Pokazywanie postów oznaczonych etykietą błędy gramatyczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą błędy gramatyczne. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 30 listopada 2014

Co zrobić z -o?

Końcówka „-o” była już „bohaterem” kilku postów publikowanych na tej stronie (np. o słowie „logo” tutaj, o zdrobnieniach „Jasio”, „misio” tutaj). Temat jednak będzie powracał, a ja niezmiennie zamierzam orędować za odmienianiem wyrazów rodzaju męskiego i nijakiego zakończonych w mianowniku na „-o”.
Powyższy zrzut ze strony Gazeta.pl (chodzi o nagłówek A w radio wspominają aktora...) dowodzi, że problem końcówki „-o” dotyczy nie tylko wyrazów nowych w polszczyźnie („logo”) czy nazw własnych („Tesco”), ale także, wtórnie, ta powszechna tendencja zaczyna obejmować wyrazy zapożyczone już dawno, o od lat usankcjonowanej odmianie („radio” – uwaga, nieodmienianie wyrazów „radio”, „studio” itp. to błąd!). Co do słów w polszczyźnie stosunkowo nowych – najczęściej boimy się je odmieniać z prostych powodów:
• żeby nie popełnić błędu,
• traktując nazwę jako zastrzeżony znak towarowy – co znaczy: wyraz jedynie poprawny w formie mianownikowej (tego, że taka tendencja jest obecna w polszczyźnie, najlepiej dowodzi nazwa IKEA – z tego, co się dowiedziałam, pracując nad pewną publikacją z dziedziny public relations, zakaz odmieniania nazwy jest w tym przypadku „odgórny”, a nad jego respektowaniem czuwa sztab marketingowców firmy!).
Ale jak wygląda sprawa z wyrazami starymi? Dlaczego wracamy do staroświecko przecież brzmiących i tak naprawdę niepoprawnych wyrażeń „w radio”, „do studio”, dlaczego przestajemy odmieniać nie tylko nazwy sklepów czy firm, ale także np. imiona męskie zakończone na „-o” (ostatnio w książce przełożonej z języka angielskiego przez bardzo dobrą skądinąd tłumaczkę hurtowo musiałam zmieniać imię bohatera Milo w przypadkach zależnych – autorka przekładu, po chwili zastanowienia, sama zdumiała się, że uległa powszechnej tendencji, i ofiarnie pomagała mi w dokonaniu korekty*)? Jak to się dzieje, że rzadki przecież problem wyrazów zakończonych na „-ao”, których ze względu na problemy z wymową lepiej nie odmieniać (np. „kakao” – proszę spróbować wymówić „z kakaem” i resztę sobie dopowiedzieć), rozciągnięto na odmianę innych wyrazów rodzaju męskiego i nijakiego zakończonych na „-o”?

Na te pytania nietrudno odpowiedzieć. Ekspansja wyrazów obcych, zwłaszcza anglicyzmów, którą w ostatnich latach obserwujemy, sprawia, że użytkownicy polszczyzny próbują znaleźć złoty środek mogący pogodzić reguły rządzące w języku polskim i angielskim. Efekt? To, na czym budowane są struktury językowe w polszczyźnie (deklinacja), coraz bardziej się sypie, zanika, ustępuje miejsca tak dziwacznym przecież konstrukcjom, jak np. „Pojadę do Tesco”, „Rozmawiałem z Zozo” czy „Lubię słuchać radio”. Takie wypowiedzi brzmią po prostu sztucznie.

Te rozważania wypadałoby zakończyć jakąś radą. Ta brzmi: nie bójmy się odmieniać nie tylko wyrazów „radio”, „Milo” czy „studio”, ale też „logo” czy „Tesco” – taka odmiana nie jest ani trudna, ani błędna.

* W tym kontekście ciekawostka: lekturą w klasie II szkół podstawowych jest leciwa już (I wydanie z 1933 r.!) książka Jana Grabowskiego pt. Puc, Bursztyn i goście. Jednym z jej sympatycznych bohaterów jest piesek Mikado – jego imię jest poprawnie odmieniane (Mikadę, z Mikadem, o Mikadzie...) i może stanowić wzorzec dla niejednej współcześnie wydawanej książki z bohaterem o imieniu zakończonym na „-o”. Inna sprawa, że jak się domyślam, wielu rodziców, sekundując swoim pociechom w dobrnięciu do końca książki, także właśnie odmienianie imienia Mikada kładzie na karb staroświeckości języka tej lektury. Niesłusznie!

czwartek, 27 listopada 2014

Wysłałam lista, odebrałem telefona

To niby naturalne: wraz ze zmianą zwyczajów i postępem technologicznym zmieniamy też język, którym się komunikujemy. Czasem jednak (często) te zmiany nie wychodzą językowi (a i nam) na dobre – w toku przekształceń koślawią się poprawne niegdyś formy i odchodzą do lamusa, wypierane m.in. przez anglicyzmy (zob. tutaj), kolokwializmy, a nawet wulgaryzmy (zob. słówko „zajebisty”). Zanim ustali się nowa norma – albo zanim językoznawcy dadzą głos i poprą wybór użytkowników języka lub go odrzucą (a użytkownicy – często – i tak zrobią swoje) – mija czas, a język pod wpływem naszych niczym niekontrolowanych działań dalej pędzi, rozwija się, asymiluje nowe formy (i cóż z tego, że jeden czy drugi profesor określi je jako rażące czy niepoprawne?), niemiłosiernie rozprawiając się ze starymi.
Ten przydługi nieco wstęp to ciąg dalszy mojej językowej miniprowokacji, zapoczątkowanej tytułem tego posta – przy czym słowo „prowokacja” należy tu rozumieć jako prowokowanie do refleksji, zatrzymania się i bardziej świadomego wyboru stylu, jakim mówimy czy piszemy na co dzień. Jednym bowiem ze skutków charakteryzowanego wyżej rozwoju języka jest dziś ekspansja zwrotów typu: „wysłałem mejla”, „dostałam esesmesa”, „przeczytałam posta” itp. Co w nich złego? Czy chodzi tylko o to, że językoznawcy upierają się przy dawnych konstrukcjach, czyli bierniku z końcówką zerową (B kogo? co? mejl, telefon, list, esemes, post...), nie oglądając się na wolę i wybór użytkowników języka? Czy to jedynie przejaw wojny nowego ze starym, powszechnego z elitarnym (a tak naprawdę: z nieżyciowym, sformalizowanym, skostniałym)?
Odpowiedź jest prostsza, niż mogłoby się wydawać. Po pierwsze: wspomniane formy biernika z końcówką „-a” w przypadku wielu rzeczowników nieżywotnych rodzaju męskiego (czyli np.: kogo? co? „mejla”, „esemesa”, ale też: „pączka”, „hot-doga” itp.) nie są całkowicie potępiane przez językoznawców. W jednym czy drugim słowniku poprawnej polszczyzny, poradniku językowym lub blogu o języku znajdziemy przykłady zdań z biernikiem z końcówką „-a”, jednak zwykle opatrywane kwalifikatorem pot., czyli wskazaniem, że takie formy są dopuszczalne jedynie w języku potocznym, a nie w polszczyźnie starannej czy oficjalnej. Zatem wybór między „wysłać mejl” a „wysłać mejla” jest tak naprawdę wyborem stylu. I tu jest „po drugie” mojego wywodu. Jeśli bowiem język, jakim mówimy, porównać do wizytówki, to staranność bądź niechlujstwo językowe będzie niczym elegancka bądź ordynarna (bo np. karta jest pomięta czy zabrudzona) forma małego kartonika, który ma przypominać innym o nas. Która z nich lepiej rokuje naszym przyszłym kontaktom?
Wraz z piękną i dziś coraz bardziej staroświecką tradycją wysyłania sobie listów, kartek albo (kto o tym jeszcze pamięta?) telegramów odchodzą też w niepamięć jedynie poprawne niegdyś zwroty z użyciem form biernika z końcówką zerową w przypadku rzeczowników nieżywotnych rodzaju męskiego, takie jak: „wysłałem list” (a nie: lista!), „odebrałem telefon” (a nie: telefona!), „ze smutkiem przyjąłem Twój telegram” (a nie: Twojego telegrama!). Warto je jednak sobie przypomnieć, zanim stwierdzimy na głos, że właśnie wysłaliśmy mejla, odebraliśmy esemesa i napisaliśmy posta czy bloga...

sobota, 16 listopada 2013

Trudne nazwiska zakończone na -e

Na ekrany kin weszła Papusza – film wyreżyserowany przez Joannę Kos-Krauze i Krzysztof Krauzego. Dziennikarze filmowi nie bez powodu zachwycają się tym obrazem – jednak czytelników recenzji Papuszy już nie zachwycają błędy w tekstach, zwłaszcza te dotyczące odmiany nazwiska twórców filmu.

Grzegorz Kuprowski w portalu Gazeta.pl pisze tak: „Warto przypomnieć sobie tę nieco zapomnianą kartę z literackiej historii Polski. Małżeństwo Krzysztofa i Joanny Krauzech długo kazało nam czekać na kolejny film, ale zdecydowanie nie zawiodło” (całą recenzję przeczytaj tutaj).

Przypominamy: nazwiska zakończone na –e wywodzą się z języka niemieckiego, ale po polsku należy je odmieniać (wyjątek to sytuacja, w której nazwisko poprzedzone jest jakimś określnikiem, który został odmieniony, np. „brawa należą się reżyserowi Krauze”). Trudność polega na tym, że tego typu nazwiska odmieniają się według innych reguł w liczbie pojedynczej (odmiana przymiotnikowa, np. Krauzego, Krauzemu, Krauzem), a według innych w liczbie mnogiej (odmiana rzeczownikowa – rzeczowniki męskie osobowe). Zatem pełna odmiana w liczbie mnogiej wyglądać będzie tak:
M Krauzowie jak ojcowie
D Krauzów jak ojców
C Krauzom jak ojcom
B Krauzów jak ojców
N Krauzami jak ojcami
Msc Krauzach jak ojcach
W Krauzowie! jak ojcowie!
W zacytowanym wyżej zdaniu powinno być zatem: „małżeństwo Krzysztofa i Joanny Krauzów”.

Osobom mającym problemy z odmianą nazwisk polecamy krótki wykład na ten temat, jaki można przeczytać w internecie (zobacz tutaj), a czytelnikom recenzji filmowych proponujemy raczej wyprawę do kina niż czytanie tekstów krytycznych, które czasem mogą przynieść więcej szkody niż pożytku, także jeśli chodzi o samodzielną ocenę tego czy innego dzieła filmowego.

niedziela, 12 maja 2013

Kłopoty w wirtualnym świecie

I znów wracamy do problemów z przyimkami w/na (pisaliśmy o tym tutaj i tutaj). Tym razem chodzi przede wszystkim o niepoprawne połączenia w rodzaju „Znalazłam to na internecie”, „Można przeczytać na internecie”, „Zobaczyłem to na serwisie XYZ” itp. Zdania tego typu, niestety coraz częściej słyszane w codziennych rozmowach i widywane na internetowych forach, zawierają rażące błędy. Poprawne jest bowiem tylko wyrażenie „w internecie” (w razie wątpliwości warto pamiętać takie związki wyrazowe, jak: „w sieci” czy nie bez powodu użyte w tytule tego posta „w wirtualnym świecie”).

Skąd te błędy? Tłumaczenie ich analogią do angielskiego on the internet wydaje się niesłuszne i według nas jest pewnym nadużyciem – wyrażeń „na internecie” używają osoby niekoniecznie doskonale (czy nawet: nie w stopniu średnio zaawansowanym) obyte z angielskim. Jeśli już szukać jakichś analogii, to raczej trzeba by przywołać tutaj wyrażenie „na stronie WWW”, które jest poprawne. Jednak, jak wielokrotnie już udowodnialiśmy w naszych felietonach, takie swobodne traktowanie języka i stosowanie nieuprawnionych analogii rodzi wiele błędów. Wyrażenie „na internecie” nie dość że błędne, dodatkowo odsyła do bardzo prymitywnego i potocznego języka ulicy (zob. takie zdania jak np. „U nas na zakładzie”, „Pracuję na serwisie samochodowym” itp.). Należy się go zatem wystrzegać.

W wirtualnym świecie warto zatrzymać się jeszcze chwilę, by omówić inne sprawiające problemy wyrazy i połączenia wyrazów. Choćby taki dylemat – powinno się mówić „na portalu” czy „w portalu”? Językoznawcy nie są zgodni, coraz częściej przychylając się do popularnej w użyciu formy „na portalu” („Na portalu XYZ znalazłem takie ogłoszenie”, „Pomoc na portalu”, „Nowości na portalu itp.) i uznając ją za dopuszczalną (zob. wypowiedź prof. Jana Miodka – tutaj). Nam wciąż elegantsze i jedynie poprawne wydaje się wyrażenie „w portalu” (portal to dla nas raczej miejsce publikowania artykułów, informacji niż tablica ogłoszeniowa – zatem „w portalu" jak „w gazecie”, „w serwisie” czy wreszcie „w wortalu”).

I jeszcze dylemat dotyczący odmiany wyrazu „post” – w dopełniaczu powinno być „postu” czy „posta”? Teoretycznie obie formy są poprawne, ale ponieważ w polszczyźnie wyraz „post” jest wieloznaczny (przed pojawieniem się internetu „post” oznaczał tylko akt powstrzymywania się od jedzenia w ogóle albo od przyjmowania określonych rodzajów pożywienia, przede wszystkim z pobudek religijnych), to zasadne i podyktowane dążeniem do precyzji językowej będzie pozostawienie formy „posta” jako poprawnej w odniesieniu do wiadomości publikowanej w internecie (na forum, w serwisie, w portalu, na blogu), natomiast mówienie „postu” tylko w przypadku, gdy myślimy o dawnym znaczeniu tego wyrazu.

Ostatnia sprawa dotyczy potocznego skrótu „net” (od: internet). W dopełniaczu powinniśmy mówić „netu” czy „neta”? Tu należy zastosować analogię do wyrazu „internet” – więc podobnie jak powiemy „Nie mam internetu”, „Ściągnąć coś z internetu”, „Mam dostęp do internetu”, używając skrótu wyrazu, mówimy „Nie mam netu”, „Ściągnąć coś z netu”, „Mam dostęp do netu”.

Słownictwo związane ze światem wirtualnym jest wciąż stosunkowo nowe w polszczyźnie, dlatego w razie wątpliwości warto zasięgnąć raczej rady specjalistów, niż samemu szukać rozwiązań.

sobota, 31 grudnia 2011

Kuchnia dla krakowiaków, wino – dla górali?

Zapewne analiza tekstów na stronie WWW nie jest najlepszym sposobem na wybranie restauracji, która zaspokoi nasze kulinarne gusta. Lepiej jest zdać się na smak, węch i intuicję – w ten sposób przynajmniej nie popsujemy sobie apetytu. Natomiast czytając na pusty żołądek rozmaite reklamy (?) lokali, apetyt nie tylko możemy sobie popsuć, ale też – całkiem go stracić.
My jednak przeczytaliśmy. A raczej – trafiliśmy na stronę krakowskiej restauracji Kuchnia i Wino za sprawą felietonu Wojciecha Nowickiego, który dla czytelników „Gazety Wyborczej” co jakiś czas testuje gastronomiczne wzloty i upadki rodem z królewskiego i stołecznego grodu nad Wisłą (o restauracji Kuchnia i Wino napisał tutaj). Kulinarny felieton z gazety pobudził bowiem nie tyle nasz apetyt, co ciekawość. I tak oto przez krainę kuchni i wina dotarliśmy na ziemię nonsensu.
Witryna WWW restauracji (tutaj link) wita użytkowników hasłem (całkowita zgodność pisowni z oryginałem – tu i dalej): „Niniejsza strona została stworzona aby przybliżyć Państwu uroki znakomitej Krakowskiej restauracji, »Kuchnia i Wino«”. Kto by się czepiał przecinków, gdy jeść się chce? Kto by zwracał uwagę na wielkie litery, gdy w brzuchu burczy? Kto wreszcie wytykałby komukolwiek palcem styl rodem z lokali gastronomicznych typu GS, gdzie quasi-urzędowy sztywny ton pobrzmiewał z jadłospisów i zeszytów księgi wniosków i zażaleń, ześlizgując się raz w humor, a raz w bliską rozpaczy powagę?
Zatem i my się nie czepiliśmy, tylko czytaliśmy dalej. W ten sposób dowiedzieliśmy się m.in., że: „Restauracja Kuchnia i Wino została założona w 2002 roku, by służyć zarówno rdzennym Krakowiakom jak i gościom przebywającym w tym pięknym mieście przez zaledwie krótki czas, jako miejsce romantycznych schadzek czy biznesowych spotkań”. Cóż, słowniki notują wprawdzie, że krakowiak może być synonimem krakowianina, jednak jest to znaczenie dziś już odchodzące w niepamięć; krakowiaków kojarzymy raczej jako opozycję do np. górali (zob. znana opera Wojciecha Bogusławskiego), czyli jako określenie mieszkańców regionu krakowskiego, a nie – samego grodu Kraka. Zapewne jednak zamysłem autora opisu restauracji Kuchnia i Wino było stworzenie tekstu oryginalnego, szlachetnie postarzonego i budzącego apetyt na jeszcze więcej – niekoniecznie słów.
Dalsza lektura tekstów „reklamujących” restaurację przekonała nas jednak, że autor tego opisu tak ugrzązł w językowych zawiłościach, że ostatecznie rozprawił się z resztkami apetytu swoich czytelników. Poniżej przykłady:
•„[Restauracja została założona] jako miejsce gdzie wykwintną kuchnię i profesjonalną obsługę można spotkać na porządku dziennym” – porządek dzienny to zapewne specjalna przedkuchenna salka, z której doskonale wyszkoleni kelnerzy, wytwornie odginając mały paluszek, startują z potrawami, przekazywanymi im niespiesznie przez mistrzów sztuki kulinarnej.
•„Restauracja Kuchnia i Wino mieści się w Krakowie, przy pięknej ulicy – Józefa 13. Jest ona położona w najbardziej tajemniczych i uroczych dzielnic Krakowa – Kazimierzu” – tu znać, że autor opisu trudząc się nad tekstem, zgłodniał i ukradkiem zjadł dwa wyrazy.
•„Najważniejsze jest pierwsze wrażenie, a przekraczając próg naszej restauracji Państwa zmysły pobudzą cudowne zapachy dochodzące z kuchni” – gdyby chcieć poprzestać na logice, to zdanie trzeba by było zrozumieć np. tak: pierwsze wrażenie, które przekroczy próg restauracji spotka tam pobudzone przez zapachy zmysły gości. Albo tak: zmysły gości mają taką moc, że natychmiast po przekroczeniu restauracyjnego progu mogą pobudzić silne zapachy, które dotąd spokojnie drzemały sobie w kuchni. Aż strach pomyśleć, co taki pobudzony zapach może potem zrobić gościom czy profesjonalnej obsłudze!
Przykłady można mnożyć. My jednak sobie i naszym czytelnikom oszczędzimy tej lektury, a zamiast tego – za Wojciechem Nowickim – polecimy Kuchnię i Wino. Na szczęście bowiem jakość reklamujących tę restaurację tekstów pozostaje daleko w tyle za jakością serwowanych tu potraw. I wina, oczywiście.

czwartek, 10 listopada 2011

Zastygają jak pomniki

Dwa wydarzenia z ostatnich dni (i w ich konsekwencji: dwie burzliwe rozmowy) skłoniły nas, by kolejny raz (inne posty na ten temat zob. np. tutaj czy tutaj oraz tutaj) poruszyć na tym blogu sprawę odmiany nazwisk. Pierwsza dyskusja odbyła się w trakcie prac redakcyjnych nad jedną z książek, kiedy to w proteście wobec wprowadzonych zmian usłyszeliśmy od autora publikacji ni mniej ni więcej: „Trzymajmy się standardu międzynarodowego w tej kwestii! Nazwisk się po prostu generalnie nie odmienia – niektóre po odmianie brzmią bardzo dziwnie, a nawet śmiesznie”. Jakiś czas po tej dyskusji wpadło nam w ręce zaproszenie na dziecięce przyjęcie urodzinowe: na zaproszeniu odmienione zostały tylko imiona, a nazwiska miały postać mianownikową. I tu znów odbyliśmy rozmowę, tym razem we własnym redaktorskim gronie.
Dwa różne konteksty, dwa różne środowiska, a taki sam schemat językowy. W pierwszym przypadku rozmawialiśmy przecież z profesjonalistą, mającym tytuł naukowy, obracającym się w środowiskach akademickich i biznesowych, który nie pierwszy raz przygotowywał książkę do druku i który jest (powinien być) obyty z językowymi normami poprawnościowymi. Drugi kontekst był bardziej „codzienny” czy „życiowy” – ot, rodzice, chcąc zrobić swojemu dziecku przyjemność, zorganizowali dla niego przyjęcie i zaprosili na nie inne dzieci. Takie przyjęcie to nie jest przecież sytuacja, w której obowiązywałyby jakiekolwiek sztywne normy, a jednak – to dziecięce nazwiska zostały tu „usztywnione” w swej mianownikowej postaci.
W obu przypadkach (a także w wielu innych obserwowanych przez nas ostatnio zachowaniach językowych) wyczuwamy strach o to, by nikogo nie urazić, gdy się odmieni jego nazwisko (taki Józef Kuzio jest do przyjęcia, także w „międzynarodowych standardach”, ale już forma Józefowi Kuziowi brzmi dla większości „nienaturalnie” i „śmiesznie”). Strach o własne kompetencje językowe (bo odmiana nazwiska staje się dla użytkowników polszczyzny coraz trudniejsza wobec... coraz powszechniejszej tendencji do ich nieodmieniania). A także coraz częstszy dziś strach o naruszenie sztywnej bryły, jaką dla większości mówiących po polsku są nasze nazwiska, zastygające jak pomniki w niezmiennie mianownikową postać.
Kiedy dzwoni pracownik biura obsługi klienta firmy XYZ, pyta: „Czy mam przyjemność z panią Magdaleną Tytuła?” albo „Czy rozmawiam z głównym użytkownikiem telefonu, Janem Nowak?”. I choć ten mechanizm można wytłumaczyć pośpiechem, jaki towarzyszy pracy każdego takiego akwizytora, oraz zwyczajem odczytywania nazwisk z listy w odpowiednim momencie wygłaszania gotowej formułki powitania, to jednak trudno jest nie zauważyć, że tak rozpoczęta rozmowa od razu staje się „mechaniczna” właśnie, że to kontakt robota z robotem raczej niż – człowieka z człowiekiem. Gdyby (podpowiadamy) formułkę „Czy rozmawiam z...?” zmienić na równie akceptowalną formę powitania „Czy to pan Jan Nowak/pani Magdalena Tytuła?”, i wilk byłby syty, i owca cała.
To usztywnianie relacji przez używanie nazwisk tylko w mianownikowej postaci jest dziś nagminne. A przecież zupełnie nie ma powodu, by nazwiska traktować inaczej niż inne deklinujące się w polszczyźnie słowa. Skoro jest Józio – Józiowi – z Józiem, dlaczego nie miałoby być Kuzio – Kuziowi – z Kuziem? Skoro mamy smoła – smołą – smole, dlaczego nie ma być Tytuła – Tytułą – (o) Tytule? I fakt, że w języku angielskim czy francuskim nazwiska się nie odmieniają, nie ma tutaj nic do rzeczy – te języki rządzą się po prostu innymi prawami niż polszczyzna. Dlatego środowisko międzynarodowe, w którym mówi się po polsku, powinno rozumieć zmienne formy nazwisk (także obcych!), podobnie jak rozumie, że raz mówi się „To jest pies”, a w innej konstrukcji językowej już trzeba powiedzieć: „Chodzę na spacer z psem”.
Owszem, odmienianie nazwisk sprawia, że trzeba się czasem nagłowić, by ustalić mianownikową postać słowa (zob. np. forma Tuskowi – pasuje i do Tusk, i do Tusek), ale z kolei ich nieodmienianie prowadzi do nieporozumień i błędów. Gdyby np. o mężczyźnie noszącym nazwisko Sekiera chcieć mówić „Widziałem dziś Pawła Sekiera”, to część z nas (ci nieodmieniający żadnych nazwisk) w mianowniku napisze Paweł Sekiera, ale druga część – Paweł Sekier.
Nazwiska w polszczyźnie trzeba odmieniać. Nieliczne wyjątki, kiedy nie da się tego zrobić (np. nazwiska zakończone na sylabę akcentowaną), powinny zostać tylko wyjątkami, a nie – tworzyć nową regułę. Dlaczego? Bo taka reguła naruszyłaby fundamentalne dla polszczyzny zasady, zmieniła charakter naszego języka, który przecież – czy tego chcemy, czy nie – jest oparty na systemie deklinacyjnym.

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Jeden i pół (rodzaju gramatycznego)

Twórcy polskiej strony WWW gry „Minecraft” chwalą się, że odnieśli sukces w sprzedaży. Z tej okazji popełnili tekst pt. „Półtorej miesiąca – pół miliona sprzedanych!”. I choć gratulujemy marketingowcom „Minecrafta” tak doskonałych wyników, to nie możemy nie zauważyć, że ich euforia jest na bakier z poprawnością językową.
Od razu zaznaczmy, że „półtorej miesiąca”, „półtorej tygodnia”, „półtorej roku” itp. to błędy coraz bardziej powszechne i zwykle wcale nie stowarzyszone z zachwytem, który mógłby choć po części usprawiedliwiać taką pomyłkę. „Półtorej” (bo już nie wypierane zewsząd „półtora”) w świadomości językowej sporej części mówiących i piszących po polsku to wyraz, który ma jednakową postać, niezależnie od tego, z jakim rzeczownikiem jest używany. Być może rację ma Maciej Malinowski, autor felietonów językowych z tygodnika „Angora” (więcej tutaj), który wskazuje, że mechanizm tego błędu może wiązać się z analogią do zaimka „która” (w dopełniaczu: „której”). Jeśli tak by rzeczywiście było, to „półtora” odczuwane jako słowo rodzaju żeńskiego w postaci mianownikowej, zyskuje, w mniemaniu sporej grupy użytkowników polszczyzny – dla doprecyzowania cząstkowości zawartej w znaczeniu tego wyrazu – postać niby-dopełniacza „półtorej”. (Dopełniacza, czyli tego przypadka, który występuje w konstrukcjach składniowych podkreślających część jakiejś całości; dodajmy jednak: część nieskonkretyzowaną bliżej, jak np. w zdaniach „Daj mi chleba” czy „Napił się mleka”, więc w przypadku „półtora” konstrukcji zupełnie nieuzasadnionej). Nie mamy pewności, czy taki jest właśnie tok myślenia mówiących i piszących o „półtorej metra”, „półtorej zadania” czy „półtorej kilograma” itp. Wiemy natomiast, że jest to tok rozumowania błędny.
Przypomnijmy: liczebnik „półtora” (podobnie jak „pół”) nie odmienia się przez przypadki, więc stanowi wyjątek w swojej kategorii gramatycznej. Jednak „półtora” odmienia się przez rodzaje – a może lepiej: występuje w dwóch rodzajach gramatycznych:
- forma męska i nijaka: półtora (np. półtora roku, półtora miesiąca, półtora zadania, półtora kilograma itp.)
- forma żeńska: półtorej (np. półtorej godziny, półtorej sekundy, półtorej mili, półtorej szklanki itp.).
Wracając do „Minecrafta” – na stronie gry w zakładce „Czym jest »Minecraft«?” czytamy: „Kończąc, chciałbym dodać, że Minecraft należy do tych gier, które albo się lubi albo się ich nienawidzi” (zdanie poddaliśmy korekcie ;-) ). No cóż, ani nie lubimy, ani nie nienawidzimy, co nie znaczy, że pewne rzeczy (czyt. słowa, związki wyrazowe, zdania) pozostaną dla nas obojętne.

czwartek, 28 lipca 2011

Niegrzeczna korespondencja

Dziś już coraz rzadziej wysyłamy listy pocztą tradycyjną – do okienka pocztowego oprócz pism urzędowych i formalnych (umowy, zawiadomienia, faktury) trafiają jeszcze tylko zaproszenia i widokówki z wakacyjnych wyjazdów (choć i te ostatnie wypierają często SMS-y i MMS-y). Tym bardziej więc powinniśmy zwracać uwagę na to, co wpisujemy na kopercie czy pocztówce po stronie adresata, i nie chodzi tu wcale o adres, ale o poprzedzającą go formułkę grzecznościową. Tę formułkę, która jest skrótem wyrażeń „Szanowna Pani”, „Szanowny Pan” czy „Szanowni Państwo” (choć można ten zbiór uzupełnić o bardzo rzadkie, ale możliwe formy „Szanowne Panie” czy „Szanowni Panowie”).
Widywany najczęściej na kopertach skrót Sz. P. jest niepoprawny – albo lepiej: nie spełnia norm grzeczności językowej. W intencji nadawców ma bowiem zastąpić kilka różnych pod względem rodzaju i liczby gramatycznej form, nie wskazując jednak wyraźnie, o którą z tych form chodzi. Nie jest zatem jednoznaczny, kłóci się z tendencją do precyzji w formułowaniu komunikatów (jedna z czterech tendencji decydujących o rozwoju języka). Owszem, uściśla go następująca po nim nazwa adresata (Anna Kowalska będzie Szanowną Panią, Krzysztof Nowak – Szanownym Panem, zaś Jadwiga i Jan Kozłowscy – Szanownym Państwem), ale z poprawnościowego punktu widzenia nie jest to argument wystarczający. Prawidłowe skróty to: Sz. Pani, Sz. Pan, Sz. Państwo (i ewentualnie: Sz. Panie, Sz. Panowie). Tylko tak pisząc, będziemy w zgodzie z normą i z grzecznością językową.
Przy okazji kilka słów poświęcić wypada korespondencji adresowanej do małżeństw i niepoprawnym formom w rodzaju: Anna i Jan Kowalski czy Maria i Grzegorz Stankiewicz. Jak już pisaliśmy nie raz: język polski jest językiem fleksyjnym, odmianie podlegają też zatem nazwiska. Formy Anna i Jan Kowalski są złe przede wszystkim dlatego, że mylące – logicznie myślący użytkownik języka zapyta bowiem od razu: „No tak, Jan jest Kowalski, ale jak wobec tego nazywa się pani Anna?”. Zatem tylko: Anna i Jan Kowalscy, Maria i Grzegorz Stankiewiczowie, Katarzyna i Krzysztof Nowakowie, Zuzanna i Zbigniew Stypułowie, Jadwiga i Jędrzej Kozłowscy itp. O pierwszeństwie imienia kobiety przed imieniem mężczyzny pisać już chyba... nie wypada.
Wiedza o tym, jak adresować listy, przydaje się nie tylko w naszych prywatnych relacjach, ale też – w stosunkach służbowych (firmowe życzenia świąteczne, zaproszenia na imprezy firmowe, listy gratulacyjne itp.). Nie jest to wiedza trudna, wystarczy zapamiętać kilka zasad, by naszą korespondencją nikogo nie urazić. Choćby ta korespondencja była czymś rzadkim i jedynie „odświętnym” – a może właśnie: przede wszystkim dlatego.

PS Polecamy wszystkim znakomitą książkę na temat grzeczności językowej wydanej przez WN PWN: Małgorzata Marcjanik „Mówimy uprzejmie”, Warszawa 2009.

czwartek, 7 lipca 2011

Optymalnie? Nie, znacznie lepiej!

I znów dopadło nas słowo. Słowo, które odklejane jest od znaczenia, ale sprytnie, bo w imię respektowania norm gramatycznych. Chodzi o przysłówek optymalnie i przymiotnik optymalny, optymalna, optymalne.
Czytamy np.:
„Jaką najoptymalniejszą trasę wybrać na dojazd do pracy?” (forum Bikeholicy.pl).
„Jak najoptymalniej nieodpłatnie przekazać działkę swojemu dziecku?” (serwis Poradaprawna.pl).
„Jak najoptymalniej obliczyć sumę cyfr danej liczby?” (Digipedia.pl).
„Zastanawia mnie najbardziej optymalny dla mięśni ruch podczas jakiegokolwiek ćwiczenia” (serwis Sfd.pl).
„Podział smoków faworyzujący małe ilości smoków jest jeszcze mniej optymalny” (forum Reddragon.pl).
„Im problem był bardziej skomplikowany (przedstawiany jako skomplikowany), tym podejmowane decyzje były gorsze i mniej optymalne” (serwis Sekcja8).
„W rzadkich przypadkach zwierzęta mogły spawnować się na mniej optymalnym terenie, np. w głębokiej wodzie albo stokach, gdzie miały trudności z wydostaniem się z nich” (serwis Polishthehunter.pl/).
Czytamy i myślimy: przecież słowo optymalny oznacza „najlepszy, najkorzystniejszy”. Wywodzi się z łaciny, gdzie przymiotnik optimus był stopniem najwyższym od nieregularnie stopniującego się przymiotnika bonus. Bonus to dobry, melior – lepszy, zaś optimus właśnie najlepszy. Skoro zatem optymalny zgodnie z etymologią jest najlepszy, to to, co określamy jako optymalne, nie może być najlepsze mniej lub najlepsze bardziej (najkorzystniejsze mniej lub najkorzystniejsze bardziej), tak jak zwycięzca nie może być mniej zwycięzcą ani bardziej zwycięzcą, bo albo zwycięzcą jest, i wtedy w danej klasyfikacji to on właśnie jest najlepszy, albo zwycięzcą nie jest, i wtedy go tak nie nazywamy, bo miano to należy się komuś innemu.
Optymalnie i optymalny zatem się nie stopniują, znaczenie tych słów zawiesza gramatyczne reguły stopniowania, nie pozwala ich zastosować. Sens wyrazów optymalny i optymalnie opiera się na informacji o stopniu najwyższym właśnie, jest synonimem „najlepszości” w czystej postaci, która już bardziej najlepsza być nie może, a z kolei czynienie jej mniej najlepszą, to wprowadzanie do języka nielogiczności.
Piszmy zatem dobrze: optymalna trasa, optymalnie obliczyć, optymalny ruch... Lepiej po prostu napisać się tego nie da. A gorzej... pisać nie warto.

niedziela, 15 maja 2011

Dziękujemy wam, PKP!

O tym, że PKP ma problemy z liczeniem, można przekonać się, słuchając rozmaitych zapowiedzi – na dworcach czy w pociągach. Oto nasze ostatnie „znaleziska”.
Stacja Gdańsk Główny, piękne majowe popołudnie, jeden pociąg się spóźnia, drugi jednak przyjeżdża o czasie. Z megafonu wydobywa się komunikat: „Do dnia trzydziesty pierwszy maja na odcinku (...) honorowane są bilety SKM”.
Pociąg relacji Gdynia – Kraków, godzina wieczorna, tuż za dworcem Warszawa Zachodnia. Kierownik pociągu budzi zaspanych pasażerów, donosząc uprzejmie: „Planowy przyjazd do stacji Kraków Główny godzina zerowa zero dwa”.
Ogłoszenie pierwsze mówi nam, że w odróżnieniu od przeciętnego Kowalskiego Polskie Koleje Państwowe wiedzą, że w datach miesiąc należy odmienić i postawić w dopełniaczu (uff!), ale nie wiedzą, że odmienia się także liczebnik określający dzień, nawet jeśli poprzedzony jest on – zupełnie niepotrzebnym skądinąd – wyrażeniem „do dnia”.
Ogłoszenie drugie oznacza z kolei, że Polskie Koleje Państwowe tak dobrze znają liczebniki porządkowe (w mianowniku! – zob. ogłoszenie 1.), że używają ich nawet jako określenia północy. (Według innej interpretacji: skoro w PKP jest godzina zerowa, to i każda inna jest niepewna; już wiemy zatem, skąd spóźnienia).
Nie pozostaje nam nic innego, jak podziękować PKP – za to, że są i dają nam tematy do rozważań.

PS 1. Informacja dla zdezorientowanych kolejarzy: 1. ogłoszenie pierwsze powinno brzmieć „Do trzydziestego pierwszego maja (...)” i byłoby idealnie. 2. ogłoszenie drugie mogłoby być np. takie: „Planowy przyjazd do stacji Kraków Główny dwie minuty po północy”.
PS 2. Informacja dla zdezorientowanych niekolejarzy: choć zapisujemy godzinę 0:02, nie możemy jej czytać jako „godziny zerowej” (podobnie jak nie ma lat zerowych – jak swego czasu niektórzy chcieli nazywać pierwszą dekadę XXI wieku). Możliwe wyjście z sytuacji to użycie właśnie nazwy „północ”.

sobota, 7 maja 2011

Piłkarzy uczą polskiego – a dziennikarzy?

A było to tak: najpierw trafiliśmy na ciekawy raport przygotowany przez Fundację Kultury Języka Polskiego „Dobrze Powiedziane” – tematem badania była poprawność językowa w polskich mediach (internetowe wydania dzienników ogólnopolskich – cały raport można przeczytać tutaj). Z raportu dowiedzieliśmy się m.in., że wydanie online gazety „Fakt”, obok „Super Expressu” i „Gazety Wyborczej”, to jedno z tych miejsc w sieci, gdzie od błędów jest aż gęsto. Zainspirowani tym stwierdzeniem zaczęliśmy poszukiwania. Na stronie Fakt.pl od razu zaciekawił nas tytuł „Lechia uczy się polskiego” i, jak się okazało, nasza intuicja była dobra.
Artykuł zaczyna się takim oto leadem: „Lechia Gdańsk postanowiła zadbać o edukację swoich zagranicznych piłkarzy. Szóstka graczy, niektórzy wraz z żonami, rozpoczęło naukę języka polskiego” (cały artykuł do przeczytania tutaj). No tak, pomyśleliśmy, to nic nowego, że w polskim futbolu nie dzieje się dobrze, ale żeby aż tak??? Okazuje się, że szeregi polskich piłkarzy zasilają sportowcy płci obojnaczej, co więcej – z żonami, które także cierpią na rzadką skądinąd przypadłość hermafrodytyzmu. A może, wpadło nam do głowy, obojnactwo to jakiś nowy sposób na poprawienie wyników sportowych? Ale jak do stosowania tego biologicznego, że tak to nazwiemy, dopingu ma się obojnactwo żon? No bo to, że ktoś (czytaj: autor tekstu) aż tak chciał dokopać piłkarzom, nie mogło chyba być prawdą...
Dalsza lektura tekstu pozwoliła nam się dowiedzieć m.in., że: „Naukę rozpoczęła szóstka graczy, którym dotychczas dość opornie szło przyswajanie sobie naszych słówek” oraz że: „W klubie liczą, że przyswojenie języka polskiego przez obcokrajowców pomoże im nie tylko w codziennym życiu w naszym kraju, ale wpłynie także na lepszą komunikację na boisku jak i w szatni”. Nie możemy pominąć też milczeniem stwierdzenia nauczycielki polskiego (!) prowadzącej zajęcia z piłkarzami, która mówi dziennikarzowi: „Póki co, najlepiej radzi sobie...”.
Nie wiemy, jakie słówka w Gdańsku uznawane są za „nasze”, na pewno jednak nie należy do nich trudne słówko „zarówno”, które jest pierwszym członem tzw. spójnika złożonego („zarówno..., jak...”) i którego (przynajmniej w ogólnej odmianie języka polskiego) pomijać nie można, bo błędem jest samotne „jak i...”. Ale już zupełnie nie rozumiemy, skąd w ustach polonistki, która uczy języka polskiego obcokrajowców, wzięło się wyrażenie „póki co”, użyte zamiast o wiele lepszego „na razie” czy „jak do tej pory”. Bo co jak co, ale „póki co” na razie na pewno nie jest nasze, językoznawcy wszak klasyfikują je jako rusycyzm. No chyba że „nasze” znaczy tak naprawdę to samo, co w epoce PRL-owskiej kolektywizacji: wspólne, czyli niczyje...

PS A jak powinno brzmieć poprawnie zdanie z leadu? „Sześcioro graczy, niektórzy wraz z żonami, rozpoczęło naukę języka polskiego”, ewentualnie: „Szóstka graczy, niektórzy wraz z żonami, rozpoczęła naukę języka polskiego”.

środa, 20 kwietnia 2011

Wella vel Well?

Nic na to nie poradzimy, że język polski (obok np. łaciny i języka... czeczeńskiego) to język fleksyjny, w którym oprócz koniugacji (odmiana czasowników) mamy rozbudowaną deklinację (odmiana przez przypadki i liczby, np. rzeczowników, przymiotników itd.). Skoro zatem chcemy mówić i pisać poprawnie (a chcieć powinniśmy, jeśli naszym celem jest porozumiewanie się bez zakłóceń), musimy odmieniać nie tylko słowa rodzime, ale i obce, te, które odmieniać się dają. „Dają się odmieniać” w tym przypadku oznacza, że można dla nich znaleźć wzorzec odmiany w polszczyźnie, czyli:
• nie są zakończone na sylaby akcentowane
• w mianowniku mają końcówkę zgodną z którymś typem odmiany polskiej.
Stąd nieodmienne pozostają np. takie słowa jak „tabu” czy „gnu”, ale już np. nazwę Tesco odmieniać powinniśmy (choć niektórych to na pewno bardzo zdziwi), wszak mamy polskie łóżko – łóżka, łóżku..., okno – okna, oknu..., jajko – jajka, jajku... itp. (niedowiarkom polecamy odpowiedni wątek w poradni językowej PWN). Mówmy (i piszmy) zatem Tesca, Tescu... – bardzo Państwa o to prosimy :-)
Jednak nie o Tescu będzie mowa w tym poście, a o Welli jako przykładzie szerzącej się ostatnio, także za sprawą reklam, tendencji do nieodmieniania nazw własnych rozmaitych międzynarodowych firm. W spotach reklamowych koncernu Wella można usłyszeć np. „szampon od Wella” czy „farby od Wella”, a na ulotkach czy innych materiałach reklamowych czytamy np. „Spersonalizowana Alchemia Włosów od Wella Professionals” (pomińmy już milczeniem wielkie litery) albo „Dzięki nowym kosmetykom od Wella można samodzielnie pielęgnować włosy”.
Jaki jest efekt takich – nomen omen – zabiegów? Ta oczywista kalka z angielskiego (from Wella) sprawia, że zaczynamy myśleć o firmie Wella jako o firmie Well, bo właśnie taka postać mianownika tworzyłaby w dopełniaczu formy z końcówką -a. Ta Wella staje się więc tym Wellem i tak oto następuje niezamierzony rebranding marki, że posłużymy się tutaj slangiem marketingowców. Niezamierzony, bo jak się domyślamy, nie to było intencją polskich PR-owców tworzących dla Welli materiały prasowe.
I jeszcze pointa tej historii, która z happy endem niewiele ma wspólnego. „Od Wella” nie dało nam spokoju, zaczęliśmy więc drążyć temat i szukać na stronie Welli kolejnych „łupów” (zachęcamy do poszukiwań – link tutaj). I cóż – nie musieliśmy się zbytnio wysilać, znaleźliśmy bowiem „Świat Wella”, „Filozofia Wella”, „Trendy Wella”... Wszystko zapisane wołami, a jakże, przekaz reklamowy musi wszak do odbiorcy dotrzeć...
Pozostaje tylko zaproponować nowy eufemizm znanego przekleństwa – od dziś mówić będziemy: „O wella!”, czego i Państwu ku rozrywce życzymy.

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Kramu z przyimkami ciąg dalszy

Jeszcze jedna krakowska i przyimkowa dygresja. Zdarza się słyszeć i czytać, np. na internetowych forach, że ktoś mieszka „na Hucie". Autorzy tej błędnej frazy być może (nie zgłębialiśmy bowiem zbyt wnikliwie tego tematu) chcieli w ten sposób rozróżnić przyimkami dwie konstrukcje – „w hucie", czyli w przedsiębiorstwie produkcyjnym, oraz „na Hucie", czyli na którymś z nowohuckich osiedli. Szukając ucieczki przed dosłownością (nikt nie mieszka przecież w hucie, czyli na terenie zakładu przemysłowego), ostatecznie i tak wpadli w jej pułapkę (proszę sobie wyobrazić mieszkanie na hucie - to dopiero dziwactwo!). Wpadli zresztą jak i ci użytkownicy języka polskiego, którzy upierają się, by mówić/pisać na urzędową modłę „mieszkam przy ulicy", zamiast „mieszkam na ulicy", tłumacząc to tym, że nikt - wyjąwszy bezdomnych - nie mieszka na ulicy. Niby prawda, ale język w tym przypadku ma swoją „tradycję" i wyrażenie „przy ulicy" nieodmiennie jest klasyfikowane jako gorsze, bo rodem ze stylu urzędowego.
A co z tą Hutą? Nowa Huta to dzielnica Krakowa, więc skoro nikt, jak mamy nadzieję, nie powie „mieszkam na dzielnicy XYZ", tak i nikt nie powinien mówić „mieszkam na Hucie". Mieszka się w Hucie (a jeszcze lepiej: w Nowej Hucie), bo „jedzie się do Huty", nie zaś „na Hutę". No chyba że ktoś ma zamiar zorganizować zbrojny najazd - na Hutę...

niedziela, 10 kwietnia 2011

Kram z przyimkami

W języku polskim coraz częstsze są problemy z przyimkami na i do, a także na i w. Chodzi tu o przypadki określania ruchu (np. „jadę na osiedle Oświecenia”; „idę do szkoły”; „zmierzam na pocztę” itp.) oraz miejsca dziania się czegoś (np. „siedzę w domu”; „jestem na poczcie”; „mieszkam na osiedlu Lotniczym”). I nie chodzi tu tylko o przypadki konkretnych nazw miejscowych (jak np. w jednym z ostatnio redagowanych przez nas tekstów – folder informacyjny z gatunku przewodnika – problem dzielnicy krakowskiej Prokocim: autor upierał się, że „rzecz dzieje się na Prokocimiu”), ale też o połączenia z rzeczownikami pospolitymi, w tym przede wszystkim z rzeczownikiem „osiedle” (w znaczeniu: osiedla mieszkaniowego w mieście).
Przypomnijmy ogólną zasadę: jeśli coś dzieje się w („jestem w szkole/ w domu/ w mieście” itp.), to przy określeniach ruchu użyjemy przyimka do („idę do szkoły/ do domu/ do miasta” itp.); jeśli natomiast coś dzieje się na („kupuję na poczcie/ na stacji benzynowej” itp.), to przy określeniach ruchu użyjemy przyimka na („idę na pocztę/ na stację benzynową” itp.). Zgodnie z tą zasadą „mieszkam na osiedlu”, bo „jadę na osiedle”. Zatem często notowane określenia „w osiedlu” są niepoprawne, jeśli rzeczownika „osiedle” używamy w znaczeniu skupiska bloków/domów w mieście.
Wróćmy na chwilę do przypadku Prokocimia. Autor redagowanej przez nas publikacji bronił swojego stanowiska tezą, że skoro jest osiedle Nowy Prokocim, to właśnie wyrażenie „na Prokocimiu” jest jedynie słuszne, bo w domyśle mamy „na (osiedlu) Prokocim”. Taki skrót, i wynikające z niego skrzyżowanie dwóch związków wyrazowych, jest jednak w języku nieuprawniony, przede wszystkim dlatego, że w tym przypadku w przewodniku mowa była o dzielnicy Prokocim, a nie o osiedlu Nowy Prokocim. W takich sytuacjach zachowanie rozróżnienia służy precyzji językowej i należy tego ściśle pilnować.

czwartek, 18 listopada 2010

Startując z głową...

Samorządowa kampania wyborcza trwa w najlepsze, językoznawcy zatem mają pożywkę dla swoich badań i/lub krytyki. Przykład: jeden z krakowskich kandydatów na prezydenta miasta przekonuje do siebie hasłem: „Inwestując z głową, stać nas na więcej”. Hasło jest ogromne, billboardowe, więc tym trudniej w nim nie zauważyć błędu. Błędu szkolnego, będącego jednocześnie jednym z bardziej rażących (choćby tylko dlatego że pisanym ogromniastymi literami) dowodów na to, że coraz gorzej radzimy sobie z imiesłowami przysłówkowymi. A przecież polonistki do upadłego powtarzają na lekcjach dzieciom i młodzieży w każdym wieku, że imiesłowowy równoważnik zdania jako część zdania złożonego możemy stosować tylko wtedy, gdy podmiot w obu zdaniach – nadrzędnym i podrzędnym – jest ten sam. Tu często pada koronny przykład: „Idąc do domu, padał deszcz” (źle!) / „Idąc do domu, zmokłam” (dobrze).
Wracając do wyborczego hasła: rozumiemy, że kandydat chciał mieć zawołanie krótkie, plakatowe, nośne, a może nawet bojowe. Rozumiemy więc, że nie wchodziły w grę zbyt jak na billboardy rozbudowane konstrukcje typu: „Kiedy inwestujemy z głową, stać nas na więcej” czy „Jeśli inwestujemy z głową, stać nas na więcej”. Rozumiemy, że kandydat chciał mieć hasło wyraźnie odwołujące się do przyszłości, przyszłości z nim jako prezydentem Krakowa, rzecz jasna. Ale nie rozumiemy, dlaczego w gronie doradców (także tych od promocji czy marketingu politycznego) tego lokalnego polityka nie znalazł się ani jeden, który by pomyślał o językowej poprawności i spróbował ustrzec go od krytyki.
A przecież nie było trudno. Podpowiedzi cisną się bowiem same. Np. takie: „Inwestycje z głową. I stać nas na więcej!”, „Stać nas na więcej: inwestujmy z głową”, „Inwestujmy z głową, bo stać nas na więcej”.
Kandydatowi z felernym hasłem życzymy jak najlepiej. A przede wszystkim życzymy mu doradców z prawdziwego zdarzenia. Takich... z głową, jeśli to nie oksymoron :)

niedziela, 14 listopada 2010

Uciekające bilety

W jednym z klubów na krakowskim Zabłociu zobaczyliśmy takie oto ogłoszenie: „Bilet traci ważność po wyjściu z klubu”. Z niepokojem chwyciliśmy się za kieszenie – lepiej przeciwdziałać niż żałować, a klub, z którego wychodzą bilety, choć wcześniej zdawał nam się sympatyczny i modnie postindustrialny, teraz wydał się mocno podejrzanym miejscem. Odetchnęliśmy jednak: nasze bilety jeszcze nie zdążyły wyjść i spokojnie wciąż tkwił w naszych kieszeniach. Dobre leniuchy.
Ale od chwili przeczytania kartki ostrzegającej o uciekających biletach nic już nie było takie samo, a sobotnio-swobodna i jakże przyjemna atmosfera ustąpiła miejsca podejrzliwości. Zaczęliśmy węszyć za innymi ogłoszeniami w stylu: „Piwo/drinki po odejściu od baru tracą procenty” czy „Muzyka po oddaleniu się od sceny znika”. Klubowy chillout ustąpił miejsca jazgotliwej galopadzie myśli w naszych głowach.
Pozostało nam kurczowo trzymać się za kieszenie, a raczej: za bilety. W końcu, nie mogąc znieść napięcia, wyszliśmy, a nasze bilety wraz z nami. Niepokój stracił ważność – wraz z biletami.
PS. Ponieważ klub w gruncie rzeczy naprawdę jest przyjemny, radzimy na koniec właścicielom: zmieńcie ogłoszenie o biletach np. na takie: „Jeśli wychodzisz z klubu, Twój bilet traci ważność”. Troszkę dłuższe, ale przynajmniej poprawne i nie budzi strachu w klubowiczach :)

poniedziałek, 4 października 2010

Ulice mają swoje życie


Wbrew tytułowi tego posta nie będziemy tym razem analizować tekstów piosenek rockowych, tylko błędy w nazwach krakowskich ulic. A źródłem pomysłu jest ulica Anny Libery (tak, właśnie tak byłoby poprawnie, a że nie jest – o tym poniżej).
Na początek krótka notka biograficzna. Anna Libera, zgodnie z danymi z Wikipedii (więcej pod tym linkiem), była z zawodu hafciarką, a z zamiłowania i powołania poetką i dramatopisarką. Żyła w XIX wieku, a tematem, jaki często brała na warsztat pisarski, były zgodnie z romantyczną modą ludowe legendy z najbliższych jej okolic, czyli Krakowa i sąsiadujących z nim miejscowości.
Forma mianownikowa nazwiska tej poetki, jest zakończona na -a: Libera. Zatem zgodnie z zasadami obowiązującymi w polszczyźnie podlega odmianie – za „Nowym słownikiem poprawnej polszczyzny PWN” (Warszawa 2002) należy do grupy nazwisk, które „mają odmianę rzeczownikową analogiczną do odmiany żeńskich rzeczowników pospolitych zakończonych na -a (np. wdowa)”. W dopełniaczu jest wdowy, zatem i Libery. Idąc dalej: ulica powinna nazywać się Anny Libery, ponieważ w języku polskim nazwy ulic będące rzeczownikami mają formy dopełniaczowe (zob. np. ul. Św. Krzyża, ul. Powstania Warszawskiego, ul. Powstańców Śląskich, ul. Kościuszki, ul. Nawojki itp.).
Używana powszechnie nazwa (na mapach, w dokumentach urzędowych, na tabliczkach z nazwą ulicy – zresztą to też ciekawy i osobny temat; chcącym go zgłębić polecamy spacer ulicą Anny Libery, bo tylko tak będą mogli przekonać się o „tabliczkowej” wojnie poprawności z niepoprawnością toczonej przez właścicieli posesji znajdujących się na omawianej tu ulicy) jest niedobra też dlatego, że u bardziej świadomych użytkowników języka polskiego powoduje niepokój i niesie z sobą wieloznaczność. Bo powstaje pytanie, jak brzmiałaby mianownikowa forma nazwiska żeńskiego o dopełniaczu Libera? Przecież nie Liber (takie nazwisko polszczyzna zresztą też notuje), bo wtedy nazwisko pozostałoby nieodmienne (zob. np. Nowak, Bacewicz, Kośmider itp.). Dopełniaczowa forma Libera jest w języku polskim po prostu niemożliwa. Mimo to nie jest niemożliwa w urzędowej i zwyczajowej nomenklaturze. Pozostaje zanucić szlagier zespołu T.Love…

piątek, 27 sierpnia 2010

Warto wiedzieć, co się lubi

Ostatnio coraz częściej usłyszeć można niepoprawne formy „lubiałem/lubiałam”, „lubi/lubiała” czy, w bezokoliczniku, „lubi”. Niegdyś ta niewłaściwa odmiana czasownika „lubić” oceniana była przez językoznawców jako gwarowa – właściwa dla dialektu małopolskiego (zob. np. wyjaśnienia prof. dr hab. Haliny Karaś). Dziś jednak błędne formy dają się słyszeć coraz częściej także w odmianie ogólnopolskiej.
Ich popularność można tłumaczyć dwojako.
Po pierwsze czasownik „lubić” jest traktowany przez użytkowników języka polskiego jak czasowniki typu „wiedzi” (odpowiednie formy w czasie przeszłym: „wiedziałem/wiedziałam”, „wiedzi/wiedziała”), „rozumi” (odpowiednie formy w czasie przeszłym: „rozumiałem/rozumiałam”, „rozumi/rozumiała”) a przede wszystkim „mi” (odpowiednie formy w czasie przeszłym: „miałem/miałam”, „mi/miała”). Te popularne (w znaczeniu: często używane) czasowniki, które w bezokoliczniku kończą się na „-eć”, a w czasie przeszłym według poprawnej odmiany są zakończone na „-ałem/-ałam” itp., narzucają nam się jako wzór dla czasownika „lubić”. Myślimy: skoro „mieć”, to i „lubieć”, skoro „rozumiał”, „wiedział”, to i „lubiał”. A to jest błąd.
Po drugie odczuwamy formy z „a” jako właściwe dla czasowników niedokonanych (zob. komentarz ~Krzysztofa). Zobaczmy kilka przykładów:

Myśl nad tym długo, aż w końcu wymyśl rozwiązanie.
Zastanawiała się nad tym kilka razy./ Ta sprawa ją zastanowiła.
Ogłaszała się kilka razy w dziale praca w tym portalu./ Agencja ogłosiła przetarg na wykonanie remontu.
Trener gani zawodników po górach./ Gon w piętkę.
Przeceniała jego możliwości./ Galeria przeceniła wszystkie artykuły.
Nie stawi tych spraw na ostrzu noża./ Postaw jej twarde warunki.

I tak dalej.
Niezależnie od powodu, dla którego wybieramy błędne formy „lubieć”, „lubiał/lubiała” itp., a przede wszystkim: niezależnie od tego, co nam się wydaje i w czym upatrujemy wzorzec dla odmiany omawianego tu czasownika, powinniśmy wiedzieć, że jest „lubić” i nigdy inaczej.
„Lubić”, bo i: „robić”, „gubić”, „chwalić” itp.
A skoro „lubić”, to i: „lubiłem/lubiłam”, „lubił/lubiła” itd.

środa, 30 czerwca 2010

Chciał mi kup

Niewątpliwie tryb rozkazujący czasowników w języku polskim nie należy do najłatwiejszych. Jakże często bowiem zdarza się słyszeć np. „zdejm” zamiast „zdejmij”, „ciąg” zamiast „ciągnij”, a nawet „trzym” zamiast „trzymaj”. Większość z nas nie jest pewna, czy mówić „jeźdź” czy może „jeździj” – i zwykle tę drugą formę uznajemy za poprawną (niesłusznie! – jest ona dopuszczalna tylko w języku potocznym). Przykładów znalazłoby się więcej.
Ale ostatnio prawdziwym problemem jest tryb rozkazujący czasownika „pomóc”, a ściślej mówiąc: jego nadmierna i niczym nieuzasadniona popularność. CHCIAŁ MI POMÓŻ, PROSZĘ MI POMÓŻ (kierowane bezosobowo, do grupy ludzi, a nie do konkretnej osoby), CZY MOŻESZ MI POMÓŻ? – takie zdania coraz częściej wypierają poprawną w tych przypadkach formę bezokolicznika „pomóc”. A przecież nie powiedzielibyśmy „Chciał mi kup”, „Proszę mi zrób”, „Czy możesz mi przeczytaj?”. Takie zdania powszechnie odczuwane byłyby jako błędne – nie da się sensownie wytłumaczyć dziwacznego połączenia uprzejmej prośby i nieznoszącego odmowy rozkazu, podobnie jak nie obroni się związek czasownika modalnego z trybem rozkazującym. To „2 w 1” może, owszem, dać efekt piorunujący, ale w najgorszym tego hasła znaczeniu.
Być może ekspansja formy „pomóż” wynika z tego, że „pomóc” należy do małej grupy bezokoliczników zakończonych na „c”. Przyzwyczajeni do tego, że bezokolicznikowe – w dominującej większości – są wyrazy na „ć” („kupić”, „chcieć”, „przeczytać” itp.), zaczynamy podejrzewać w nietypowym „pomóc” jakąś pułapkę, błąd, którego chcemy uniknąć, decydując się na już na pewno poprawne „pomóż”. Poprawne, bo zakorzenione przecież np. w narodowej tradycji („Tak nam dopomóż Bóg”). Może nie bez znaczenia jest tu też kwestia fonetyki – wygłosowe „c” ma tendencję do zaniku, jest słabe w porównaniu ze zdecydowanym „ż”. To wszystko jednak domysły. Faktem jest, że na „pomóż” trzeba uważać – w czym staraliśmy się Państwu pomóc.