Z pewnością większość użytkowników języka dbających o poprawność swoich wypowiedzi zapytana o to, jakie językowe mody uważa za szczególnie drażniące, na którymś z pierwszych miejsc wymieni nadmiar anglicyzmów. Przyznam, że ta wada współczesnej polszczyzny także i dla mnie jest jedną z najgorszych, a śledzenie wpływów języka angielskiego na naszą rodzimą mowę staje się powoli moim konikiem. Tym razem jednak nie będę pisać o kuriozalnym często stylu tekstów branżowych (np. informatycznych czy z zakresu nauk ekonomicznych) lub języku artykułów o modzie i urodzie (było o tym niedawno – tutaj) ani o wywodzonym z angielskiego urodzaju wielkich liter – napiszę za to o… przecinkach.
Problem dotyczy głównie cytowanych w tekstach wypowiedzi np. jakichś autorytetów w dziedzinie, o której traktuje dana publikacja, albo (w beletrystyce) przytaczanych monologów wewnętrznych bohaterów powieści czy opowiadań. Za anglicyzm uznaję następujące formy zapisu:
1. W cytatach: „Uważam, że nasi piłkarze ręczni powinni wygrać mecz z Katarem”, powiedział trener reprezentacji Polski. „Sędziowie byli dla naszej drużyny niesprawiedliwi”.
2. W monologach wewnętrznych bohaterów: „I cóż, że przegrałam”, pomyślała Jane. „To i tak nie miało już znaczenia”.
Anglicyzmem jest tu użycie przecinka zamiast myślnika w miejscach, gdzie w obręb cytatu (tak traktować też można myśli bohatera powieści/opowiadania) wtrącone zostały komentarze autora czy narratora tekstu. Zatem poprawny – zgodny z rodzimymi zwyczajami interpunkcyjnymi – zapis powinien wyglądać tak:
1. W cytatach: „Uważam, że nasi piłkarze ręczni powinni wygrać mecz z Katarem – powiedział trener reprezentacji Polski. – Sędziowie byli dla naszej drużyny niesprawiedliwi”.
2. W monologach wewnętrznych bohaterów: „I cóż, że przegrałam – pomyślała Jane. – To i tak nie miało już znaczenia”.
Argumentem zwykle podnoszonym przez autorów czy tłumaczy tekstów za wersją z przecinkami jest to, że taki zapis wydaje się im logiczniejszy, czytelniejszy, a przede wszystkim… częstszy. Moje kontrargumenty? Oto one:
1. Częstsze jest dla nas zwykle to, co częściej widzimy. Jeśli ktoś czyta głównie anglojęzyczne teksty, przyzwyczaja się do stosowanych tam zasad i uznaje je za poprawne (i jedynie słuszne), po czym bezwiednie kopiuje je na grunt polszczyzny, nie zastanawiając się nad obowiązującymi w naszym języku – innymi – zwyczajami interpunkcyjnymi.
2. Czytelność publikacji nierzadko uzyskuje się dzięki ujednoliceniom określonych sposobów zapisu. Ten argument należy odnieść przede wszystkim do tekstów beletrystycznych, w których w dialogach w języku polskim tradycyjnie* stosujemy myślniki. Per analogiam zatem zastosowanie podobnego zapisu w monologach wewnętrznych (tym odróżniających się od dialogów tylko, że myśli bohaterów zwykle zamykamy w cudzysłowie lub zapisujemy kursywą) sprawia, że tekst staje się lepszy edytorsko, bo forma zapisu różnych wypowiedzi (dialogowych i monologowych) jest podobna.
3. Czytelność tekstów jest m.in. wynikiem uświadomienia sobie przez ich autora (czy tłumacza) pewnej hierarchii znaków interpunkcyjnych. Wedle tej hierarchii przecinek jest najsłabszym znakiem interpunkcyjnym, myślnik natomiast mocniej wyodrębnia przedzielane nim części wypowiedzi, wskazując na ich różny charakter czy różne funkcje. Porównajmy:
„W czwartek, jak mi się zdaje, byłam w kinie”.
„W czwartek – jak mi się zdaje – byłam w kinie”.
Stąd zastosowanie myślnika w cytatach czy monologach wewnętrznych przeplatanych komentarzami narratora/autora wydaje się o wiele lepszym zabiegiem, wyraźniej bowiem podkreśla odrębność przytaczanych kwestii od tego, co jest głosem wobec nich zewnętrznym.
4. Dbając o poprawność, zawsze warto sięgnąć do Słownika ortograficznego PWN – i to chyba jest najmocniejszy argument. Otóż na początku tego kompendium wiedzy o pisowni polskiej znaleźć można zasady ortograficzne i interpunkcyjne. Wśród nich np. taką, dotyczącą cudzysłowu właśnie: „Jeśli w obręb cytatu wprowadzono jakieś komentarze: autora czy narratora — wydzielamy je myślnikami” (całość zasady razem z przykładem tutaj).
Tropiąc wpływy języka angielskiego na polszczyznę, często zwracamy uwagę na kopiowanie słownictwa czy całych frazeologizmów, rzadziej na tak nieistotne pozornie szczegóły jak znaki interpunkcyjne. Tymczasem także w zmieniającej się polskiej interpunkcji widać niepotrzebne zupełnie anglicyzmy. Dlatego moja batalia przeciwko przecinkom nie jest wskazaniem na wyższość jednych znaków interpunkcyjnych nad innymi, ale apelem o uświadomienie sobie różnic między angielskim a polskim sposobem zapisu.
* Piszę „tradycyjnie”, ponieważ na świeżo mam w pamięci sposób zapisu przyjęty np. w powieści Adáma Bodora pt. Ptaki Wierchowiny (Wołowiec 2014), gdzie świadomie nie zastosowano żadnych znaków interpunkcyjnych wydzielających wypowiedzi i monologi bohaterów od toku narracji, co dało efekt stopienia się narracji z dialogami i monologami postaci.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą anglicyzmy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą anglicyzmy. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 1 lutego 2015
niedziela, 26 października 2014
W pogoni za modą
Przeglądanie portali czy blogów o modzie (nazywanych przez ich twórców „modowymi” – o tym, czy ten przymiotnik należy uznać za poprawny, napiszę niebawem) może mieć poza innymi i tę zaletę, że dostarcza ciekawego materiału do analiz... językoznawczych. Kto by myślał, że żartuję albo całkowicie sfiksowałam, niech szybko kliknie ten link. Uprzedzam: to odnośnik do artykułu nie najświeższego, nie jest bowiem moim zamierzeniem promowanie w tym poście gorących trendów w modzie, za to jest to link do tekstu doskonale pokazującego stylistyczny problem autorów piszących o tym, co i jak należy nosić. Dodam: piszących po polsku, choć na pierwszy rzut oka nie jest to wcale oczywiste :-).
Proszę przeczytać taki np. akapit, streszczający najważniejsze wytyczne dla pań, które chcą nadążać za modą: „Absolutnym must have będzie kraciasty oversizowy płaszcz, który lansuje Marc Jacobs i Stella McCartney. Saint Laurent z kolei postawił na kratę w wersji grunge’owej, natomiast włoski dom mody Moschino proponuje kraciasty total look! Jest to wersja dla odważnych fashionistek, np. dla trendsetterki Rity Ory”. Chciałoby się powiedzieć „Wow!”, prawda? (Bo przecież czują Państwo, że mówienie „Och!” w tym kontekście jest nie na miejscu, byłoby po prostu passé). Miało przykuć uwagę? Przykuło! Miało postawić do pionu? Postawiło! Miało wywołać wewnętrzną motywację do przeszukania szaf, a przede wszystkim sklepów pod kątem tych wszystkich absolutnie koniecznych do naśladowania trendów? Wywołało!
Dalej w tekście przeczytać jeszcze można o modnych w sezonie printach (bezwzględnie zwierzęce, ewentualnie kropki – taki retro look, dla odmiany). Autorki zastanawiają się np.: „Czy ten print opanuje polskie ulice?”, ale przecież wiadomo już, że jest to pytanie retoryczne, bo kto z czytelników chciałby być demodé, kto ma jeszcze jakiekolwiek wątpliwości, kto wysiedział dotąd przed ekranem komputera/tabletu/smartfona, zamiast oblekać się już, natychmiast!, w najbardziej zwierzęcy z możliwych wzorek – ten w panterkę? Mamy też tajemniczy outfit ikon mody – wspomnienie o nim ma nas utwierdzić w przekonaniu, że warto naśladować najnowsze światowe trendy. W innym miejscu jest jeszcze look (już bez określenia „total”, jaka szkoda!) jako synonim outfitu. Prawda, że modnie?
Tylko – kto przez taki język przebrnie? Może gdyby media traktujące o modzie zamieszczały każdorazowo słowniczek wyrazów modnych, byłoby łatwiej. Jednak tego nie robią, a w poszukiwaniu słów kluczowych dla omawianego artykułu (i temu podobnych tekstów) należy się udać na inne strony, z których np. można się dowiedzieć, że outfit to po prostu wygląd, total look to styl kobiety nienagannie stylowej albo (w innym znaczeniu) jednolity, np. kolorystycznie ubiór (wyjaśnienie tutaj), oversizowy znaczy obszerny, print to wzorek, deseń, zaś must have to przebój, a jednocześnie znak rozpoznawczy każdej śledzącej nowinki w modzie osoby.
Język żyje, to prawda. Język się zmienia, rozwija, asymiluje nowe słowa, pozbywa się tych leciwych i nieużywanych. Podlega modom i rozmaitym trendom. To wszystko jednak nie znaczy przecież, że mamy zacząć mówić i pisać w jakiejś bełkotliwej mieszance, w jakimś polanglo, ani ładnym, ani zrozumiałym.
PS Jako ciekawostkę polecam wszystkim taką oto grafikę mojej ulubionej artystki Marty Frej :-).
Proszę przeczytać taki np. akapit, streszczający najważniejsze wytyczne dla pań, które chcą nadążać za modą: „Absolutnym must have będzie kraciasty oversizowy płaszcz, który lansuje Marc Jacobs i Stella McCartney. Saint Laurent z kolei postawił na kratę w wersji grunge’owej, natomiast włoski dom mody Moschino proponuje kraciasty total look! Jest to wersja dla odważnych fashionistek, np. dla trendsetterki Rity Ory”. Chciałoby się powiedzieć „Wow!”, prawda? (Bo przecież czują Państwo, że mówienie „Och!” w tym kontekście jest nie na miejscu, byłoby po prostu passé). Miało przykuć uwagę? Przykuło! Miało postawić do pionu? Postawiło! Miało wywołać wewnętrzną motywację do przeszukania szaf, a przede wszystkim sklepów pod kątem tych wszystkich absolutnie koniecznych do naśladowania trendów? Wywołało!
Dalej w tekście przeczytać jeszcze można o modnych w sezonie printach (bezwzględnie zwierzęce, ewentualnie kropki – taki retro look, dla odmiany). Autorki zastanawiają się np.: „Czy ten print opanuje polskie ulice?”, ale przecież wiadomo już, że jest to pytanie retoryczne, bo kto z czytelników chciałby być demodé, kto ma jeszcze jakiekolwiek wątpliwości, kto wysiedział dotąd przed ekranem komputera/tabletu/smartfona, zamiast oblekać się już, natychmiast!, w najbardziej zwierzęcy z możliwych wzorek – ten w panterkę? Mamy też tajemniczy outfit ikon mody – wspomnienie o nim ma nas utwierdzić w przekonaniu, że warto naśladować najnowsze światowe trendy. W innym miejscu jest jeszcze look (już bez określenia „total”, jaka szkoda!) jako synonim outfitu. Prawda, że modnie?
Tylko – kto przez taki język przebrnie? Może gdyby media traktujące o modzie zamieszczały każdorazowo słowniczek wyrazów modnych, byłoby łatwiej. Jednak tego nie robią, a w poszukiwaniu słów kluczowych dla omawianego artykułu (i temu podobnych tekstów) należy się udać na inne strony, z których np. można się dowiedzieć, że outfit to po prostu wygląd, total look to styl kobiety nienagannie stylowej albo (w innym znaczeniu) jednolity, np. kolorystycznie ubiór (wyjaśnienie tutaj), oversizowy znaczy obszerny, print to wzorek, deseń, zaś must have to przebój, a jednocześnie znak rozpoznawczy każdej śledzącej nowinki w modzie osoby.
Język żyje, to prawda. Język się zmienia, rozwija, asymiluje nowe słowa, pozbywa się tych leciwych i nieużywanych. Podlega modom i rozmaitym trendom. To wszystko jednak nie znaczy przecież, że mamy zacząć mówić i pisać w jakiejś bełkotliwej mieszance, w jakimś polanglo, ani ładnym, ani zrozumiałym.
PS Jako ciekawostkę polecam wszystkim taką oto grafikę mojej ulubionej artystki Marty Frej :-).
Etykiety:
anglicyzmy,
błędy językowe,
media,
wrażliwość językowa,
wyrazy modne
Subskrybuj:
Posty (Atom)