Pokazywanie postów oznaczonych etykietą błędy słownikowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą błędy słownikowe. Pokaż wszystkie posty
sobota, 19 października 2013
Tylko ludzie z marginesu szczepią się przeciw grypie
Choć pozostajemy wiernymi czytelnikami portalu Gazeta.pl, od dawna już widzimy jego coraz niższą jakość. I nie chodzi tu tylko o jakość informacyjną, ale też o respektowanie norm poprawności językowej. Coraz częściej mamy wrażenie, że redaktorami i korektorami tekstów publikowanych w tym portalu są sami dziennikarze, a efekt tych zabiegów raz śmieszy, raz przestrasza (lub: odstrasza). I coraz częściej myślimy: „nie, już ostatni raz te bzdury...”.
I oto niedawno mieliśmy okazję dowiedzieć się, że tylko ludzie z marginesu szczepią się przeciw grypie. Ponieważ szczepionka jest płatna i kojarzy się raczej z korporacyjnymi zwyczajami, ta informacja niepomiernie nas zdziwiła. Z tym większym zaciekawieniem sięgnęliśmy zatem do tekstu o tajemniczym tytule „Jestem marginesem społecznym. Zaszczepiłam się przeciwko grypie” (artykuł dostępny tutaj). Okazało się, że autorka tekstu, pisząc margines społeczny, miała na myśli malejącą liczbę szczepiących się i fakt, że wedle statystyk osoby, które korzystają ze szczepień przeciw grypie, stanowią ledwo kilka procent całego społeczeństwa.
A przecież wyrażenie margines społeczny, jak podaje np. Słownik języka polskiego PWN (zob. tutaj), określa ludzi wykolejonych, stojących poza społeczeństwem nie dla swej wyjątkowości (rzadkości), ale dlatego, że łamią normy społeczne i nie zwracają uwagi na zasady współistnienia z innymi. Definicję ludzi z marginesu – w mniej oficjalnej formie – można także znaleźć choćby w skeczach kabaretowych (np. kabaret Limo – zob. tutaj).
Zatem wyjątkowość kogoś, kto określa siebie przez zdanie „jestem marginesem społecznym”, nie jest wyjątkowością godną naśladowania, ale przeciwnie – czymś, co raczej się odrzuca, spycha jeszcze bardziej na margines albo próbuje się naprawiać/leczyć. Wyznanie dziennikarki portalu Gazeta.pl jest zatem tyleż niezręczne, co ryzykowne. I jeśli miała to być zabawa słowem, próba przyciągnięcia czytelnika czy inny tego typu zabieg stylistyczny, to naszym zdaniem nie wyszło – znowu.
Metafory mają to do siebie, że łatwo ześlizgują się w dosłowność lub śmieszność. Wyrażenie/zdanie/porównanie, które pozornie wydaje się efektownym zabiegiem, zwłaszcza jeśli towarzyszy temu nieprzemyślane zachłyśnięcie się formą, może szybko zepchnąć swojego autora na margines. Pół biedy, jeśli jest to margines życia literackiego/publicystyki itp. Gorzej, gdy jest to margines społeczny...
wtorek, 27 marca 2012
Radzimy wykluczyć
W redagowanych przez nas ostatnio tekstach, zwłaszcza tych o tematyce informatycznej i biznesowej, większość uwag kierowanych do autorów dotyczyła coraz bardziej nadużywanego przymiotnika „kluczowy”. Problem, jaki wiąże się z tym wyrazem, dotyczy nie tylko częstotliwości występowania, przez co słowo staje się powoli wytrychem. Ale wyraz ten to także ukryte zapożyczenie z języka angielskiego (inaczej zapożyczenie semantyczne lub kalka językowa).
Co to znaczy? Otóż terminem kalki językowej w językoznawstwie określa się wyrazy, które pod wpływem obcych języków zyskują nowe znaczenie, zaczyna się je stosować w nowym niewłaściwym dotąd dla nich kontekście. Czasami kalka językowa jest dla języka nieszkodliwa – dzieje się tak na przykład wtedy, gdy dotąd używany w jednym znaczeniu wyraz zaczyna nazywać zupełnie nowy element rzeczywistości; przykładem może być słowo „mysz (komputerowa)”, które jest kalką angielskiego „mouse”. Częściej jednak kalka językowa pojawia się w języku niezależnie od innych, tradycyjnie używanych w danym znaczeniu/w danym kontekście słów, zastępując je i stopniowo wypierając. Takie zjawisko postrzegane jest przez językoznawców jako szkodliwe dla języka przede wszystkim dlatego, że często łamie zasady rządzące polszczyzną, eliminuje utrwalone w języku i dobre konstrukcje czy znaczenia. Innymi słowy: nie wzbogaca języka, ale go psuje i odbiera mu oryginalność. Taką kalką jest choćby rozpowszechnione już wyrażenie „póki co”, które przyszło do nas z języka rosyjskiego i – chyba już na trwałe – zastąpiło polskie „na razie” (zob. Póki co nie będziemy się tym zajmować – popr. Na razie nie będziemy się tym zajmować).
Przyjrzyjmy się jednak słowu „kluczowy”. Słownik języka polskiego PWN podpowiada, że przymiotnik ten znaczy tyle, co «podstawowy, główny, najważniejszy; wyjściowy» i jako przykłady podaje wyrażenia: „kluczowy problem”, „kluczowe zagadnienie”, „kluczowa pozycja”. Analizując te przykłady, możemy zauważyć, że przymiotnik „kluczowy” właściwszy jest w kontekście rzeczowników abstrakcyjnych niż jako określenie rzeczowników konkretnych. Tymczasem we współczesnej polszczyźnie notujemy takie przykłady jak chociażby „kluczowa impreza”, „kluczowy kolor”, „kluczowi klienci” (i „przedstawiciel handlowy ds. kluczowych klientów”), „kluczowe osoby w firmie”, „kluczowy krok”, „kluczowy bieg” (w znaczeniu: wydarzenia sportowego) itp., a wreszcie językowe potworki w rodzaju: „Pracownik wiedzy jako kluczowy zasób współczesnego przedsiębiorstwa” (zob. tutaj) czy – niby żartobliwe sformułowanie „kluczowy składnik [systemu Android]” (zob. tutaj).
Skąd to się bierze? „Winny” jest tutaj język angielski i słówko „key”, występujące w takich utrwalonych wyrażeniach, jak np.: „key account” (najważniejszy klient), „key person” (osoba podejmująca decyzje w firmie), „key player” (ważny gracz – np. na rynku), „key message” (istotna wiadomość/informacja), „key witness” (główny świadek) itp. W polszczyźnie angielski przymiotnik „key”, przetłumaczony dosłownie jako „kluczowy” i wielokrotnie powielany w rozmaitych, dotąd obcych mu kontekstach, tylko drażni i zamiast być kluczem do zrozumienia, staje się ordynarnym wytrychem – niby pasuje do wszystkiego, choć do niczego jak ulał.
I dlatego radzimy: starajmy się zastępować słowo „kluczowy” którymś z jego wielu przecież synonimów.
Co to znaczy? Otóż terminem kalki językowej w językoznawstwie określa się wyrazy, które pod wpływem obcych języków zyskują nowe znaczenie, zaczyna się je stosować w nowym niewłaściwym dotąd dla nich kontekście. Czasami kalka językowa jest dla języka nieszkodliwa – dzieje się tak na przykład wtedy, gdy dotąd używany w jednym znaczeniu wyraz zaczyna nazywać zupełnie nowy element rzeczywistości; przykładem może być słowo „mysz (komputerowa)”, które jest kalką angielskiego „mouse”. Częściej jednak kalka językowa pojawia się w języku niezależnie od innych, tradycyjnie używanych w danym znaczeniu/w danym kontekście słów, zastępując je i stopniowo wypierając. Takie zjawisko postrzegane jest przez językoznawców jako szkodliwe dla języka przede wszystkim dlatego, że często łamie zasady rządzące polszczyzną, eliminuje utrwalone w języku i dobre konstrukcje czy znaczenia. Innymi słowy: nie wzbogaca języka, ale go psuje i odbiera mu oryginalność. Taką kalką jest choćby rozpowszechnione już wyrażenie „póki co”, które przyszło do nas z języka rosyjskiego i – chyba już na trwałe – zastąpiło polskie „na razie” (zob. Póki co nie będziemy się tym zajmować – popr. Na razie nie będziemy się tym zajmować).
Przyjrzyjmy się jednak słowu „kluczowy”. Słownik języka polskiego PWN podpowiada, że przymiotnik ten znaczy tyle, co «podstawowy, główny, najważniejszy; wyjściowy» i jako przykłady podaje wyrażenia: „kluczowy problem”, „kluczowe zagadnienie”, „kluczowa pozycja”. Analizując te przykłady, możemy zauważyć, że przymiotnik „kluczowy” właściwszy jest w kontekście rzeczowników abstrakcyjnych niż jako określenie rzeczowników konkretnych. Tymczasem we współczesnej polszczyźnie notujemy takie przykłady jak chociażby „kluczowa impreza”, „kluczowy kolor”, „kluczowi klienci” (i „przedstawiciel handlowy ds. kluczowych klientów”), „kluczowe osoby w firmie”, „kluczowy krok”, „kluczowy bieg” (w znaczeniu: wydarzenia sportowego) itp., a wreszcie językowe potworki w rodzaju: „Pracownik wiedzy jako kluczowy zasób współczesnego przedsiębiorstwa” (zob. tutaj) czy – niby żartobliwe sformułowanie „kluczowy składnik [systemu Android]” (zob. tutaj).
Skąd to się bierze? „Winny” jest tutaj język angielski i słówko „key”, występujące w takich utrwalonych wyrażeniach, jak np.: „key account” (najważniejszy klient), „key person” (osoba podejmująca decyzje w firmie), „key player” (ważny gracz – np. na rynku), „key message” (istotna wiadomość/informacja), „key witness” (główny świadek) itp. W polszczyźnie angielski przymiotnik „key”, przetłumaczony dosłownie jako „kluczowy” i wielokrotnie powielany w rozmaitych, dotąd obcych mu kontekstach, tylko drażni i zamiast być kluczem do zrozumienia, staje się ordynarnym wytrychem – niby pasuje do wszystkiego, choć do niczego jak ulał.
I dlatego radzimy: starajmy się zastępować słowo „kluczowy” którymś z jego wielu przecież synonimów.
Etykiety:
błędy słownikowe,
synonimy,
wrażliwość językowa,
wyrazy modne,
znaczenie słów
środa, 19 października 2011
Sklepowa gadka
Ta rozmowa w sklepie (market budowlany) wyglądała mniej więcej tak:
Kobieta: - Przepraszam, czy są worki do odkurzaczy?
Sprzedawca: - Tak, tak, na Narzędziach.
Kobieta (z wyraźnym obłędem w oczach): - Hm, na Narzędziach?
Sprzedawca: - No tak, tam na końcu i potem centralnie w rogu.
Pchani przeczuciem (oraz ciekawością), udaliśmy się „na Narzędzia”. Worki były. Z boku, czyli w rogu. Więc sprzedawca, dając zagadkę, podał także jej rozwiązanie. Sprytnie je jednak zawikłał. Psotny sprzedawca!
Bo przecież „centralnie” to, jak czytamy w „Słowniku języka polskiego PWN” pochodzi od „centralny”, a ten przymiotnik oznacza: 1. «znajdujący się w centrum; odnoszący się do centrum; środkowy»; 2. «mający główne znaczenie; główny, kierowniczy, naczelny».
Żadna z tych definicji nie pasuje jednak do miejsca, w którym znaleźliśmy worki – wisiały one w rogu (czyli z boku, ściślej: z lewej strony regału), w jednej z ostatnich alejek działu Narzędzia, w najbardziej końcowym z wszystkich możliwych miejscu sklepu. Róg to był, nie centrum, nie pępek marketowego świata! Zatem pierwsza definicja odpada. Trudno też byłoby temu miejscu przypisać którekolwiek ze słów z drugiej z przytoczonych za słownikiem definicji – znaczenie worków było ewidentnie poślednie, skoro nie wystawiono ich na środku, by łatwo każdy klient mógł się o nie potykać, tylko upchano boczkiem, jak wstydliwie mało ważną rzecz.
Zajrzeliśmy jeszcze do „Miejskiego słownika slangu”, jako bardziej pasującego do marketowej sytuacji.
Tu „centralnie” to: 1. «inaczej serio/naprawdę/powaga»; 2. wykrzyknik używany w nagłych sytuacjach. Słownik podaje też przykładowe zdania z tym słowem, choćby taki dialog:
„Słyszałeś że Marek wpadł?
No co ty?!
Centralnie!” (więcej tutaj).
Więc może sprzedawca chciał powiedzieć „naprawdę/normalnie w rogu”? To miałoby już jakiś sens...
Pogrzebaliśmy jednak jeszcze trochę w internecie. I odkryliśmy, że „centralnie” funkcjonuje raczej jako zamiennik innego słowa-śmiecia, a mianowicie „dokładnie”. Świadczą o tym takie zdania: „Alvarees, możesz opuścić aparat parę cm niżej, aby było centralnie z boku?" (więcej tutaj) czy np. „od paru dni boli mnie prawa część ciała (...) wydaje mi się że na wysokości nerek, ale centralnie na boku ciała (...)” (więcej tutaj).
Do „centralnie” jako „dokładnie” pasowałaby też zacytowana na początku wypowiedź sprzedawcy – należałoby ją zatem rozumieć jako: „w samiuśkim rogu”. W rzeczy samej, sprzedawca mówił prawdę! Zakamuflował ją jednak sprytnie, by tacy jak my, czuli na słówka klienci, pobiedzili się trochę, szukając, gdzież to jest ów „centralny róg”, a przy okazji – może wiertarkę nabyli? Może pilareczkę jakąś? Albo chociaż 15 deka gwoździ, wszak promocja była. Doceniliśmy w końcu i spryt, i handlowe zacięcie tego człowieka.
Pytanie, czy jego przełożeni to docenią? Bo przecież błędów się czepiać nie będą - od tego jesteśmy my!
Kobieta: - Przepraszam, czy są worki do odkurzaczy?
Sprzedawca: - Tak, tak, na Narzędziach.
Kobieta (z wyraźnym obłędem w oczach): - Hm, na Narzędziach?
Sprzedawca: - No tak, tam na końcu i potem centralnie w rogu.
Pchani przeczuciem (oraz ciekawością), udaliśmy się „na Narzędzia”. Worki były. Z boku, czyli w rogu. Więc sprzedawca, dając zagadkę, podał także jej rozwiązanie. Sprytnie je jednak zawikłał. Psotny sprzedawca!
Bo przecież „centralnie” to, jak czytamy w „Słowniku języka polskiego PWN” pochodzi od „centralny”, a ten przymiotnik oznacza: 1. «znajdujący się w centrum; odnoszący się do centrum; środkowy»; 2. «mający główne znaczenie; główny, kierowniczy, naczelny».
Żadna z tych definicji nie pasuje jednak do miejsca, w którym znaleźliśmy worki – wisiały one w rogu (czyli z boku, ściślej: z lewej strony regału), w jednej z ostatnich alejek działu Narzędzia, w najbardziej końcowym z wszystkich możliwych miejscu sklepu. Róg to był, nie centrum, nie pępek marketowego świata! Zatem pierwsza definicja odpada. Trudno też byłoby temu miejscu przypisać którekolwiek ze słów z drugiej z przytoczonych za słownikiem definicji – znaczenie worków było ewidentnie poślednie, skoro nie wystawiono ich na środku, by łatwo każdy klient mógł się o nie potykać, tylko upchano boczkiem, jak wstydliwie mało ważną rzecz.
Zajrzeliśmy jeszcze do „Miejskiego słownika slangu”, jako bardziej pasującego do marketowej sytuacji.
Tu „centralnie” to: 1. «inaczej serio/naprawdę/powaga»; 2. wykrzyknik używany w nagłych sytuacjach. Słownik podaje też przykładowe zdania z tym słowem, choćby taki dialog:
„Słyszałeś że Marek wpadł?
No co ty?!
Centralnie!” (więcej tutaj).
Więc może sprzedawca chciał powiedzieć „naprawdę/normalnie w rogu”? To miałoby już jakiś sens...
Pogrzebaliśmy jednak jeszcze trochę w internecie. I odkryliśmy, że „centralnie” funkcjonuje raczej jako zamiennik innego słowa-śmiecia, a mianowicie „dokładnie”. Świadczą o tym takie zdania: „Alvarees, możesz opuścić aparat parę cm niżej, aby było centralnie z boku?" (więcej tutaj) czy np. „od paru dni boli mnie prawa część ciała (...) wydaje mi się że na wysokości nerek, ale centralnie na boku ciała (...)” (więcej tutaj).
Do „centralnie” jako „dokładnie” pasowałaby też zacytowana na początku wypowiedź sprzedawcy – należałoby ją zatem rozumieć jako: „w samiuśkim rogu”. W rzeczy samej, sprzedawca mówił prawdę! Zakamuflował ją jednak sprytnie, by tacy jak my, czuli na słówka klienci, pobiedzili się trochę, szukając, gdzież to jest ów „centralny róg”, a przy okazji – może wiertarkę nabyli? Może pilareczkę jakąś? Albo chociaż 15 deka gwoździ, wszak promocja była. Doceniliśmy w końcu i spryt, i handlowe zacięcie tego człowieka.
Pytanie, czy jego przełożeni to docenią? Bo przecież błędów się czepiać nie będą - od tego jesteśmy my!
Etykiety:
błędy logiczne,
błędy słownikowe,
wrażliwość językowa,
wyrazy modne
środa, 10 sierpnia 2011
Brzydkie słowo na „p”
O czasowniku „posiadać” już trochę pisaliśmy, wytykając błędy urzędnikom (zwrot „posiadać wiedzę – więcej tutaj). Teraz wypada nam napisać o nim raz jeszcze, tym razem wskazując na potknięcia stylistyczne zwykłych użytkowników języka, zwłaszcza właścicieli lokali i sprzedawców. Piszemy „zwłaszcza”, bo właśnie ogłoszenie jednego z lokali przypomniało nam o tym „palącym” (nomen omen – zob. niżej) problemie językowym.
Otóż wspomniany lokal na krakowskim Kazimierzu przyciąga ogłoszeniem powieszonym na drzwiach „Posiadamy pomieszczenie dla palących”. Przeczytaliśmy, pogratulowaliśmy w duchu i... wybraliśmy inne miejsce konsumpcji. A potem wróciliśmy do komputera i oto, co znaleźliśmy.
Jedna z firm sprzedających odzież sportową reklamuje damską kurtkę „kurtka posiada wentylację w rękawach”, co więcej, ta sama kurtka „posiada kryte kieszenie zewnętrzne”. Firma XYZ specjalizująca się w rekrutowaniu pracowników głosi na swojej stronie WWW: „XYZ posiada specjalizacje stanowiskowe i branżowe”. „Nowoczesna organizacja”, która „posiada wieloletnie doświadczenie i wiedzę”, a zajmuje się sprzątaniem i ochroną obiektów i osób”, chwali się: „posiadamy grupy interwencyjne, które w razie konieczności wspomagają nasze służby porządkowe”. Z kolei przedsiębiorstwo trudniące się handlem częściami samochodowymi i wyrobami stalowymi głosi „posiadamy na sprzedaż”. Przedsiębiorstwo, które w marcu br. dostało certyfikat ISO, dało taki nagłówek informacji zamieszczonej w dziale Aktualności: „Posiadamy system zarządzania jakością w spawalnictwie ISO 3834-2!”. Na stronie powroty.zielonalinia.gov.pl (tutaj) możemy przeczytać w dziale FAQ nagłówek powtarzającego się problemu emigrantów: „Co zrobić, jeśli nie jestem pewny, czy posiadam obywatelstwo polskie?”...
Przykłady można mnożyć, mamy (bo przecież nie: posiadamy!) ich na pęczki.
Co z nich wynika? Że coraz mniej rozumiemy znaczenie czasownika „posiadać”, traktując go jako dokładny synonim słowa „mieć”. Tymczasem nie są to wyrazy równoznaczne. Jak głosi „Słownik języka polskiego” PWN, posiadać to „mieć coś jako swoją własność, być właścicielem czegoś, zwykle mającego dużą wartość materialną, np. nieruchomości, ziemi, zasobów pieniężnych itp.”. Zatem najprościej rzecz ujmując, czasownik posiadać odnosimy do tego, co jest materialne, co nabyliśmy na własność. Ani do wiedzy i doświadczenia (te można ewentualnie „posiąść”, ale wtedy oznacza to „zdobyć”, a nie: „mieć”), ani do specjalizacji, ani do zespołów pracowników, ani do obywatelstwa, ani do innych rzeczy (zgrabna figura, proporcje, właściwości, funkcje...) czasownik „posiadać” nie przystaje. I jeszcze jedno: posiadać może, nie zaś kurtka, rower czy torebka.
Zapewne u genezy problemu z czasownikiem „posiadać” leży zamiar unikania powtórzeń nazbyt częstego w polszczyźnie „mieć”. Współcześnie jednak ta chlubna skądinąd tendencja do usuwania niezręczności stylistycznej doprowadziła nas do nadużywania słowa „posiadać”, w dodatku w niewłaściwym znaczeniu.
Pozostaje nam Państwa uczulić na ten błąd językowy i zachęcić do uważniejszego dobierania słów. A wtedy, kto wie, kurtka, która ma wentylowane rękawy, być może sprzeda się lepiej niż ta, która posiada wentylację? Jedna jest pewne: potencjalnym klientom łatwiej będzie przebrnąć przez krótszy i prostszy tekst reklamowy.
Otóż wspomniany lokal na krakowskim Kazimierzu przyciąga ogłoszeniem powieszonym na drzwiach „Posiadamy pomieszczenie dla palących”. Przeczytaliśmy, pogratulowaliśmy w duchu i... wybraliśmy inne miejsce konsumpcji. A potem wróciliśmy do komputera i oto, co znaleźliśmy.
Jedna z firm sprzedających odzież sportową reklamuje damską kurtkę „kurtka posiada wentylację w rękawach”, co więcej, ta sama kurtka „posiada kryte kieszenie zewnętrzne”. Firma XYZ specjalizująca się w rekrutowaniu pracowników głosi na swojej stronie WWW: „XYZ posiada specjalizacje stanowiskowe i branżowe”. „Nowoczesna organizacja”, która „posiada wieloletnie doświadczenie i wiedzę”, a zajmuje się sprzątaniem i ochroną obiektów i osób”, chwali się: „posiadamy grupy interwencyjne, które w razie konieczności wspomagają nasze służby porządkowe”. Z kolei przedsiębiorstwo trudniące się handlem częściami samochodowymi i wyrobami stalowymi głosi „posiadamy na sprzedaż”. Przedsiębiorstwo, które w marcu br. dostało certyfikat ISO, dało taki nagłówek informacji zamieszczonej w dziale Aktualności: „Posiadamy system zarządzania jakością w spawalnictwie ISO 3834-2!”. Na stronie powroty.zielonalinia.gov.pl (tutaj) możemy przeczytać w dziale FAQ nagłówek powtarzającego się problemu emigrantów: „Co zrobić, jeśli nie jestem pewny, czy posiadam obywatelstwo polskie?”...
Przykłady można mnożyć, mamy (bo przecież nie: posiadamy!) ich na pęczki.
Co z nich wynika? Że coraz mniej rozumiemy znaczenie czasownika „posiadać”, traktując go jako dokładny synonim słowa „mieć”. Tymczasem nie są to wyrazy równoznaczne. Jak głosi „Słownik języka polskiego” PWN, posiadać to „mieć coś jako swoją własność, być właścicielem czegoś, zwykle mającego dużą wartość materialną, np. nieruchomości, ziemi, zasobów pieniężnych itp.”. Zatem najprościej rzecz ujmując, czasownik posiadać odnosimy do tego, co jest materialne, co nabyliśmy na własność. Ani do wiedzy i doświadczenia (te można ewentualnie „posiąść”, ale wtedy oznacza to „zdobyć”, a nie: „mieć”), ani do specjalizacji, ani do zespołów pracowników, ani do obywatelstwa, ani do innych rzeczy (zgrabna figura, proporcje, właściwości, funkcje...) czasownik „posiadać” nie przystaje. I jeszcze jedno: posiadać może, nie zaś kurtka, rower czy torebka.
Zapewne u genezy problemu z czasownikiem „posiadać” leży zamiar unikania powtórzeń nazbyt częstego w polszczyźnie „mieć”. Współcześnie jednak ta chlubna skądinąd tendencja do usuwania niezręczności stylistycznej doprowadziła nas do nadużywania słowa „posiadać”, w dodatku w niewłaściwym znaczeniu.
Pozostaje nam Państwa uczulić na ten błąd językowy i zachęcić do uważniejszego dobierania słów. A wtedy, kto wie, kurtka, która ma wentylowane rękawy, być może sprzeda się lepiej niż ta, która posiada wentylację? Jedna jest pewne: potencjalnym klientom łatwiej będzie przebrnąć przez krótszy i prostszy tekst reklamowy.
Etykiety:
błędy słownikowe,
reklama,
strony www,
synonimy,
wyrazy modne,
znaczenie słów
wtorek, 21 czerwca 2011
Coraz nam ciężej...
Od kilku dni redagujemy tekst, który przypomniał nam o częstym ostatnio problemie językowym: wypieraniu przysłówka „trudno” z jego tradycyjnych połączeń i zastępowaniu go przez synonim „ciężko”. Czytamy (i słyszymy): „ciężko coś stwierdzić”, „ciężko powiedzieć”, „ciężko w coś uwierzyć”, „ciężko dostrzec”, „ciężko się oprzeć wrażeniu”, „ciężko wyczytać”,..., a nawet – „ciężko jest przekazać swoje geny” czy „ciężko jest odbyć randkę” (!).
Z synonimami w języku jest tak, że rzadko bywają one swoimi dokładnymi odpowiednikami. Warto przypomnieć sobie tutaj inną nazwę synonimu – to wszak „wyraz bliskoznaczny”. Już samo to określenie wskazuje, że synonimy łączą jedynie bliskie związki, nie zaś tożsamość znaczeniowa. Synonimy są niby językowi bracia – trochę do siebie podobni, jednak mający zupełnie inną osobowość i wygląd. Zobaczmy na pierwsze z brzegu synonimy (cytuję za słownikiem synonimów z portalu Interia) popularnego przysłówka „bardzo”. „Bardzo” to zatem inaczej np.: wielce (powiemy, stylizując się na staroświecki ton „jestem wielce zobowiązany”, ale nikt nie powie: „to jest wielce drogie”), głęboko „głęboko wzruszony”, ale nie: „głęboko ładny”), okropnie („okropnie brzydki”, ale już nie: „okropnie piękny”!), diabelnie („diabelnie zimno”, ale już nie: „diabelnie się cieszę”, a przynajmniej nie w każdym kontekście), ciężko (tylko w kontekście choroby – „ciężko chory”, ale już nigdy np. „ciężko atrakcyjny”) itp.
Podobnie rzecz się ma z przysłówkami „ciężko” i „trudno”. Najprościej i najogólniej mówiąc: jeśli opisujemy wysiłek fizyczny („ciężko pracował”) lub psychiczny, w znaczeniu: odnoszący się do emocji („było mi ciężko znieść śmierć siostry”), możemy użyć przysłówka „ciężko”, jeśli natomiast mamy na myśli wysiłek (nazwijmy go mentalnym*), który można opisać też np. słowami „w sposób skomplikowany, niełatwo”, używamy słowa „trudno”.
Zatem: „trudno coś stwierdzić/ dostrzec/ odczytać”, ale: „ciężko harować/ biec (np. pod górę)/ chodzić (np. o silniku)” itp. Wystarczy to zrozumieć (a nie jest trudno!), by powiedzieć poprawnie. Bo choć życie bywa ciężkie, to jeszcze nie powód, żeby to ciągle podkreślać :-)
* Oczywiście zwrot „ciężko myśleć” każe wziąć w cudzysłów mentalność wysiłku. „Ciężko myśleć” (czyli powoli, opornie, w sposób wskazujący na niedostatek/brak inteligencji), podobnie jak „ciężki dowcip” (niezgrabny, toporny, przykry lub krzywdzący) zaliczmy więc do wyjątków potwierdzających naszą regułę :-)
Z synonimami w języku jest tak, że rzadko bywają one swoimi dokładnymi odpowiednikami. Warto przypomnieć sobie tutaj inną nazwę synonimu – to wszak „wyraz bliskoznaczny”. Już samo to określenie wskazuje, że synonimy łączą jedynie bliskie związki, nie zaś tożsamość znaczeniowa. Synonimy są niby językowi bracia – trochę do siebie podobni, jednak mający zupełnie inną osobowość i wygląd. Zobaczmy na pierwsze z brzegu synonimy (cytuję za słownikiem synonimów z portalu Interia) popularnego przysłówka „bardzo”. „Bardzo” to zatem inaczej np.: wielce (powiemy, stylizując się na staroświecki ton „jestem wielce zobowiązany”, ale nikt nie powie: „to jest wielce drogie”), głęboko „głęboko wzruszony”, ale nie: „głęboko ładny”), okropnie („okropnie brzydki”, ale już nie: „okropnie piękny”!), diabelnie („diabelnie zimno”, ale już nie: „diabelnie się cieszę”, a przynajmniej nie w każdym kontekście), ciężko (tylko w kontekście choroby – „ciężko chory”, ale już nigdy np. „ciężko atrakcyjny”) itp.
Podobnie rzecz się ma z przysłówkami „ciężko” i „trudno”. Najprościej i najogólniej mówiąc: jeśli opisujemy wysiłek fizyczny („ciężko pracował”) lub psychiczny, w znaczeniu: odnoszący się do emocji („było mi ciężko znieść śmierć siostry”), możemy użyć przysłówka „ciężko”, jeśli natomiast mamy na myśli wysiłek (nazwijmy go mentalnym*), który można opisać też np. słowami „w sposób skomplikowany, niełatwo”, używamy słowa „trudno”.
Zatem: „trudno coś stwierdzić/ dostrzec/ odczytać”, ale: „ciężko harować/ biec (np. pod górę)/ chodzić (np. o silniku)” itp. Wystarczy to zrozumieć (a nie jest trudno!), by powiedzieć poprawnie. Bo choć życie bywa ciężkie, to jeszcze nie powód, żeby to ciągle podkreślać :-)
* Oczywiście zwrot „ciężko myśleć” każe wziąć w cudzysłów mentalność wysiłku. „Ciężko myśleć” (czyli powoli, opornie, w sposób wskazujący na niedostatek/brak inteligencji), podobnie jak „ciężki dowcip” (niezgrabny, toporny, przykry lub krzywdzący) zaliczmy więc do wyjątków potwierdzających naszą regułę :-)
czwartek, 2 czerwca 2011
Warzywa, których lepiej unikać
W Europie szaleje EHEC (bakterie, które „zrobiły karierę” na hiszpańskich ogórkach), a media donoszą, że to „nowy, zupełnie nieznany szczep pałeczki okrężnicy”, mutacja dwóch dotąd zbadanych bakterii Escherichia coli. W oświadczeniu WHO znalazło się m.in. zdanie: „Jest to unikalny szczep, którego nigdy wcześniej nie wyizolowano u pacjentów” (więcej czytaj tutaj).
Nie wiemy, czy ten, kto tłumaczył to zdanie, zna trwającą od lat (choć ostatnio już nieco przygasającą z racji innych, ważniejszych) dyskusję językoznawców na temat przymiotników „unikalny” i „unikatowy”. Ale nawet jeśli nie, zdaje się, że swoim tekstem dał do ręki potężny argument przeciwnikom słowa „unikalny” i – być może – sprawił, że dyskusja na nowo rozgorzeje.
Otóż w skrócie dla niezorientowanych: w przywoływanej dyskusji chodzi o to, że słowo „unikalny”, używane w znaczeniu „niepowtarzalny, jedyny w swoim rodzaju”, jest złe, bo to: 1. rusycyzm (ros. unikalnyj); 2. przymiotnik sugerujący swoją budową pochodzenie od czasownika „unikać”, czyli w typie takich słów, jak np.: palny – od palić, jadalny – od jadać, wykonalny – od wykonać, karalny – od karać itp. Zatem „unikalny” w znaczeniu „wyjątkowy” jest o wiele gorsze od „unikatowy”, ten ostatni przymiotnik ma bowiem jasną etymologię, uzasadniającą jego znaczenie – pochodzi od wyrazu „unikat”, czyli „rzadki okaz”.
Wróćmy do analizowanego zdania. Cóż nam ono mówi? Odpowiedzi są dwie:
1. Albo autor tekstu popełnił błąd, ponieważ chciał podkreślić wyjątkowość (tu w znaczeniu: nowość, nietypowość) szczepu bakterii, ale użył do tego niewłaściwego określenia, tworząc bardzo niezręczny oksymoron (unikatowy czy unikalny ma wszak pozytywne konotacje, to rzadki, wyjątkowy, ale jak perła, która olśniewa wielkością i blaskiem, jak kwiat paproci czy czterolistna koniczyna, których nie znajduje się ot tak, choć bardzo chciałoby się je mieć, nie zaś – jak wstrętna bakteria, która zabija).
2. Albo autor nie popełnił błędu, celowo używając przymiotnika unikalny, jako pochodzącego od słowa „unikać”, by podkreślić tym mocniej, że bakterii, o których mowa, lepiej na swej drodze nie spotkać.
Ponieważ znudziła nam się już trochę rola krytykantów, którzy szukają językowych łupów, by wykazać czyjeś komunikacyjne niekompetencje, dziś zakończymy pochwałą. Chwała mianowicie autorowi zdania o unikalnym szczepie bakterii, dzięki niemu zrozumieliśmy tym wyraźniej, że ogórków w tym sezonie lepiej unikać.
Nie wiemy, czy ten, kto tłumaczył to zdanie, zna trwającą od lat (choć ostatnio już nieco przygasającą z racji innych, ważniejszych) dyskusję językoznawców na temat przymiotników „unikalny” i „unikatowy”. Ale nawet jeśli nie, zdaje się, że swoim tekstem dał do ręki potężny argument przeciwnikom słowa „unikalny” i – być może – sprawił, że dyskusja na nowo rozgorzeje.
Otóż w skrócie dla niezorientowanych: w przywoływanej dyskusji chodzi o to, że słowo „unikalny”, używane w znaczeniu „niepowtarzalny, jedyny w swoim rodzaju”, jest złe, bo to: 1. rusycyzm (ros. unikalnyj); 2. przymiotnik sugerujący swoją budową pochodzenie od czasownika „unikać”, czyli w typie takich słów, jak np.: palny – od palić, jadalny – od jadać, wykonalny – od wykonać, karalny – od karać itp. Zatem „unikalny” w znaczeniu „wyjątkowy” jest o wiele gorsze od „unikatowy”, ten ostatni przymiotnik ma bowiem jasną etymologię, uzasadniającą jego znaczenie – pochodzi od wyrazu „unikat”, czyli „rzadki okaz”.
Wróćmy do analizowanego zdania. Cóż nam ono mówi? Odpowiedzi są dwie:
1. Albo autor tekstu popełnił błąd, ponieważ chciał podkreślić wyjątkowość (tu w znaczeniu: nowość, nietypowość) szczepu bakterii, ale użył do tego niewłaściwego określenia, tworząc bardzo niezręczny oksymoron (unikatowy czy unikalny ma wszak pozytywne konotacje, to rzadki, wyjątkowy, ale jak perła, która olśniewa wielkością i blaskiem, jak kwiat paproci czy czterolistna koniczyna, których nie znajduje się ot tak, choć bardzo chciałoby się je mieć, nie zaś – jak wstrętna bakteria, która zabija).
2. Albo autor nie popełnił błędu, celowo używając przymiotnika unikalny, jako pochodzącego od słowa „unikać”, by podkreślić tym mocniej, że bakterii, o których mowa, lepiej na swej drodze nie spotkać.
Ponieważ znudziła nam się już trochę rola krytykantów, którzy szukają językowych łupów, by wykazać czyjeś komunikacyjne niekompetencje, dziś zakończymy pochwałą. Chwała mianowicie autorowi zdania o unikalnym szczepie bakterii, dzięki niemu zrozumieliśmy tym wyraźniej, że ogórków w tym sezonie lepiej unikać.
poniedziałek, 30 maja 2011
Zbędne dodatki
Wydaje się, że pisząc czy mówiąc, zbyt często nie dowierzamy odbiorcom naszych komunikatów. Myślimy: „nie zrozumieją, więc trzeba jeszcze jaśniej/ jeszcze lepiej/ jeszcze dłużej napisać/powiedzieć, by dotarło”.
W redagowanej przez nas teraz książce aż roi się od takich właśnie zbędnych językowych dopowiedzeń, dookreśleń czy – ogólniej – dodatków. Ot, choćby tak z pozoru niewinne wyrażenie, jak „zupełnie odwrotnie”, które dało początek pomysłowi na ten post.
Jak mówi słownik, „odwrotnie” to inaczej „przeciwnie, na odwrót”. Jak mówi zdrowy rozsądek, odwrotnie nie może być bardziej lub mniej, odwrotnie to bowiem na wspak. Z matematyki znamy określenia „wprost proporcjonalny” (czyli: gdy jedno coś rośnie, drugie rośnie tak samo, proporcjonalnie, np. gdy x rośnie pięć razy, to wprost proporcjonalne do niego y też urośnie pięć razy) i „odwrotnie proporcjonalny” (czyli: gdy jedno coś rośnie, to drugie wręcz przeciwnie, maleje, w dodatku o tyle samo, o ile tamto pierwsze urosło, np. gdy x rośnie pięć razy, to odwrotnie proporcjonalne do niego y zmaleje, też pięciokrotnie). „Odwrotnie” nie potrzebuje zatem dodatkowych określeń, by dobrze je zrozumieć. Nie potrzebuje przysłówka „zupełnie” (bo nie może być „niezupełnie odwrotnie”, może być najwyżej „niezupełnie tak”), podobnie jak nie potrzebuje przysłówka „dokładnie”, które też często łączymy z „odwrotnie” (dowód: blog, który znaleźliśmy w sieci i którego tytuł to właśnie „Jest dokładnie odwrotnie” – zobacz tutaj).
A może jest odwrotnie, niż sugerowaliśmy na wstępie? Może pisząc czy mówiąc, tak naprawdę nie dowierzamy sobie albo swoim kompetencjom językowym? Jak się okazuje, nader często niepotrzebnie. To chyba Państwa powinno pocieszyć? :-)
W redagowanej przez nas teraz książce aż roi się od takich właśnie zbędnych językowych dopowiedzeń, dookreśleń czy – ogólniej – dodatków. Ot, choćby tak z pozoru niewinne wyrażenie, jak „zupełnie odwrotnie”, które dało początek pomysłowi na ten post.
Jak mówi słownik, „odwrotnie” to inaczej „przeciwnie, na odwrót”. Jak mówi zdrowy rozsądek, odwrotnie nie może być bardziej lub mniej, odwrotnie to bowiem na wspak. Z matematyki znamy określenia „wprost proporcjonalny” (czyli: gdy jedno coś rośnie, drugie rośnie tak samo, proporcjonalnie, np. gdy x rośnie pięć razy, to wprost proporcjonalne do niego y też urośnie pięć razy) i „odwrotnie proporcjonalny” (czyli: gdy jedno coś rośnie, to drugie wręcz przeciwnie, maleje, w dodatku o tyle samo, o ile tamto pierwsze urosło, np. gdy x rośnie pięć razy, to odwrotnie proporcjonalne do niego y zmaleje, też pięciokrotnie). „Odwrotnie” nie potrzebuje zatem dodatkowych określeń, by dobrze je zrozumieć. Nie potrzebuje przysłówka „zupełnie” (bo nie może być „niezupełnie odwrotnie”, może być najwyżej „niezupełnie tak”), podobnie jak nie potrzebuje przysłówka „dokładnie”, które też często łączymy z „odwrotnie” (dowód: blog, który znaleźliśmy w sieci i którego tytuł to właśnie „Jest dokładnie odwrotnie” – zobacz tutaj).
A może jest odwrotnie, niż sugerowaliśmy na wstępie? Może pisząc czy mówiąc, tak naprawdę nie dowierzamy sobie albo swoim kompetencjom językowym? Jak się okazuje, nader często niepotrzebnie. To chyba Państwa powinno pocieszyć? :-)
czwartek, 26 maja 2011
Do samospisu!
I nastał znów czas Narodowego Spisu Powszechnego Ludności i Mieszkań (dalej NSPLiM). Jako że teraz wszystko trzeba zareklamować (zwłaszcza jeśli jest to robione za pieniądze z UE), najlepiej w TV lub w radiu, to i NSPLiM reklamowany być musi. Więc reklamują go – tym mocniej, im koniec spisu bliższy.
I słyszymy coraz bardziej powszechne (a jakże!) larum: „Spisz się i Ty!”. To hasło krzyczy do nas także na stronie NSPLiM (czytaj tutaj). Bo chodzi o to, by jak najwięcej z nas, obywateli, dokonało „samospisu” online. Dlatego na stronie NSPLiM mamy i formularze do samospisu, i informacje o samospisie. Samospis można nawet polubić na Facebooku, takie czasy.
W tym narodowym porywie statystycznym słowa pogubiły swoje prawdziwe znaczenia. A może tylko ktoś źle spisał te znaczenia ze słownika?
„Spisać/spisywać coś, kogoś” to rzeczywiście «dokonać spisu, wykonać rejestr, wykaz, protokół; ułożyć tekst». Ale już czasownik „spisać się” (strona zwrotna) oznacza «postąpić, zachować się w sposób zasługujący na wyróżnienie, pochwałę (ironicznie: na naganę); odznaczyć się, pokazać się, popisać się» („Słownik języka polskiego” PWN). Mały zaimek „się” zmienia sens słowa. To „się” przenosi czynność z kategorii tych wykonywanych mechanicznie pod dyktando kogoś (np. „spisywał wiernie jego słowa”) lub czegoś (np. „spis z natury”) do kategorii działań manifestujących czyjąś wolę, czyjeś zdolności, czyjeś dobre lub złe zamiary.
„Spisz się i Ty!” oznaczać może zatem „popisz się (w końcu)!”, „pokaż swoje prawdziwe oblicze!”, „objaw nam swoje możliwości!”. Ta skądinąd chwalebna zachęta ze spisem narodowym, a już tym bardziej ze samospisem za wiele wspólnego nie ma, co wiedzą nawet ci, których dotąd NSPLiM omijał.
I nastał znów czas NSPLiM. Nie spisujmy się źle (nagannie, karygodnie...), obywatele! Dokonajmy wpisu, choćby i wypełniając online odpowiedni formularz. Co z tego, że niejeden z nas woli jadłospis od samospisu? Wpiszmy się (spiesząc się)! I miejmy to z głowy, a przede wszystkim z oczu!
I słyszymy coraz bardziej powszechne (a jakże!) larum: „Spisz się i Ty!”. To hasło krzyczy do nas także na stronie NSPLiM (czytaj tutaj). Bo chodzi o to, by jak najwięcej z nas, obywateli, dokonało „samospisu” online. Dlatego na stronie NSPLiM mamy i formularze do samospisu, i informacje o samospisie. Samospis można nawet polubić na Facebooku, takie czasy.
W tym narodowym porywie statystycznym słowa pogubiły swoje prawdziwe znaczenia. A może tylko ktoś źle spisał te znaczenia ze słownika?
„Spisać/spisywać coś, kogoś” to rzeczywiście «dokonać spisu, wykonać rejestr, wykaz, protokół; ułożyć tekst». Ale już czasownik „spisać się” (strona zwrotna) oznacza «postąpić, zachować się w sposób zasługujący na wyróżnienie, pochwałę (ironicznie: na naganę); odznaczyć się, pokazać się, popisać się» („Słownik języka polskiego” PWN). Mały zaimek „się” zmienia sens słowa. To „się” przenosi czynność z kategorii tych wykonywanych mechanicznie pod dyktando kogoś (np. „spisywał wiernie jego słowa”) lub czegoś (np. „spis z natury”) do kategorii działań manifestujących czyjąś wolę, czyjeś zdolności, czyjeś dobre lub złe zamiary.
„Spisz się i Ty!” oznaczać może zatem „popisz się (w końcu)!”, „pokaż swoje prawdziwe oblicze!”, „objaw nam swoje możliwości!”. Ta skądinąd chwalebna zachęta ze spisem narodowym, a już tym bardziej ze samospisem za wiele wspólnego nie ma, co wiedzą nawet ci, których dotąd NSPLiM omijał.
I nastał znów czas NSPLiM. Nie spisujmy się źle (nagannie, karygodnie...), obywatele! Dokonajmy wpisu, choćby i wypełniając online odpowiedni formularz. Co z tego, że niejeden z nas woli jadłospis od samospisu? Wpiszmy się (spiesząc się)! I miejmy to z głowy, a przede wszystkim z oczu!
Etykiety:
błędy słownikowe,
czasowniki,
styl urzędowy,
znaczenie słów
czwartek, 19 maja 2011
Dobry uczynek dla języka
W radiu powiedzieli, że dziś jest Dzień Dobrych Uczynków. Powiedzieli też, że dobro jest czynić dobrze, nie tylko 19 maja, dlatego do niego zachęcają. „I choćby to miało być tylko przeprowadzenie przysłowiowej babci przez ulicę, zróbmy dzisiaj coś dobrego” – dodali.
Pomyśleliśmy: o jakie to przysłowie, które mówi o babci, może chodzić? „Gdyby babcia miała wąsy, to by była dziadkiem” – jedyne porzekadło, jakie nam przyszło do głowy, do tego kontekstu zupełnie bowiem nie pasowało. A może miało być „przeprowadzanie przysłowiowej baby przez ulicę”? Tu moglibyśmy już poradzić sobie lepiej – wiadomo wszak, że „baba z wozu, koniom lżej”, kontekst drogowy jest, jakoś można by jedno z drugim połączyć...
Pora na nasz dobry uczynek.
Mili i Szanowni Państwo, wyraz „przysłowiowy” oznacza „taki jak w przysłowiu”. Używa się go wtedy, gdy chcemy, by odbiorca naszej wypowiedzi przypomniał sobie jakąś mądrość ludową i dobudował sens informacji o to, czego nie mówimy wprost albo – czego nie dopowiadamy. Wyraz „przysłowiowy” jest nadużywany, w dodatku najczęściej w błędnym znaczeniu. Lubią go zwłaszcza dziennikarze, którym pasuje tworzenie różnego rodzaju skrótów – zgadza się z dynamiką przekazu i jego polotem (cokolwiek by to miało znaczyć). Uwodzeni wizją budowania celnych metafor i skrótów myślowych, zapominają o ważniejszej w dziennikarskim fachu precyzji i rzetelności przekazu, także językowej. I wychodzi to, co wychodzi.
Pomyśleliśmy: o jakie to przysłowie, które mówi o babci, może chodzić? „Gdyby babcia miała wąsy, to by była dziadkiem” – jedyne porzekadło, jakie nam przyszło do głowy, do tego kontekstu zupełnie bowiem nie pasowało. A może miało być „przeprowadzanie przysłowiowej baby przez ulicę”? Tu moglibyśmy już poradzić sobie lepiej – wiadomo wszak, że „baba z wozu, koniom lżej”, kontekst drogowy jest, jakoś można by jedno z drugim połączyć...
Pora na nasz dobry uczynek.
Mili i Szanowni Państwo, wyraz „przysłowiowy” oznacza „taki jak w przysłowiu”. Używa się go wtedy, gdy chcemy, by odbiorca naszej wypowiedzi przypomniał sobie jakąś mądrość ludową i dobudował sens informacji o to, czego nie mówimy wprost albo – czego nie dopowiadamy. Wyraz „przysłowiowy” jest nadużywany, w dodatku najczęściej w błędnym znaczeniu. Lubią go zwłaszcza dziennikarze, którym pasuje tworzenie różnego rodzaju skrótów – zgadza się z dynamiką przekazu i jego polotem (cokolwiek by to miało znaczyć). Uwodzeni wizją budowania celnych metafor i skrótów myślowych, zapominają o ważniejszej w dziennikarskim fachu precyzji i rzetelności przekazu, także językowej. I wychodzi to, co wychodzi.
niedziela, 15 maja 2011
Rzecznik rzucony na stos (ofiarny)
Sytuacja, w której błędy językowe śmieszą (do łez) zamiast drażnić, nie należy do częstych. Inna sprawa, że rozbawienie łatwo i szybko może przejść w rozdrażnienie, a w najlepszym razie – w pukanie się w czoło (własne, bo czoła autorów wypowiedzi cytowanych przez dziennikarzy, są z reguły dla nas niedostępne, a szkoda).
A do śmiechu do łez doprowadziła nas informacja przeczytana we wczorajszym newsletterze portalu Proto.pl dotycząca ostatnich dokonań rzecznika naszego rządu w serwisie Facebook (pełny tekst można przeczytać tutaj).
W artykule zacytowane zostały dwie, jakże „zabawne”, wypowiedzi. Autorką pierwszej z nich jest specjalistka ds. kreowania wizerunku firm, marek i produktów w internecie (nazwiska miłosiernie nie wspomnimy), która tłumaczy czytelnikom: „Rzecznik prasowy nie jest dla wyborców osobą autentyczną – jest to specjalista dedykowany do kontaktów z mediami [...]”. Autor drugiej to specjalista ds. marketingu politycznego z Dolnośląskiej Szkoły Wyższej, który mówi, że rzecznik „prowadzi dosyć siermiężny dialog” (z kontekstu wynika, że chodzi o dialog skąpy w interakcje, nierozbudowany, dialog w powijakach, że tak metaforycznie to ujmiemy).
Do imiesłowu „dedykowany” (będącego kalką angielskiego dedicated), który na początku swojej kariery w języku polskim notowany był głównie w tekstach informatycznych, by wkrótce wkroczyć w inne dziedziny życia, jako tako zdążyliśmy się przyzwyczaić, co wcale nie oznacza, że go akceptujemy (bo nie ma potrzeby takiego zapożyczenia w polszczyźnie) czy – że się z nim pogodziliśmy. Nie akceptujemy i nie godzimy się zwłaszcza w takich kontekstach, które zwróciła nam wyszukiwarka (to wyniki pierwsze – ale lepsze!): PureLime – „odzież dedykowana dla kobiet”, AIP – „infolinia dedykowana do obsługi osób [...]”, forum Wedkuje.pl – „zanęta dedykowana (!) pod konkretny gatunek ryby”, ASA sp. z o.o. – „konferencja prasowa dedykowana nowoczesnym metodom profilaktyki zdrowia intymnego kobiety”, DlaHandlu.pl – „sklep dedykowany zabieganym pasażerom metra” itp. Można było przecież powiedzieć: „przeznaczony”, „służący do czegoś”, „dla kogoś/czegoś”, „do czegoś” i nikt nie miałby wątpliwości, o co chodzi. Że byłoby bez „mądrych” słów? No cóż, mądre słowa mają to do siebie, że przestają być mądre, jeśli się ich głupio używa.
Przypomnijmy więc pochodzenie i definicję słowa „dedykować”. Słowo przywędrowało do polszczyzny z łaciny, gdzie pierwotnie oznaczało „uroczyście poświęcić bogom, ofiarować”. Słownik języka polskiego PWN wyjaśnia, że dedykować oznacza dziś przede wszystkim „ofiarować, poświęcić komu (jakiś utwór lub przedmiot)” i podaje takie przykłady: „Dedykować komuś wiersz, powieść, symfonię”.
Wróćmy do naszego rzecznika prasowego. Jeśli upierać się, że specjalistka wie, co mówi, należałoby jej wypowiedź zrozumieć chyba tak: rzecznik prasowy to specjalista, którego się składa w ofierze mediom. (Inna sprawa, że wiele osób zgodziłoby się z tą definicją). Kaleką treść odzwierciedla kaleka forma tekstu – każdy gołym okiem widzi, że nadęcie wypowiedzi obcymi słowami gwałtownie zaniżyło jej komunikatywność. A przecież można było powiedzieć: „rzecznik prasowy to specjalista ds. kontaktów z mediami” albo „powołany do kontaktów z mediami”.
Jeśli zaś nie tylko specjalistka ds. kreowania, ale i specjalista ds. marketingu politycznego wie, co mówi, to rysuje nam się taki oto obraz rzecznika rządu: chłop przyodziany w zgrzebne płótno, jako tako zszyte tu i ówdzie po bokach, który rzuca się na stos jako ofiara. Tylko czyja to jest ofiara?
A do śmiechu do łez doprowadziła nas informacja przeczytana we wczorajszym newsletterze portalu Proto.pl dotycząca ostatnich dokonań rzecznika naszego rządu w serwisie Facebook (pełny tekst można przeczytać tutaj).
W artykule zacytowane zostały dwie, jakże „zabawne”, wypowiedzi. Autorką pierwszej z nich jest specjalistka ds. kreowania wizerunku firm, marek i produktów w internecie (nazwiska miłosiernie nie wspomnimy), która tłumaczy czytelnikom: „Rzecznik prasowy nie jest dla wyborców osobą autentyczną – jest to specjalista dedykowany do kontaktów z mediami [...]”. Autor drugiej to specjalista ds. marketingu politycznego z Dolnośląskiej Szkoły Wyższej, który mówi, że rzecznik „prowadzi dosyć siermiężny dialog” (z kontekstu wynika, że chodzi o dialog skąpy w interakcje, nierozbudowany, dialog w powijakach, że tak metaforycznie to ujmiemy).
Do imiesłowu „dedykowany” (będącego kalką angielskiego dedicated), który na początku swojej kariery w języku polskim notowany był głównie w tekstach informatycznych, by wkrótce wkroczyć w inne dziedziny życia, jako tako zdążyliśmy się przyzwyczaić, co wcale nie oznacza, że go akceptujemy (bo nie ma potrzeby takiego zapożyczenia w polszczyźnie) czy – że się z nim pogodziliśmy. Nie akceptujemy i nie godzimy się zwłaszcza w takich kontekstach, które zwróciła nam wyszukiwarka (to wyniki pierwsze – ale lepsze!): PureLime – „odzież dedykowana dla kobiet”, AIP – „infolinia dedykowana do obsługi osób [...]”, forum Wedkuje.pl – „zanęta dedykowana (!) pod konkretny gatunek ryby”, ASA sp. z o.o. – „konferencja prasowa dedykowana nowoczesnym metodom profilaktyki zdrowia intymnego kobiety”, DlaHandlu.pl – „sklep dedykowany zabieganym pasażerom metra” itp. Można było przecież powiedzieć: „przeznaczony”, „służący do czegoś”, „dla kogoś/czegoś”, „do czegoś” i nikt nie miałby wątpliwości, o co chodzi. Że byłoby bez „mądrych” słów? No cóż, mądre słowa mają to do siebie, że przestają być mądre, jeśli się ich głupio używa.
Przypomnijmy więc pochodzenie i definicję słowa „dedykować”. Słowo przywędrowało do polszczyzny z łaciny, gdzie pierwotnie oznaczało „uroczyście poświęcić bogom, ofiarować”. Słownik języka polskiego PWN wyjaśnia, że dedykować oznacza dziś przede wszystkim „ofiarować, poświęcić komu (jakiś utwór lub przedmiot)” i podaje takie przykłady: „Dedykować komuś wiersz, powieść, symfonię”.
Wróćmy do naszego rzecznika prasowego. Jeśli upierać się, że specjalistka wie, co mówi, należałoby jej wypowiedź zrozumieć chyba tak: rzecznik prasowy to specjalista, którego się składa w ofierze mediom. (Inna sprawa, że wiele osób zgodziłoby się z tą definicją). Kaleką treść odzwierciedla kaleka forma tekstu – każdy gołym okiem widzi, że nadęcie wypowiedzi obcymi słowami gwałtownie zaniżyło jej komunikatywność. A przecież można było powiedzieć: „rzecznik prasowy to specjalista ds. kontaktów z mediami” albo „powołany do kontaktów z mediami”.
Jeśli zaś nie tylko specjalistka ds. kreowania, ale i specjalista ds. marketingu politycznego wie, co mówi, to rysuje nam się taki oto obraz rzecznika rządu: chłop przyodziany w zgrzebne płótno, jako tako zszyte tu i ówdzie po bokach, który rzuca się na stos jako ofiara. Tylko czyja to jest ofiara?
Etykiety:
błędy słownikowe,
media,
PR,
wyrazy modne,
wyrazy obce,
znaczenie słów
wtorek, 3 maja 2011
Technologia na bakier z językiem
Tym razem zainteresowaliśmy się artykułami z działu „Technologie” portalu Gazeta.pl. Wszystko zaczęło się niewinnie – od tekstu na temat oszczędności (a raczej ich braku) na kosztach drukowania w firmach. Temat ekologiczny i dla nas, powiedzmy to od razu: niezbyt obytych z technologiami, bezpieczny, bo z definicji niewymagający wertowania słowników ani używania „telefonu do przyjaciela”, który litościwie tłumaczyłby nam, o-co-w-tym-wszystkim-chodzi.
Z tekstu (całość można przeczytać tutaj) dowiedzieliśmy się m.in., że: „Praca wykonywana przez część z pracowników nie może się obyć bez obcowania z papierem i po prostu wymaga stałego drukowania i kopiowania dokumentów”.
Zainspirowało nas to obcowanie z papierem, jednak po dłuższym namyśle odrzuciliśmy dosłowne skojarzenia. Sięgnęliśmy (jednak! – wątpić jest rzeczą ludzką) do słownika i oto, co stary dobry PWN nam podpowiedział: „obcować – być z kimś (czymś) w bliskim kontakcie, utrzymywać z kimś żywe stosunki towarzyskie; przebywać, przestawać z kimś, z czymś, współżyć z kimś. Obcować z ludźmi; obcować z przyrodą”.
Czasownik „obcować” łączy się zatem z wyrazami określającymi ludzi (ale raczej ich ogół – patrz poniżej), albo ze słowami oznaczającymi pewne ogólniejsze zjawiska, dziedziny życia, pojęcia (a nie nazwy konkretnych rzeczy!) itp. Obcować można wszak z przyrodą, ze sztuką (i może tylko przy obcowaniu ze sztuką możemy sprowadzać ten „akt” do obcowania z papierem – np. grafiką, słowem pisanym etc. – choć nikt nie będzie tak mówił, jeśli przez chwilę zastanowi się nad znaczeniem słowa „obcować”!), z pięknem, z Bogiem, ze śmiercią, ze świętymi itp. Nikt natomiast nie powie (mamy nadzieję), że obcuje z kwiatkami, z obrazem/rzeźbą, ze zmarłym itp. – nie powie tak choćby dlatego, że słownik notuje też drugie znaczenie czasownika „obcować”, a mianowicie „współżyć z kimś” i tylko w tym znaczeniu wyraz ten może łączyć się ze słowami określającymi pojedyncze osoby/rzeczy.
Stare przysłowie mówi, że nie ma tego złego... I rzeczywiście: błąd słownikowy w artykule z portalu Gazeta.pl skłonił nas do lektury innych tekstów z działu Technologie. Obcowanie ze sposobem myślenia (!) dziennikarzy tego działu zaowocowało kilkoma jeszcze innymi „łupami językowymi”. Ale o tym już w następnych odcinkach...
Z tekstu (całość można przeczytać tutaj) dowiedzieliśmy się m.in., że: „Praca wykonywana przez część z pracowników nie może się obyć bez obcowania z papierem i po prostu wymaga stałego drukowania i kopiowania dokumentów”.
Zainspirowało nas to obcowanie z papierem, jednak po dłuższym namyśle odrzuciliśmy dosłowne skojarzenia. Sięgnęliśmy (jednak! – wątpić jest rzeczą ludzką) do słownika i oto, co stary dobry PWN nam podpowiedział: „obcować – być z kimś (czymś) w bliskim kontakcie, utrzymywać z kimś żywe stosunki towarzyskie; przebywać, przestawać z kimś, z czymś, współżyć z kimś. Obcować z ludźmi; obcować z przyrodą”.
Czasownik „obcować” łączy się zatem z wyrazami określającymi ludzi (ale raczej ich ogół – patrz poniżej), albo ze słowami oznaczającymi pewne ogólniejsze zjawiska, dziedziny życia, pojęcia (a nie nazwy konkretnych rzeczy!) itp. Obcować można wszak z przyrodą, ze sztuką (i może tylko przy obcowaniu ze sztuką możemy sprowadzać ten „akt” do obcowania z papierem – np. grafiką, słowem pisanym etc. – choć nikt nie będzie tak mówił, jeśli przez chwilę zastanowi się nad znaczeniem słowa „obcować”!), z pięknem, z Bogiem, ze śmiercią, ze świętymi itp. Nikt natomiast nie powie (mamy nadzieję), że obcuje z kwiatkami, z obrazem/rzeźbą, ze zmarłym itp. – nie powie tak choćby dlatego, że słownik notuje też drugie znaczenie czasownika „obcować”, a mianowicie „współżyć z kimś” i tylko w tym znaczeniu wyraz ten może łączyć się ze słowami określającymi pojedyncze osoby/rzeczy.
Stare przysłowie mówi, że nie ma tego złego... I rzeczywiście: błąd słownikowy w artykule z portalu Gazeta.pl skłonił nas do lektury innych tekstów z działu Technologie. Obcowanie ze sposobem myślenia (!) dziennikarzy tego działu zaowocowało kilkoma jeszcze innymi „łupami językowymi”. Ale o tym już w następnych odcinkach...
czwartek, 14 kwietnia 2011
Tu zaszła zmiana
Niedawna wizyta w stolicy utwierdziła nas w przekonaniu, że czasownik „funkcjonować” wciąż ma się nieźle, zwłaszcza w urzędowej mowie, a zmiany bywają nie tylko na lepsze czy na gorsze, są bowiem także zmiany przystankowe. I nie chodzi tu wcale o to, że przystanki nam się starzeją czy brzydną, nie, one się miejscami zamieniają lub całkiem wypadają z miejskiego komunikacyjnego obiegu. Ale po kolei.
Treść ogłoszenia, jakie można było przeczytać 2 kwietnia br. w warszawskich tramwajach i autobusach, była następująca: „Zmiana przystankowa. Przystanek XYZ nie funkcjonuje (...)”. Natomiast na przystankach ZTM Warszawa (i w internecie – sprawdziliśmy!; więcej tutaj) podane zostały szczegółowe informacje o liniach zastępczych, zawieszeniach linii, przystankach czasowych itp. Z tych obwieszczeń można się było dowiedzieć m.in., że: „na trasie uruchomione zostanie kursowanie tramwajowych linii zastępczych”, „uruchamia się funkcjonowanie przystanków stałych” oraz że „zawiesza się funkcjonowanie przystanków tramwajowych”.
Od tych wszystkich uruchomień i funkcjonowań zakręciło nam się do tego stopnia w głowie, że postanowiliśmy na chybił trafił wrzucić kilka haseł z ogłoszenia w internetową wyszukiwarkę, z ciekawości, co też ona nam powie. Okazało się, że zmiany przystankowe to typowe wyrażenie dla stołecznego przewoźnika miejskiego, w innych miastach (np. Toruń, Ustka, Bytom, Poznań) mówi się raczej po prostu o zmianie przystanku czy o zmianie tras (np. Kraków, Katowice) albo – zmianie lokalizacji przystanków.
Dlaczego jednak tak poruszyła nas ta zmiana przystankowa? Czemu niefunkcjonujący przystanek zapadł nam tak głęboko w pamięć? Czemu nie daliśmy sobie spokoju i zaczęliśmy drążyć, by – o zgrozo! – znaleźć takie kwiatki, jak np. „uruchamia się/zawiesza się funkcjonowanie”?
Nie, chodzi nie tyle o słynną niechęć krakusów do warszawiaków (bo jest nam ona obca), ile o prostotę wypowiedzi, cenną zwłaszcza w krótkich komunikatach czy urzędowych ogłoszeniach, które są przeznaczone dla masowego odbiorcy. Ileż lepsze, prostsze i oczywistsze byłoby bowiem np. takie ogłoszenie: „Zmiana przystanków. Przystanek XYZ zamknięty. Przystanki zastępcze: ...”? Ileż łatwiej byłoby pojąć takie hasła jak np.: „na trasie kursować będą linie zastępcze”, „zamyka się przystanki tramwajowe” czy „przystanki tramwajowe będą nieczynne”?
Ale może wtedy, gdyby wszystko było tak zrozumiałe, w narodzie spadłby poziom szacunku do urzędowych zmian, a przede wszystkim – do stojących za nimi urzędowych person? I gdyby nagle całe to zamieszanie z przystankowymi zmianami i uruchomieniami, funkcjonowaniami, zawieszeniami i kto wie jakimi jeszcze akcjami okazało się zwykłym zamknięciem kilku przystanków i zmianą tras paru linii tramwajowych, to zamiast błądzić po mieście w poszukiwaniu właściwego numeru autobusu zastępczego, poszlibyśmy sobie na spacer, zostawiając w tyle ZTM?...
PS Inna sprawa, że przymiotniki z końcówką "-owy" mnożą się ostatnio niemiłosiernie. Mamy modowy (festiwal, trend itp.), pomocowy (środki pomocowe), a nawet kamelowy, który jest tak bardzo modowy i czasowy, że bardzo złowy jest ten (nie, lepiej: owy!), kto go nie nosi.
Treść ogłoszenia, jakie można było przeczytać 2 kwietnia br. w warszawskich tramwajach i autobusach, była następująca: „Zmiana przystankowa. Przystanek XYZ nie funkcjonuje (...)”. Natomiast na przystankach ZTM Warszawa (i w internecie – sprawdziliśmy!; więcej tutaj) podane zostały szczegółowe informacje o liniach zastępczych, zawieszeniach linii, przystankach czasowych itp. Z tych obwieszczeń można się było dowiedzieć m.in., że: „na trasie uruchomione zostanie kursowanie tramwajowych linii zastępczych”, „uruchamia się funkcjonowanie przystanków stałych” oraz że „zawiesza się funkcjonowanie przystanków tramwajowych”.
Od tych wszystkich uruchomień i funkcjonowań zakręciło nam się do tego stopnia w głowie, że postanowiliśmy na chybił trafił wrzucić kilka haseł z ogłoszenia w internetową wyszukiwarkę, z ciekawości, co też ona nam powie. Okazało się, że zmiany przystankowe to typowe wyrażenie dla stołecznego przewoźnika miejskiego, w innych miastach (np. Toruń, Ustka, Bytom, Poznań) mówi się raczej po prostu o zmianie przystanku czy o zmianie tras (np. Kraków, Katowice) albo – zmianie lokalizacji przystanków.
Dlaczego jednak tak poruszyła nas ta zmiana przystankowa? Czemu niefunkcjonujący przystanek zapadł nam tak głęboko w pamięć? Czemu nie daliśmy sobie spokoju i zaczęliśmy drążyć, by – o zgrozo! – znaleźć takie kwiatki, jak np. „uruchamia się/zawiesza się funkcjonowanie”?
Nie, chodzi nie tyle o słynną niechęć krakusów do warszawiaków (bo jest nam ona obca), ile o prostotę wypowiedzi, cenną zwłaszcza w krótkich komunikatach czy urzędowych ogłoszeniach, które są przeznaczone dla masowego odbiorcy. Ileż lepsze, prostsze i oczywistsze byłoby bowiem np. takie ogłoszenie: „Zmiana przystanków. Przystanek XYZ zamknięty. Przystanki zastępcze: ...”? Ileż łatwiej byłoby pojąć takie hasła jak np.: „na trasie kursować będą linie zastępcze”, „zamyka się przystanki tramwajowe” czy „przystanki tramwajowe będą nieczynne”?
Ale może wtedy, gdyby wszystko było tak zrozumiałe, w narodzie spadłby poziom szacunku do urzędowych zmian, a przede wszystkim – do stojących za nimi urzędowych person? I gdyby nagle całe to zamieszanie z przystankowymi zmianami i uruchomieniami, funkcjonowaniami, zawieszeniami i kto wie jakimi jeszcze akcjami okazało się zwykłym zamknięciem kilku przystanków i zmianą tras paru linii tramwajowych, to zamiast błądzić po mieście w poszukiwaniu właściwego numeru autobusu zastępczego, poszlibyśmy sobie na spacer, zostawiając w tyle ZTM?...
PS Inna sprawa, że przymiotniki z końcówką "-owy" mnożą się ostatnio niemiłosiernie. Mamy modowy (festiwal, trend itp.), pomocowy (środki pomocowe), a nawet kamelowy, który jest tak bardzo modowy i czasowy, że bardzo złowy jest ten (nie, lepiej: owy!), kto go nie nosi.
niedziela, 27 marca 2011
W tak zacnym gronie...
Jak co miesiąc, dostaliśmy do redakcji teksty urzędowego biuletynu. To lektura zwykle znakomita, gdyż miłośnikom poprawnej polszczyzny dostarcza mnóstwo materiału ilustrującego powszechne błędy językowe. Tak było i tym razem, dzięki czemu na warsztat możemy wziąć chociażby słowo „grono”.
Najpierw kilka wybranych cytatów (w wersji oryginalnej, sprzed poprawek):
1. „Podziemia Rynku i Fabryka Schindlera oraz Stadion Cracovii znalazły się w gronie 10 najlepszych przedsięwzięć roku w Małopolsce”.
2. „Zapewniam Państwa, że to nie koniec i w najbliższym czasie do grona nagrodzonych inwestycji, w tym przypadku muzeów będzie mogło dołączyć kolejne”.
3. „[XYZ] znajduje się w gronie instytucji, które zdecydowały się na wdrożenie Systemu Zarządzania Jakością wg normy ISO 9001. Posiadanie i utrzymywanie certyfikatu zgodności Systemu Zarządzania Jakością z wymaganiami tej normy stawia [XYZ] w gronie nowoczesnych organizacji o wysokich standardach zarządzania, dążących do świadczenia na rzecz mieszkańców usług o najwyższej jakości”.
No właśnie. A przecież słowniki (np. Słownik języka polskiego PWN) notują jak na razie tylko trzy znaczenia słowa „grono” i żadne z nich nie mieści przykładów przytoczonych powyżej. Grono bowiem to: albo grupa ludzi, którzy są ze sobą w jakiś sposób związani, albo kiść owoców, albo – w bardziej specjalistycznym nazewnictwie – kwiatostan/owocostan (taki jak u konwalii, winogron czy porzeczek). Pierwsze z tych znaczeń, które łączy się tylko z określeniami ludzi (np.: „grono osób”, „grono nauczycielskie”, „grono przyjaciół” itp.), coraz częściej błędnie jest wiązane z określeniami bezosobowymi („organizacje”, „instytucje”, a nawet – jak w powyższych cytatach – „inwestycje” czy „przedsięwzięcia”). Mechanizm błędu można zdefiniować tak: autorom tego typu wypowiedzi nie wystarczy już zwykłe słowo „wśród” (np. „wśród 10 najlepszych przedsięwzięć” czy „jest jedną z instytucji)/ dołączył do instytucji”) lub przyimek „do” (np. „do nagrodzonych inwestycji dołączy następna”), bo wydaje się im za mało „wiążące” dany zbiór, zbyt słabo podkreśla elitarność i hermetyczność danej grupy (organizacji, instytucji itp.), stąd jest mniej poważne czy mało nobilitujące. A takiego braku powagi język (zwłaszcza urzędowy) coraz częściej (i zwykle: niezupełnie słusznie) stara się unikać.
Innym powodem błędu może być swego rodzaju skrót językowy. Użytkownicy języka tworzący wypowiedzi w stylu „do grona organizacji należą...”, „w gronie firm znaleźli się...” myślą, że skoro można mówić np. o gronie członków organizacji czy gronie pracowników firmy, to dlaczego nie dałoby się mówić o gronie organizacji/gronie firm? Tymczasem taka kontaminacja jest niepoprawna, czego dowodzą słowniki.
Jaki z tego wszystkiego płynie wniosek? Choćby ten, że grono może być zacne, ale bywa też winne – błędom, oczywiście.
Najpierw kilka wybranych cytatów (w wersji oryginalnej, sprzed poprawek):
1. „Podziemia Rynku i Fabryka Schindlera oraz Stadion Cracovii znalazły się w gronie 10 najlepszych przedsięwzięć roku w Małopolsce”.
2. „Zapewniam Państwa, że to nie koniec i w najbliższym czasie do grona nagrodzonych inwestycji, w tym przypadku muzeów będzie mogło dołączyć kolejne”.
3. „[XYZ] znajduje się w gronie instytucji, które zdecydowały się na wdrożenie Systemu Zarządzania Jakością wg normy ISO 9001. Posiadanie i utrzymywanie certyfikatu zgodności Systemu Zarządzania Jakością z wymaganiami tej normy stawia [XYZ] w gronie nowoczesnych organizacji o wysokich standardach zarządzania, dążących do świadczenia na rzecz mieszkańców usług o najwyższej jakości”.
No właśnie. A przecież słowniki (np. Słownik języka polskiego PWN) notują jak na razie tylko trzy znaczenia słowa „grono” i żadne z nich nie mieści przykładów przytoczonych powyżej. Grono bowiem to: albo grupa ludzi, którzy są ze sobą w jakiś sposób związani, albo kiść owoców, albo – w bardziej specjalistycznym nazewnictwie – kwiatostan/owocostan (taki jak u konwalii, winogron czy porzeczek). Pierwsze z tych znaczeń, które łączy się tylko z określeniami ludzi (np.: „grono osób”, „grono nauczycielskie”, „grono przyjaciół” itp.), coraz częściej błędnie jest wiązane z określeniami bezosobowymi („organizacje”, „instytucje”, a nawet – jak w powyższych cytatach – „inwestycje” czy „przedsięwzięcia”). Mechanizm błędu można zdefiniować tak: autorom tego typu wypowiedzi nie wystarczy już zwykłe słowo „wśród” (np. „wśród 10 najlepszych przedsięwzięć” czy „jest jedną z instytucji)/ dołączył do instytucji”) lub przyimek „do” (np. „do nagrodzonych inwestycji dołączy następna”), bo wydaje się im za mało „wiążące” dany zbiór, zbyt słabo podkreśla elitarność i hermetyczność danej grupy (organizacji, instytucji itp.), stąd jest mniej poważne czy mało nobilitujące. A takiego braku powagi język (zwłaszcza urzędowy) coraz częściej (i zwykle: niezupełnie słusznie) stara się unikać.
Innym powodem błędu może być swego rodzaju skrót językowy. Użytkownicy języka tworzący wypowiedzi w stylu „do grona organizacji należą...”, „w gronie firm znaleźli się...” myślą, że skoro można mówić np. o gronie członków organizacji czy gronie pracowników firmy, to dlaczego nie dałoby się mówić o gronie organizacji/gronie firm? Tymczasem taka kontaminacja jest niepoprawna, czego dowodzą słowniki.
Jaki z tego wszystkiego płynie wniosek? Choćby ten, że grono może być zacne, ale bywa też winne – błędom, oczywiście.
piątek, 3 grudnia 2010
Wielkie z małym
Jeden z ważniejszych w Polsce dostawców usług telekomunikacyjnych, firma Aster, reklamuje ostatnio pakiety swoich usług hasłem „Aster-o-nomiczne promocje”. Autora tego sformułowania skusiło zgrabne połączenie znanego powszechnie przymiotnika z nazwą firmy. Jednak hasło to jest przykładem coraz powszechniejszego w reklamach dawania prymatu formie nad treścią czy, inaczej, obojętności na normy językowe wynikającej z pogoni za atrakcyjnością reklamowego sloganu.
Według słowników wyrazów obcych (przewertowaliśmy kilka, by nie być gołosłownymi) astronomiczny to bowiem: „o liczbach: bardzo wielki, zawrotny, ogromny”. Reklama mówiąca o astronomicznych (w domyśle) promocjach daje nam zatem pod rozwagę oksymoron, bo coś, co de facto jest obniżką ceny (tak należy rozumieć słowo promocja w tym kontekście), zderzone zostaje z sugestią liczby ogromnej, niewyobrażalnie wysokiej.
Podobnym hasłem „pochwalić się” może mały i szerszemu odbiorcy nieznany sklepik na ul. Kalwaryjskiej w Krakowie. Na witrynie sklepowej można przeczytać wielkie i kolorowe hasło „Wysokie rabaty”. I znów coś tu zgrzyta. O rabacie (ten rabat, czyli obniżka) powiemy przecież raczej, że jest duży, możemy też nazwać go atrakcyjnym (bo klient zwraca na niego uwagę, widząc w takim zakupie korzyść dla siebie), ale mówienie wysoki, o czymś, co obniża cenę... Zabieg dla nas wątpliwy.
No chyba że w sklepie, którego reklama zwróciła naszą uwagę, w sprzedaży są aktualnie wysokie rabaty, czyli grządki kwiatowe. To też teoretycznie jest możliwe i już widzimy oczyma duszy wysokie i wąskie połacie ziemi, w sam raz dopasowane do możliwości ogrodników, którym problemy z kręgosłupem nie pozwalają się schylać, a pasja życiowa, czyli sadzenie kwiatów, nie pozwala żyć spokojnie. Bo czego to ludzie nie wymyślą?
Według słowników wyrazów obcych (przewertowaliśmy kilka, by nie być gołosłownymi) astronomiczny to bowiem: „o liczbach: bardzo wielki, zawrotny, ogromny”. Reklama mówiąca o astronomicznych (w domyśle) promocjach daje nam zatem pod rozwagę oksymoron, bo coś, co de facto jest obniżką ceny (tak należy rozumieć słowo promocja w tym kontekście), zderzone zostaje z sugestią liczby ogromnej, niewyobrażalnie wysokiej.
Podobnym hasłem „pochwalić się” może mały i szerszemu odbiorcy nieznany sklepik na ul. Kalwaryjskiej w Krakowie. Na witrynie sklepowej można przeczytać wielkie i kolorowe hasło „Wysokie rabaty”. I znów coś tu zgrzyta. O rabacie (ten rabat, czyli obniżka) powiemy przecież raczej, że jest duży, możemy też nazwać go atrakcyjnym (bo klient zwraca na niego uwagę, widząc w takim zakupie korzyść dla siebie), ale mówienie wysoki, o czymś, co obniża cenę... Zabieg dla nas wątpliwy.
No chyba że w sklepie, którego reklama zwróciła naszą uwagę, w sprzedaży są aktualnie wysokie rabaty, czyli grządki kwiatowe. To też teoretycznie jest możliwe i już widzimy oczyma duszy wysokie i wąskie połacie ziemi, w sam raz dopasowane do możliwości ogrodników, którym problemy z kręgosłupem nie pozwalają się schylać, a pasja życiowa, czyli sadzenie kwiatów, nie pozwala żyć spokojnie. Bo czego to ludzie nie wymyślą?
sobota, 7 sierpnia 2010
Praktycznie niepoprawnie
Powszechnie znana jest opozycja „w teorii coś wygląda tak, ale w praktyce robi się to inaczej” lub „...ale z praktyki wynika, że…”. Zdania takie, jak przytoczone wyżej, najlepiej pokazują właściwe (czyt.: poprawne!) w języku polskim znaczenie słów: „praktyka”, „praktycznie”, „praktyczny”. Bo przecież, przypomnijmy, „praktycznie” oznacza: w zgodzie z praktyką, w sposób dostosowany do praktyki, czyli do tego, jak coś naprawdę się robi/dzieje; dla korzyści praktycznych; użytecznie. Na przykład zwrot „uczyć praktycznie” będziemy rozumieć jako: uczyć tak, by wiedza miała zastosowanie w rzeczywistości, w codziennym życiu/ w codziennej pracy zawodowej. Uczy praktycznie ten, dla kogo najważniejszym celem w procesie uczenia nie jest przekazywanie zestawu różnorodnych teorii i abstrakcyjnych tez, gdyż istotniejsza jest funkcjonalność przedstawianych uczniom informacji. Uczyć praktycznie np. języka obcego będzie zatem ktoś, kto nie tyle skupi się na niuansach gramatyki, co na kompetencjach komunikacyjnych uczniów, uczyć praktycznie matematyki będzie ten, kto pokaże jej zastosowania w życiu codziennym itp.
A jednak przysłówek „praktycznie” ostatnio zyskuje zupełnie nową definicję, wbrew swojemu utartemu znaczeniu. Spójrzmy na poniższe przykłady:
„Praktycznie wszystkie podstawowe dokumenty dotyczące Katynia zostały już opublikowane – oświadczył w poniedziałek w wywiadzie dla dziennika Izwiestija dyrektor Instytutu Historii Powszechnej Rosyjskiej Akademii Nauk (RAN), profesor Aleksandr Czubarian” (Wprost 24, 2010).
„Beatyfikacja Jana Pawła II w tym roku praktycznie niemożliwa” (newsweek.pl, 2010).
„Kryształowa Kula jest praktycznie w moich rękach – mówiła Justyna Kowalczyk na gorąco zaraz po zakończeniu zawodów reporterowi TVN 24” (tvn24.pl).
„Premier Donald Tusk oświadczył, że oczkuje jeszcze kilku drobnych wyjaśnień od ministra sprawiedliwości Andrzeja Czumy, ale jego sprawę uważa praktycznie za zamkniętą” („Gazeta Wyborcza”, 2009).
„To będzie praktycznie nowa ulica. Za rekordowe pieniądze klientów!” (strefabiznesu.echodnia.eu).
„Sprzedam renault twingo praktycznie nowy” (autogiełda.money.pl).
„Praktycznie wcale o niej nie myślał” (zasłyszana wypowiedź).
Te cytaty, w większości pochodzące z opiniotwórczych mediów, wskazują, że przyzwyczailiśmy się już do zapożyczonego z języka angielskiego znaczenia słowa „praktycznie”. Dziś bowiem „praktycznie” oznacza już nie tylko „w zgodzie z praktyką”, ale przede wszystkim (!) to, co znaczy wyraz „practically” w języku angielskim. Praktycznie to zatem coraz częściej już: „właściwie”, „faktycznie”, „niemal”, „w rzeczywistości”. I praktycznie (!) niewielu widzi w tym coś niewłaściwego.
Małe słówko „praktycznie”, a dokładniej: jego coraz powszechniejsze nowe znaczenie, pokazuje, jak zwodnicze może być bezmyślne stosowanie reguł jednego języka w innym. Takie działanie, które prowadzi do rozmywania znaczeń, jest wbrew jednej z czterech reguł rządzących językiem, tj. tendencji do wyrazistości i precyzji. Dlatego jest nie do przyjęcia – ani w praktyce, ani w teorii.
A jednak przysłówek „praktycznie” ostatnio zyskuje zupełnie nową definicję, wbrew swojemu utartemu znaczeniu. Spójrzmy na poniższe przykłady:
„Praktycznie wszystkie podstawowe dokumenty dotyczące Katynia zostały już opublikowane – oświadczył w poniedziałek w wywiadzie dla dziennika Izwiestija dyrektor Instytutu Historii Powszechnej Rosyjskiej Akademii Nauk (RAN), profesor Aleksandr Czubarian” (Wprost 24, 2010).
„Beatyfikacja Jana Pawła II w tym roku praktycznie niemożliwa” (newsweek.pl, 2010).
„Kryształowa Kula jest praktycznie w moich rękach – mówiła Justyna Kowalczyk na gorąco zaraz po zakończeniu zawodów reporterowi TVN 24” (tvn24.pl).
„Premier Donald Tusk oświadczył, że oczkuje jeszcze kilku drobnych wyjaśnień od ministra sprawiedliwości Andrzeja Czumy, ale jego sprawę uważa praktycznie za zamkniętą” („Gazeta Wyborcza”, 2009).
„To będzie praktycznie nowa ulica. Za rekordowe pieniądze klientów!” (strefabiznesu.echodnia.eu).
„Sprzedam renault twingo praktycznie nowy” (autogiełda.money.pl).
„Praktycznie wcale o niej nie myślał” (zasłyszana wypowiedź).
Te cytaty, w większości pochodzące z opiniotwórczych mediów, wskazują, że przyzwyczailiśmy się już do zapożyczonego z języka angielskiego znaczenia słowa „praktycznie”. Dziś bowiem „praktycznie” oznacza już nie tylko „w zgodzie z praktyką”, ale przede wszystkim (!) to, co znaczy wyraz „practically” w języku angielskim. Praktycznie to zatem coraz częściej już: „właściwie”, „faktycznie”, „niemal”, „w rzeczywistości”. I praktycznie (!) niewielu widzi w tym coś niewłaściwego.
Małe słówko „praktycznie”, a dokładniej: jego coraz powszechniejsze nowe znaczenie, pokazuje, jak zwodnicze może być bezmyślne stosowanie reguł jednego języka w innym. Takie działanie, które prowadzi do rozmywania znaczeń, jest wbrew jednej z czterech reguł rządzących językiem, tj. tendencji do wyrazistości i precyzji. Dlatego jest nie do przyjęcia – ani w praktyce, ani w teorii.
Subskrybuj:
Posty (Atom)