Pokazywanie postów oznaczonych etykietą błędy interpunkcyjne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą błędy interpunkcyjne. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 lutego 2015

O przecinkach słów kilka

Z pewnością większość użytkowników języka dbających o poprawność swoich wypowiedzi zapytana o to, jakie językowe mody uważa za szczególnie drażniące, na którymś z pierwszych miejsc wymieni nadmiar anglicyzmów. Przyznam, że ta wada współczesnej polszczyzny także i dla mnie jest jedną z najgorszych, a śledzenie wpływów języka angielskiego na naszą rodzimą mowę staje się powoli moim konikiem. Tym razem jednak nie będę pisać o kuriozalnym często stylu tekstów branżowych (np. informatycznych czy z zakresu nauk ekonomicznych) lub języku artykułów o modzie i urodzie (było o tym niedawno – tutaj) ani o wywodzonym z angielskiego urodzaju wielkich liter – napiszę za to o… przecinkach.

Problem dotyczy głównie cytowanych w tekstach wypowiedzi np. jakichś autorytetów w dziedzinie, o której traktuje dana publikacja, albo (w beletrystyce) przytaczanych monologów wewnętrznych bohaterów powieści czy opowiadań. Za anglicyzm uznaję następujące formy zapisu:
1. W cytatach: „Uważam, że nasi piłkarze ręczni powinni wygrać mecz z Katarem”, powiedział trener reprezentacji Polski. „Sędziowie byli dla naszej drużyny niesprawiedliwi”.
2. W monologach wewnętrznych bohaterów: „I cóż, że przegrałam”, pomyślała Jane. „To i tak nie miało już znaczenia”.
Anglicyzmem jest tu użycie przecinka zamiast myślnika w miejscach, gdzie w obręb cytatu (tak traktować też można myśli bohatera powieści/opowiadania) wtrącone zostały komentarze autora czy narratora tekstu. Zatem poprawny – zgodny z rodzimymi zwyczajami interpunkcyjnymi – zapis powinien wyglądać tak:
1. W cytatach: „Uważam, że nasi piłkarze ręczni powinni wygrać mecz z Katarem powiedział trener reprezentacji Polski. Sędziowie byli dla naszej drużyny niesprawiedliwi”.
2. W monologach wewnętrznych bohaterów: „I cóż, że przegrałam pomyślała Jane. To i tak nie miało już znaczenia”.
Argumentem zwykle podnoszonym przez autorów czy tłumaczy tekstów za wersją z przecinkami jest to, że taki zapis wydaje się im logiczniejszy, czytelniejszy, a przede wszystkim… częstszy. Moje kontrargumenty? Oto one:
1. Częstsze jest dla nas zwykle to, co częściej widzimy. Jeśli ktoś czyta głównie anglojęzyczne teksty, przyzwyczaja się do stosowanych tam zasad i uznaje je za poprawne (i jedynie słuszne), po czym bezwiednie kopiuje je na grunt polszczyzny, nie zastanawiając się nad obowiązującymi w naszym języku – innymi – zwyczajami interpunkcyjnymi.
2. Czytelność publikacji nierzadko uzyskuje się dzięki ujednoliceniom określonych sposobów zapisu. Ten argument należy odnieść przede wszystkim do tekstów beletrystycznych, w których w dialogach w języku polskim tradycyjnie* stosujemy myślniki. Per analogiam zatem zastosowanie podobnego zapisu w monologach wewnętrznych (tym odróżniających się od dialogów tylko, że myśli bohaterów zwykle zamykamy w cudzysłowie lub zapisujemy kursywą) sprawia, że tekst staje się lepszy edytorsko, bo forma zapisu różnych wypowiedzi (dialogowych i monologowych) jest podobna.
3. Czytelność tekstów jest m.in. wynikiem uświadomienia sobie przez ich autora (czy tłumacza) pewnej hierarchii znaków interpunkcyjnych. Wedle tej hierarchii przecinek jest najsłabszym znakiem interpunkcyjnym, myślnik natomiast mocniej wyodrębnia przedzielane nim części wypowiedzi, wskazując na ich różny charakter czy różne funkcje. Porównajmy:
„W czwartek, jak mi się zdaje, byłam w kinie”.
„W czwartek – jak mi się zdaje – byłam w kinie”.
Stąd zastosowanie myślnika w cytatach czy monologach wewnętrznych przeplatanych komentarzami narratora/autora wydaje się o wiele lepszym zabiegiem, wyraźniej bowiem podkreśla odrębność przytaczanych kwestii od tego, co jest głosem wobec nich zewnętrznym.
4. Dbając o poprawność, zawsze warto sięgnąć do Słownika ortograficznego PWN – i to chyba jest najmocniejszy argument. Otóż na początku tego kompendium wiedzy o pisowni polskiej znaleźć można zasady ortograficzne i interpunkcyjne. Wśród nich np. taką, dotyczącą cudzysłowu właśnie: „Jeśli w obręb cytatu wprowadzono jakieś komentarze: autora czy narratora — wydzielamy je myślnikami” (całość zasady razem z przykładem tutaj).

Tropiąc wpływy języka angielskiego na polszczyznę, często zwracamy uwagę na kopiowanie słownictwa czy całych frazeologizmów, rzadziej na tak nieistotne pozornie szczegóły jak znaki interpunkcyjne. Tymczasem także w zmieniającej się polskiej interpunkcji widać niepotrzebne zupełnie anglicyzmy. Dlatego moja batalia przeciwko przecinkom nie jest wskazaniem na wyższość jednych znaków interpunkcyjnych nad innymi, ale apelem o uświadomienie sobie różnic między angielskim a polskim sposobem zapisu.

*
Piszę „tradycyjnie”, ponieważ na świeżo mam w pamięci sposób zapisu przyjęty np. w powieści Adáma Bodora pt. Ptaki Wierchowiny (Wołowiec 2014), gdzie świadomie nie zastosowano żadnych znaków interpunkcyjnych wydzielających wypowiedzi i monologi bohaterów od toku narracji, co dało efekt stopienia się narracji z dialogami i monologami postaci.

poniedziałek, 27 października 2014

Jak pomóc dziecku w nauce ortografii (cz. 1)

Jako rodzic dziecka w wieku wczesnoszkolnym od niedawna mierzę się z problemem, jak można nauczyć dzieci zasad polskiej ortografii (a ściśle: jak rodzice mogą w tej nauce pomóc swoim pociechom). Problem zrazu był teoretyczny (zastanawiałam się nad tym na użytek własny, gdy mój pierwszoklasista poznał już wszystkie literki i zaczął pisać dłuższe teksty – wtedy dotarło do mnie, że jakoś trzeba zacząć pracować nad ortograficzną poprawnością), z czasem jednak – wraz z pierwszym szkolnym dyktandem – stał się żywy. I ponieważ tak się złożyło, że na tle swojej klasy moje dziecko stanowi chlubny wyjątek jako uczeń całkiem nieźle radzący sobie z ortografią, co skutkuje pytaniami: „Jak to się robi?”, które słyszę i ja od innych rodziców, i mój syn od swoich kolegów, postanowiłam przyjrzeć się sprawie bliżej. Celem tej analizy jest zresztą nie tylko to, by podpowiedzieć innym rodzicom kilka metod pracy z dzieckiem, ale też zamiar usystematyzowania wiedzy dla samej siebie, na przyszłość, ponieważ jestem przekonana, że nauka ortografii (czy szerzej: zasad poprawności językowej) to proces żmudny i długi, nikt nie dostaje w genach/od losu prezentu w postaci znajomości zasad pisowni, co najwyżej może dostać od swoich rodziców mądrą pomoc, i nikt też nie nauczy się ortografii ot tak – po przeczytaniu kilkunastu regułek czy nawet całego słownika ortograficznego (co z całego serca odradzam!).
Oto moje metody.
1. Odkąd raz czy dwa zauważyłam, że w zeszycie, brudnopisie lub w zeszycie ćwiczeń syn napisał coś niepoprawnie (np. „zjadł” literkę, pomylił podobne znaki, zapomniał przyimka itp.), regularnie (co znaczy: mniej więcej raz w tygodniu) przeglądam zeszyty dziecka, wskazuję błędy i zachęcam do ich poprawy. Skutek takiego postępowania zauważyłam już po kilku tygodniach: syn sam zaczął zwracać uwagę na to, czy poprawnie zapisał wyrazy, a od niedawna bawi się nawet w „korektora”, wynajdując błędy w książkach, gazetach, reklamach czy na szyldach. Każda taka jego trafna „korekta” nagradzana jest przeze mnie pochwałą.
Ważna informacja: kiedy, drodzy Rodzice, przeglądacie zeszyty dziecka, nie czytajcie „na pamięć”, ale literka po literce (jak korektor właśnie :-) ). Tylko w ten sposób odkryjecie, że „ogródek” wcale nie jest ogródkiem, a „ogódkiem”, a np. z wyrażenia „w parku” zostało samo „parku”.
2. Od kilku miesięcy (mniej więcej od czasu, gdy syn z dumą oświadczył, że poznał już ostatnią literkę polskiego alfabetu) raz w tygodniu przeznaczamy trochę czasu na zabawę z ortografią. Celowo piszę „zabawę”, bo nie zawsze jest to dyktando (a nawet jeśli jest to dyktando, to zabawne właśnie – zob. punkt 3). Na rynku jest wiele pomocy dydaktycznych, które można wykorzystać do takich zabaw (albo którymi można się zainspirować): puzzle ortograficzne, karty do gry z zapisanymi na nich zagadkami ortograficznymi itp. Bawić się można także np. rozwiązując krzyżówki z dzieckiem, czytając zabawne wierszyki, rywalizując w wymyślaniu i zapisywaniu rymów (ach, te głoski nosowe!) czy słów na określoną literę, skojarzeń itp.
Ważna informacja: każda zabawa językowa, nawet jeśli nie towarzyszy jej zapisywanie słów/zdań/skojarzeń, służy rozwijaniu sprawności lingwistycznej dziecka i mniej lub bardziej wyraźnie przekłada się na umiejętności ortograficzne. I druga rzecz: mimo że internet jest kopalnią różnych treści i często najłatwiej (i najtaniej) jest sięgnąć po pomoc właśnie do sieci, odradzałabym naukę ortografii tylko na zasadzie rozwiązywania zadań/łamigłówek na komputerze. Można od czasu do czasu je wykorzystywać, ale z umiarem, zwłaszcza jeśli myślimy o dzieciach z klas I-III, ponieważ zadania typu „Wybierz z listy właściwą literkę (rz/ż, ch/h, ó/u)” nie sprzyjają zapamiętywaniu poprawnej pisowni.
3. Od czasu do czasu (a od pierwszego klasowego dyktanda już regularnie, przynajmniej raz w tygodniu) urządzam dziecku dyktando w domu. Korzystam przy tym z inwencji własnej, wspieram się tekstami wynajdowanymi w internecie albo wierszykami czy fragmentami tekstów z książek.
Ważna informacja: teksty domowych dyktand są króciutkie (maksymalnie 3-4 niezbyt rozbudowane zdania – nie chodzi przecież o to, by dziecko zmęczyło się samym pisaniem) i zawsze zabawne (np. opowieść o Frącku chorym na wątrobę) lub „życiowe”. Co to ostatnie słowo oznacza? Tylko tyle, by do pracy nad ortografią zaprząc zainteresowania swojego dziecka. Jeśli lubi piłkę nożną, niech to będzie tekst o meczu („...i kiedy sędzia odgwizdał rzut rożny, kilku piłkarzy z drużyny gości próbowało dyskutować z tą decyzją” – prawda, że niełatwe?), jeśli lubi gotować, niech to będzie przepis na sałatkę warzywną albo pasztet z marchewki, pietruszki i soczewicy, jeśli uwielbia komputery, historyjka o Heniu informatyku itp.
4. Jeśli widzę, że dziecko ma problem z zapamiętaniem pisowni jakiegoś wyrazu, staram się mu pomóc przez skojarzenia. I wcale nie chodzi tutaj o przywołanie rodziny wyrazów (druh, bo drużyna – względnie odwrotnie :-) ) czy odmienianie wyrazu przez przypadki (np. wóz, bo wozy), ale o inne zabiegi. Przykładowo: synonimem słowa „różny” jest wyraz „rozmaity” (wymiana „ó” na „o” i „ż” na „z”, super!), pisownię wyrazu „król” można wywieść od wzmianki o królu słońce (wymiana „ó” na „o”, hoho!), jednocześnie coś rysując czy podkreślając dziecku na kartce, by lepiej zapamiętało, a „góry" nie możemy przecież pisać przez „u”, bo znak „u” przypomina raczej dolinę, czyli odwrotność góry :-).
Ważna informacja: warto, w miarę możliwości, wykorzystać przy nauce ortografii swoją wiedzę, np. znajomość języków obcych (nieocenione są tu inne języki słowiańskie, którymi można się posiłkować), umiejętności (np. zabawy plastyczne: narysuj smUtną Ulę idącą do domU – w rysunku wykorzystaj jak najwięcej literek „u”, np. z jednej robiąc spódniczkę Uli, z drugiej buzię dziewczynki, z trzeciej odwrócony dach domu itd.) i wyobraźnię. Pomysłowość absolutnie wskazana!
5. Od zawsze czytamy. Kiedyś było to czytanie dziecku, potem czytanie z dzieckiem (np. na głosy), teraz coraz częściej już tylko podsuwanie dziecku ciekawych książek. I jeśli jeszcze od czasu do czasu czytam synowi książki, robię to dla wspólnej (jego, ale i mojej) przyjemności, zawsze z ciekawością i radością. Jestem przekonana (także przywołując doświadczenia własne jako dziecka kiedyś ogromnie dużo czytającego), że regularne czytanie książek sprzyja nauce ortografii.
Ważna informacja: polecam wybieranie książek bliskich zainteresowaniom dziecka, czyli: opowieści szkolne (także serie o szkolnych i domowych urwisach), historie z zagadkami w tle (opowiadania detektywistyczne), książki o zwierzątkach itp.

sobota, 31 grudnia 2011

Kuchnia dla krakowiaków, wino – dla górali?

Zapewne analiza tekstów na stronie WWW nie jest najlepszym sposobem na wybranie restauracji, która zaspokoi nasze kulinarne gusta. Lepiej jest zdać się na smak, węch i intuicję – w ten sposób przynajmniej nie popsujemy sobie apetytu. Natomiast czytając na pusty żołądek rozmaite reklamy (?) lokali, apetyt nie tylko możemy sobie popsuć, ale też – całkiem go stracić.
My jednak przeczytaliśmy. A raczej – trafiliśmy na stronę krakowskiej restauracji Kuchnia i Wino za sprawą felietonu Wojciecha Nowickiego, który dla czytelników „Gazety Wyborczej” co jakiś czas testuje gastronomiczne wzloty i upadki rodem z królewskiego i stołecznego grodu nad Wisłą (o restauracji Kuchnia i Wino napisał tutaj). Kulinarny felieton z gazety pobudził bowiem nie tyle nasz apetyt, co ciekawość. I tak oto przez krainę kuchni i wina dotarliśmy na ziemię nonsensu.
Witryna WWW restauracji (tutaj link) wita użytkowników hasłem (całkowita zgodność pisowni z oryginałem – tu i dalej): „Niniejsza strona została stworzona aby przybliżyć Państwu uroki znakomitej Krakowskiej restauracji, »Kuchnia i Wino«”. Kto by się czepiał przecinków, gdy jeść się chce? Kto by zwracał uwagę na wielkie litery, gdy w brzuchu burczy? Kto wreszcie wytykałby komukolwiek palcem styl rodem z lokali gastronomicznych typu GS, gdzie quasi-urzędowy sztywny ton pobrzmiewał z jadłospisów i zeszytów księgi wniosków i zażaleń, ześlizgując się raz w humor, a raz w bliską rozpaczy powagę?
Zatem i my się nie czepiliśmy, tylko czytaliśmy dalej. W ten sposób dowiedzieliśmy się m.in., że: „Restauracja Kuchnia i Wino została założona w 2002 roku, by służyć zarówno rdzennym Krakowiakom jak i gościom przebywającym w tym pięknym mieście przez zaledwie krótki czas, jako miejsce romantycznych schadzek czy biznesowych spotkań”. Cóż, słowniki notują wprawdzie, że krakowiak może być synonimem krakowianina, jednak jest to znaczenie dziś już odchodzące w niepamięć; krakowiaków kojarzymy raczej jako opozycję do np. górali (zob. znana opera Wojciecha Bogusławskiego), czyli jako określenie mieszkańców regionu krakowskiego, a nie – samego grodu Kraka. Zapewne jednak zamysłem autora opisu restauracji Kuchnia i Wino było stworzenie tekstu oryginalnego, szlachetnie postarzonego i budzącego apetyt na jeszcze więcej – niekoniecznie słów.
Dalsza lektura tekstów „reklamujących” restaurację przekonała nas jednak, że autor tego opisu tak ugrzązł w językowych zawiłościach, że ostatecznie rozprawił się z resztkami apetytu swoich czytelników. Poniżej przykłady:
•„[Restauracja została założona] jako miejsce gdzie wykwintną kuchnię i profesjonalną obsługę można spotkać na porządku dziennym” – porządek dzienny to zapewne specjalna przedkuchenna salka, z której doskonale wyszkoleni kelnerzy, wytwornie odginając mały paluszek, startują z potrawami, przekazywanymi im niespiesznie przez mistrzów sztuki kulinarnej.
•„Restauracja Kuchnia i Wino mieści się w Krakowie, przy pięknej ulicy – Józefa 13. Jest ona położona w najbardziej tajemniczych i uroczych dzielnic Krakowa – Kazimierzu” – tu znać, że autor opisu trudząc się nad tekstem, zgłodniał i ukradkiem zjadł dwa wyrazy.
•„Najważniejsze jest pierwsze wrażenie, a przekraczając próg naszej restauracji Państwa zmysły pobudzą cudowne zapachy dochodzące z kuchni” – gdyby chcieć poprzestać na logice, to zdanie trzeba by było zrozumieć np. tak: pierwsze wrażenie, które przekroczy próg restauracji spotka tam pobudzone przez zapachy zmysły gości. Albo tak: zmysły gości mają taką moc, że natychmiast po przekroczeniu restauracyjnego progu mogą pobudzić silne zapachy, które dotąd spokojnie drzemały sobie w kuchni. Aż strach pomyśleć, co taki pobudzony zapach może potem zrobić gościom czy profesjonalnej obsłudze!
Przykłady można mnożyć. My jednak sobie i naszym czytelnikom oszczędzimy tej lektury, a zamiast tego – za Wojciechem Nowickim – polecimy Kuchnię i Wino. Na szczęście bowiem jakość reklamujących tę restaurację tekstów pozostaje daleko w tyle za jakością serwowanych tu potraw. I wina, oczywiście.

piątek, 16 września 2011

Przecinek zgubiony w biegu

Dziś biegać jest nie tylko zdrowo, ale i modnie – społeczny trend wykorzystują więc rozmaite firmy, instytucje (niekoniecznie z branży sportowej), a nawet politycy i urzędnicy, biegiem promujący np. miasta czy wydarzenia. Tak jest np. w przypadku cyklicznej (organizowana od 2009 roku) imprezy biegowej pt. „Biegnij Warszawo” – jeśli wierzyć jej organizatorom: największego tego typu biegu w Polsce (więcej tutaj).
Nie mamy nic przeciwko bieganiu, ale nie podoba nam się błąd w nazwie imprezy „Biegnij Warszawo”. Organizatorzy tej akcji, chyba w biegu właśnie, zapomnieli o przecinku, który powinien oddzielać wołacz od poprzedzającego go czasownika. W „Słowniku ortograficznym PWN” (więcej tutaj) czytamy przecież: „Wyrazy i wyrażenia niebędące częściami zdania (tzw. wyrazy poza zdaniem) zawsze wydzielamy przecinkami. Są nimi (...) [m.in.] wyrazy w wołaczu”. I to, dodajmy, niezależnie od szyku wyrazów w zdaniu (wołacz może zaczynać zdanie bądź je kończyć, może też zostać użyty w środku zdania – zawsze należy go oddzielić od reszty wyrazów, np.: „Biegnij, Warszawo”, „Warszawo, biegnij”, „Biegnij, Warszawo, byle szybko”). Owszem, zasada ta nie obowiązuje, jeśli po czasowniku użytym w trybie rozkazującym stoi wykrzyknik (wtedy byłoby np. „Biegnij! Warszawo!”) albo (przy zmianie szyku wyrazów) wykrzyknik postawiono po wyrazie użytym w wołaczu (np. „Panie Kaziu! Niech pan się zatrzyma!” – by uciec już od nazwy imprezy).
Biegnij Warszawo” w tym roku odbywać się będzie po raz trzeci. Nazwa biegu utrwaliła się w społecznej świadomości do tego stopnia, że kwestia, czy jest błędna, czy nie, zaczyna budzić wątpliwości (polecamy odpowiedni post w portalu GoldenLine). A przecież zawiera błąd oczywisty, taki, do wykazania którego nie trzeba prowadzenia żmudnych studiów czy zamawiania opinii specjalistów. Dlatego, organizatorzy wydarzenia, lepiej zatrzymajcie się w biegu, zamiast narażać się na krytykę, choćby to miała być „tylko” krytyka językoznawcza.