Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pisownia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pisownia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 24 kwietnia 2015

Goji, czyli owocowa zagadka

Ten post zainspirowała niedawna dyskusja w jednej z facebookowych grup – rozważano tam odmianę nazwisk typu Ziaja, Kaja, Dobija itp., ale rozmowa, jako że była burzliwa, szybko zeszła też na inne tematy, m.in. na kwestię pisowni nazwy najzdrowszych (tak podobno uważa m.in. Madonna) owoców świata: jagód goji. Ponieważ grupa gromadzi korektorów i redaktorów (ale także korektorów i redaktorów in spe), a więc osoby znające się na regułach języka polskiego co najmniej dobrze, temat pisowni i odmiany słowa goji wydał mi się ważny, skoro nawet w takim gronie nie było jednomyślności co do tego, czy słowo goji jest w polszczyźnie poprawne, czy też nie (bo, jak ktoś argumentował, powinno być goi).
Szybki przegląd stron internetowych utwierdził mnie w przekonaniu, że goji może i są zdrowe, ale też stanowią dla wielu użytkowników polszczyzny nie lada wyzwanie, jeśli chodzi o poprawność tej nazwy. W portalu o tematyce ogrodniczej znalazłam np. tytuł „Goja obsypana owocami” (zob. tutaj), choć już w artykule mówi się zarówno o „uprawie Goji” (właśnie tak – wielką literą), jak i o „zupie z goją”. Inny podobny przykład to oferta sklepu internetowego, gdzie obok zdjęcia opakowania z napisem „Jagody goji suszone” znajdziemy opis zaczynający się od słów „jagody goja” (zob. tutaj). Z kolei w artykule (portal BonaVita.pl – zob. tutaj) porównującym właściwości jagód goji i jagód acai odkryłam takie śródtytuły, jak np.: „Jagody acai a jagody goi – wygląd”.

Jak więc z tymi jagodami jest? Otóż wbrew pierwszej intuicji wielu użytkowników języka polskiego (piszę „wielu”, bo potwierdzają to nie tylko przywołane wyżej przykłady, lecz również argumenty, które pojawiły się w opisanej na wstępie tego posta dyskusji, a także... mój własny mylny osąd sprawy, kiedy pierwszy raz zetknęłam się z tym słowem – zobaczyłam je zapisane, a nigdy wcześniej go nie słyszałam) zapis goji jest jak najbardziej poprawny, a ściślej: jak dotąd tylko on jest poprawny. Uporządkujmy informacje.
1. Jagody goji (ang. goji berry, niem. Goji-Beeren) to nazwa handlowa, jak można wyczytać m.in. w Wikipedii rośliny o nazwie kolcowój chiński (w razie wątpliwości można więc mówić owoce kolcowoju chińskiego i będzie bezbłędnie :-) ).
2. Goji to nazwa krzewu w mianowniku (a nie postać dopełniacza od słowa goja! – zob. niżej), gdzie -ji to transkrypcja chińskiego znaku (czyta się „czi”, niektórzy czytają tę nazwę [godżi], co ewentualnie też jest dopuszczalne). Nazwa ta jest nieodmienna – należy ją traktować jak podobne jej nazwy owoców, warzyw czy przypraw zakończone na -i (zob. np. chili, liczi, noni, acai), więc zarówno w mianowniku, jak i w dopełniaczu mamy goji.
3. Nie istnieje (przynajmniej na razie) w polszczyźnie słowo goja (jako nazwa krzewu dającego zdrowe owoce) – gdyby istniało, rzeczywiście należałoby w dopełniaczu zastosować formę goi, jak próbują to robić niektórzy użytkownicy języka polskiego.
4. W polszczyźnie nazwy krzewów, drzew i innych roślin (choćby i najzdrowszych na świecie!) zapisujemy zawsze małą literą – to rzeczowniki pospolite, a nie nazwy własne. Więc poprawna będzie tylko pisownia jagody goji.

To fakt: odmiana i pisownia rzeczowników o temacie zakończonym na -j- nie jest łatwa (polecam jako wieczorną lekturę odpowiedni ustęp ze Słownika ortograficznego PWN – np. tutaj albo tutaj). Tym bardziej życzę użytkownikom polszczyzny samych poprawnych tekstów, z jagodami goji czy bez nich :-).

piątek, 20 marca 2015

Z życzeniami na Wielkanoc

Pisałam już o ortografii zalecanej na bożonarodzeniowych kartkach świątecznych (tutaj), dla porządku więc – i ze względu na wiosenną porę – coś o drugich ważnych świętach w roku, czyli o Wielkanocy. Problemy, z którymi zetknąć się mogą autorzy wielkanocnych kartek, są zasadniczo dwa (bo inne zostały omówione w ramach opisu bożonarodzeniowej ortografii):
1. Nazwa samego święta – Wielkanoc – i kłopot nie tylko z jej zapisem, lecz również z deklinacją (odmianą) słowa.
2. Pisownia nazwy zwyczaju oblewania się wodą w wielkanocny poniedziałek, czyli zapis zestawienia śmigus-dyngus.
Co do pierwszej kwestii – mamy do wyboru kilka możliwości. Możemy napisać:
1. „Wesołych/Radosnych/Najlepszych... świąt wielkanocnych”, czyli nie używając nazwy własnej święta, lecz pochodzącego od niej przymiotnika. W takim przypadku zalecam pisownię małymi literami – tak w polszczyźnie zapisujemy przymiotniki, niezależnie od tego, czy pochodzą od wyrazów pospolitych (np. szkoła – szkolny, mgła – mglisty), czy od nazw własnych (np. Europa – europejski, Polska – polski). Tłumaczenie zasadności pisowni wielką literą obu (!) określeń w podanym wyżej zdaniu (czyli pisanie: „Wesołych Świąt Wielkanocnych”) jest moim zdaniem nieco naciągane – przecież jeśli ktoś chce wyraźnie podkreślić uroczysty i ważny dla niego charakter okresu Wielkiejnocy, może użyć nazwy własnej, najlepiej oddającej znaczenie słowa Wielkanoc.
2. „Z okazji Wielkanocy...”, czyli wymieniając nazwę święta, ale odmieniając tylko drugi człon zrostu (słowo Wielkanoc zostało utworzone w wyniku „zlepienia się” dwóch innych słów: wielka+noc; podobnie jest np. ze słowami dobranoc = dobra+noc, Rzeczpospolita = rzecz+pospolita czy zmartwychwstanie = z+martwych+wstanie). To chyba zapis najczęściej spotykany na wielkanocnych kartkach i – dodajmy – najbardziej bezpieczny.
3. „Z okazji Wielkiejnocy...”, czyli z nazwą własną, w której odmieniamy oba człony zrostu. Takie użycie słowa Wielkanoc nada bardziej uroczystego i oficjalnego charakteru naszym życzeniom – a o to zwykle przecież na kartkach świątecznych chodzi. Jako rzadsza forma może także wydawać się bardziej staranna albo... bardziej sztuczna – to zależy od odbiorcy życzeń. Niektórzy zapewne też będą się doszukiwać w niej błędu – taki jest już, niestety, urok form rzadkich.
4. „Z okazji Wielkiej Nocy.../ Z okazji świąt Wielkiej Nocy...”, czyli odsyłając do religijnej idei Wielkiego Tygodnia, zgodnie z którą Wielka Niedziela jest zakończeniem pewnego uroczystego okresu rozważań i modlitw. To forma najrzadziej spotykana, ale możliwa do zastosowania i w pełni poprawna, o czym zaświadcza chociażby Słownik ortograficzny PWN (tutaj).

Na kartkach świątecznych zdarza się też nam wspomnieć o lanym poniedziałku/poniedziałku wielkanocnym (właśnie w takiej pisowni – to już bowiem nie nazwa oficjalnego święta, ale zwyczaju!), tj. o drugim dniu świąt wielkanocnych, i o związanym z nim zwyczaju polewania się wodą, czyli o śmigusie-dyngusie. Warto zapamiętać, że śmigus-dyngus zapisujemy małymi literami i z łącznikiem, możemy też użyć równie poprawnej nazwy śmigus (o etymologii tej nazwy można przeczytać choćby w Słowniku mitów i tradycji kultury W. Kopalińskiego, PIW, W-wa 2001).
I na koniec ciekawostka (dla mnie było to swego czasu odkrycie): ogólna nazwa zabawki używanej do polewania się wodą w lany poniedziałek (pistolet, jajko itp.) to... psikawka, a nie sikawka.
Życzę Państwu wesołych (i trochę mokrych, za sprawą psikawki) świąt!

poniedziałek, 2 marca 2015

Jak pisać? Dowolnie!

Większość z nas (także: większość z nas, korektorów i redaktorów) narzeka na trudności w polskiej ortografii, na nie zawsze spójne zasady rodzimej pisowni i wreszcie (tak, tak!) na nierzadko nieoczywiste wskazówki językoznawców. Postanowiłam zatem pokrzepić niepocieszonych, przygotowując poniższe zestawienie wyrazów o podwójnej pisowni. Tych słów nie jest może dużo, ale zawsze to jakaś ulga, że istnieją w polszczyźnie wyrazy, które można notować na różne sposoby – i niezależnie od wybranej formy zapisu nie popełnimy błędu!
Wyrazy podaję w kolejności alfabetycznej. Oto tuzin słów, które ułatwią życie niejednemu użytkownikowi polszczyzny :-).
1. Dwom / dwóm / dwu – wszystkie podane tu formy liczebnika są poprawne!
2. Dzióbek / dziobek – jeśli chcemy napisać o części ciała u ptaków (otwór gębowy) lub o tym elemencie dzbanka czy czajnika, przez który leje się płyn, albo wreszcie podać nacechowane pieszczotliwie określenie twarzy/ust, możemy wybrać między formami dzióbek a dziobek. Dla ułatwienia: dzióbek, bo dziób, dziobek, bo dzioby.
A forma dziub? Mimo że notuje ją najstarszy słownik języka polskiego (autorstwa Samuela Lindego) jako oboczną do dziób, jest dziś niepoprawna. Jej etymologię wywodzić należy bowiem od przestarzałego już obecnie czasownika dziubać, czyli „kłuć", zatem słowa zgoła różniącego się znaczeniem od omawianych tutaj form (a zwłaszcza od pieszczotliwego określenia ust).
3. DzU / Dz.U. – skrót rodem z tekstów prawniczych według słowników powinien być zapisywany w formie DzU, jednak w praktyce w przeważającej liczbie przypadków spotyka się zapis z kropkami (Dz.U.). Warto pamiętać, że obie formy są poprawne.
4. Łebek / łepek – pisowni tego wyrazu poświęcony był już jeden z postów w tym blogu (zobacz tutaj), tu zatem tylko powtórzę, że można napisać zarówno łebek (bo łeb), jak i łepek (bo łepetyna). Uwaga! Poprawne są też dwie formy przymiotników: łebski i łepski!!!
5. Notabene / nota beneSłownik wyrazów obcych Władysława Kopalińskiego notuje obie formy (zobacz tutaj), a jednak w Słowniku ortograficznym PWN znajdziemy tylko pisownię łączną (zobacz tutaj). Zwrot pochodzący z języka łacińskiego zrósł się bowiem w polszczyźnie i zmienił swoje pierwotne znaczenie (po łacinie nota bene to „zauważ dobrze”, po polsku notabene znaczy „nawiasem mówiąc”). Sprawę pisowni tej formy należy zatem rozstrzygnąć tak: w polskich tekstach raczej zapiszemy notabene, w łacińskich – tylko nota bene.
6. Pełnoletność / pełnoletniość – obie formy są poprawne, choć ta druga została zaakceptowana niedawno.
7. Pidżama / piżama – pierwotnie była tylko pidżama (w starszych słownikach języka polskiego podawane są obie formy, ale pidżama jako pierwsza), potem także piżama (i była z początku traktowana jako forma niestaranna), dziś to pierwotna pidżama uznawana jest jako forma przestarzała (choć poprawna), a częściej słyszymy (i czytamy) o piżamie. Oba zapisy są jednak wciąż poprawne. Ciekawa jest historia tego słowa, dawniej oznaczającego luźny strój – zarówno nocny, jak i plażowy (zobacz tutaj): zostało zapożyczone z perskiego za pośrednictwem kolejno angielskiego (stąd pidżama) i francuskiego (dlatego piżama).
8. Pineska / pinezka – wynaleziona na początku XX w. pierwotnie (i przez sporą część swojej niedługiej wszak historii) zapisywana była po polsku tylko jako pinezka (tym samym polska pisownia odzwierciedlała francuską wymowę słowa [pynez], od którego wywodzi się etymologia wyrazu: punaise, tj. pluskwa). Dopiero pod koniec XX w. (w 1992 r.) uznano za poprawną także pisownię pineska, która to pisownia odpowiada wymowie słowa. Zatem dzisiaj piszemy i pineska, i pinezka. Albo (dziś już to niestety forma przestarzała) pluskiewka :-).
9. Plastik / plastyk – jako określenie surowca. Możemy pisać i tak, i tak, choć częściej (i słusznie!) wybierana jest forma plastik – dzięki temu także w pisowni można rozróżnić plastik jako materiał od plastyka jako twórcy (choćby i dzieł z plastiku :-) ).
10. Pospieszny / pośpieszny – a także (co niektórych nieodmiennie dziwi): pospiech / pośpiech. Tutaj znów: kiedyś częstszy był pospiech, jednak z czasem dostosowano pisownię do wymowy i dzisiaj to raczej pospiech traktowany jest jako niepoprawny – niesłusznie!
11. Przezroczysty /przeźroczysty – choć rzadziej spotkać można zapis ze zmiękczoną spółgłoską (przeźroczysty), jest on w pełni poprawny. Oboczna pisownia z / ź obowiązuje też w wyrazach pokrewnych do przezroczystego / przeźroczystego.
12. Triumf / tryumf – dawniej były Tryumfy Króla niebieskiego (w XVIII-wiecznej kolędzie śpiewanej do dziś), dzisiaj zapis tryumf jest coraz rzadszy i coraz częściej traktowany jako przestarzały (brzmi sztucznie i jest dalszy od łacińskiego triumphus, z którego to słowa się wywodzi). A jednak i triumf, i tryumf to poprawne ortograficznie formy.

niedziela, 1 lutego 2015

O przecinkach słów kilka

Z pewnością większość użytkowników języka dbających o poprawność swoich wypowiedzi zapytana o to, jakie językowe mody uważa za szczególnie drażniące, na którymś z pierwszych miejsc wymieni nadmiar anglicyzmów. Przyznam, że ta wada współczesnej polszczyzny także i dla mnie jest jedną z najgorszych, a śledzenie wpływów języka angielskiego na naszą rodzimą mowę staje się powoli moim konikiem. Tym razem jednak nie będę pisać o kuriozalnym często stylu tekstów branżowych (np. informatycznych czy z zakresu nauk ekonomicznych) lub języku artykułów o modzie i urodzie (było o tym niedawno – tutaj) ani o wywodzonym z angielskiego urodzaju wielkich liter – napiszę za to o… przecinkach.

Problem dotyczy głównie cytowanych w tekstach wypowiedzi np. jakichś autorytetów w dziedzinie, o której traktuje dana publikacja, albo (w beletrystyce) przytaczanych monologów wewnętrznych bohaterów powieści czy opowiadań. Za anglicyzm uznaję następujące formy zapisu:
1. W cytatach: „Uważam, że nasi piłkarze ręczni powinni wygrać mecz z Katarem”, powiedział trener reprezentacji Polski. „Sędziowie byli dla naszej drużyny niesprawiedliwi”.
2. W monologach wewnętrznych bohaterów: „I cóż, że przegrałam”, pomyślała Jane. „To i tak nie miało już znaczenia”.
Anglicyzmem jest tu użycie przecinka zamiast myślnika w miejscach, gdzie w obręb cytatu (tak traktować też można myśli bohatera powieści/opowiadania) wtrącone zostały komentarze autora czy narratora tekstu. Zatem poprawny – zgodny z rodzimymi zwyczajami interpunkcyjnymi – zapis powinien wyglądać tak:
1. W cytatach: „Uważam, że nasi piłkarze ręczni powinni wygrać mecz z Katarem powiedział trener reprezentacji Polski. Sędziowie byli dla naszej drużyny niesprawiedliwi”.
2. W monologach wewnętrznych bohaterów: „I cóż, że przegrałam pomyślała Jane. To i tak nie miało już znaczenia”.
Argumentem zwykle podnoszonym przez autorów czy tłumaczy tekstów za wersją z przecinkami jest to, że taki zapis wydaje się im logiczniejszy, czytelniejszy, a przede wszystkim… częstszy. Moje kontrargumenty? Oto one:
1. Częstsze jest dla nas zwykle to, co częściej widzimy. Jeśli ktoś czyta głównie anglojęzyczne teksty, przyzwyczaja się do stosowanych tam zasad i uznaje je za poprawne (i jedynie słuszne), po czym bezwiednie kopiuje je na grunt polszczyzny, nie zastanawiając się nad obowiązującymi w naszym języku – innymi – zwyczajami interpunkcyjnymi.
2. Czytelność publikacji nierzadko uzyskuje się dzięki ujednoliceniom określonych sposobów zapisu. Ten argument należy odnieść przede wszystkim do tekstów beletrystycznych, w których w dialogach w języku polskim tradycyjnie* stosujemy myślniki. Per analogiam zatem zastosowanie podobnego zapisu w monologach wewnętrznych (tym odróżniających się od dialogów tylko, że myśli bohaterów zwykle zamykamy w cudzysłowie lub zapisujemy kursywą) sprawia, że tekst staje się lepszy edytorsko, bo forma zapisu różnych wypowiedzi (dialogowych i monologowych) jest podobna.
3. Czytelność tekstów jest m.in. wynikiem uświadomienia sobie przez ich autora (czy tłumacza) pewnej hierarchii znaków interpunkcyjnych. Wedle tej hierarchii przecinek jest najsłabszym znakiem interpunkcyjnym, myślnik natomiast mocniej wyodrębnia przedzielane nim części wypowiedzi, wskazując na ich różny charakter czy różne funkcje. Porównajmy:
„W czwartek, jak mi się zdaje, byłam w kinie”.
„W czwartek – jak mi się zdaje – byłam w kinie”.
Stąd zastosowanie myślnika w cytatach czy monologach wewnętrznych przeplatanych komentarzami narratora/autora wydaje się o wiele lepszym zabiegiem, wyraźniej bowiem podkreśla odrębność przytaczanych kwestii od tego, co jest głosem wobec nich zewnętrznym.
4. Dbając o poprawność, zawsze warto sięgnąć do Słownika ortograficznego PWN – i to chyba jest najmocniejszy argument. Otóż na początku tego kompendium wiedzy o pisowni polskiej znaleźć można zasady ortograficzne i interpunkcyjne. Wśród nich np. taką, dotyczącą cudzysłowu właśnie: „Jeśli w obręb cytatu wprowadzono jakieś komentarze: autora czy narratora — wydzielamy je myślnikami” (całość zasady razem z przykładem tutaj).

Tropiąc wpływy języka angielskiego na polszczyznę, często zwracamy uwagę na kopiowanie słownictwa czy całych frazeologizmów, rzadziej na tak nieistotne pozornie szczegóły jak znaki interpunkcyjne. Tymczasem także w zmieniającej się polskiej interpunkcji widać niepotrzebne zupełnie anglicyzmy. Dlatego moja batalia przeciwko przecinkom nie jest wskazaniem na wyższość jednych znaków interpunkcyjnych nad innymi, ale apelem o uświadomienie sobie różnic między angielskim a polskim sposobem zapisu.

*
Piszę „tradycyjnie”, ponieważ na świeżo mam w pamięci sposób zapisu przyjęty np. w powieści Adáma Bodora pt. Ptaki Wierchowiny (Wołowiec 2014), gdzie świadomie nie zastosowano żadnych znaków interpunkcyjnych wydzielających wypowiedzi i monologi bohaterów od toku narracji, co dało efekt stopienia się narracji z dialogami i monologami postaci.

czwartek, 8 stycznia 2015

Jak pomóc dziecku w nauce ortografii (cz. 2)

Przyszła pora na kolejny odcinek miniporadnika (pierwszy zob. tutaj). Hasłem przewodnim tego posta będzie „po pierwsze: nie szkodzić", tym razem skupię się bowiem na krótkim spisie rodzicielskich grzechów głównych. Zbyt często bywa bowiem tak, że chcąc pomóc, niepotrzebnie przeszkadzamy, a doraźne korzyści (np. cząstkowa ocena) po naszej matczynej/ojcowskiej akcji ratunkowej tak naprawdę skutkują poważnymi (nie przesadzam) szkodami. Czego zatem należy się wystrzegać?
1. Pomocy polegającej na wyręczaniu. Pisanie za dziecko zadań, przepisywanie lekcji czy wreszcie poprawa dyktand/zadań klasowych w wykonaniu nie dziecka, ale jego rodzica, to bardzo poważny błąd. Co z tego, że nauczyciel się nie zorientuje (czy aby na pewno?) albo nie zwróci uwagi? Co z tego, że dziecko będzie miało w ten sposób „zaliczone" zadanie/poprawę, a może nawet w końcu dostanie dobrą ocenę? Jaki jest w końcu sens tego, że zeszyt będzie wyglądał ładnie, a pismo zyska pozór dziecięcej staranności? Te wszystkie argumenty bledną wobec podstawowej prawdy - wykonywanie pracy za dziecko sprawia, że nasza pociecha zamiast się uczyć, dostaje od nas informację: skoro ci nie wychodzi, nie musisz. A przecież w przypadku nauki ortografii - procesu w ogromnej mierze polegającego na ćwiczeniu pamięci, utrwalaniu obrazu słów przez ich czytanie i (otóż to!!!) pisanie - taka pomoc rodzicielska powinna być zakazana. Jeśli dziecko brzydko pisze, powinno pisanie ćwiczyć (choćby to miało być pisanie po 1-2 zdania dziennie, ale systematycznie, w miarę możliwości starannie, a przede wszystkim uważnie - należy zwracać uwagę na „zjadane" literki czy przekręcane słowa, na znaki interpunkcyjne), np. przez samodzielne przepisywanie jakichś fragmentów czytanek, książeczek czy choćby zdań zapisanych w czasie lekcji. Jeśli dziecko pisze źle (nieortograficznie), lekarstwem też będzie (między innymi) właśnie ćwiczenie pisania - np. na zasadzie pisania krótkich tekstów, najpierw czytanych wspólnie z rodzicem, a potem dyktowanych do zeszytu (proste ćwiczenie pamięci, o wiele przyjemniejsze niż wkuwanie regułek/słówek). Albo na zasadzie samodzielnego pisania poprawy dyktand czy zdań z lekcji - wcześniej źle napisanych (po zaznaczeniu poprawek przez nauczyciela takie już poprawne przepisanie nie powinno stanowić problemu).
2. Nadmiernej powagi. Jeśli dziecko (myślę tu zwłaszcza o edukacji wczesnoszkolnej - klasy I-III) dostanie nagle sygnał „jest źle, MUSISZ się poprawić" wraz z informacją „no, to zaczęła się poważna nauka" i zostanie zarzucone regułkami, długimi i trudnymi dyktandami czy obłożone słownikami, z przerażeniem się wycofa. Tymczasem naszą jako rodziców rolą jest nie straszyć, ale pomagać, co oznacza: znaleźć taki sposób dotarcia do dziecka, by w nauce ortografii widziało ono przyjemność i traktowało ją dalej jako formę zabawy (np. inną formę zgadywanek, zagadek), by nie postrzegało uczenia się ortografii jako poważnego procesu pamięciowego. Nie polecam tu żadnych konkretnych produktów (np. konkretne gry, zestawy ćwiczeń, strony WWW) wspomagających naukę ortografii, ale zachęcam do poszukiwań (bo takie pomoce są naprawdę pomocne), a przede wszystkim do inwencji własnej i zabawy w naukę. Można tu wykorzystać nieśmiertelną „Ortografię na wesoło" Witolda Gawdzika - ale należy tę książkę traktować jako lekturę własną, a nie dziecka. To my możemy skorzystać z zamieszczonych w tej publikacji pomysłów (np. na opracowanie kart do nauki ortografii, na różne formy ćwiczeń pamięciowych, także rysunkowych, na rozmaite dyktanda czy zgadywanki), gotowych zestawów słówek, to my najpierw powinniśmy przeczytać podane tam wierszyki i dyktanda, a potem je tak zmodyfikować, by dla naszych dzieci nie były ani za trudne, ani nudne.
3. Przesady. Jeśli np. ktoś uznaje, że najlepszą formą nauki jest czytanie słownika ortograficznego, to... niewiele wie o uczeniu ortografii. Podobnie jest z tym, kto zaczyna pomagać dziecku od dyktowania mu najeżonych problemami ortograficznymi zdań lub od dyktand o poziomie trudności jak w Ogólnopolskim Konkursie Ortograficznym „Dyktando" (zob. tutaj). Słownik to tylko narzędzie - trzeba traktować go jako pomoc w nauce, wydawnictwo, w którym można sprawdzać pisownię (i warto wyrobić ten nawyk w dziecku - tu polecam różne wydania słowników ortograficznych dla dzieci, dostosowane poziomem trudności do najmłodszych i pełne fajnych regułek czy rysunków, a także z kolorowymi podkreśleniami trudności ortograficznych, co sprzyja nauce poprawnej pisowni), a nie jako gotowiec do wkucia. Podobnie jest z dyktandami - stawiajmy raczej na krótkie, zabawne i łatwe teksty, zwłaszcza na początku. Wybierajmy (lub wymyślajmy) teksty takie, w których jest zaledwie kilka trudniejszych słówek - bo w nauce (nie tylko ortografii) ważniejsze jest wyrobienie nawyku systematyczności niż stawianie wysoko poprzeczki, zwłaszcza na początku.

Na koniec kilka polecanych przeze mnie pomocy online:
1. Strona Ortografka.pl (zob. tutaj) - z powodu jej przyjazności dla dzieci, kilku ciekawych pomysłów (aczkolwiek jeśli chodzi o podstawowy poziom uczenia ortografii, zalecam raczej inspirowanie się tą stroną i modyfikowanie ćwiczeń/dyktand niż kopiowanie pomysłów przy nauce z dzieckiem).
2. Strona projektu Ortofrajda (zob. tutaj) - z powodu poziomu dostosowanego do klas I-III oraz za uzmysłowienie, jak ważna w nauce ortografii jest zabawa kolorami.
3. Strona pomocy z języka polskiego na Zyraffa.pl (zob. tutaj) - za kilka fajnych gier ortograficznych, które można stosować jako przerywniki w nauce.
4. Strona Słownika języka polskiego PWN online (zob. tutaj) - traktuję to jako jedyne rzetelne źródło wiedzy o pisowni, bezcenne zarówno dla tych, co mają problemy z ortografią, jak i dla tych, co są niepewni zapisu, znaczenia, odmiany różnych słów. Od czasu, gdy wydawnictwo zdecydowało się zintegrować na stronie WWW różne słowniki i porady (zatem po wpisaniu hasła/słowa do słownika dostajemy i informacje ze słownika ortograficznego, i ze słownika języka polskiego, i z poradni językowej, i - opcjonalnie - z innych wydawnictw), witryna ma ciekawe i przydatne w różnym zakresie funkcjonalności.

piątek, 19 grudnia 2014

Ortografia na święta, czyli kilka słów o kartkach bożonarodzeniowych

Czasu do świąt (właśnie: „świąt”, a nie „Świąt”!) Bożego Narodzenia zostało już wprawdzie niewiele, ale problemy z pisownią na kartkach świątecznych budzą wiele emocji i co roku skutkują przynajmniej kilkunastoma telefonami i mejlami, które odbieram, by zaraz radzić i odpowiadać na stale powtarzające się pytania. Dlatego – po odkopaniu się z rzeczonych mejli – poniżej wypunktowałam dla Państwa najczęstsze wątpliwości.

1. „Wszystkiego najlepszego z okazji zbliżających się świąt Bożego Narodzenia...” – choć niektórzy językoznawcy próbują pójść na rękę użytkownikom języka polskiego i przychylają się do użycia wielkiej litery w słowie „święta” w takim, jak zapisane wyżej, zdaniu, uzasadniając, że ta pisownia oddaje wyjątkowy stosunek autora do świąt, to trzeba stwierdzić, że takie usprawiedliwienia są mocno naciągane, bezdyskusyjnie poprawna jest tylko pisownia słowa „święta” małą literą, tym bardziej że zaraz pada konkretna nazwa wydarzenia.
2. „Samych sukcesów w nowym roku...” – i tylko tak! Nowy Rok zapisywany wielkimi literami to określenie jednego dnia w roku, tego pierwszego, wtedy jest to nazwa święta i zgodnie z regułami polskiej ortografii należy ją podkreślić wielkimi literami (podobnie jak: Boże Narodzenie, Wielkanoc czy Zielone Świątki i in.). Natomiast na kartce składamy życzenia, które mają obowiązywać przez cały rok, a nie tylko 1 stycznia. By wybrnąć z tej sytuacji (większość użytkowników języka, przyzwyczajonych do pisowni „Nowy Rok”, czuje bowiem niewygodę, gdy radzę im pisać bezbłędnie), proponuję użyć formułki „w nadchodzącym roku” czy „w roku 2015”.
3. „Szampańskiego sylwestra” – i znowu: tylko tak! Sylwester bowiem nigdy nie był świętem oficjalnym, to tylko nazwa zwyczaju dotyczącego przełomu lat, określenie tradycji związanej z radosnym i rozrywkowym spędzaniem ostatniego dnia w roku kalendarzowym oraz z witaniem nowego roku. A zgodnie z regułami polskiej ortografii: jeśli coś nie jest świętem, a jedynie obrzędem, zwyczajem, tradycyjną zabawą (jak np. andrzejki czy walentynki albo właśnie sylwester), zapisujemy to małymi literami.
4. „...życzymy wszystkim naszym Przyjaciołom, Współpracownikom i Sympatykom” – częsty problem przy przygotowywaniu kartek świątecznych (zwłaszcza tych firmowych): jak zapisać ogólne przecież określenia adresatów naszych życzeń. Rozwiązanie jest proste: jeśli chcemy być grzeczni i uhonorować (bo czym innym jest składanie im życzeń?) odbiorców naszej korespondencji, potraktujmy wyrazy ich określające tak, jakby były zwrotami do adresata (takimi jak: Ciebie, Tobie, Twoje...), a te, jak wszyscy chyba wiemy, należy zapisywać wielkimi literami, wyrażając w ten sposób uprzejmy szacunek do czytelników naszych kartek czy listów.
5. „...składa Zarząd firmy XYZ” – problem częsty wśród PR-owców, którzy muszą odpowiednio zadbać o wizerunek swojej firmy. W tym przypadku przychylam się do pisowni wielką literą, słowo „Zarząd” bowiem jest tu niejako określeniem pewnej instytucji w firmie, ciała decyzyjnego istotnego dla funkcjonowania całej organizacji.
W nadziei, że pomogłam wszystkim Czytelnikom tego bloga, pozostaje mi życzyć Państwu radosnych, spokojnych i rodzinnych świąt, udanego sylwestra i spełnienia wielu marzeń w nadchodzącym 2015 roku. Oby nam się wszystkim darzyło! :-)

poniedziałek, 27 października 2014

Jak pomóc dziecku w nauce ortografii (cz. 1)

Jako rodzic dziecka w wieku wczesnoszkolnym od niedawna mierzę się z problemem, jak można nauczyć dzieci zasad polskiej ortografii (a ściśle: jak rodzice mogą w tej nauce pomóc swoim pociechom). Problem zrazu był teoretyczny (zastanawiałam się nad tym na użytek własny, gdy mój pierwszoklasista poznał już wszystkie literki i zaczął pisać dłuższe teksty – wtedy dotarło do mnie, że jakoś trzeba zacząć pracować nad ortograficzną poprawnością), z czasem jednak – wraz z pierwszym szkolnym dyktandem – stał się żywy. I ponieważ tak się złożyło, że na tle swojej klasy moje dziecko stanowi chlubny wyjątek jako uczeń całkiem nieźle radzący sobie z ortografią, co skutkuje pytaniami: „Jak to się robi?”, które słyszę i ja od innych rodziców, i mój syn od swoich kolegów, postanowiłam przyjrzeć się sprawie bliżej. Celem tej analizy jest zresztą nie tylko to, by podpowiedzieć innym rodzicom kilka metod pracy z dzieckiem, ale też zamiar usystematyzowania wiedzy dla samej siebie, na przyszłość, ponieważ jestem przekonana, że nauka ortografii (czy szerzej: zasad poprawności językowej) to proces żmudny i długi, nikt nie dostaje w genach/od losu prezentu w postaci znajomości zasad pisowni, co najwyżej może dostać od swoich rodziców mądrą pomoc, i nikt też nie nauczy się ortografii ot tak – po przeczytaniu kilkunastu regułek czy nawet całego słownika ortograficznego (co z całego serca odradzam!).
Oto moje metody.
1. Odkąd raz czy dwa zauważyłam, że w zeszycie, brudnopisie lub w zeszycie ćwiczeń syn napisał coś niepoprawnie (np. „zjadł” literkę, pomylił podobne znaki, zapomniał przyimka itp.), regularnie (co znaczy: mniej więcej raz w tygodniu) przeglądam zeszyty dziecka, wskazuję błędy i zachęcam do ich poprawy. Skutek takiego postępowania zauważyłam już po kilku tygodniach: syn sam zaczął zwracać uwagę na to, czy poprawnie zapisał wyrazy, a od niedawna bawi się nawet w „korektora”, wynajdując błędy w książkach, gazetach, reklamach czy na szyldach. Każda taka jego trafna „korekta” nagradzana jest przeze mnie pochwałą.
Ważna informacja: kiedy, drodzy Rodzice, przeglądacie zeszyty dziecka, nie czytajcie „na pamięć”, ale literka po literce (jak korektor właśnie :-) ). Tylko w ten sposób odkryjecie, że „ogródek” wcale nie jest ogródkiem, a „ogódkiem”, a np. z wyrażenia „w parku” zostało samo „parku”.
2. Od kilku miesięcy (mniej więcej od czasu, gdy syn z dumą oświadczył, że poznał już ostatnią literkę polskiego alfabetu) raz w tygodniu przeznaczamy trochę czasu na zabawę z ortografią. Celowo piszę „zabawę”, bo nie zawsze jest to dyktando (a nawet jeśli jest to dyktando, to zabawne właśnie – zob. punkt 3). Na rynku jest wiele pomocy dydaktycznych, które można wykorzystać do takich zabaw (albo którymi można się zainspirować): puzzle ortograficzne, karty do gry z zapisanymi na nich zagadkami ortograficznymi itp. Bawić się można także np. rozwiązując krzyżówki z dzieckiem, czytając zabawne wierszyki, rywalizując w wymyślaniu i zapisywaniu rymów (ach, te głoski nosowe!) czy słów na określoną literę, skojarzeń itp.
Ważna informacja: każda zabawa językowa, nawet jeśli nie towarzyszy jej zapisywanie słów/zdań/skojarzeń, służy rozwijaniu sprawności lingwistycznej dziecka i mniej lub bardziej wyraźnie przekłada się na umiejętności ortograficzne. I druga rzecz: mimo że internet jest kopalnią różnych treści i często najłatwiej (i najtaniej) jest sięgnąć po pomoc właśnie do sieci, odradzałabym naukę ortografii tylko na zasadzie rozwiązywania zadań/łamigłówek na komputerze. Można od czasu do czasu je wykorzystywać, ale z umiarem, zwłaszcza jeśli myślimy o dzieciach z klas I-III, ponieważ zadania typu „Wybierz z listy właściwą literkę (rz/ż, ch/h, ó/u)” nie sprzyjają zapamiętywaniu poprawnej pisowni.
3. Od czasu do czasu (a od pierwszego klasowego dyktanda już regularnie, przynajmniej raz w tygodniu) urządzam dziecku dyktando w domu. Korzystam przy tym z inwencji własnej, wspieram się tekstami wynajdowanymi w internecie albo wierszykami czy fragmentami tekstów z książek.
Ważna informacja: teksty domowych dyktand są króciutkie (maksymalnie 3-4 niezbyt rozbudowane zdania – nie chodzi przecież o to, by dziecko zmęczyło się samym pisaniem) i zawsze zabawne (np. opowieść o Frącku chorym na wątrobę) lub „życiowe”. Co to ostatnie słowo oznacza? Tylko tyle, by do pracy nad ortografią zaprząc zainteresowania swojego dziecka. Jeśli lubi piłkę nożną, niech to będzie tekst o meczu („...i kiedy sędzia odgwizdał rzut rożny, kilku piłkarzy z drużyny gości próbowało dyskutować z tą decyzją” – prawda, że niełatwe?), jeśli lubi gotować, niech to będzie przepis na sałatkę warzywną albo pasztet z marchewki, pietruszki i soczewicy, jeśli uwielbia komputery, historyjka o Heniu informatyku itp.
4. Jeśli widzę, że dziecko ma problem z zapamiętaniem pisowni jakiegoś wyrazu, staram się mu pomóc przez skojarzenia. I wcale nie chodzi tutaj o przywołanie rodziny wyrazów (druh, bo drużyna – względnie odwrotnie :-) ) czy odmienianie wyrazu przez przypadki (np. wóz, bo wozy), ale o inne zabiegi. Przykładowo: synonimem słowa „różny” jest wyraz „rozmaity” (wymiana „ó” na „o” i „ż” na „z”, super!), pisownię wyrazu „król” można wywieść od wzmianki o królu słońce (wymiana „ó” na „o”, hoho!), jednocześnie coś rysując czy podkreślając dziecku na kartce, by lepiej zapamiętało, a „góry" nie możemy przecież pisać przez „u”, bo znak „u” przypomina raczej dolinę, czyli odwrotność góry :-).
Ważna informacja: warto, w miarę możliwości, wykorzystać przy nauce ortografii swoją wiedzę, np. znajomość języków obcych (nieocenione są tu inne języki słowiańskie, którymi można się posiłkować), umiejętności (np. zabawy plastyczne: narysuj smUtną Ulę idącą do domU – w rysunku wykorzystaj jak najwięcej literek „u”, np. z jednej robiąc spódniczkę Uli, z drugiej buzię dziewczynki, z trzeciej odwrócony dach domu itd.) i wyobraźnię. Pomysłowość absolutnie wskazana!
5. Od zawsze czytamy. Kiedyś było to czytanie dziecku, potem czytanie z dzieckiem (np. na głosy), teraz coraz częściej już tylko podsuwanie dziecku ciekawych książek. I jeśli jeszcze od czasu do czasu czytam synowi książki, robię to dla wspólnej (jego, ale i mojej) przyjemności, zawsze z ciekawością i radością. Jestem przekonana (także przywołując doświadczenia własne jako dziecka kiedyś ogromnie dużo czytającego), że regularne czytanie książek sprzyja nauce ortografii.
Ważna informacja: polecam wybieranie książek bliskich zainteresowaniom dziecka, czyli: opowieści szkolne (także serie o szkolnych i domowych urwisach), historie z zagadkami w tle (opowiadania detektywistyczne), książki o zwierzątkach itp.

sobota, 31 grudnia 2011

Kuchnia dla krakowiaków, wino – dla górali?

Zapewne analiza tekstów na stronie WWW nie jest najlepszym sposobem na wybranie restauracji, która zaspokoi nasze kulinarne gusta. Lepiej jest zdać się na smak, węch i intuicję – w ten sposób przynajmniej nie popsujemy sobie apetytu. Natomiast czytając na pusty żołądek rozmaite reklamy (?) lokali, apetyt nie tylko możemy sobie popsuć, ale też – całkiem go stracić.
My jednak przeczytaliśmy. A raczej – trafiliśmy na stronę krakowskiej restauracji Kuchnia i Wino za sprawą felietonu Wojciecha Nowickiego, który dla czytelników „Gazety Wyborczej” co jakiś czas testuje gastronomiczne wzloty i upadki rodem z królewskiego i stołecznego grodu nad Wisłą (o restauracji Kuchnia i Wino napisał tutaj). Kulinarny felieton z gazety pobudził bowiem nie tyle nasz apetyt, co ciekawość. I tak oto przez krainę kuchni i wina dotarliśmy na ziemię nonsensu.
Witryna WWW restauracji (tutaj link) wita użytkowników hasłem (całkowita zgodność pisowni z oryginałem – tu i dalej): „Niniejsza strona została stworzona aby przybliżyć Państwu uroki znakomitej Krakowskiej restauracji, »Kuchnia i Wino«”. Kto by się czepiał przecinków, gdy jeść się chce? Kto by zwracał uwagę na wielkie litery, gdy w brzuchu burczy? Kto wreszcie wytykałby komukolwiek palcem styl rodem z lokali gastronomicznych typu GS, gdzie quasi-urzędowy sztywny ton pobrzmiewał z jadłospisów i zeszytów księgi wniosków i zażaleń, ześlizgując się raz w humor, a raz w bliską rozpaczy powagę?
Zatem i my się nie czepiliśmy, tylko czytaliśmy dalej. W ten sposób dowiedzieliśmy się m.in., że: „Restauracja Kuchnia i Wino została założona w 2002 roku, by służyć zarówno rdzennym Krakowiakom jak i gościom przebywającym w tym pięknym mieście przez zaledwie krótki czas, jako miejsce romantycznych schadzek czy biznesowych spotkań”. Cóż, słowniki notują wprawdzie, że krakowiak może być synonimem krakowianina, jednak jest to znaczenie dziś już odchodzące w niepamięć; krakowiaków kojarzymy raczej jako opozycję do np. górali (zob. znana opera Wojciecha Bogusławskiego), czyli jako określenie mieszkańców regionu krakowskiego, a nie – samego grodu Kraka. Zapewne jednak zamysłem autora opisu restauracji Kuchnia i Wino było stworzenie tekstu oryginalnego, szlachetnie postarzonego i budzącego apetyt na jeszcze więcej – niekoniecznie słów.
Dalsza lektura tekstów „reklamujących” restaurację przekonała nas jednak, że autor tego opisu tak ugrzązł w językowych zawiłościach, że ostatecznie rozprawił się z resztkami apetytu swoich czytelników. Poniżej przykłady:
•„[Restauracja została założona] jako miejsce gdzie wykwintną kuchnię i profesjonalną obsługę można spotkać na porządku dziennym” – porządek dzienny to zapewne specjalna przedkuchenna salka, z której doskonale wyszkoleni kelnerzy, wytwornie odginając mały paluszek, startują z potrawami, przekazywanymi im niespiesznie przez mistrzów sztuki kulinarnej.
•„Restauracja Kuchnia i Wino mieści się w Krakowie, przy pięknej ulicy – Józefa 13. Jest ona położona w najbardziej tajemniczych i uroczych dzielnic Krakowa – Kazimierzu” – tu znać, że autor opisu trudząc się nad tekstem, zgłodniał i ukradkiem zjadł dwa wyrazy.
•„Najważniejsze jest pierwsze wrażenie, a przekraczając próg naszej restauracji Państwa zmysły pobudzą cudowne zapachy dochodzące z kuchni” – gdyby chcieć poprzestać na logice, to zdanie trzeba by było zrozumieć np. tak: pierwsze wrażenie, które przekroczy próg restauracji spotka tam pobudzone przez zapachy zmysły gości. Albo tak: zmysły gości mają taką moc, że natychmiast po przekroczeniu restauracyjnego progu mogą pobudzić silne zapachy, które dotąd spokojnie drzemały sobie w kuchni. Aż strach pomyśleć, co taki pobudzony zapach może potem zrobić gościom czy profesjonalnej obsłudze!
Przykłady można mnożyć. My jednak sobie i naszym czytelnikom oszczędzimy tej lektury, a zamiast tego – za Wojciechem Nowickim – polecimy Kuchnię i Wino. Na szczęście bowiem jakość reklamujących tę restaurację tekstów pozostaje daleko w tyle za jakością serwowanych tu potraw. I wina, oczywiście.

środa, 23 listopada 2011

O gustach się nie dyskutuje – o ortografii też nie

Firma McArthur (branża obuwnicza) uruchomiła nową kampanię reklamową – na wielkich billboardach tu i ówdzie można przeczytać „Mój mąż kręci z McArthur’em” oraz (w wersji dla tradycjonalistów) „Moja żona kręci z McArthur’em”. Projekty można też zobaczyć na stronie WWW firmy (tutaj). Reklamy jak reklamy – ponoć o gustach się nie dyskutuje, o poczuciu humoru też raczej nie, więc te kwestie zostawimy na boku. Jednej rzeczy jednak milczeniem pominąć nie możemy: pisowni reklamowego hasła.
Jak bumerang w naszym blogu powraca sprawa nazw własnych, zwłaszcza obcych i naśladujących obce, i ich odmiany. Firma McArthur, choć polska, nazwę ma obcą. Twórcy reklamowego hasła odmieniać nazw obcych się nie boją (duże brawa!), jednak nie do końca radzą sobie z kwestiami ortograficznymi, czego efektem jest błąd w sloganie. Od razu powiedzmy: błąd, jaki zapewne popełniłoby ¾ użytkowników języka polskiego poproszonych o odmianę słowa „McArthur” – zatem błąd powszechny.
Jakoś tak się bowiem dzieje, że jeśli nawet potrafimy i chcemy odmieniać obce nazwy/nazwiska, to bardzo często – mając na względzie „obcość” tych słów – uznajemy, że skoro są obce, to automatycznie muszą mieć w odmianie (język pisany) apostrof. Ten znak interpunkcyjny zaczyna więc funkcjonować jako symbol granicy między tym, co obce (temat wyrazu – jego forma mianownikowa), a tym, co nasze (końcówka deklinacyjna). Typowy błąd tego typu to choćby nazwisko ojca amerykańskich kreskówek Walta Disneya powszechnie zapisywane z błędem, czyli: Disney’a, Disney’em, Disney’u itp.
A przecież apostrof w języku polskim ma zupełnie inną funkcję, niż to się powszechnie przyjęło. W skrócie: sygnalizuje różnice ilościowe, a nie jakościowe. A to oznacza: jeśli w jakimś wyrazie obcym na końcu mamy głoskę (samogłoskę) czy grupę głosek, których nie wymawiamy, także odmieniając słowo przez przypadki, wstawiamy apostrof przed końcówką deklinacyjną, by wskazać na różnice między formą pisemną a mówioną. W ten sposób zaznaczamy różnice ilościowe właśnie – mówimy mniej, niż piszemy, stąd apostrof. Natomiast jeśli ostatnia głoska/głoski z formy podstawowej są wymawiane, nawet w przypadkach zależnych, przed końcówkami deklinacyjnymi, to apostrofu nie dajemy, bo nie jest jego funkcją rozdzielenie obcego od rodzimego.
Przykładem, który to bardzo dobrze ilustruje, jest imię Charles, które (tak samo zapisywane) spotkać można np. w języku angielskim (wtedy wymawiamy [czarls]) oraz francuskim (wtedy wymawiamy [szarl]). Jeśli zatem będziemy odmieniać imię angielskie, zrobimy to tak:
M Charles
D Charlesa (bo mówimy [czarlsa])
C Charlesowi (bo mówimy [czarlsowi])
B Charlesa (bo mówimy [czarlsa])
N Charlesem (bo mówimy [czarlsem])
Msc Charlesie (bo mówimy [czarlsie])
W Charlesie! (bo mówimy [czarlsie])
Jeśli natomiast będziemy odmieniać imię francuskie, zrobimy to tak:
M Charles
D Charles’a (bo mówimy [szarla])
C Charles’owi (bo mówimy [szarlowi])
B Charles’a (bo mówimy [szarla])
N Charles’em (bo mówimy [szarlem])
Msc Charles’u (bo mówimy [szarlu])
W Charles’u! (bo mówimy [szarlu]).

Wracając do firmy McArthur i jej reklam: jeśli ktoś tu coś kręci, to jest to przede wszystkim autor sloganu reklamowego. Powinno być „Mój mąż kręci z McArthurem” i „Moja żona kręci z McArthurem”. Autor sprawę zresztą nieźle pokręcił (by nie rzec: pokpił), bo na trzecim projekcie plakatu promocyjnego można już przeczytać: „Kto kręci z McArthurem?”. Właśnie: ciekawe kto...

poniedziałek, 7 listopada 2011

Czy aby na pewno (cz. 2)

Ciąg dalszy naszych podpowiedzi ortograficznych, czyli garść prostych wskazówek, które pomogą Państwu poradzić sobie ze słowami i wyrażeniami stale sprawiającymi kłopoty w języku pisanym.
***
Po południu – ponieważ przymiotnik „popołudniowy” w polszczyźnie występuje dość często („popołudniowa drzemka”, „popołudniowa herbatka”, „popołudniowy seans”, „zajęcia w godzinach popołudniowych” itp.), większość użytkowników języka polskiego pamiętając łączną pisownię tego wyrazu, automatycznie zapisuje razem także wyrażenie przyimkowe „po południu”. Tymczasem jest to błąd. Jeśli Państwo nie pamiętają, jak należy pisać „po południu”, warto przypomnieć sobie pisownię wyrażenia „przed południem”, którego nikt chyba nie próbuje zapisywać łącznie. Zatem „po południu” jak „przed południem” – zawsze oddzielnie.
***
W ogóle – choć mówiąc „w ogóle” – [wogóle], łączymy dwa wyrazy w jedno słowo (wyrażenia przyimkowe tworzą w mowie tzw. zestroje akcentowe, czyli całości, które mają jeden akcent i są słyszane jako jeden wyraz – na marginesie: stąd też wynika większość problemów w pisowni tych wyrażeń), to jednak wyrażenie przyimkowe „w ogóle” zapisujemy rozdzielnie. Warto zapamiętać: w ogóle nie jest dopuszczalna pisownia łączna tych słów, podobnie jak nigdy nie powinniśmy skracać w mowie tego połączenia, wymawiając [wogle]. Taka wymowa świadczy o niedbałości językowej i jest błędem, podobnie jak pisownia łączna wyrażenia „w ogóle” to błąd ortograficzny.
***
Za granicą i zagranica – przyczyna bardzo częstych dylematów ortograficznych. Większość z nas każdorazowo musi się upewniać co do rozdzielnej pisowni wyrażenia „za granicą” i łącznego zapisu rzeczownika „zagranica”. Trzeba więc zapamiętać, że choć „zagranica” (według Słownika języka polskiego PWN: kraje leżące poza granicami danego państwa; ludność, mieszkańcy tych krajów) piszemy łącznie, bo to nazwa oznaczająca przedmiot – będzie zatem: „biuro współpracy z zagranicą”, „interesuje mnie zagranica”, „polubiłam zagranicę”, „zagranica zna to już od dawna”, „towary z zagranicy”, „powrót z zagranicy” itp. – to wyrażenia „za granicą” i „za granicę” zapiszemy zawsze rozdzielnie. Wystarczy chwilę zastanowić się nad składnią zdań budowanych z tymi wyrażeniami. Porównajmy: „wypad za granicę” jak „wypad za miasto” (bo przecież nie: „wypad zamiasto”!), „wysyłam listy za granicę” jak „wysyłam listy (po)za Kraków”, „wczasy za granicą” jak „wczasy za oceanem” (bo przecież nie: „wczasy zaoceanem”!), „mówi się o tym już za granicą” jak „mówi się o tym już za plecami” (bo przecież nie: „mówi się o tym już zaplecami”!), „zespół wystąpił za granicą” jak „zespół wystąpił także za sceną, dając nadprogramowy koncert dla wiernych fanów” itp.
CDN

poniedziałek, 10 października 2011

Czy aby na pewno? (cz. 1)

Są takie wyrazy i połączenia wyrazów, których pisownia stale sprawia problem. Choć sprawdzaliśmy to tysiąc razy (tak, mamy denerwującą świadomość tego faktu), to wciąż nie jesteśmy pewni, jak trzeba napisać – łącznie czy rozdzielnie? I chyba nigdy nie będziemy pewni. Znają to Państwo, prawda?
Choćby takie na pewno, które wciąż myli się z naprawdę, takie na co dzień, któremu w paradę wchodzi codziennie, wreszcie takie naprzeciw – sami nie możemy nigdy w to uwierzyć, że powinno być pisane łącznie, i każdorazowo (!) sprawdzamy to w słowniku ortograficznym. A – jakby tego było mało – są wyrazy raz pisane łącznie, a raz rozdzielnie, wszystko bowiem zależy od kontekstu. Poniżej otwieramy więc naszą listę „wiecznych problemów” – ta lista będzie uzupełniana w kolejnych postach.
***
Na co dzień – choć piszemy łącznie wyraz „codziennie”, to jednak „na co dzień” ma być zapisywane rozdzielnie; jeśli ktoś ma problemy z tym właśnie połączeniem, niech sobie przypomni, jak się zapisuje zestawienia typu: „co rok”, „co miesiąc” czy np. „co gorsza”; podobnym regułom ortograficznym podlega bowiem zestawienie co dzień. Zatem nie jest to jeden wyraz, ale wyrażenie przyimkowe. A skoro nie ma w polszczyźnie wyrazu „codzień”, to i nie możemy zapisywać „na codzień” (jak np. „na trudno”). Zawsze rozdzielnie!
***
Na pewno – być może to pisownia wyrazu „zapewne” przeszkadza niektórym użytkownikom polszczyzny w zapamiętaniu, że „na pewno” piszemy rozdzielnie. Warto przywołać w takich przypadkach pisownię wyrażenia „z pewnością”, może ona pozwoli przyswoić zasadę obowiązkowo rozdzielnej pisowni „na pewno”.
***
Naprawdę – w Biblii nie raz pada słowo „zaprawdę”. A skoro zapisujemy je łącznie (to Państwo pamiętają?), to łatwiej będzie już teraz zapamiętać, że i „naprawdę” tak zapisać musimy. Zawsze łącznie!
***
Naprzeciw i naprzeciwko – choć jest „na przekór” pisane rozdzielnie, to już „naprzeciw” i „naprzeciwko” zapisujemy zawsze łącznie. Nie bez powodu przywołaliśmy tutaj wyrażenie „na przekór” – zdarza się bowiem słyszeć czasem takie błędne konstrukcje z wyrazem „naprzeciw”, jak np.: „Widziałem, że masz coś naprzeciw mnie, więc się wycofałem” czy „Zrobił to naprzeciw mnie, zależało mu, żebym przegrała” – „naprzeciw” jest tu synonimem wyrazu „przeciw”/ „na przekór”. To błąd, podobnie jak rozdzielna pisownia omawianych wyrazów.
***
Na raz/ naraz – wyrażenia, które zapisujemy raz łącznie, a raz rozdzielnie, w zależności od kontekstu. Kiedy mamy wątpliwości, trzeba wstawić zamiast „na raz”/ „naraz” odpowiednie zamienniki. „Na raz” to inaczej „na jeden raz” bądź „na komendę raz” („Taka mała porcja? To wystarczy zaledwie na raz!”; „Dzieci podniosły się na raz”). Z kolei „naraz” to „nagle” („Naraz rozległo się pukanie”) albo „jednocześnie” („Albo nie dzwonią w ogóle, albo dzwonią wszyscy naraz”).
CDN

sobota, 17 września 2011

Jak przyrządzić poprawny e-mail? – poradnik

Na szkoleniu pt. „Kultura języka” tłumaczyliśmy ostatnio zasady grzeczności językowej w korespondencji i sporo uwagi poświęciliśmy e-mailom. Kiedy wyjaśnialiśmy, dlaczego formuła „Witam!”, coraz częściej spotykana dziś w e-mailach, nie należy do najlepszych z punktu widzenia językowego savoir-vivre’u, ktoś z sali zaprotestował. Usłyszeliśmy: „Dziś już nikt nie odczuwa tej formuły jako protekcjonalnej, to chyba kolejny wymysł językoznawców, którzy chcą nam utrudnić życie”. Ponieważ z takim protestem spotkaliśmy się nie po raz pierwszy i znów skutecznie udało nam się przekonać słuchaczy, że lepiej jest unikać słowa „Witam!”, pomyśleliśmy, że warto uporządkować kwestie związane z tworzeniem e-maili. Oto przydatny, jak mamy nadzieję, przepis na poprawnie przygotowany list elektroniczny:
1. „Witam!” jako formuła powitalna, otwierająca e-mail: w korespondencji oficjalnej radzimy jej nie używać, gdyż przez odbiorcę listu może zostać odczytana jako protekcjonalna. Wita bowiem ktoś, kto czuje się gospodarzem, kto jest wyższy rangą/starszy/ważniejszy niż osoba witana – ta treść jest wciąż dla wielu użytkowników języka polskiego mocno wyczuwalna w słowie „Witam!”, a przez to formuła ta uznawana jest za niegrzeczną. Z tego powodu nie warto ryzykować takiego początku e-maila, zwłaszcza w korespondencji służbowej, kiedy nie znamy odbiorcy naszego listu albo – gdy zwracamy się do niego z prośbą czy propozycją i to od decyzji adresata zależy efekt naszych starań. Dobrym otwarciem e-maila w takim przypadku będzie uniwersalne „Dzień dobry” lub „Szanowna Pani/ Szanowny Panie/ Szanowni Państwo”. Te powitania na pewno nikogo nie urażą, a w służbowym e-mailu ich oficjalny ton nie zostanie odczytany jako nieodpowiedni, bo nadmiernie grzeczny. Zasada, która dobrze pasuje także do korespondencji e-mailowej, brzmi bowiem: lepszy jest nadmiar grzeczności niż urażenie adresata.
2. Formuła na zakończenie e-maila powinna być dostosowana w tonie do formuły powitalnej. Zatem w bardzo oficjalnym liście wypada zakończyć wyrażeniem „Z poważaniem” i zamieścić poniżej swój podpis (koniecznie pełnym imieniem i nazwiskiem). Odradzamy bardziej staroświeckie formy w stylu „Z wyrazami szacunku”, które w korespondencji elektronicznej nazbyt już będą trącić myszką. W e-mailu, który rozpoczęliśmy słowami „Dzień dobry” i który ma mniej formalny charakter, możemy użyć słów „Pozdrawiam” (bardziej poufałe) czy „Z pozdrowieniami” (ta formuła, przez podobieństwo konstrukcyjne do wyrażenia „Z poważaniem” wydaje się dość neutralna) – radzimy jednak, by zawsze w takim przypadku chwilę zastanowić się, kto będzie odbiorcą naszego listu i w jakiej relacji z nim pozostajemy.
3. Interpunkcja – powitanie: zasadą stosowaną przez wiele lat w korespondencji tradycyjnej tworzonej w języku polskim było zamykanie formuły powitalnej wykrzyknikiem (np. „Szanowna Pani!”) i zaczynanie pierwszego zdania listu wielką literą. Wpływ języka angielskiego przyniósł tu pewne zamieszanie – po formule powitalnej zaczęto stawiać przecinek (jako bardziej neutralny znak interpunkcyjny) i pojawił się problem ortograficzny: jak zaczynać pierwsze zdanie listu – wielką czy małą literą. Nie pora tu, by analizować wszystkie „za” i „przeciw”, dlatego radzimy: w listach elektronicznych, które rządzą się nieco innymi prawami (choćby ze względu na reguły edycji e-maili) nie ma przeszkód, by po formule powitalnej stawiać przecinek i pierwsze zdanie listu zaczynać małą literą. Zatem piszmy np.: „Szanowna Pani,/ zwracam się z uprzejmą prośbą...”; „Szanowni Państwo,/ chciałbym zgłosić swoją kandydaturę na stanowisko...” itp.
4. Interpunkcja – pożegnanie: zapewne dla wielu osób będzie to zaskoczeniem, ale zasady interpunkcyjne, jakie obowiązują przy kończeniu listu, mówią wyraźnie – po formule pożegnalnej, a przed podpisem nie stawiamy przecinka, podpis nadawcy listu zamieszczamy w następnej linijce, bez kropki. Zatem powinniśmy pisać np.: „Z poważaniem/ Jan Kowalski”; „Z pozdrowieniami/ Anna Kozioł”; „Pozdrawiam/ Andrzej Trąbka” itp.
Tym, którzy chcieliby wiedzieć więcej na temat poprawności językowej i grzeczności w korespondencji, polecamy m.in. książkę M. Marcjanik „Mówimy uprzejmie”. A my do tematu jeszcze zapewne nie raz wrócimy.

piątek, 16 września 2011

Przecinek zgubiony w biegu

Dziś biegać jest nie tylko zdrowo, ale i modnie – społeczny trend wykorzystują więc rozmaite firmy, instytucje (niekoniecznie z branży sportowej), a nawet politycy i urzędnicy, biegiem promujący np. miasta czy wydarzenia. Tak jest np. w przypadku cyklicznej (organizowana od 2009 roku) imprezy biegowej pt. „Biegnij Warszawo” – jeśli wierzyć jej organizatorom: największego tego typu biegu w Polsce (więcej tutaj).
Nie mamy nic przeciwko bieganiu, ale nie podoba nam się błąd w nazwie imprezy „Biegnij Warszawo”. Organizatorzy tej akcji, chyba w biegu właśnie, zapomnieli o przecinku, który powinien oddzielać wołacz od poprzedzającego go czasownika. W „Słowniku ortograficznym PWN” (więcej tutaj) czytamy przecież: „Wyrazy i wyrażenia niebędące częściami zdania (tzw. wyrazy poza zdaniem) zawsze wydzielamy przecinkami. Są nimi (...) [m.in.] wyrazy w wołaczu”. I to, dodajmy, niezależnie od szyku wyrazów w zdaniu (wołacz może zaczynać zdanie bądź je kończyć, może też zostać użyty w środku zdania – zawsze należy go oddzielić od reszty wyrazów, np.: „Biegnij, Warszawo”, „Warszawo, biegnij”, „Biegnij, Warszawo, byle szybko”). Owszem, zasada ta nie obowiązuje, jeśli po czasowniku użytym w trybie rozkazującym stoi wykrzyknik (wtedy byłoby np. „Biegnij! Warszawo!”) albo (przy zmianie szyku wyrazów) wykrzyknik postawiono po wyrazie użytym w wołaczu (np. „Panie Kaziu! Niech pan się zatrzyma!” – by uciec już od nazwy imprezy).
Biegnij Warszawo” w tym roku odbywać się będzie po raz trzeci. Nazwa biegu utrwaliła się w społecznej świadomości do tego stopnia, że kwestia, czy jest błędna, czy nie, zaczyna budzić wątpliwości (polecamy odpowiedni post w portalu GoldenLine). A przecież zawiera błąd oczywisty, taki, do wykazania którego nie trzeba prowadzenia żmudnych studiów czy zamawiania opinii specjalistów. Dlatego, organizatorzy wydarzenia, lepiej zatrzymajcie się w biegu, zamiast narażać się na krytykę, choćby to miała być „tylko” krytyka językoznawcza.

piątek, 17 września 2010

Drogę pokażą Ci ci mężczyźni

Tytuł tego wpisu ma może i niezbyt fortunną składnię, ale taka budowa zdania pozwoliła nam pokazać problem, który chcemy tym razem poruszyć. Mowa będzie mianowicie o zaimku wskazującym „ten” oraz o zaimku osobowym „ty” używanym w odmianie pisanej języka, w zwrotach adresatywnych, stosowanych np. w listach, mailach itp.
Oba te zaimki mają homonimiczne formy: „ten” ma postać mianownika liczby mnogiej „ci”, podobnie jak i „ty” w celowniku w swojej krótszej formie „ci” (forma dłuższa to „tobie”). I ta właśnie homonimia jest źródłem błędów ortograficznych. Użytkownicy języka polskiego nauczyli się bowiem w szkołach, że wszelkie formy adresatywne należy zapisywać wielką literą, żeby dać wyraz poszanowaniu adresatów naszych wypowiedzi. Jeśli zatem piszemy np.: „Zwracam Ci na to uwagę, ponieważ widzę, że masz z tym problem”, „Te przykłady najlepiej mogą wskazać Ci zasadę ortograficzną”, „Wykładowca przygląda Ci się od dłuższego czasu, bądź ostrożna”, „Życzę Ci szczęścia” itp., jesteśmy wyczuleni na to, że „Ci” ma być zapisane wielką literą. Ale to wielkie, jeśli można tak powiedzieć, „Ci” na tyle zapadło w pamięć, że coraz częściej zdarza się widzieć także formę zaimka wskazującego „ci” pisaną wbrew normie ortograficznej. I mimo że brak powodów do zapisu tego drugiego „ci” wielką literą, to mamy np. „Rozumiem, co Ci ludzie sobie pomyśleli”, „Gdyby Ci państwo zastanowili się dłużej…”, „Lepszych niż Ci piłkarze nie widziałem” itp.
Przypadek omawianych tu dwóch różnych wyrazów „ci” najlepiej pokazuje, jak oporną na szufladkowanie materią jest język. Tu nie wystarczy nauczyć się zasad, trzeba jeszcze umieć swobodnie się między nimi poruszać i wybierać z nich to, co w danym wypadku jest właściwe (czytaj: poprawne). Inaczej mówiąc: żeby mówić/pisać poprawnie, trzeba najpierw poprawnie myśleć. Czego i sobie życzymy :)