wczoraj w serwisie Gazeta.pl na stronie głównej i w dziale plotkarskim przez kilka godzin można było „podziwiać" następujące zdanie: „A my patrzymy i niedowierzamy" (dowód powyżej). I może nie pisałabym tego posta (bo gdyby chcieć się odnosić do wszystkich, nierzadko kardynalnych „ortów" zauważonych w jednym z bardziej poczytnych serwisów informacyjnych, nie starczyłoby czasu na nic innego), gdyby nie fakt, że także w redagowanych przeze mnie ostatnio tekstach ten błąd wielokrotnie się powtarzał.
Być może źródłem pomyłki jest tutaj pisownia innych czasowników zaczynających się od „niedo-", czyli: niedowidzieć i niedomagać, a także niedosłyszeć (w znaczeniu wady słuchu), albo stosunkowo często spotykany rzeczownik pokrewny do zaprzeczenia nie dowierzać, tj. niedowierzanie, zapisywany łącznie, ponieważ reguła głosi, że nie z rzeczownikami należy pisać razem.
Jednak w przypadku słowa dowierzać w wersji zaprzeczonej musimy stosować inną zasadę, zgodnie z którą partykułę nie z czasownikami piszemy oddzielnie – i tylko tak (zrosty niedomagać, niedosłyszeć, niedowidzieć, a także kilka czasowników utworzonych od rzeczowników zaczynających się od „nie": niewolić, nienawidzić, niepokoić – to wyjątki! Są tak nieliczne, że warto je wkuć i nie zapominać o nich). By łatwiej było pamiętać pisownię zaprzeczenia nie dowierzać, wystarczy spojrzeć na poniższy przykład:
nie wierzyć ale niewiara.

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Jestem kulturystką! :-)

Z radością znalazłam niedawno swoje nazwisko w szacownym gronie „kulturystów" języka. Listę takową publikuje witryna Zdrowa Mowa, będąca - jak głoszą jej twórcy - zdroworozsądkowym poradnikiem językowym. Serdecznie dziękuję autorom zestawienia za to wyróżnienie - bez fałszywej skromności czy kokieterii uznając uwzględnienie mnie na wspomnianej liście za prawdziwy zaszczyt. A użytkownikom mojego bloga w ramach postanowień noworocznych obiecuję, że nie będę ustawać w popularyzowaniu poprawnej i pięknej polszczyzny. Jakaż byłaby ze mnie bowiem kulturystka, gdybym zarzuciła regularne ćwiczenia?! :-)

Oczywiście wszystkim polecam poradnik Zdrowa Mowa. Jego twórcy podjęli się trudnego zadania: chcą w sposób przystępny, nierzadko dowcipny, a przede wszystkim skondensowany (tworzą językowe porady dające się przyswoić w 2 minuty!) przekazać zasady poprawnego komunikowania się po polsku ludziom bardzo zajętym (menedżerowie, przedsiębiorcy etc.) i udowodnić, że polszczyzna wcale nie jest taka trudna. Trzeba tylko znaleźć właściwe proporcje między surowością i sztywnością językoznawcy a bezmyślną nierzadko tolerancją i zwykłym językowym niechlujstwem. W pełni popieram!

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Tabletki na festiwalu

Słowo „festiwal" było już tematem jednego z postów zamieszczonych na tej stronie (tutaj). Uznałam jednak, że warto mu poświęcić jeszcze trochę uwagi (tym razem w poważniejszym tonie), a skłonił mnie do tego przede wszystkim przeczytany dzisiaj artykuł w portalu Gazeta.pl, w dziale Sport. Proszę zerknąć na poniższy zrzut ekranu.

W pierwszym zdaniu przywoływanego tekstu były trener reprezentacji polskich piłkarek ręcznych nazywa poziom gry Polek „festiwalem błędów". I nie chodzi tu wcale o stwierdzenie obojętnego dlań faktu, komentujący mecz bowiem grzmi, ostrzega, a słowa „festiwal" używa, doprowadzony do pasji dalekiej od sportowej sztuki motywowania i zagrzewania do walki. Nie wymienia słów znacznie bardziej w tym kontekście odpowiednich – nie mówi o zestawie błędów, o ich nadmiernej ilości czy o ich masie. Mnóstwo różnorodnych potknięć kojarzy się komentującemu z festiwalem, czyli popisem umiejętności (tu rozumianym oczywiście a rebours), przeglądem twórczości, dokonań. A na takim przeglądzie, wiadomo, poziom talentu i wykonawstwa bywa różny...
I właśnie słowo „przegląd" jest chyba tym skojarzeniem, przez które wiedzie droga od festiwalu rozumianego słownikowo (czyli jako uroczystości/imprezy organizowanej cyklicznie, mającej charakter kulturalny i/lub artystyczny – więcej tutaj) do słowa wytrychu, coraz dziś modniejszego i coraz częściej używanego w rozmaitych, często bardzo komicznych kontekstach.
Ot choćby jedna z sieci znanych w Polsce hipermarketów organizuje zwykle swoje akcje promocyjne według modelu festiwali tematycznych. I o ile do przełknięcia (choć pewnie – mam nadzieję! – nie dla wszystkich) są jeszcze festiwale ciast, czekolad czy nawet (!) deserów mlecznych (np. tutaj), o tyle niedawno anonsowany wielkimi (a jakże!) literami Festiwal Kapsuł do Prania i Tabletek do Zmywarek (tutaj dowód) wywoływał już tylko śmiech i dawał impuls do radosnej gry wyobraźni.
Ale wrócę jeszcze do piłki ręcznej. Nie podejrzewam byłego trenera reprezentacji Polski mówiącego „Dziewczyny zaprezentowały dziś festiwal błędów" o sarkazm czy świadomą grę słów i zamiar ironicznego skwitowania pomeczowej sytuacji polskiej drużyny. Myślę, że ulegając emocjom i modzie, sięgnął raczej po słowo coraz powszechniej dziś niestety stosowane na określenie rozmaitych „pokazów", „przeglądów", „prezentacji" itp., mających tyle wspólnego z aktywnością artystyczną czy kulturalną, ile wspólnego może mieć kapsuła do prania z uroczystym świętowaniem.

niedziela, 30 listopada 2014

Co zrobić z -o?

Końcówka „-o” była już „bohaterem” kilku postów publikowanych na tej stronie (np. o słowie „logo” tutaj, o zdrobnieniach „Jasio”, „misio” tutaj). Temat jednak będzie powracał, a ja niezmiennie zamierzam orędować za odmienianiem wyrazów rodzaju męskiego i nijakiego zakończonych w mianowniku na „-o”.
Powyższy zrzut ze strony Gazeta.pl (chodzi o nagłówek A w radio wspominają aktora...) dowodzi, że problem końcówki „-o” dotyczy nie tylko wyrazów nowych w polszczyźnie („logo”) czy nazw własnych („Tesco”), ale także, wtórnie, ta powszechna tendencja zaczyna obejmować wyrazy zapożyczone już dawno, o od lat usankcjonowanej odmianie („radio” – uwaga, nieodmienianie wyrazów „radio”, „studio” itp. to błąd!). Co do słów w polszczyźnie stosunkowo nowych – najczęściej boimy się je odmieniać z prostych powodów:
• żeby nie popełnić błędu,
• traktując nazwę jako zastrzeżony znak towarowy – co znaczy: wyraz jedynie poprawny w formie mianownikowej (tego, że taka tendencja jest obecna w polszczyźnie, najlepiej dowodzi nazwa IKEA – z tego, co się dowiedziałam, pracując nad pewną publikacją z dziedziny public relations, zakaz odmieniania nazwy jest w tym przypadku „odgórny”, a nad jego respektowaniem czuwa sztab marketingowców firmy!).
Ale jak wygląda sprawa z wyrazami starymi? Dlaczego wracamy do staroświecko przecież brzmiących i tak naprawdę niepoprawnych wyrażeń „w radio”, „do studio”, dlaczego przestajemy odmieniać nie tylko nazwy sklepów czy firm, ale także np. imiona męskie zakończone na „-o” (ostatnio w książce przełożonej z języka angielskiego przez bardzo dobrą skądinąd tłumaczkę hurtowo musiałam zmieniać imię bohatera Milo w przypadkach zależnych – autorka przekładu, po chwili zastanowienia, sama zdumiała się, że uległa powszechnej tendencji, i ofiarnie pomagała mi w dokonaniu korekty*)? Jak to się dzieje, że rzadki przecież problem wyrazów zakończonych na „-ao”, których ze względu na problemy z wymową lepiej nie odmieniać (np. „kakao” – proszę spróbować wymówić „z kakaem” i resztę sobie dopowiedzieć), rozciągnięto na odmianę innych wyrazów rodzaju męskiego i nijakiego zakończonych na „-o”?

Na te pytania nietrudno odpowiedzieć. Ekspansja wyrazów obcych, zwłaszcza anglicyzmów, którą w ostatnich latach obserwujemy, sprawia, że użytkownicy polszczyzny próbują znaleźć złoty środek mogący pogodzić reguły rządzące w języku polskim i angielskim. Efekt? To, na czym budowane są struktury językowe w polszczyźnie (deklinacja), coraz bardziej się sypie, zanika, ustępuje miejsca tak dziwacznym przecież konstrukcjom, jak np. „Pojadę do Tesco”, „Rozmawiałem z Zozo” czy „Lubię słuchać radio”. Takie wypowiedzi brzmią po prostu sztucznie.

Te rozważania wypadałoby zakończyć jakąś radą. Ta brzmi: nie bójmy się odmieniać nie tylko wyrazów „radio”, „Milo” czy „studio”, ale też „logo” czy „Tesco” – taka odmiana nie jest ani trudna, ani błędna.

* W tym kontekście ciekawostka: lekturą w klasie II szkół podstawowych jest leciwa już (I wydanie z 1933 r.!) książka Jana Grabowskiego pt. Puc, Bursztyn i goście. Jednym z jej sympatycznych bohaterów jest piesek Mikado – jego imię jest poprawnie odmieniane (Mikadę, z Mikadem, o Mikadzie...) i może stanowić wzorzec dla niejednej współcześnie wydawanej książki z bohaterem o imieniu zakończonym na „-o”. Inna sprawa, że jak się domyślam, wielu rodziców, sekundując swoim pociechom w dobrnięciu do końca książki, także właśnie odmienianie imienia Mikada kładzie na karb staroświeckości języka tej lektury. Niesłusznie!

niedziela, 26 października 2014

W pogoni za modą

Przeglądanie portali czy blogów o modzie (nazywanych przez ich twórców „modowymi” – o tym, czy ten przymiotnik należy uznać za poprawny, napiszę niebawem) może mieć poza innymi i tę zaletę, że dostarcza ciekawego materiału do analiz... językoznawczych. Kto by myślał, że żartuję albo całkowicie sfiksowałam, niech szybko kliknie ten link. Uprzedzam: to odnośnik do artykułu nie najświeższego, nie jest bowiem moim zamierzeniem promowanie w tym poście gorących trendów w modzie, za to jest to link do tekstu doskonale pokazującego stylistyczny problem autorów piszących o tym, co i jak należy nosić. Dodam: piszących po polsku, choć na pierwszy rzut oka nie jest to wcale oczywiste :-).
Proszę przeczytać taki np. akapit, streszczający najważniejsze wytyczne dla pań, które chcą nadążać za modą: „Absolutnym must have będzie kraciasty oversizowy płaszcz, który lansuje Marc Jacobs i Stella McCartney. Saint Laurent z kolei postawił na kratę w wersji grunge’owej, natomiast włoski dom mody Moschino proponuje kraciasty total look! Jest to wersja dla odważnych fashionistek, np. dla trendsetterki Rity Ory”. Chciałoby się powiedzieć „Wow!”, prawda? (Bo przecież czują Państwo, że mówienie „Och!” w tym kontekście jest nie na miejscu, byłoby po prostu passé). Miało przykuć uwagę? Przykuło! Miało postawić do pionu? Postawiło! Miało wywołać wewnętrzną motywację do przeszukania szaf, a przede wszystkim sklepów pod kątem tych wszystkich absolutnie koniecznych do naśladowania trendów? Wywołało!
Dalej w tekście przeczytać jeszcze można o modnych w sezonie printach (bezwzględnie zwierzęce, ewentualnie kropki – taki retro look, dla odmiany). Autorki zastanawiają się np.: „Czy ten print opanuje polskie ulice?”, ale przecież wiadomo już, że jest to pytanie retoryczne, bo kto z czytelników chciałby być demodé, kto ma jeszcze jakiekolwiek wątpliwości, kto wysiedział dotąd przed ekranem komputera/tabletu/smartfona, zamiast oblekać się już, natychmiast!, w najbardziej zwierzęcy z możliwych wzorek – ten w panterkę? Mamy też tajemniczy outfit ikon mody – wspomnienie o nim ma nas utwierdzić w przekonaniu, że warto naśladować najnowsze światowe trendy. W innym miejscu jest jeszcze look (już bez określenia „total”, jaka szkoda!) jako synonim outfitu. Prawda, że modnie?
Tylko – kto przez taki język przebrnie? Może gdyby media traktujące o modzie zamieszczały każdorazowo słowniczek wyrazów modnych, byłoby łatwiej. Jednak tego nie robią, a w poszukiwaniu słów kluczowych dla omawianego artykułu (i temu podobnych tekstów) należy się udać na inne strony, z których np. można się dowiedzieć, że outfit to po prostu wygląd, total look to styl kobiety nienagannie stylowej albo (w innym znaczeniu) jednolity, np. kolorystycznie ubiór (wyjaśnienie tutaj), oversizowy znaczy obszerny, print to wzorek, deseń, zaś must have to przebój, a jednocześnie znak rozpoznawczy każdej śledzącej nowinki w modzie osoby.
Język żyje, to prawda. Język się zmienia, rozwija, asymiluje nowe słowa, pozbywa się tych leciwych i nieużywanych. Podlega modom i rozmaitym trendom. To wszystko jednak nie znaczy przecież, że mamy zacząć mówić i pisać w jakiejś bełkotliwej mieszance, w jakimś polanglo, ani ładnym, ani zrozumiałym.
PS Jako ciekawostkę polecam wszystkim taką oto grafikę mojej ulubionej artystki Marty Frej :-).

sobota, 16 listopada 2013

Trudne nazwiska zakończone na -e

Na ekrany kin weszła Papusza – film wyreżyserowany przez Joannę Kos-Krauze i Krzysztof Krauzego. Dziennikarze filmowi nie bez powodu zachwycają się tym obrazem – jednak czytelników recenzji Papuszy już nie zachwycają błędy w tekstach, zwłaszcza te dotyczące odmiany nazwiska twórców filmu.

Grzegorz Kuprowski w portalu Gazeta.pl pisze tak: „Warto przypomnieć sobie tę nieco zapomnianą kartę z literackiej historii Polski. Małżeństwo Krzysztofa i Joanny Krauzech długo kazało nam czekać na kolejny film, ale zdecydowanie nie zawiodło” (całą recenzję przeczytaj tutaj).

Przypominamy: nazwiska zakończone na –e wywodzą się z języka niemieckiego, ale po polsku należy je odmieniać (wyjątek to sytuacja, w której nazwisko poprzedzone jest jakimś określnikiem, który został odmieniony, np. „brawa należą się reżyserowi Krauze”). Trudność polega na tym, że tego typu nazwiska odmieniają się według innych reguł w liczbie pojedynczej (odmiana przymiotnikowa, np. Krauzego, Krauzemu, Krauzem), a według innych w liczbie mnogiej (odmiana rzeczownikowa – rzeczowniki męskie osobowe). Zatem pełna odmiana w liczbie mnogiej wyglądać będzie tak:
M Krauzowie jak ojcowie
D Krauzów jak ojców
C Krauzom jak ojcom
B Krauzów jak ojców
N Krauzami jak ojcami
Msc Krauzach jak ojcach
W Krauzowie! jak ojcowie!
W zacytowanym wyżej zdaniu powinno być zatem: „małżeństwo Krzysztofa i Joanny Krauzów”.

Osobom mającym problemy z odmianą nazwisk polecamy krótki wykład na ten temat, jaki można przeczytać w internecie (zobacz tutaj), a czytelnikom recenzji filmowych proponujemy raczej wyprawę do kina niż czytanie tekstów krytycznych, które czasem mogą przynieść więcej szkody niż pożytku, także jeśli chodzi o samodzielną ocenę tego czy innego dzieła filmowego.

sobota, 19 października 2013

Tylko ludzie z marginesu szczepią się przeciw grypie


Choć pozostajemy wiernymi czytelnikami portalu Gazeta.pl, od dawna już widzimy jego coraz niższą jakość. I nie chodzi tu tylko o jakość informacyjną, ale też o respektowanie norm poprawności językowej. Coraz częściej mamy wrażenie, że redaktorami i korektorami tekstów publikowanych w tym portalu są sami dziennikarze, a efekt tych zabiegów raz śmieszy, raz przestrasza (lub: odstrasza). I coraz częściej myślimy: „nie, już ostatni raz te bzdury...”.

I oto niedawno mieliśmy okazję dowiedzieć się, że tylko ludzie z marginesu szczepią się przeciw grypie. Ponieważ szczepionka jest płatna i kojarzy się raczej z korporacyjnymi zwyczajami, ta informacja niepomiernie nas zdziwiła. Z tym większym zaciekawieniem sięgnęliśmy zatem do tekstu o tajemniczym tytule „Jestem marginesem społecznym. Zaszczepiłam się przeciwko grypie” (artykuł dostępny tutaj). Okazało się, że autorka tekstu, pisząc margines społeczny, miała na myśli malejącą liczbę szczepiących się i fakt, że wedle statystyk osoby, które korzystają ze szczepień przeciw grypie, stanowią ledwo kilka procent całego społeczeństwa.

A przecież wyrażenie margines społeczny, jak podaje np. Słownik języka polskiego PWN (zob. tutaj), określa ludzi wykolejonych, stojących poza społeczeństwem nie dla swej wyjątkowości (rzadkości), ale dlatego, że łamią normy społeczne i nie zwracają uwagi na zasady współistnienia z innymi. Definicję ludzi z marginesu – w mniej oficjalnej formie – można także znaleźć choćby w skeczach kabaretowych (np. kabaret Limo – zob. tutaj).

Zatem wyjątkowość kogoś, kto określa siebie przez zdanie „jestem marginesem społecznym”, nie jest wyjątkowością godną naśladowania, ale przeciwnie – czymś, co raczej się odrzuca, spycha jeszcze bardziej na margines albo próbuje się naprawiać/leczyć. Wyznanie dziennikarki portalu Gazeta.pl jest zatem tyleż niezręczne, co ryzykowne. I jeśli miała to być zabawa słowem, próba przyciągnięcia czytelnika czy inny tego typu zabieg stylistyczny, to naszym zdaniem nie wyszło – znowu.

Metafory mają to do siebie, że łatwo ześlizgują się w dosłowność lub śmieszność. Wyrażenie/zdanie/porównanie, które pozornie wydaje się efektownym zabiegiem, zwłaszcza jeśli towarzyszy temu nieprzemyślane zachłyśnięcie się formą, może szybko zepchnąć swojego autora na margines. Pół biedy, jeśli jest to margines życia literackiego/publicystyki itp. Gorzej, gdy jest to margines społeczny...

czwartek, 6 października 2011

Rzucać mięsem – bardziej!

Gdyby ktoś usilnie nas dopytywał, dlaczego interesuje nas język, jego poprawność i piękno, to nie usłyszałby wcale deklaracji w rodzaju „lubimy się śmiać z potknięć i błędów innych, a szerzej: tropimy głupotę”. Dowiedziałby się raczej, że nasza praca wynika z nieustannego zafascynowania tym, co zmienne, żywe, wymykające się na coraz to nowe i coraz ciekawsze sposoby (ale jak!) najłagodniejszym nawet unormowaniom.
No bo spójrzmy choćby na takie słowo „festiwal”. Już zdążyliśmy się jako tako przyzwyczaić do rozmaitych festiwali smaku, festiwali wnętrz, festiwali przedmiotów rozmaitych (ot, choćby taki Festiwal Krzemienia Pasiastego, a co!) czy festiwali praw (zawsze równych!). Przełknęliśmy (nomen omen) jakoś festiwal pierogów, festiwal pizzy, festiwal wina i serów (to nawet z dużym smakiem) czy nawet festiwal golonki (choć nie jadamy). Już zdążyliśmy sobie przecież wytłumaczyć, że skoro etymologicznie słowo „festiwal” pochodzi od łacińskiego festivus, który to przymiotnik oznacza (Słownik łacińsko-polski PWN, Warszawa 1988, wyd. XVIII): „przyjemny, wesoły; miły, piękny; dowcipny; swobodny”, to nie będziemy odmawiać wesołości, piękna ani tym bardziej swobody ani pierogom, ani golonce. Wszak są tacy (znamy Was!), którzy o golonce wiersze pisać by mogli, gdyby tylko chcieli. Tymczasem nie chcą – nie mogą może, bo czar golonki ich usidlił (na festiwalu zwłaszcza, gdzie golonek jest wielość i rozmaitość niezmierna), a ściślej – usidlił ich golonki aromat i smak.
Wytłumaczyliśmy sobie zatem, zaczęliśmy się przyzwyczajać... Aż nagle – klops, nie golonka.
Przeczytaliśmy zdanie, które zachwiało naszym – nowym, więc i słabym jeszcze – przyzwyczajeniem. Zdanie zaczynało się tak: „W festiwalu wzajemnych oskarżeń i szukania winnych (...)” (więcej tutaj), a mowa była o lokalnych politykach i wrześniowej aferze z przedszkolami.
Hm, pomyśleliśmy, niełatwa sprawa. Bo jak tradycyjne znaczenie słowa „festiwal” („uroczystość złożona z szeregu imprez artystycznych, często połączona z konkursem” – Słownik języka polskiego PWN), jak przytoczoną wyżej łacińską etymologię tego wyrazu powiązać z czymś tak niepięknym, niemiłym i zwykle mało dowcipnym, jak oskarżenia, obwinianie, a nawet – mięsem rzucanie? Jak dopasować do przywołanego zdania definicję festiwalu, według której to wydarzenie „umożliwiające przybyłym z różnych stron uczestnikom nawiązanie kontaktów kulturalnych (albo niekiedy i politycznych)” (W. Kopaliński, Słownik wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych, Wiedza Powszechna 1994)?
A może, wpadliśmy na pomysł, dziennikarka w tak zawoalowany sposób dała czytelnikom do zrozumienia, że radni miejscy wymyślili nową grę pt. „Oskarż mnie, bardziej!”, którą testują w czasie obrad, zanim wynalazek ten ujrzy światło dzienne? Dostojni panowie (i nieliczne panie), którzy zebrali się, by radzić, gdy jako jeden z głównych punktów na sesji zobaczyli temat „przedszkola”, też zapragnęli rozrywki, dziecięctwa właśnie, i zamiast grać w zielone (demodé!), zagrali w oskarżenia. Emocje wrzały, obojętne mury urzędu były świadkami niebywałego tu widowiska, ktoś zapewne klaskał, inny się śmiał, ktoś chciał skoczyć komuś do gardła, ale już mu nie wypadało, bo ten właśnie krzyczał „wina (moja)!”, więc wypadł z gry.
Jeśli to nie był festiwal, to co to mogło być?

PS 1. Oczywiście przepraszamy wszystkich ewentualnie urażonych miłośników golonki ;-) Wszelkie podobieństwo występujących w tym tekście osób i rzeczy do istniejących rzeczywiście jest zupełnie przypadkowe.

wtorek, 28 czerwca 2011

Przekonuje, bo uważa. Tak naprawdę: mówi

Pracując przez lata z młodymi (a raczej: uczącymi się) dziennikarzami, zauważyliśmy powszechną już manierę przy cytowaniu wypowiedzi: okraszanie cytatów niepasującymi wcale do kontekstu czasownikami („X przekonuje”, „Y uważa”, „Z uznaje...” czy nawet „A nawołuje” lub „B zapewnia” – w miejsce „mówi”, „powiedział”). Aspirujący do chlubnego dla nich miana reportera młodzi ludzie, uczeni w szkole/na studiach, że język polski nie lubi powtórzeń, dowolnie żonglują takimi słowami, jak np. „przekonywać”, „uważać”, „tłumaczyć”, „wyjaśniać”, „potwierdzać”, „twierdzić” itp., nie bacząc na ich znaczenie.
Zobaczmy na cytaty z jednego tylko tekstu:
1. „Dzięki budowie nowego [gmachu] studiowanie tego kierunku będzie możliwe – zachęca rektor”.
2. „To odpowiedź na zapotrzebowanie rynku – uważa rzecznik prasowy”.
3. „Dwa uniwersytety (ze Szwecji i Belgii) zadeklarowały chęć współpracy i zapewnienia nam swojej kadry naukowo-dydaktycznej – przekonuje rektor”.
Do czegóż rektor zachęca w zdaniu pierwszym? Owszem, w bardzo dużym domyśle do studiowania, ale w tym zdaniu nacisk położony jest nie tyle na zachęcanie, co na wskazanie faktu: gdyby nie nowy budynek, o studiach nie byłoby co marzyć, teraz budynek będzie, więc i nowy kierunek zostanie otwarty. To nie zachęta, to podanie informacji. Jeśli więc wzdragamy się przed „mówi”, możemy użyć w tym kontekście np. „informuje/ komunikuje/podaje do wiadomości” i nikt nie dopatrzy się w naszym tekście błędu.
Jakiż to własny punkt widzenia przedstawia rzecznik ze zdania drugiego? „Uważać” to przecież według słowników „być zdania, sądzić, mniemać, przypuszczać”, tymczasem nasz rzecznik nie podaje tu własnych sądów, nie przedstawia rozumowania (nieważne: zawiłego czy prostego), które jest jedną ze stron medalu, ale tak naprawdę przytacza twarde wyniki badań, które uczelnia wykonała i w efekcie których zdecydowała się otworzyć nowy kierunek.
A w zdaniu trzecim rektor raczej chwali się sukcesem niż przekonuje (w słowniku „przekonywać” to „dowieść słuszności, prawdziwości czegoś”). Jest skromny? To niech się nie chwali, a np. podkreśli czy wreszcie – powie, bo unikanie powtórzeń nie oznacza, że należy unikać danego słowa w ogóle! A przede wszystkim: nie oznacza, że możemy dowolnie czerpać ze słownikowych zasobów bez oglądania się na znaczeniowe ramy, które sytuują słowa w określonych kontekstach. I to właśnie chcieliśmy dziś Państwu wytłumaczyć, przytaczając przykłady, argumentując, a wreszcie – mówiąc (pisząc) :-).
PS O tym, że problem podnoszony w tym felietonie nie jest wadą tylko adeptów dziennikarstwa, można się przekonać, śledząc publikowane już w poważnych mediach artykuły. Przykłady: przekonywać w tekście z portalu Gazeta.pl czy z serwisu Se.pl; uważać w tekście ze strony Onet.pl; zapewnia i twierdzi w „Dzienniku Polskim” i wiele innych...

czwartek, 2 czerwca 2011

Warzywa, których lepiej unikać

W Europie szaleje EHEC (bakterie, które „zrobiły karierę” na hiszpańskich ogórkach), a media donoszą, że to „nowy, zupełnie nieznany szczep pałeczki okrężnicy”, mutacja dwóch dotąd zbadanych bakterii Escherichia coli. W oświadczeniu WHO znalazło się m.in. zdanie: „Jest to unikalny szczep, którego nigdy wcześniej nie wyizolowano u pacjentów” (więcej czytaj tutaj).
Nie wiemy, czy ten, kto tłumaczył to zdanie, zna trwającą od lat (choć ostatnio już nieco przygasającą z racji innych, ważniejszych) dyskusję językoznawców na temat przymiotników „unikalny” i „unikatowy”. Ale nawet jeśli nie, zdaje się, że swoim tekstem dał do ręki potężny argument przeciwnikom słowa „unikalny” i – być może – sprawił, że dyskusja na nowo rozgorzeje.
Otóż w skrócie dla niezorientowanych: w przywoływanej dyskusji chodzi o to, że słowo „unikalny”, używane w znaczeniu „niepowtarzalny, jedyny w swoim rodzaju”, jest złe, bo to: 1. rusycyzm (ros. unikalnyj); 2. przymiotnik sugerujący swoją budową pochodzenie od czasownika „unikać”, czyli w typie takich słów, jak np.: palny – od palić, jadalny – od jadać, wykonalny – od wykonać, karalny – od karać itp. Zatem „unikalny” w znaczeniu „wyjątkowy” jest o wiele gorsze od „unikatowy”, ten ostatni przymiotnik ma bowiem jasną etymologię, uzasadniającą jego znaczenie – pochodzi od wyrazu „unikat”, czyli „rzadki okaz”.
Wróćmy do analizowanego zdania. Cóż nam ono mówi? Odpowiedzi są dwie:
1. Albo autor tekstu popełnił błąd, ponieważ chciał podkreślić wyjątkowość (tu w znaczeniu: nowość, nietypowość) szczepu bakterii, ale użył do tego niewłaściwego określenia, tworząc bardzo niezręczny oksymoron (unikatowy czy unikalny ma wszak pozytywne konotacje, to rzadki, wyjątkowy, ale jak perła, która olśniewa wielkością i blaskiem, jak kwiat paproci czy czterolistna koniczyna, których nie znajduje się ot tak, choć bardzo chciałoby się je mieć, nie zaś – jak wstrętna bakteria, która zabija).
2. Albo autor nie popełnił błędu, celowo używając przymiotnika unikalny, jako pochodzącego od słowa „unikać”, by podkreślić tym mocniej, że bakterii, o których mowa, lepiej na swej drodze nie spotkać.
Ponieważ znudziła nam się już trochę rola krytykantów, którzy szukają językowych łupów, by wykazać czyjeś komunikacyjne niekompetencje, dziś zakończymy pochwałą. Chwała mianowicie autorowi zdania o unikalnym szczepie bakterii, dzięki niemu zrozumieliśmy tym wyraźniej, że ogórków w tym sezonie lepiej unikać.

czwartek, 19 maja 2011

Dobry uczynek dla języka

W radiu powiedzieli, że dziś jest Dzień Dobrych Uczynków. Powiedzieli też, że dobro jest czynić dobrze, nie tylko 19 maja, dlatego do niego zachęcają. „I choćby to miało być tylko przeprowadzenie przysłowiowej babci przez ulicę, zróbmy dzisiaj coś dobrego” – dodali.
Pomyśleliśmy: o jakie to przysłowie, które mówi o babci, może chodzić? „Gdyby babcia miała wąsy, to by była dziadkiem” – jedyne porzekadło, jakie nam przyszło do głowy, do tego kontekstu zupełnie bowiem nie pasowało. A może miało być „przeprowadzanie przysłowiowej baby przez ulicę”? Tu moglibyśmy już poradzić sobie lepiej – wiadomo wszak, że „baba z wozu, koniom lżej”, kontekst drogowy jest, jakoś można by jedno z drugim połączyć...
Pora na nasz dobry uczynek.
Mili i Szanowni Państwo, wyraz „przysłowiowy” oznacza „taki jak w przysłowiu”. Używa się go wtedy, gdy chcemy, by odbiorca naszej wypowiedzi przypomniał sobie jakąś mądrość ludową i dobudował sens informacji o to, czego nie mówimy wprost albo – czego nie dopowiadamy. Wyraz „przysłowiowy” jest nadużywany, w dodatku najczęściej w błędnym znaczeniu. Lubią go zwłaszcza dziennikarze, którym pasuje tworzenie różnego rodzaju skrótów – zgadza się z dynamiką przekazu i jego polotem (cokolwiek by to miało znaczyć). Uwodzeni wizją budowania celnych metafor i skrótów myślowych, zapominają o ważniejszej w dziennikarskim fachu precyzji i rzetelności przekazu, także językowej. I wychodzi to, co wychodzi.

niedziela, 15 maja 2011

Rzecznik rzucony na stos (ofiarny)

Sytuacja, w której błędy językowe śmieszą (do łez) zamiast drażnić, nie należy do częstych. Inna sprawa, że rozbawienie łatwo i szybko może przejść w rozdrażnienie, a w najlepszym razie – w pukanie się w czoło (własne, bo czoła autorów wypowiedzi cytowanych przez dziennikarzy, są z reguły dla nas niedostępne, a szkoda).
A do śmiechu do łez doprowadziła nas informacja przeczytana we wczorajszym newsletterze portalu Proto.pl dotycząca ostatnich dokonań rzecznika naszego rządu w serwisie Facebook (pełny tekst można przeczytać tutaj).
W artykule zacytowane zostały dwie, jakże „zabawne”, wypowiedzi. Autorką pierwszej z nich jest specjalistka ds. kreowania wizerunku firm, marek i produktów w internecie (nazwiska miłosiernie nie wspomnimy), która tłumaczy czytelnikom: „Rzecznik prasowy nie jest dla wyborców osobą autentyczną – jest to specjalista dedykowany do kontaktów z mediami [...]”. Autor drugiej to specjalista ds. marketingu politycznego z Dolnośląskiej Szkoły Wyższej, który mówi, że rzecznik „prowadzi dosyć siermiężny dialog” (z kontekstu wynika, że chodzi o dialog skąpy w interakcje, nierozbudowany, dialog w powijakach, że tak metaforycznie to ujmiemy).
Do imiesłowu „dedykowany” (będącego kalką angielskiego dedicated), który na początku swojej kariery w języku polskim notowany był głównie w tekstach informatycznych, by wkrótce wkroczyć w inne dziedziny życia, jako tako zdążyliśmy się przyzwyczaić, co wcale nie oznacza, że go akceptujemy (bo nie ma potrzeby takiego zapożyczenia w polszczyźnie) czy – że się z nim pogodziliśmy. Nie akceptujemy i nie godzimy się zwłaszcza w takich kontekstach, które zwróciła nam wyszukiwarka (to wyniki pierwsze – ale lepsze!): PureLime – „odzież dedykowana dla kobiet”, AIP – „infolinia dedykowana do obsługi osób [...]”, forum Wedkuje.pl – „zanęta dedykowana (!) pod konkretny gatunek ryby”, ASA sp. z o.o. – „konferencja prasowa dedykowana nowoczesnym metodom profilaktyki zdrowia intymnego kobiety”, DlaHandlu.pl – „sklep dedykowany zabieganym pasażerom metra” itp. Można było przecież powiedzieć: „przeznaczony”, „służący do czegoś”, „dla kogoś/czegoś”, „do czegoś” i nikt nie miałby wątpliwości, o co chodzi. Że byłoby bez „mądrych” słów? No cóż, mądre słowa mają to do siebie, że przestają być mądre, jeśli się ich głupio używa.
Przypomnijmy więc pochodzenie i definicję słowa „dedykować”. Słowo przywędrowało do polszczyzny z łaciny, gdzie pierwotnie oznaczało „uroczyście poświęcić bogom, ofiarować”. Słownik języka polskiego PWN wyjaśnia, że dedykować oznacza dziś przede wszystkim „ofiarować, poświęcić komu (jakiś utwór lub przedmiot)” i podaje takie przykłady: „Dedykować komuś wiersz, powieść, symfonię”.
Wróćmy do naszego rzecznika prasowego. Jeśli upierać się, że specjalistka wie, co mówi, należałoby jej wypowiedź zrozumieć chyba tak: rzecznik prasowy to specjalista, którego się składa w ofierze mediom. (Inna sprawa, że wiele osób zgodziłoby się z tą definicją). Kaleką treść odzwierciedla kaleka forma tekstu – każdy gołym okiem widzi, że nadęcie wypowiedzi obcymi słowami gwałtownie zaniżyło jej komunikatywność. A przecież można było powiedzieć: „rzecznik prasowy to specjalista ds. kontaktów z mediami” albo „powołany do kontaktów z mediami”.
Jeśli zaś nie tylko specjalistka ds. kreowania, ale i specjalista ds. marketingu politycznego wie, co mówi, to rysuje nam się taki oto obraz rzecznika rządu: chłop przyodziany w zgrzebne płótno, jako tako zszyte tu i ówdzie po bokach, który rzuca się na stos jako ofiara. Tylko czyja to jest ofiara?

sobota, 7 maja 2011

Piłkarzy uczą polskiego – a dziennikarzy?

A było to tak: najpierw trafiliśmy na ciekawy raport przygotowany przez Fundację Kultury Języka Polskiego „Dobrze Powiedziane” – tematem badania była poprawność językowa w polskich mediach (internetowe wydania dzienników ogólnopolskich – cały raport można przeczytać tutaj). Z raportu dowiedzieliśmy się m.in., że wydanie online gazety „Fakt”, obok „Super Expressu” i „Gazety Wyborczej”, to jedno z tych miejsc w sieci, gdzie od błędów jest aż gęsto. Zainspirowani tym stwierdzeniem zaczęliśmy poszukiwania. Na stronie Fakt.pl od razu zaciekawił nas tytuł „Lechia uczy się polskiego” i, jak się okazało, nasza intuicja była dobra.
Artykuł zaczyna się takim oto leadem: „Lechia Gdańsk postanowiła zadbać o edukację swoich zagranicznych piłkarzy. Szóstka graczy, niektórzy wraz z żonami, rozpoczęło naukę języka polskiego” (cały artykuł do przeczytania tutaj). No tak, pomyśleliśmy, to nic nowego, że w polskim futbolu nie dzieje się dobrze, ale żeby aż tak??? Okazuje się, że szeregi polskich piłkarzy zasilają sportowcy płci obojnaczej, co więcej – z żonami, które także cierpią na rzadką skądinąd przypadłość hermafrodytyzmu. A może, wpadło nam do głowy, obojnactwo to jakiś nowy sposób na poprawienie wyników sportowych? Ale jak do stosowania tego biologicznego, że tak to nazwiemy, dopingu ma się obojnactwo żon? No bo to, że ktoś (czytaj: autor tekstu) aż tak chciał dokopać piłkarzom, nie mogło chyba być prawdą...
Dalsza lektura tekstu pozwoliła nam się dowiedzieć m.in., że: „Naukę rozpoczęła szóstka graczy, którym dotychczas dość opornie szło przyswajanie sobie naszych słówek” oraz że: „W klubie liczą, że przyswojenie języka polskiego przez obcokrajowców pomoże im nie tylko w codziennym życiu w naszym kraju, ale wpłynie także na lepszą komunikację na boisku jak i w szatni”. Nie możemy pominąć też milczeniem stwierdzenia nauczycielki polskiego (!) prowadzącej zajęcia z piłkarzami, która mówi dziennikarzowi: „Póki co, najlepiej radzi sobie...”.
Nie wiemy, jakie słówka w Gdańsku uznawane są za „nasze”, na pewno jednak nie należy do nich trudne słówko „zarówno”, które jest pierwszym członem tzw. spójnika złożonego („zarówno..., jak...”) i którego (przynajmniej w ogólnej odmianie języka polskiego) pomijać nie można, bo błędem jest samotne „jak i...”. Ale już zupełnie nie rozumiemy, skąd w ustach polonistki, która uczy języka polskiego obcokrajowców, wzięło się wyrażenie „póki co”, użyte zamiast o wiele lepszego „na razie” czy „jak do tej pory”. Bo co jak co, ale „póki co” na razie na pewno nie jest nasze, językoznawcy wszak klasyfikują je jako rusycyzm. No chyba że „nasze” znaczy tak naprawdę to samo, co w epoce PRL-owskiej kolektywizacji: wspólne, czyli niczyje...

PS A jak powinno brzmieć poprawnie zdanie z leadu? „Sześcioro graczy, niektórzy wraz z żonami, rozpoczęło naukę języka polskiego”, ewentualnie: „Szóstka graczy, niektórzy wraz z żonami, rozpoczęła naukę języka polskiego”.

wtorek, 3 maja 2011

Technologia na bakier z językiem

Tym razem zainteresowaliśmy się artykułami z działu „Technologie” portalu Gazeta.pl. Wszystko zaczęło się niewinnie – od tekstu na temat oszczędności (a raczej ich braku) na kosztach drukowania w firmach. Temat ekologiczny i dla nas, powiedzmy to od razu: niezbyt obytych z technologiami, bezpieczny, bo z definicji niewymagający wertowania słowników ani używania „telefonu do przyjaciela”, który litościwie tłumaczyłby nam, o-co-w-tym-wszystkim-chodzi.
Z tekstu (całość można przeczytać tutaj) dowiedzieliśmy się m.in., że: „Praca wykonywana przez część z pracowników nie może się obyć bez obcowania z papierem i po prostu wymaga stałego drukowania i kopiowania dokumentów”.
Zainspirowało nas to obcowanie z papierem, jednak po dłuższym namyśle odrzuciliśmy dosłowne skojarzenia. Sięgnęliśmy (jednak! – wątpić jest rzeczą ludzką) do słownika i oto, co stary dobry PWN nam podpowiedział: „obcować – być z kimś (czymś) w bliskim kontakcie, utrzymywać z kimś żywe stosunki towarzyskie; przebywać, przestawać z kimś, z czymś, współżyć z kimś. Obcować z ludźmi; obcować z przyrodą”.
Czasownik „obcować” łączy się zatem z wyrazami określającymi ludzi (ale raczej ich ogół – patrz poniżej), albo ze słowami oznaczającymi pewne ogólniejsze zjawiska, dziedziny życia, pojęcia (a nie nazwy konkretnych rzeczy!) itp. Obcować można wszak z przyrodą, ze sztuką (i może tylko przy obcowaniu ze sztuką możemy sprowadzać ten „akt” do obcowania z papierem – np. grafiką, słowem pisanym etc. – choć nikt nie będzie tak mówił, jeśli przez chwilę zastanowi się nad znaczeniem słowa „obcować”!), z pięknem, z Bogiem, ze śmiercią, ze świętymi itp. Nikt natomiast nie powie (mamy nadzieję), że obcuje z kwiatkami, z obrazem/rzeźbą, ze zmarłym itp. – nie powie tak choćby dlatego, że słownik notuje też drugie znaczenie czasownika „obcować”, a mianowicie „współżyć z kimś” i tylko w tym znaczeniu wyraz ten może łączyć się ze słowami określającymi pojedyncze osoby/rzeczy.
Stare przysłowie mówi, że nie ma tego złego... I rzeczywiście: błąd słownikowy w artykule z portalu Gazeta.pl skłonił nas do lektury innych tekstów z działu Technologie. Obcowanie ze sposobem myślenia (!) dziennikarzy tego działu zaowocowało kilkoma jeszcze innymi „łupami językowymi”. Ale o tym już w następnych odcinkach...

niedziela, 17 kwietnia 2011

Uważam, że dzielić trzeba dobrze


Najmłodszy polski tygodnik (wyjąwszy tytuł, periodyk wcale niegłupi), czyli „Uważam Rze” rozprawia się nie tylko z dziennikarzami i czytelnikami „Gazety Wyborczej”, ale też – z obowiązującymi od lat zasadami edycji tekstów. Co do tego pierwszego kierunku krytyki czasopisma wypowiadać się nie będziemy, wszak blog nasz nie jest polityczny, nie możemy jednak pominąć milczeniem beztroski edytorskiej twórców „Uważam Rze”.
A chodzi głównie o podstawowe grzechy przy dzieleniu wyrazów, zwłaszcza obcych.
Przytoczmy kilka zaledwie przykładów (ukośniki wskazują miejsce dzielenia wersów w gazetowych łamach) – cytujemy tu tylko najnowsze wydanie tygodnika, czyli numer 10/2011:
s. 68 „z biura podróży Nec-/kermann”; „Rainbow To-/urs
s. 69 „Ra-inbow Tours”
s. 77 „Che Gu-/ evary”.
Wobec wyżej wytkniętych błędów przypomnijmy zasady:
1. Nie dzielimy wyrazów jednosylabowych, dotyczy to także słów obcych. Jeśli chodzi o wyrazy obce, niezbędna jest wiedza o języku, z którego pochodzi słowo. Może to być dla piszącego utrudnieniem – cóż, erudycja ma swoją cenę, ale z ortografią jest jak z prawem: nieznajomość reguł nie zwalnia z obowiązku ich stosowania (więcej na ten temat można przeczytać np. w poradni językowej PWN).
2. Nie dzielimy grup liter dających w wymowie jedną głoskę, zatem wszelkich -ck-, -ph-, -th-, -sch-, -eau- itp. (więcej na ten temat np. tutaj).
3. Niezależnie od języka, z jakiego pochodzi tekst/słowo, obowiązuje reguła mówiąca o tym, że wyrazy złożone z kilku rdzeni dzielimy w miejscu złożenia, zatem w powyższych przykładach powinno być Rain-bow, nie Ra-inbow (tak zresztą podają sposób dzielenia słowniki angielsko-polskie, np. ten).

Pozostaje mieć nadzieję, że choć tygodnik „Uważam Rze” już od okładki głosi o sobie „inaczej pisane”, to owo „inaczej” odnosić się będzie bardziej do treści niż do formy, zwłaszcza – formy ortograficznej. Uważamy bowiem, że w czasach, gdy w bólu (choć i w niesłabnącej nadziei) przychodzi pisać o błędach, także tych z ksiąg kondolencyjnych, wszystkim to wyjdzie na zdrowie.

wtorek, 21 września 2010

Nowa jakość: humor z gazety

Po lekturze piątkowego (z 10 września 2010 r.) magazynu gazety, która powstaje w – z dumą głoszonej – współpracy z dziennikiem „The Times”, pozostało nam niejasne wrażenie. Albo prima aprilis został w tym roku przeniesiony z kwietnia na wrzesień, albo – u schyłku prasy przegrywającej w starciu z internetem – redaktorzy chwytają się najróżniejszych desek ratunku, w tym np. fundują czytelnikom papierowych wydań humor rodem z zeszytów szkolnych, albo gazety już tak cienko przędą, że ich wydawców nie stać na etat dla redaktora językowego czy choćby korektora. To prawda: papier wszystko przyjmie, a czytelnik dzienników nastawia się przede wszystkim na informację, a nie na jakieś niuanse językowe. A jednak nad tym (i nad wielu jemu podobnymi) wydaniem dziennika „Polska. Gazeta Krakowska” my przejść obojętnie nie umiemy. Tym bardziej że często właśnie językowe niuanse (delikatnie rzecz ujmując! – zob. poniżej) decydują o wartości informacji, co – choć może się wydawać truizmem – warto podkreślić.
Bo zastanówmy się nad sensem takich choćby stwierdzeń:
„Wybierając się z nami na sobotnio-niedzielną wycieczkę mamy okazję poznać najbliższe okolice Krakowa” – czy autor tego zdania nie wykazuje się schizofrenią, chcąc nam powiedzieć ni mniej ni więcej: my mamy okazję poznać okolice Krakowa i to my jednocześnie zachęcamy nas samych, byśmy my się z nami wybrali?!

„Pieniądze pochodziły ze sprzedaży przez fundację jednej z najbardziej znanych w Krakowie firm lokalu użytkowego o powierzchni 250 metrów” – konia z rzędem temu, kto szybko i ze zrozumieniem przebrnie przez to zdanie; większość czytelników po pierwszej lekturze zrozumie, że fundacja sprzedała jakąś firmę.

„Gmach miał mieć charakter monumentalny i jednocześnie iść z duchem czasu przejawiającym się pełnym oświetleniem elektrycznym, które było jeszcze w Krakowie nowością” – no, to dzięki autorowi tego tekstu już wiemy, jak poznać ducha czasu (a raczej: po czym go poznać – po oświetleniu elektrycznym!).

„Wybraną nagrodę może zdobyć Czytelnik, który dzisiaj w godz. 10-14 przyśle SMS pod nr 7238 z wybranym numerem nagrody i dokończy zdanie [...] Nagrodzimy autorów najciekawszych odpowiedzi” – z pierwszego zdania wynika, że nagroda jest przeznaczona dla jednego jedynego czytelnika, który – jako pierwszy? – prześle SMS-a; potem jednak się okazuje (uff!), że nagrodzonych będzie wiele osób.

„Taka przerażająca wizja jeszcze miesiąc temu wydawała się opowieścią z serii science fiction” – nie, wbrew pozorom nie chodzi o żadną serię (serial) science fiction, autorka chciała podkreślić, że przytoczony przez nią scenariusz mógłby należeć do gatunku science fiction i tylko... pomyliły jej się słowa.

Zdań takich jak przytoczone wyżej jest znacznie więcej. Mamy bowiem np. wyrok „który dotąd nie przedostał się do wiadomości opinii publicznej (autor nieudolnie przekształcił utarty zwrot „podać coś do publicznej wiadomości”), mamy metafory w rodzaju „zakompleksiony kawał mięsa” (chodzi o kotlet schabowy), mamy informację o tym, że „kierowca ciężarowego samochodu potrącił kilkoro osób” (liczebniki zbiorowe to rzeczywiście nieco wyższa szkoła jazdy jeśli chodzi o umiejętności językowe, autorowi tego tekstu pozostaje zapamiętać tylko, że rzeczownika „osoba” nigdy nie łączymy z liczebnikami zbiorowymi) czy – jakże urocze – stwierdzenie „Ważne dla nich jest, że łatwo tu dojechać, co jest bardzo dogodne”. Z magazynu dowiadujemy się też, że góralszczyzna jest pełna ciepła („Opowieść o gęsiareczce Kasi, której gąski porwał wilk, a ukryła podstępna Czarownica, osadzona została w klimacie pełnej ciepła, autentycznej góralszczyzny”) oraz wyczytać możemy jakże tajemniczą wskazówkę dla zodiakalnych baranów: „Przysłuchuj się rozmowom domowników, ale nie przemawiaj do nich, wygłaszając autorytatywnym tonem swoje opinie, a co cię bardzo ucieszy”.
Gazetę przeczytaliśmy od deski do deski (a jakże!), a potem raz jeszcze – z czerwonym długopisem w ręku. Przecinki, literówki, błędy językowe różnego rodzaju i różnego kalibru... – redakcja zajęła nam trochę czasu, ale było warto! Język przestał przeszkadzać dziennikarskim doniesieniom, teksty przestały być łamigłówkami i dało się je bez wysiłku zrozumieć. Może tylko gazeta już tak nie śmieszy...