Tytuł naszego posta w wersji coraz powszechniej słyszanej (widywanej) i niestety błędnej, brzmiałby: „Kto by nie widział, ten wie”. Coraz częściej bowiem eliminujemy konstrukcje z użyciem zaimków przysłownych względnych (chodzi o wyrazy „cokolwiek”, „ktokolwiek”, „gdziekolwiek”, „jakkolwiek” itp.) i zastępujemy je rusycyzmami w rodzaju: „co by nie...”, „kto by nie...”, „gdzie by nie...:, „jak by nie...” itp. Tworzymy w ten sposób frazy wcale nie krótsze (zatem za ich popularnością nie może przemawiać tendencja do ekonomiczności środków językowych), za to zupełnie nielogiczne. I to właśnie brak logiki, a nie pochodzenie, jest największym grzechem omawianych tu konstrukcji składniowych.
Ostatnio błąd tego rodzaju można zobaczyć na billboardach PZU (dostępne także w wersji reklamy internetowej – banery na stronie głównej firmy tutaj), które głoszą: „Jak byś nie szukał, zawsze nas znajdziesz”. I choć rozumiemy, że reklamodawca chciał w swoim przekazie jak najbardziej zbliżyć się do języka ulicy i wymyślił hasło jakby wprost wyjęte z mowy potocznej, to jednak nie możemy się zgodzić na utrwalanie przez reklamowy „krzyk” błędnych i nielogicznych konstrukcji.
Zobaczmy, kierując się przede wszystkim logiką, co mówią nam dwa następujące zdania złożone:
• „Ktokolwiek widział ten billboard, ten wie, o czym mówię”.
• „Kto by nie widział tego billboardu, ten wie, o czym mówię”.
Pierwsze z nich wyraźnie wskazuje na wszystkich, którzy coś widzieli (w naszym przypadku: billboard) i którzy w związku z tym zdobyli jakąś wiedzę (wiedzę o tym, o czym mówi nadawca komunikatu). By wszystko było jeszcze bardziej jasne, to zdanie można zastąpić w ten sposób: „Każdy, kto widział ten billboard, ten wie, o czym mówię”.
Co się natomiast dzieje w drugim zdaniu? Mowa jest o tych, którzy nie widzieli (po podobnej jak wyżej zamianie zdania otrzymujemy: „Wszyscy, którzy nie widzieli, wiedzą, o czym mówię”). Czy ci, którzy nie widzieli, będą wiedzieć, o czym mówię? Odpowiedź jest oczywista.
Poprawnych konstrukcji nie wystraszyli się twórcy programu telewizyjnego „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie” – tytuł tej serii jest jednocześnie wyraźnym wskazaniem, że przy poszukiwaniu zaginionych liczy się każdy trop, każdy głos, każda informacja. To apel o aktywność. I właśnie aktywność (jakakolwiek) jest logicznym uzasadnieniem wyboru konstrukcji z zaimkami typu „cokolwiek”, „ktokolwiek”, „gdziekolwiek”, „jakkolwiek” itp. Brak aktywności (konstrukcje z zaprzeczonymi czasownikami) w zdaniach z rusycyzmami „jak by nie...”, „kto by nie...” powoduje nierównowagę i asymetrię całego zdania złożonego. W każdym z omawianych przykładów przecież drugie zdanie składowe nie zawiera czasownika zaprzeczonego (w naszych zdaniach przykładowych mamy np.: „... ten wie, o czym mówię”, a nie: „... ten nie wie, o czym mówię”; w haśle na billboardzie PZU jest: „... zawsze nas znajdziesz”, a nie: „... nigdy nas nie znajdziesz”).
Zatem: grom i zabawom słowem w reklamach mówimy „tak”, błędom językowym – stanowczo „nie”. Jakiekolwiek by były...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą błędy składniowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą błędy składniowe. Pokaż wszystkie posty
piątek, 7 grudnia 2012
środa, 21 marca 2012
Jasio to taki misio
Długo nas tutaj nie było – ostatnio nasza praca przypominała bowiem raczej nieustający ostry dyżur ratunkowego pogotowia językowego niż spokojne od 8.00 do 16.00 codziennej rutyny dogłębnych studiów i konsultacji. Ale teraz jesteśmy, choć nie wiadomo na jak długo, tym bardziej więc warto wykorzystać czas :-)
Pomysł na temat tego posta jest stary – dawno już zwróciliśmy uwagę na niezauważalny (a może według niektórych: niewart uwagi) błąd, szczególnie często popełniany w rozmowach z dziećmi (lub o dzieciach). Chodzi o formy zdrobnień od wyrazu „miś/misio” oraz zdrobnienia imion męskich zakończone w mianowniku na „-ś/-sio” (np. Jaś, Staś). Słyszymy np.: „Zobacz, jaki śliczny misiu”, „Ten misiu aż się do ciebie uśmiecha, kiedy tak ładnie jesz”, „Och, mój Jasiu to taki grzeczny chłopiec”, „Stasiu ostatnio zrobił mi taką awanturę w sklepie, że nie wiedziałam, gdzie oczy podziać ze wstydu” itp.
Mechanizm błędu jest prosty – formy wołacza, przypadku niknącego już w polszczyźnie, zaczęły wypierać formy mianownikowe. W mianowniku poprawna postać omawianych wyrazów to: Jaś/Jasio, Staś/Stasio, miś/misio itp. I tylko taka – używanie zatem form z końcówką „-u” jest lapsusem i powinniśmy o tym pamiętać.
Co ciekawe, forma „przebranego” za mianownik wołacza okazuje się już do tego stopnia utrwalona, że na rynku pojawiają się produkty (dla dzieci, oczywiście) o nazwach odzwierciedlających ten błąd językowy. Przykładem może być łóżeczko Misiu firmy Kowal i syn, które jednak (sic!) sprzedawane jest razem z szufladą Jasio (zobacz). To dziwne połączenie formy poprawnej z niepoprawnej przywodzi na myśl skojarzenie ze słynną komedią Barei („Oczko odpadło, temu misiu”) i kto wie, czy łóżeczko Misiu nie jest śladem filmowej pasji producenta mebli? :-)
A skoro o Jasiu mowa, przypomniał nam się słynny skecz Kabaretu Dudek (zobacz tutaj), który na wiosnę dedykujemy naszym Czytelnikom. I choć to nie problemy językowe są tematem tej scenki, to... Jasio (Kobuszewski) jest po prostu genialny :-) Prawda?
Pomysł na temat tego posta jest stary – dawno już zwróciliśmy uwagę na niezauważalny (a może według niektórych: niewart uwagi) błąd, szczególnie często popełniany w rozmowach z dziećmi (lub o dzieciach). Chodzi o formy zdrobnień od wyrazu „miś/misio” oraz zdrobnienia imion męskich zakończone w mianowniku na „-ś/-sio” (np. Jaś, Staś). Słyszymy np.: „Zobacz, jaki śliczny misiu”, „Ten misiu aż się do ciebie uśmiecha, kiedy tak ładnie jesz”, „Och, mój Jasiu to taki grzeczny chłopiec”, „Stasiu ostatnio zrobił mi taką awanturę w sklepie, że nie wiedziałam, gdzie oczy podziać ze wstydu” itp.
Mechanizm błędu jest prosty – formy wołacza, przypadku niknącego już w polszczyźnie, zaczęły wypierać formy mianownikowe. W mianowniku poprawna postać omawianych wyrazów to: Jaś/Jasio, Staś/Stasio, miś/misio itp. I tylko taka – używanie zatem form z końcówką „-u” jest lapsusem i powinniśmy o tym pamiętać.
Co ciekawe, forma „przebranego” za mianownik wołacza okazuje się już do tego stopnia utrwalona, że na rynku pojawiają się produkty (dla dzieci, oczywiście) o nazwach odzwierciedlających ten błąd językowy. Przykładem może być łóżeczko Misiu firmy Kowal i syn, które jednak (sic!) sprzedawane jest razem z szufladą Jasio (zobacz). To dziwne połączenie formy poprawnej z niepoprawnej przywodzi na myśl skojarzenie ze słynną komedią Barei („Oczko odpadło, temu misiu”) i kto wie, czy łóżeczko Misiu nie jest śladem filmowej pasji producenta mebli? :-)
A skoro o Jasiu mowa, przypomniał nam się słynny skecz Kabaretu Dudek (zobacz tutaj), który na wiosnę dedykujemy naszym Czytelnikom. I choć to nie problemy językowe są tematem tej scenki, to... Jasio (Kobuszewski) jest po prostu genialny :-) Prawda?
czwartek, 9 lutego 2012
Język pisany, język mówiony, ale poprawna polszczyzna
Dziś będzie o prostej, wydawać by się mogło, sprawie: o miejscu przymiotnika towarzyszącego rzeczownikowi. Tekst, który ostatnio redagowaliśmy (instruktaż na temat zastosowania e-learningu) najlepiej pokazuje, że użytkownikom języka polskiego coraz częściej trudno jest zdecydować, co ma być pierwsze – rzeczownik czy przymiotnik i zwykle stawiają na pierwszym miejscu rzeczownik, co nie zawsze jest poprawną konstrukcją.
Na początek ciekawy i obszerny cytat z artykułu, który znaleźliśmy, szukając informacji na poparcie niżej przedstawionych tez – artykuł dotyczy języka... kaszubskiego i w całości można go przeczytać tutaj:
„Za pierwotny, naturalny w polszczyźnie potocznej i w polskich dialektach uznaje się szyk: przymiotnik + rzeczownik. Taki szyk najczęstszy jest również w polszczyźnie literackiej, w której jednak, zapewne pod wpływem łaciny, [...] zwłaszcza w wypadku terminów przyjął się szyk rzeczownik + przymiotnik, np. węgiel kamienny, lampka nocna, zegar ścienny itp. Taki szyk odróżnia polszczyznę od innych języków słowiańskich, gdzie przymiotnik zdecydowanie częściej stoi przed rzeczownikiem, por. np. pol. literatura rosyjska – ros. russkaja literatura, pol. Republika Czeska – czes. Czeska Republika.
W kaszubskim zdaniu również częstszy, bardziej naturalny wydaje się szyk przymiotnik + rzeczownik, np. pieczelné brómë, mlecznô droga; obok niego jednak, zapewne pod wpływem polszczyzny, pojawia się szyk rzeczownik + przymiotnik, np. Dzeń Zadeszny, [...] Zrzeszeszenié Kaszëbskò-Pòmòrsczé obok Kaszëbskò-Pòmòrsczé Zrzeszenié, Bòżi Syn obok Syn Bòżi, ale Bòżé królestwò”.
Powyższy cytat – by wskazać Państwu jasne reguły – nieco wykropkowaliśmy, dlatego dla porządku wypunktujmy jeszcze zasady:
1. Jeśli przymiotnik nazywa jakąś cechę danej osoby/rzeczy/zjawiska, stawiamy go przed rzeczownikiem. Wskazywana przez przymiotnik cecha czegoś bądź kogoś może być wtedy doraźna (brzydka pogoda) lub stała (to życzliwa osoba). Taki szyk – jak wskazuje powyższy cytat – naturalniejszy dla języków słowiańskich, pozbawiony jest tonu oficjalności czy sformalizowania.
2. Jeśli przymiotnik jest częścią sformalizowanej już nazwy lub jakiegoś terminu, wtedy stawiamy go po rzeczowniku, np. zdanie pojedyncze, kształcenie zintegrowane, chleb razowy. Szyk rzeczownik + przymiotnik może być też zastosowany wtedy, kiedy chcemy nadać naszej wypowiedzi oficjalny czy uroczysty ton, np. zwracając się do kogoś w apelu: Kobieto występna!, Dziecko najmilsze!, Koleżanko droga!
Kiedy zatem powiemy: Uczeń używa tylko zdań pojedynczych, wskażemy na termin gramatyczny mający swoją definicję (zdanie z jednym orzeczeniem, czyli jedną osobową formą czasownika). Czym innym natomiast będzie stwierdzenie: Łkając, wyrzucał z siebie pojedyncze zdania, bo zdania te mogą być długie i wielokrotnie złożone, tyle że razem nie tworzą spójnego tekstu albo są przedzielane długimi przerwami.
Proste, prawda?
Na początek ciekawy i obszerny cytat z artykułu, który znaleźliśmy, szukając informacji na poparcie niżej przedstawionych tez – artykuł dotyczy języka... kaszubskiego i w całości można go przeczytać tutaj:
„Za pierwotny, naturalny w polszczyźnie potocznej i w polskich dialektach uznaje się szyk: przymiotnik + rzeczownik. Taki szyk najczęstszy jest również w polszczyźnie literackiej, w której jednak, zapewne pod wpływem łaciny, [...] zwłaszcza w wypadku terminów przyjął się szyk rzeczownik + przymiotnik, np. węgiel kamienny, lampka nocna, zegar ścienny itp. Taki szyk odróżnia polszczyznę od innych języków słowiańskich, gdzie przymiotnik zdecydowanie częściej stoi przed rzeczownikiem, por. np. pol. literatura rosyjska – ros. russkaja literatura, pol. Republika Czeska – czes. Czeska Republika.
W kaszubskim zdaniu również częstszy, bardziej naturalny wydaje się szyk przymiotnik + rzeczownik, np. pieczelné brómë, mlecznô droga; obok niego jednak, zapewne pod wpływem polszczyzny, pojawia się szyk rzeczownik + przymiotnik, np. Dzeń Zadeszny, [...] Zrzeszeszenié Kaszëbskò-Pòmòrsczé obok Kaszëbskò-Pòmòrsczé Zrzeszenié, Bòżi Syn obok Syn Bòżi, ale Bòżé królestwò”.
Powyższy cytat – by wskazać Państwu jasne reguły – nieco wykropkowaliśmy, dlatego dla porządku wypunktujmy jeszcze zasady:
1. Jeśli przymiotnik nazywa jakąś cechę danej osoby/rzeczy/zjawiska, stawiamy go przed rzeczownikiem. Wskazywana przez przymiotnik cecha czegoś bądź kogoś może być wtedy doraźna (brzydka pogoda) lub stała (to życzliwa osoba). Taki szyk – jak wskazuje powyższy cytat – naturalniejszy dla języków słowiańskich, pozbawiony jest tonu oficjalności czy sformalizowania.
2. Jeśli przymiotnik jest częścią sformalizowanej już nazwy lub jakiegoś terminu, wtedy stawiamy go po rzeczowniku, np. zdanie pojedyncze, kształcenie zintegrowane, chleb razowy. Szyk rzeczownik + przymiotnik może być też zastosowany wtedy, kiedy chcemy nadać naszej wypowiedzi oficjalny czy uroczysty ton, np. zwracając się do kogoś w apelu: Kobieto występna!, Dziecko najmilsze!, Koleżanko droga!
Kiedy zatem powiemy: Uczeń używa tylko zdań pojedynczych, wskażemy na termin gramatyczny mający swoją definicję (zdanie z jednym orzeczeniem, czyli jedną osobową formą czasownika). Czym innym natomiast będzie stwierdzenie: Łkając, wyrzucał z siebie pojedyncze zdania, bo zdania te mogą być długie i wielokrotnie złożone, tyle że razem nie tworzą spójnego tekstu albo są przedzielane długimi przerwami.
Proste, prawda?
sobota, 31 grudnia 2011
Kuchnia dla krakowiaków, wino – dla górali?
Zapewne analiza tekstów na stronie WWW nie jest najlepszym sposobem na wybranie restauracji, która zaspokoi nasze kulinarne gusta. Lepiej jest zdać się na smak, węch i intuicję – w ten sposób przynajmniej nie popsujemy sobie apetytu. Natomiast czytając na pusty żołądek rozmaite reklamy (?) lokali, apetyt nie tylko możemy sobie popsuć, ale też – całkiem go stracić.
My jednak przeczytaliśmy. A raczej – trafiliśmy na stronę krakowskiej restauracji Kuchnia i Wino za sprawą felietonu Wojciecha Nowickiego, który dla czytelników „Gazety Wyborczej” co jakiś czas testuje gastronomiczne wzloty i upadki rodem z królewskiego i stołecznego grodu nad Wisłą (o restauracji Kuchnia i Wino napisał tutaj). Kulinarny felieton z gazety pobudził bowiem nie tyle nasz apetyt, co ciekawość. I tak oto przez krainę kuchni i wina dotarliśmy na ziemię nonsensu.
Witryna WWW restauracji (tutaj link) wita użytkowników hasłem (całkowita zgodność pisowni z oryginałem – tu i dalej): „Niniejsza strona została stworzona aby przybliżyć Państwu uroki znakomitej Krakowskiej restauracji, »Kuchnia i Wino«”. Kto by się czepiał przecinków, gdy jeść się chce? Kto by zwracał uwagę na wielkie litery, gdy w brzuchu burczy? Kto wreszcie wytykałby komukolwiek palcem styl rodem z lokali gastronomicznych typu GS, gdzie quasi-urzędowy sztywny ton pobrzmiewał z jadłospisów i zeszytów księgi wniosków i zażaleń, ześlizgując się raz w humor, a raz w bliską rozpaczy powagę?
Zatem i my się nie czepiliśmy, tylko czytaliśmy dalej. W ten sposób dowiedzieliśmy się m.in., że: „Restauracja Kuchnia i Wino została założona w 2002 roku, by służyć zarówno rdzennym Krakowiakom jak i gościom przebywającym w tym pięknym mieście przez zaledwie krótki czas, jako miejsce romantycznych schadzek czy biznesowych spotkań”. Cóż, słowniki notują wprawdzie, że krakowiak może być synonimem krakowianina, jednak jest to znaczenie dziś już odchodzące w niepamięć; krakowiaków kojarzymy raczej jako opozycję do np. górali (zob. znana opera Wojciecha Bogusławskiego), czyli jako określenie mieszkańców regionu krakowskiego, a nie – samego grodu Kraka. Zapewne jednak zamysłem autora opisu restauracji Kuchnia i Wino było stworzenie tekstu oryginalnego, szlachetnie postarzonego i budzącego apetyt na jeszcze więcej – niekoniecznie słów.
Dalsza lektura tekstów „reklamujących” restaurację przekonała nas jednak, że autor tego opisu tak ugrzązł w językowych zawiłościach, że ostatecznie rozprawił się z resztkami apetytu swoich czytelników. Poniżej przykłady:
•„[Restauracja została założona] jako miejsce gdzie wykwintną kuchnię i profesjonalną obsługę można spotkać na porządku dziennym” – porządek dzienny to zapewne specjalna przedkuchenna salka, z której doskonale wyszkoleni kelnerzy, wytwornie odginając mały paluszek, startują z potrawami, przekazywanymi im niespiesznie przez mistrzów sztuki kulinarnej.
•„Restauracja Kuchnia i Wino mieści się w Krakowie, przy pięknej ulicy – Józefa 13. Jest ona położona w najbardziej tajemniczych i uroczych dzielnic Krakowa – Kazimierzu” – tu znać, że autor opisu trudząc się nad tekstem, zgłodniał i ukradkiem zjadł dwa wyrazy.
•„Najważniejsze jest pierwsze wrażenie, a przekraczając próg naszej restauracji Państwa zmysły pobudzą cudowne zapachy dochodzące z kuchni” – gdyby chcieć poprzestać na logice, to zdanie trzeba by było zrozumieć np. tak: pierwsze wrażenie, które przekroczy próg restauracji spotka tam pobudzone przez zapachy zmysły gości. Albo tak: zmysły gości mają taką moc, że natychmiast po przekroczeniu restauracyjnego progu mogą pobudzić silne zapachy, które dotąd spokojnie drzemały sobie w kuchni. Aż strach pomyśleć, co taki pobudzony zapach może potem zrobić gościom czy profesjonalnej obsłudze!
Przykłady można mnożyć. My jednak sobie i naszym czytelnikom oszczędzimy tej lektury, a zamiast tego – za Wojciechem Nowickim – polecimy Kuchnię i Wino. Na szczęście bowiem jakość reklamujących tę restaurację tekstów pozostaje daleko w tyle za jakością serwowanych tu potraw. I wina, oczywiście.
My jednak przeczytaliśmy. A raczej – trafiliśmy na stronę krakowskiej restauracji Kuchnia i Wino za sprawą felietonu Wojciecha Nowickiego, który dla czytelników „Gazety Wyborczej” co jakiś czas testuje gastronomiczne wzloty i upadki rodem z królewskiego i stołecznego grodu nad Wisłą (o restauracji Kuchnia i Wino napisał tutaj). Kulinarny felieton z gazety pobudził bowiem nie tyle nasz apetyt, co ciekawość. I tak oto przez krainę kuchni i wina dotarliśmy na ziemię nonsensu.
Witryna WWW restauracji (tutaj link) wita użytkowników hasłem (całkowita zgodność pisowni z oryginałem – tu i dalej): „Niniejsza strona została stworzona aby przybliżyć Państwu uroki znakomitej Krakowskiej restauracji, »Kuchnia i Wino«”. Kto by się czepiał przecinków, gdy jeść się chce? Kto by zwracał uwagę na wielkie litery, gdy w brzuchu burczy? Kto wreszcie wytykałby komukolwiek palcem styl rodem z lokali gastronomicznych typu GS, gdzie quasi-urzędowy sztywny ton pobrzmiewał z jadłospisów i zeszytów księgi wniosków i zażaleń, ześlizgując się raz w humor, a raz w bliską rozpaczy powagę?
Zatem i my się nie czepiliśmy, tylko czytaliśmy dalej. W ten sposób dowiedzieliśmy się m.in., że: „Restauracja Kuchnia i Wino została założona w 2002 roku, by służyć zarówno rdzennym Krakowiakom jak i gościom przebywającym w tym pięknym mieście przez zaledwie krótki czas, jako miejsce romantycznych schadzek czy biznesowych spotkań”. Cóż, słowniki notują wprawdzie, że krakowiak może być synonimem krakowianina, jednak jest to znaczenie dziś już odchodzące w niepamięć; krakowiaków kojarzymy raczej jako opozycję do np. górali (zob. znana opera Wojciecha Bogusławskiego), czyli jako określenie mieszkańców regionu krakowskiego, a nie – samego grodu Kraka. Zapewne jednak zamysłem autora opisu restauracji Kuchnia i Wino było stworzenie tekstu oryginalnego, szlachetnie postarzonego i budzącego apetyt na jeszcze więcej – niekoniecznie słów.
Dalsza lektura tekstów „reklamujących” restaurację przekonała nas jednak, że autor tego opisu tak ugrzązł w językowych zawiłościach, że ostatecznie rozprawił się z resztkami apetytu swoich czytelników. Poniżej przykłady:
•„[Restauracja została założona] jako miejsce gdzie wykwintną kuchnię i profesjonalną obsługę można spotkać na porządku dziennym” – porządek dzienny to zapewne specjalna przedkuchenna salka, z której doskonale wyszkoleni kelnerzy, wytwornie odginając mały paluszek, startują z potrawami, przekazywanymi im niespiesznie przez mistrzów sztuki kulinarnej.
•„Restauracja Kuchnia i Wino mieści się w Krakowie, przy pięknej ulicy – Józefa 13. Jest ona położona w najbardziej tajemniczych i uroczych dzielnic Krakowa – Kazimierzu” – tu znać, że autor opisu trudząc się nad tekstem, zgłodniał i ukradkiem zjadł dwa wyrazy.
•„Najważniejsze jest pierwsze wrażenie, a przekraczając próg naszej restauracji Państwa zmysły pobudzą cudowne zapachy dochodzące z kuchni” – gdyby chcieć poprzestać na logice, to zdanie trzeba by było zrozumieć np. tak: pierwsze wrażenie, które przekroczy próg restauracji spotka tam pobudzone przez zapachy zmysły gości. Albo tak: zmysły gości mają taką moc, że natychmiast po przekroczeniu restauracyjnego progu mogą pobudzić silne zapachy, które dotąd spokojnie drzemały sobie w kuchni. Aż strach pomyśleć, co taki pobudzony zapach może potem zrobić gościom czy profesjonalnej obsłudze!
Przykłady można mnożyć. My jednak sobie i naszym czytelnikom oszczędzimy tej lektury, a zamiast tego – za Wojciechem Nowickim – polecimy Kuchnię i Wino. Na szczęście bowiem jakość reklamujących tę restaurację tekstów pozostaje daleko w tyle za jakością serwowanych tu potraw. I wina, oczywiście.
czwartek, 18 sierpnia 2011
Co do „odnośnie (do)”...
Ostatnio ZUS napisał do nas w te słowy: „Interwencję odnośnie przedstawionego sposobu korekty należy zgłosić do pok. XXX”. O piśmie przypomniała nam dzisiejsza wypowiedź redaktorki radia RMF Classic: „jeśli chcecie wiedzieć, gdzie najlepiej łapać stopa odnośnie do Krakowa, zajrzyjcie do dzisiejszego wydania »Gazety Wyborczej«”.
Zatem „odnośnie czegoś” czy „odnośnie do czegoś”? Od razu powiedzmy, że najlepiej byłoby pilnować się i eliminować z naszych wypowiedzi obie te nadużywane i nazbyt pachnące urzędowym stylem konstrukcje. Jest przecież zwykłe, a bardziej (!) poprawne „co do”, są wreszcie dłuższe sformułowania, np.: „w związku z czymś”, „w stosunku do czegoś”, „jeśli chodzi o coś”, „w sprawie czegoś”, „co się tyczy czegoś”. Jeśli tak będziemy mówić/pisać, na pewno nie popełnimy błędu, a przy tym będziemy spokojniejsi.
A wracając do przysłówka „odnośnie” – językoznawcy wciąż bronią (choć, przyznajmy to, coraz słabiej – zob. wątek w Poradni językowej PWN) poprawności konstrukcji „odnośnie do czegoś”, tłumacząc to pochodzeniem słowa „odnośnie”. Przysłówek ten ma bowiem swój źródłosłów w czasowniku „odnosić się do czegoś”, zatem skoro powiemy np. „A teraz odniosę się do Państwa pytania (...)”, nie zaś „odniosę się Państwa pytania”, to i podobnie powinniśmy mówić, gdy używamy konstrukcji z wyrazem „odnośnie”, stosując go tylko w połączeniu z przyimkiem „do”.
Użytkownicy języka polskiego częściej jednak wykorzystują w swoich wypowiedziach konstrukcję „odnośnie czegoś” i zapewne z czasem i ona zostanie uznana za poprawną. „Odnośnie czegoś” broni się większą prostotą składniową, przez co sformułowanie to dalsze jest od stylu oficjalnego i coraz powszechniej odczuwane jako lepsze. Jest w tym pewna logika, którą jesteśmy skłonni uznać.
Jaki z tego płynie wniosek? Dość optymistyczny: język ciągle się zmienia, a o zmianach często decydujemy właśnie my, zwykli użytkownicy polszczyzny. I choć może to być pocieszające dla wielu chcących mówić nie tylko poprawnie, ale i pięknie, to pamiętajmy o starej, powtarzanej kiedyś przez dziennikarzy zasadzie „z głowy, czyli z niczego”. Lepiej sprawdzić i upewnić się, niż żałować.
A konstrukcją „odnośnie (do)” lepiej nie zaprzątajmy sobie głowy – przyzwyczajmy się do synonimicznych i, jak wcześniej wykazaliśmy, lepszych sformułowań.
Zatem „odnośnie czegoś” czy „odnośnie do czegoś”? Od razu powiedzmy, że najlepiej byłoby pilnować się i eliminować z naszych wypowiedzi obie te nadużywane i nazbyt pachnące urzędowym stylem konstrukcje. Jest przecież zwykłe, a bardziej (!) poprawne „co do”, są wreszcie dłuższe sformułowania, np.: „w związku z czymś”, „w stosunku do czegoś”, „jeśli chodzi o coś”, „w sprawie czegoś”, „co się tyczy czegoś”. Jeśli tak będziemy mówić/pisać, na pewno nie popełnimy błędu, a przy tym będziemy spokojniejsi.
A wracając do przysłówka „odnośnie” – językoznawcy wciąż bronią (choć, przyznajmy to, coraz słabiej – zob. wątek w Poradni językowej PWN) poprawności konstrukcji „odnośnie do czegoś”, tłumacząc to pochodzeniem słowa „odnośnie”. Przysłówek ten ma bowiem swój źródłosłów w czasowniku „odnosić się do czegoś”, zatem skoro powiemy np. „A teraz odniosę się do Państwa pytania (...)”, nie zaś „odniosę się Państwa pytania”, to i podobnie powinniśmy mówić, gdy używamy konstrukcji z wyrazem „odnośnie”, stosując go tylko w połączeniu z przyimkiem „do”.
Użytkownicy języka polskiego częściej jednak wykorzystują w swoich wypowiedziach konstrukcję „odnośnie czegoś” i zapewne z czasem i ona zostanie uznana za poprawną. „Odnośnie czegoś” broni się większą prostotą składniową, przez co sformułowanie to dalsze jest od stylu oficjalnego i coraz powszechniej odczuwane jako lepsze. Jest w tym pewna logika, którą jesteśmy skłonni uznać.
Jaki z tego płynie wniosek? Dość optymistyczny: język ciągle się zmienia, a o zmianach często decydujemy właśnie my, zwykli użytkownicy polszczyzny. I choć może to być pocieszające dla wielu chcących mówić nie tylko poprawnie, ale i pięknie, to pamiętajmy o starej, powtarzanej kiedyś przez dziennikarzy zasadzie „z głowy, czyli z niczego”. Lepiej sprawdzić i upewnić się, niż żałować.
A konstrukcją „odnośnie (do)” lepiej nie zaprzątajmy sobie głowy – przyzwyczajmy się do synonimicznych i, jak wcześniej wykazaliśmy, lepszych sformułowań.
czwartek, 30 czerwca 2011
Zagadkowa lustrzanka
Dziś mamy dla Państwa językową łamigłówkę:
„Aparat zaskoczył nas pozytywnie, nie pozostawiając jednocześnie suchej nitki na koncepcji taniego profesjonalnego narzędzia”.
Czekamy (do 15 lipca) na odpowiedzi na pytanie: „Co autor zdania miał na myśli?”. Najciekawszy pomysł... nagrodzimy! Oczywiście: książką. Odpowiedzi prosimy wpisywać jako komentarze do tego posta.
Pełny tekst, z którego cytujemy naszą łamigłówkę, znaleźć można pod tym linkiem.
„Aparat zaskoczył nas pozytywnie, nie pozostawiając jednocześnie suchej nitki na koncepcji taniego profesjonalnego narzędzia”.
Czekamy (do 15 lipca) na odpowiedzi na pytanie: „Co autor zdania miał na myśli?”. Najciekawszy pomysł... nagrodzimy! Oczywiście: książką. Odpowiedzi prosimy wpisywać jako komentarze do tego posta.
Pełny tekst, z którego cytujemy naszą łamigłówkę, znaleźć można pod tym linkiem.
środa, 15 czerwca 2011
Językowy savoir vivre
Dostaliśmy, jak zapewne wszyscy krakowianie, list od pana posła Łukasza Gibały. Poczuliśmy się ważni – list od posła na Sejm RP, jak stoi w podpisie, to nie byle co! W liście tym pan poseł grzecznie prosi nas o radę – co jak co, radzić przecież umiemy (vide: ten blog :-) ), więc czym prędzej wczytaliśmy się w treść.
Pan poseł z pokorą oznajmia, że potrzebuje m.in.: „wiedzy o tym, jakich zmian oczekujecie Państwo od nas parlamentarzystów”. Uff, a więc nie chodzi o pieniądze, ale o szlachetne pragnienie poznania, skonstatowaliśmy z radością.
Panie pośle (oraz: Państwo posłanki i posłowie, urzędniczki i urzędnicy, prelegentki i prelegenci, wykładowczynie i wykładowcy, księża i... eee, biskupi etc.), chcemy dać Panu radę, możemy dać Panu wiedzę. Może nie będzie to rada, o jakiej Pan pomyślał, pisząc swój list (a raczej: dyktując go swojemu asystentowi/asystentce), będzie to wszak rada cenna. Chcemy mianowicie powiedzieć Panu, że forma listu/przemowy/prośby, w której używa się oficjalnej i dyktowanej grzecznością formy adresatywnej „Państwo” zobowiązuje. Słowo „Państwo” ma bowiem określoną łączliwość i nierespektowanie tej zasady trąci nonszalancją, by nie rzec: buractwem.
By normom językowego savoir vivre’u stało się zadość, wyraz „Państwo”, zwłaszcza w oficjalnych pismach/przemowach, ogólnie: wypowiedziach, łączymy z czasownikami w 3 os. l. mn. Tylko takie bowiem połączenia wskazują na szacunek do odbiorcy, na dystans do niego stosowny właśnie w oficjalnych sytuacjach, kiedy mamy przed sobą (a przynajmniej: przed oczyma swojej wyobraźni) szerokie audytorium, z którym nie łączą nas żadne bliższe więzi, którego nie znamy lub do którego zwracamy się w chwili uroczystej, podniosłej, oficjalnej.
Formy takie, jak z listu posła na Sejm RP, czyli z czasownikami w 2 os. l.mn., w kontekście politycznym mogą się wydać aż nazbyt rażące, gdyż przypominają komunistyczną formułkę "Towarzysze, pomożecie?". Są po prostu tego "stowarzyszania się" pozostałością, ba, pomnikiem nawet!, w języku.
Posłowie, dziękujemy Wam za listy, za prośby o rady i za chęć zbratania się (bo nie: stowarzyszania się chyba?) z nami, tak wyraźną zwłaszcza przed wyborami. Na co dzień zapewne mają Państwo dużo pracy i nie myślą Państwo o nas, szarym tłumku. Kiedy jednak zaczynają Państwo o nas myśleć, niechże to będą myśli pełne grzecznego wobec nas szacunku. Nawet gdyby to miała być tylko grzeczność na piśmie.
Pan poseł z pokorą oznajmia, że potrzebuje m.in.: „wiedzy o tym, jakich zmian oczekujecie Państwo od nas parlamentarzystów”. Uff, a więc nie chodzi o pieniądze, ale o szlachetne pragnienie poznania, skonstatowaliśmy z radością.
Panie pośle (oraz: Państwo posłanki i posłowie, urzędniczki i urzędnicy, prelegentki i prelegenci, wykładowczynie i wykładowcy, księża i... eee, biskupi etc.), chcemy dać Panu radę, możemy dać Panu wiedzę. Może nie będzie to rada, o jakiej Pan pomyślał, pisząc swój list (a raczej: dyktując go swojemu asystentowi/asystentce), będzie to wszak rada cenna. Chcemy mianowicie powiedzieć Panu, że forma listu/przemowy/prośby, w której używa się oficjalnej i dyktowanej grzecznością formy adresatywnej „Państwo” zobowiązuje. Słowo „Państwo” ma bowiem określoną łączliwość i nierespektowanie tej zasady trąci nonszalancją, by nie rzec: buractwem.
By normom językowego savoir vivre’u stało się zadość, wyraz „Państwo”, zwłaszcza w oficjalnych pismach/przemowach, ogólnie: wypowiedziach, łączymy z czasownikami w 3 os. l. mn. Tylko takie bowiem połączenia wskazują na szacunek do odbiorcy, na dystans do niego stosowny właśnie w oficjalnych sytuacjach, kiedy mamy przed sobą (a przynajmniej: przed oczyma swojej wyobraźni) szerokie audytorium, z którym nie łączą nas żadne bliższe więzi, którego nie znamy lub do którego zwracamy się w chwili uroczystej, podniosłej, oficjalnej.
Formy takie, jak z listu posła na Sejm RP, czyli z czasownikami w 2 os. l.mn., w kontekście politycznym mogą się wydać aż nazbyt rażące, gdyż przypominają komunistyczną formułkę "Towarzysze, pomożecie?". Są po prostu tego "stowarzyszania się" pozostałością, ba, pomnikiem nawet!, w języku.
Posłowie, dziękujemy Wam za listy, za prośby o rady i za chęć zbratania się (bo nie: stowarzyszania się chyba?) z nami, tak wyraźną zwłaszcza przed wyborami. Na co dzień zapewne mają Państwo dużo pracy i nie myślą Państwo o nas, szarym tłumku. Kiedy jednak zaczynają Państwo o nas myśleć, niechże to będą myśli pełne grzecznego wobec nas szacunku. Nawet gdyby to miała być tylko grzeczność na piśmie.
sobota, 7 maja 2011
Piłkarzy uczą polskiego – a dziennikarzy?
A było to tak: najpierw trafiliśmy na ciekawy raport przygotowany przez Fundację Kultury Języka Polskiego „Dobrze Powiedziane” – tematem badania była poprawność językowa w polskich mediach (internetowe wydania dzienników ogólnopolskich – cały raport można przeczytać tutaj). Z raportu dowiedzieliśmy się m.in., że wydanie online gazety „Fakt”, obok „Super Expressu” i „Gazety Wyborczej”, to jedno z tych miejsc w sieci, gdzie od błędów jest aż gęsto. Zainspirowani tym stwierdzeniem zaczęliśmy poszukiwania. Na stronie Fakt.pl od razu zaciekawił nas tytuł „Lechia uczy się polskiego” i, jak się okazało, nasza intuicja była dobra.
Artykuł zaczyna się takim oto leadem: „Lechia Gdańsk postanowiła zadbać o edukację swoich zagranicznych piłkarzy. Szóstka graczy, niektórzy wraz z żonami, rozpoczęło naukę języka polskiego” (cały artykuł do przeczytania tutaj). No tak, pomyśleliśmy, to nic nowego, że w polskim futbolu nie dzieje się dobrze, ale żeby aż tak??? Okazuje się, że szeregi polskich piłkarzy zasilają sportowcy płci obojnaczej, co więcej – z żonami, które także cierpią na rzadką skądinąd przypadłość hermafrodytyzmu. A może, wpadło nam do głowy, obojnactwo to jakiś nowy sposób na poprawienie wyników sportowych? Ale jak do stosowania tego biologicznego, że tak to nazwiemy, dopingu ma się obojnactwo żon? No bo to, że ktoś (czytaj: autor tekstu) aż tak chciał dokopać piłkarzom, nie mogło chyba być prawdą...
Dalsza lektura tekstu pozwoliła nam się dowiedzieć m.in., że: „Naukę rozpoczęła szóstka graczy, którym dotychczas dość opornie szło przyswajanie sobie naszych słówek” oraz że: „W klubie liczą, że przyswojenie języka polskiego przez obcokrajowców pomoże im nie tylko w codziennym życiu w naszym kraju, ale wpłynie także na lepszą komunikację na boisku jak i w szatni”. Nie możemy pominąć też milczeniem stwierdzenia nauczycielki polskiego (!) prowadzącej zajęcia z piłkarzami, która mówi dziennikarzowi: „Póki co, najlepiej radzi sobie...”.
Nie wiemy, jakie słówka w Gdańsku uznawane są za „nasze”, na pewno jednak nie należy do nich trudne słówko „zarówno”, które jest pierwszym członem tzw. spójnika złożonego („zarówno..., jak...”) i którego (przynajmniej w ogólnej odmianie języka polskiego) pomijać nie można, bo błędem jest samotne „jak i...”. Ale już zupełnie nie rozumiemy, skąd w ustach polonistki, która uczy języka polskiego obcokrajowców, wzięło się wyrażenie „póki co”, użyte zamiast o wiele lepszego „na razie” czy „jak do tej pory”. Bo co jak co, ale „póki co” na razie na pewno nie jest nasze, językoznawcy wszak klasyfikują je jako rusycyzm. No chyba że „nasze” znaczy tak naprawdę to samo, co w epoce PRL-owskiej kolektywizacji: wspólne, czyli niczyje...
PS A jak powinno brzmieć poprawnie zdanie z leadu? „Sześcioro graczy, niektórzy wraz z żonami, rozpoczęło naukę języka polskiego”, ewentualnie: „Szóstka graczy, niektórzy wraz z żonami, rozpoczęła naukę języka polskiego”.
Artykuł zaczyna się takim oto leadem: „Lechia Gdańsk postanowiła zadbać o edukację swoich zagranicznych piłkarzy. Szóstka graczy, niektórzy wraz z żonami, rozpoczęło naukę języka polskiego” (cały artykuł do przeczytania tutaj). No tak, pomyśleliśmy, to nic nowego, że w polskim futbolu nie dzieje się dobrze, ale żeby aż tak??? Okazuje się, że szeregi polskich piłkarzy zasilają sportowcy płci obojnaczej, co więcej – z żonami, które także cierpią na rzadką skądinąd przypadłość hermafrodytyzmu. A może, wpadło nam do głowy, obojnactwo to jakiś nowy sposób na poprawienie wyników sportowych? Ale jak do stosowania tego biologicznego, że tak to nazwiemy, dopingu ma się obojnactwo żon? No bo to, że ktoś (czytaj: autor tekstu) aż tak chciał dokopać piłkarzom, nie mogło chyba być prawdą...
Dalsza lektura tekstu pozwoliła nam się dowiedzieć m.in., że: „Naukę rozpoczęła szóstka graczy, którym dotychczas dość opornie szło przyswajanie sobie naszych słówek” oraz że: „W klubie liczą, że przyswojenie języka polskiego przez obcokrajowców pomoże im nie tylko w codziennym życiu w naszym kraju, ale wpłynie także na lepszą komunikację na boisku jak i w szatni”. Nie możemy pominąć też milczeniem stwierdzenia nauczycielki polskiego (!) prowadzącej zajęcia z piłkarzami, która mówi dziennikarzowi: „Póki co, najlepiej radzi sobie...”.
Nie wiemy, jakie słówka w Gdańsku uznawane są za „nasze”, na pewno jednak nie należy do nich trudne słówko „zarówno”, które jest pierwszym członem tzw. spójnika złożonego („zarówno..., jak...”) i którego (przynajmniej w ogólnej odmianie języka polskiego) pomijać nie można, bo błędem jest samotne „jak i...”. Ale już zupełnie nie rozumiemy, skąd w ustach polonistki, która uczy języka polskiego obcokrajowców, wzięło się wyrażenie „póki co”, użyte zamiast o wiele lepszego „na razie” czy „jak do tej pory”. Bo co jak co, ale „póki co” na razie na pewno nie jest nasze, językoznawcy wszak klasyfikują je jako rusycyzm. No chyba że „nasze” znaczy tak naprawdę to samo, co w epoce PRL-owskiej kolektywizacji: wspólne, czyli niczyje...
PS A jak powinno brzmieć poprawnie zdanie z leadu? „Sześcioro graczy, niektórzy wraz z żonami, rozpoczęło naukę języka polskiego”, ewentualnie: „Szóstka graczy, niektórzy wraz z żonami, rozpoczęła naukę języka polskiego”.
piątek, 10 września 2010
Przyczynek do problemów z nazwiskami
W serwisie Wirtualny Wydawca (więcej tutaj) przeczytaliśmy dzisiaj na stronie głównej taki oto lead: „Wywiad z Joanną i Pawłem Kwietniem (właścicielami Galerii Książki)" [podkreślenie nasze].
Cóż to za tajemnicza Joanna? – pomyśleliśmy z niepokojem. Portal wszak jest wydawniczy, więc o sensacyjne plotki towarzyskie nie ma co go podejrzewać. A może jest coś, o czym nie wiemy? Może jest jakaś powszechnie znana Joanna, tak rozpoznawalna, że wymienianie choćby jej nazwiska nie ma większego sensu? Dalsza lektura tekstu jednak nas uspokoiła: rozmówcami dziennikarza okazali się państwo Kwietniowie, czyli Joanna Kwiecień i Paweł Kwiecień. Zwykły (bo typowy przecież i częsty) błąd językowy? Oszczędność miejsca, którego zawsze brakuje na stronie głównej, na której chce się „upchać" dużo ważnych treści? Ale przecież zamiany końcówki w nazwisku rozrzutnością miejsca trudno nazwać – poprawna wersja (z Joanną i Pawłem Kwietniami) nie wydłuża specjalnie tekstu w tym przypadku...
To fakt, funkcją dobrego leadu jest m.in. intrygować czytelnika i skłaniać go do dalszej lektury artykułu. Ale czy kosztem poprawności językowej? Co więcej: w portalu, który czytają przede wszystkim pracownicy wydawnictw, wiedzący, czym jest dbałość o normy językowe...
Cóż to za tajemnicza Joanna? – pomyśleliśmy z niepokojem. Portal wszak jest wydawniczy, więc o sensacyjne plotki towarzyskie nie ma co go podejrzewać. A może jest coś, o czym nie wiemy? Może jest jakaś powszechnie znana Joanna, tak rozpoznawalna, że wymienianie choćby jej nazwiska nie ma większego sensu? Dalsza lektura tekstu jednak nas uspokoiła: rozmówcami dziennikarza okazali się państwo Kwietniowie, czyli Joanna Kwiecień i Paweł Kwiecień. Zwykły (bo typowy przecież i częsty) błąd językowy? Oszczędność miejsca, którego zawsze brakuje na stronie głównej, na której chce się „upchać" dużo ważnych treści? Ale przecież zamiany końcówki w nazwisku rozrzutnością miejsca trudno nazwać – poprawna wersja (z Joanną i Pawłem Kwietniami) nie wydłuża specjalnie tekstu w tym przypadku...
To fakt, funkcją dobrego leadu jest m.in. intrygować czytelnika i skłaniać go do dalszej lektury artykułu. Ale czy kosztem poprawności językowej? Co więcej: w portalu, który czytają przede wszystkim pracownicy wydawnictw, wiedzący, czym jest dbałość o normy językowe...
Subskrybuj:
Posty (Atom)