Czasu do świąt (właśnie: „świąt”, a nie „Świąt”!) Bożego Narodzenia zostało już wprawdzie niewiele, ale problemy z pisownią na kartkach świątecznych budzą wiele emocji i co roku skutkują przynajmniej kilkunastoma telefonami i mejlami, które odbieram, by zaraz radzić i odpowiadać na stale powtarzające się pytania. Dlatego – po odkopaniu się z rzeczonych mejli – poniżej wypunktowałam dla Państwa najczęstsze wątpliwości.
1. „Wszystkiego najlepszego z okazji zbliżających się świąt Bożego Narodzenia...” – choć niektórzy językoznawcy próbują pójść na rękę użytkownikom języka polskiego i przychylają się do użycia wielkiej litery w słowie „święta” w takim, jak zapisane wyżej, zdaniu, uzasadniając, że ta pisownia oddaje wyjątkowy stosunek autora do świąt, to trzeba stwierdzić, że takie usprawiedliwienia są mocno naciągane, bezdyskusyjnie poprawna jest tylko pisownia słowa „święta” małą literą, tym bardziej że zaraz pada konkretna nazwa wydarzenia.
2. „Samych sukcesów w nowym roku...” – i tylko tak! Nowy Rok zapisywany wielkimi literami to określenie jednego dnia w roku, tego pierwszego, wtedy jest to nazwa święta i zgodnie z regułami polskiej ortografii należy ją podkreślić wielkimi literami (podobnie jak: Boże Narodzenie, Wielkanoc czy Zielone Świątki i in.). Natomiast na kartce składamy życzenia, które mają obowiązywać przez cały rok, a nie tylko 1 stycznia. By wybrnąć z tej sytuacji (większość użytkowników języka, przyzwyczajonych do pisowni „Nowy Rok”, czuje bowiem niewygodę, gdy radzę im pisać bezbłędnie), proponuję użyć formułki „w nadchodzącym roku” czy „w roku 2015”.
3. „Szampańskiego sylwestra” – i znowu: tylko tak! Sylwester bowiem nigdy nie był świętem oficjalnym, to tylko nazwa zwyczaju dotyczącego przełomu lat, określenie tradycji związanej z radosnym i rozrywkowym spędzaniem ostatniego dnia w roku kalendarzowym oraz z witaniem nowego roku. A zgodnie z regułami polskiej ortografii: jeśli coś nie jest świętem, a jedynie obrzędem, zwyczajem, tradycyjną zabawą (jak np. andrzejki czy walentynki albo właśnie sylwester), zapisujemy to małymi literami.
4. „...życzymy wszystkim naszym Przyjaciołom, Współpracownikom i Sympatykom” – częsty problem przy przygotowywaniu kartek świątecznych (zwłaszcza tych firmowych): jak zapisać ogólne przecież określenia adresatów naszych życzeń. Rozwiązanie jest proste: jeśli chcemy być grzeczni i uhonorować (bo czym innym jest składanie im życzeń?) odbiorców naszej korespondencji, potraktujmy wyrazy ich określające tak, jakby były zwrotami do adresata (takimi jak: Ciebie, Tobie, Twoje...), a te, jak wszyscy chyba wiemy, należy zapisywać wielkimi literami, wyrażając w ten sposób uprzejmy szacunek do czytelników naszych kartek czy listów.
5. „...składa Zarząd firmy XYZ” – problem częsty wśród PR-owców, którzy muszą odpowiednio zadbać o wizerunek swojej firmy. W tym przypadku przychylam się do pisowni wielką literą, słowo „Zarząd” bowiem jest tu niejako określeniem pewnej instytucji w firmie, ciała decyzyjnego istotnego dla funkcjonowania całej organizacji.
W nadziei, że pomogłam wszystkim Czytelnikom tego bloga, pozostaje mi życzyć Państwu radosnych, spokojnych i rodzinnych świąt, udanego sylwestra i spełnienia wielu marzeń w nadchodzącym 2015 roku. Oby nam się wszystkim darzyło! :-)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PR. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PR. Pokaż wszystkie posty
piątek, 19 grudnia 2014
środa, 18 maja 2011
Anielski PR
Na naszą skrzynkę przyszedł newsletter z jednego z serwisów poświęconych public relations. Newsletter krzyknął do nas tematem wiadomości: „Bez anielskiego w PR ani rusz! Ostatnie 2 dni zapisów!!!”. Hm, pomyśleliśmy, o co tu może chodzić? O anielski spokój? Anielski śpiew? Anielski orszak? Anielski włos czy głos? Było dla nas przecież jasne, że i my chcemy - musimy! - mieć to anielskie coś. Tylko co to jest??!
Rozbudzona tak ciekawość szybko jednak ulotniła się i ustąpiła miejsca poirytowaniu. Anielski (spokój/ śpiew/ orszak/ głos/ włos...) okazał się bowiem angielskim (językiem) i cały czar prysnął.
Dla autorów newslettera mamy pomysł na temat kolejnego biuletynu (i szkolenia): „Polski – poznaj, zanim wylecisz (z branży). Zapisy trwają!”. A wszystkim PR-owcom życzymy sukcesów - co i rusz :-)
Rozbudzona tak ciekawość szybko jednak ulotniła się i ustąpiła miejsca poirytowaniu. Anielski (spokój/ śpiew/ orszak/ głos/ włos...) okazał się bowiem angielskim (językiem) i cały czar prysnął.
Dla autorów newslettera mamy pomysł na temat kolejnego biuletynu (i szkolenia): „Polski – poznaj, zanim wylecisz (z branży). Zapisy trwają!”. A wszystkim PR-owcom życzymy sukcesów - co i rusz :-)
niedziela, 15 maja 2011
Rzecznik rzucony na stos (ofiarny)
Sytuacja, w której błędy językowe śmieszą (do łez) zamiast drażnić, nie należy do częstych. Inna sprawa, że rozbawienie łatwo i szybko może przejść w rozdrażnienie, a w najlepszym razie – w pukanie się w czoło (własne, bo czoła autorów wypowiedzi cytowanych przez dziennikarzy, są z reguły dla nas niedostępne, a szkoda).
A do śmiechu do łez doprowadziła nas informacja przeczytana we wczorajszym newsletterze portalu Proto.pl dotycząca ostatnich dokonań rzecznika naszego rządu w serwisie Facebook (pełny tekst można przeczytać tutaj).
W artykule zacytowane zostały dwie, jakże „zabawne”, wypowiedzi. Autorką pierwszej z nich jest specjalistka ds. kreowania wizerunku firm, marek i produktów w internecie (nazwiska miłosiernie nie wspomnimy), która tłumaczy czytelnikom: „Rzecznik prasowy nie jest dla wyborców osobą autentyczną – jest to specjalista dedykowany do kontaktów z mediami [...]”. Autor drugiej to specjalista ds. marketingu politycznego z Dolnośląskiej Szkoły Wyższej, który mówi, że rzecznik „prowadzi dosyć siermiężny dialog” (z kontekstu wynika, że chodzi o dialog skąpy w interakcje, nierozbudowany, dialog w powijakach, że tak metaforycznie to ujmiemy).
Do imiesłowu „dedykowany” (będącego kalką angielskiego dedicated), który na początku swojej kariery w języku polskim notowany był głównie w tekstach informatycznych, by wkrótce wkroczyć w inne dziedziny życia, jako tako zdążyliśmy się przyzwyczaić, co wcale nie oznacza, że go akceptujemy (bo nie ma potrzeby takiego zapożyczenia w polszczyźnie) czy – że się z nim pogodziliśmy. Nie akceptujemy i nie godzimy się zwłaszcza w takich kontekstach, które zwróciła nam wyszukiwarka (to wyniki pierwsze – ale lepsze!): PureLime – „odzież dedykowana dla kobiet”, AIP – „infolinia dedykowana do obsługi osób [...]”, forum Wedkuje.pl – „zanęta dedykowana (!) pod konkretny gatunek ryby”, ASA sp. z o.o. – „konferencja prasowa dedykowana nowoczesnym metodom profilaktyki zdrowia intymnego kobiety”, DlaHandlu.pl – „sklep dedykowany zabieganym pasażerom metra” itp. Można było przecież powiedzieć: „przeznaczony”, „służący do czegoś”, „dla kogoś/czegoś”, „do czegoś” i nikt nie miałby wątpliwości, o co chodzi. Że byłoby bez „mądrych” słów? No cóż, mądre słowa mają to do siebie, że przestają być mądre, jeśli się ich głupio używa.
Przypomnijmy więc pochodzenie i definicję słowa „dedykować”. Słowo przywędrowało do polszczyzny z łaciny, gdzie pierwotnie oznaczało „uroczyście poświęcić bogom, ofiarować”. Słownik języka polskiego PWN wyjaśnia, że dedykować oznacza dziś przede wszystkim „ofiarować, poświęcić komu (jakiś utwór lub przedmiot)” i podaje takie przykłady: „Dedykować komuś wiersz, powieść, symfonię”.
Wróćmy do naszego rzecznika prasowego. Jeśli upierać się, że specjalistka wie, co mówi, należałoby jej wypowiedź zrozumieć chyba tak: rzecznik prasowy to specjalista, którego się składa w ofierze mediom. (Inna sprawa, że wiele osób zgodziłoby się z tą definicją). Kaleką treść odzwierciedla kaleka forma tekstu – każdy gołym okiem widzi, że nadęcie wypowiedzi obcymi słowami gwałtownie zaniżyło jej komunikatywność. A przecież można było powiedzieć: „rzecznik prasowy to specjalista ds. kontaktów z mediami” albo „powołany do kontaktów z mediami”.
Jeśli zaś nie tylko specjalistka ds. kreowania, ale i specjalista ds. marketingu politycznego wie, co mówi, to rysuje nam się taki oto obraz rzecznika rządu: chłop przyodziany w zgrzebne płótno, jako tako zszyte tu i ówdzie po bokach, który rzuca się na stos jako ofiara. Tylko czyja to jest ofiara?
A do śmiechu do łez doprowadziła nas informacja przeczytana we wczorajszym newsletterze portalu Proto.pl dotycząca ostatnich dokonań rzecznika naszego rządu w serwisie Facebook (pełny tekst można przeczytać tutaj).
W artykule zacytowane zostały dwie, jakże „zabawne”, wypowiedzi. Autorką pierwszej z nich jest specjalistka ds. kreowania wizerunku firm, marek i produktów w internecie (nazwiska miłosiernie nie wspomnimy), która tłumaczy czytelnikom: „Rzecznik prasowy nie jest dla wyborców osobą autentyczną – jest to specjalista dedykowany do kontaktów z mediami [...]”. Autor drugiej to specjalista ds. marketingu politycznego z Dolnośląskiej Szkoły Wyższej, który mówi, że rzecznik „prowadzi dosyć siermiężny dialog” (z kontekstu wynika, że chodzi o dialog skąpy w interakcje, nierozbudowany, dialog w powijakach, że tak metaforycznie to ujmiemy).
Do imiesłowu „dedykowany” (będącego kalką angielskiego dedicated), który na początku swojej kariery w języku polskim notowany był głównie w tekstach informatycznych, by wkrótce wkroczyć w inne dziedziny życia, jako tako zdążyliśmy się przyzwyczaić, co wcale nie oznacza, że go akceptujemy (bo nie ma potrzeby takiego zapożyczenia w polszczyźnie) czy – że się z nim pogodziliśmy. Nie akceptujemy i nie godzimy się zwłaszcza w takich kontekstach, które zwróciła nam wyszukiwarka (to wyniki pierwsze – ale lepsze!): PureLime – „odzież dedykowana dla kobiet”, AIP – „infolinia dedykowana do obsługi osób [...]”, forum Wedkuje.pl – „zanęta dedykowana (!) pod konkretny gatunek ryby”, ASA sp. z o.o. – „konferencja prasowa dedykowana nowoczesnym metodom profilaktyki zdrowia intymnego kobiety”, DlaHandlu.pl – „sklep dedykowany zabieganym pasażerom metra” itp. Można było przecież powiedzieć: „przeznaczony”, „służący do czegoś”, „dla kogoś/czegoś”, „do czegoś” i nikt nie miałby wątpliwości, o co chodzi. Że byłoby bez „mądrych” słów? No cóż, mądre słowa mają to do siebie, że przestają być mądre, jeśli się ich głupio używa.
Przypomnijmy więc pochodzenie i definicję słowa „dedykować”. Słowo przywędrowało do polszczyzny z łaciny, gdzie pierwotnie oznaczało „uroczyście poświęcić bogom, ofiarować”. Słownik języka polskiego PWN wyjaśnia, że dedykować oznacza dziś przede wszystkim „ofiarować, poświęcić komu (jakiś utwór lub przedmiot)” i podaje takie przykłady: „Dedykować komuś wiersz, powieść, symfonię”.
Wróćmy do naszego rzecznika prasowego. Jeśli upierać się, że specjalistka wie, co mówi, należałoby jej wypowiedź zrozumieć chyba tak: rzecznik prasowy to specjalista, którego się składa w ofierze mediom. (Inna sprawa, że wiele osób zgodziłoby się z tą definicją). Kaleką treść odzwierciedla kaleka forma tekstu – każdy gołym okiem widzi, że nadęcie wypowiedzi obcymi słowami gwałtownie zaniżyło jej komunikatywność. A przecież można było powiedzieć: „rzecznik prasowy to specjalista ds. kontaktów z mediami” albo „powołany do kontaktów z mediami”.
Jeśli zaś nie tylko specjalistka ds. kreowania, ale i specjalista ds. marketingu politycznego wie, co mówi, to rysuje nam się taki oto obraz rzecznika rządu: chłop przyodziany w zgrzebne płótno, jako tako zszyte tu i ówdzie po bokach, który rzuca się na stos jako ofiara. Tylko czyja to jest ofiara?
Etykiety:
błędy słownikowe,
media,
PR,
wyrazy modne,
wyrazy obce,
znaczenie słów
Subskrybuj:
Posty (Atom)