Pokazywanie postów oznaczonych etykietą błędy językowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą błędy językowe. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 28 kwietnia 2015

Na pomoc!

Praktykujący katolicy z nabożeństwa Godzinki o Niepokalanym Poczęciu NMP czy z modlitwy Aniele Stróżu kojarzą zapewne wyrażenie przyimkowe ku pomocy oznaczające „na pomoc; bycie pomocnym”. I o ile ku pomocy dziś usłyszeć można już niezmiernie rzadko, o tyle podobne mu wyrażenie przy pomocy szerzy się coraz bardziej, powiedziałabym nawet, że się pleni, ponieważ jest jednym z językowych chwastów – konstrukcji nadużywanych i niepotrzebnie usztywniających naszą codzienną komunikację. Ostatnio znaleziony przeze mnie (w portalu Onet.pl) przykład to sensacyjny (i językowo straszny!) tytuł: „Uśmiercił wadliwy komputer przy pomocy pistoletu” (zob. tutaj). A ponieważ czytając go, dostałam gęsiej skórki, postanowiłam w tym blogu rozprawić się wreszcie z błędnymi konstrukcjami.

We współczesnej polszczyźnie mamy kilka wyrażeń przyimkowych z rzeczownikiem pomoc: za pomocą, przy pomocy, z pomocą, na pomoc, do pomocy i po pomoc. Różnią je nie tylko zastosowane w nich przyimki, ale przede wszystkim łączliwość tych związków wyrazowych. Najwięcej problemów sprawiają dwie z powyższych konstrukcji – za pomocą i przy pomocy, obie nadużywane i w dodatku mylone ze sobą (przy czym większą ekspansywnością wykazuje się wyrażenie przy pomocy).

Przypomnę zasady:
1. Jeśli stosujemy rzeczowniki osobowe (określające ludzi), używamy wyrażenia przy pomocy lub z pomocą, np.: Myślałam, że nie zdążę, ale z pomocą kolegów się udało; Mapa została narysowana przy pomocy graczy; Udało mi się uruchomić usługę przy pomocy konsultanta z infolinii; Nigeryjczycy przy pomocy Rosjan wybudują elektrownie atomowe; Z pomocą mamy skończyłam szyć suknię już wczoraj itp.
2. Jeśli stosujemy rzeczowniki nieosobowe (określające przedmioty), używamy tylko wyrażenia za pomocą, np.: Uruchamiamy urządzenie za pomocą przycisku Enter; Zacznij się komunikować za pomocą Skype’a; Autoryzuj przelew za pomocą SMS-a; Badanie przeprowadza się za pomocą rezonansu magnetycznego itp.
3. Użycie wyrażenia za pomocą sprawia, że teksty często stają się sztuczne (zaczynają przypominać raczej styl instrukcji lub urzędowych komunikatów niż zwyczajnych informacji) i niepotrzebnie rozbudowane. Za pomocą bywa takim piątym kołem u wozu w naszej komunikacji, protezą językową, czymś zbytecznym, nadmiarowym. O ileż prościej – i zgrabniej – jest powiedzieć czy napisać: Uruchamiamy urządzenie przyciskiem Enter/używając przycisku Enter; Zacznij się komunikować przez Skype’a; Autoryzuj przelew SMS-em; Uśmiercił (skoro już ma być tak metaforycznie i sensacyjnie) wadliwy komputer pistoletem/używając pistoletu itp. Język odciążony z takiej językowej waty, jak omawiane za pomocą staje się klarowniejszy, a nasz komunikat szybciej trafia do odbiorcy.

Na koniec wypada się zastanowić: czy byłam Państwu pomocna? Mam nadzieję, że z moją pomocą łatwiej i przyjemniej będzie Państwu mówić i pisać po polsku :-).

niedziela, 26 października 2014

W pogoni za modą

Przeglądanie portali czy blogów o modzie (nazywanych przez ich twórców „modowymi” – o tym, czy ten przymiotnik należy uznać za poprawny, napiszę niebawem) może mieć poza innymi i tę zaletę, że dostarcza ciekawego materiału do analiz... językoznawczych. Kto by myślał, że żartuję albo całkowicie sfiksowałam, niech szybko kliknie ten link. Uprzedzam: to odnośnik do artykułu nie najświeższego, nie jest bowiem moim zamierzeniem promowanie w tym poście gorących trendów w modzie, za to jest to link do tekstu doskonale pokazującego stylistyczny problem autorów piszących o tym, co i jak należy nosić. Dodam: piszących po polsku, choć na pierwszy rzut oka nie jest to wcale oczywiste :-).
Proszę przeczytać taki np. akapit, streszczający najważniejsze wytyczne dla pań, które chcą nadążać za modą: „Absolutnym must have będzie kraciasty oversizowy płaszcz, który lansuje Marc Jacobs i Stella McCartney. Saint Laurent z kolei postawił na kratę w wersji grunge’owej, natomiast włoski dom mody Moschino proponuje kraciasty total look! Jest to wersja dla odważnych fashionistek, np. dla trendsetterki Rity Ory”. Chciałoby się powiedzieć „Wow!”, prawda? (Bo przecież czują Państwo, że mówienie „Och!” w tym kontekście jest nie na miejscu, byłoby po prostu passé). Miało przykuć uwagę? Przykuło! Miało postawić do pionu? Postawiło! Miało wywołać wewnętrzną motywację do przeszukania szaf, a przede wszystkim sklepów pod kątem tych wszystkich absolutnie koniecznych do naśladowania trendów? Wywołało!
Dalej w tekście przeczytać jeszcze można o modnych w sezonie printach (bezwzględnie zwierzęce, ewentualnie kropki – taki retro look, dla odmiany). Autorki zastanawiają się np.: „Czy ten print opanuje polskie ulice?”, ale przecież wiadomo już, że jest to pytanie retoryczne, bo kto z czytelników chciałby być demodé, kto ma jeszcze jakiekolwiek wątpliwości, kto wysiedział dotąd przed ekranem komputera/tabletu/smartfona, zamiast oblekać się już, natychmiast!, w najbardziej zwierzęcy z możliwych wzorek – ten w panterkę? Mamy też tajemniczy outfit ikon mody – wspomnienie o nim ma nas utwierdzić w przekonaniu, że warto naśladować najnowsze światowe trendy. W innym miejscu jest jeszcze look (już bez określenia „total”, jaka szkoda!) jako synonim outfitu. Prawda, że modnie?
Tylko – kto przez taki język przebrnie? Może gdyby media traktujące o modzie zamieszczały każdorazowo słowniczek wyrazów modnych, byłoby łatwiej. Jednak tego nie robią, a w poszukiwaniu słów kluczowych dla omawianego artykułu (i temu podobnych tekstów) należy się udać na inne strony, z których np. można się dowiedzieć, że outfit to po prostu wygląd, total look to styl kobiety nienagannie stylowej albo (w innym znaczeniu) jednolity, np. kolorystycznie ubiór (wyjaśnienie tutaj), oversizowy znaczy obszerny, print to wzorek, deseń, zaś must have to przebój, a jednocześnie znak rozpoznawczy każdej śledzącej nowinki w modzie osoby.
Język żyje, to prawda. Język się zmienia, rozwija, asymiluje nowe słowa, pozbywa się tych leciwych i nieużywanych. Podlega modom i rozmaitym trendom. To wszystko jednak nie znaczy przecież, że mamy zacząć mówić i pisać w jakiejś bełkotliwej mieszance, w jakimś polanglo, ani ładnym, ani zrozumiałym.
PS Jako ciekawostkę polecam wszystkim taką oto grafikę mojej ulubionej artystki Marty Frej :-).

poniedziałek, 6 maja 2013

Bo tu jest Brodłej

Tym razem skrótowo i fotograficznie - te zdjęcia to efekt majówkowego wypadu za miasto. I choć cel wypadu był krajoznawczo-rekreacyjny (zamek Lipowiec, Dolina Mnikowska i okolice), to podziwianie krajobrazów i architektury nie przeszkodziło w zebraniu materiału do analiz językoznawczych.


Przydrożna reklama w miejscowości Brodła, czyli Broadway po polsku


Aż kłuje w oczy! Reklama w miejscowości Babice

sobota, 22 grudnia 2012

Kogo to obchodzi?

Profesor Józef Muczkowski w wydanej w 1849 r. „Gramatyce języka polskiego tak pisał o różnicy między zaimkami kogo? i czyj? czyja? czyje?: używając wyrazu kogo? „[...] wzgląd działania, czyli słowa [chodzi o czasownik – przyp. red.] do osoby lub rzeczy wskazujemy”, natomiast w przypadku zaimka czyj? czyja? czyje? „[...] wzgląd rzeczy do rzeczy wskazujemy”. W ten prosty sposób (o tym, że jest to naprawdę proste, zaraz się Państwo przekonają) wyłożył zasadę, która współcześnie nader często jest łamana. Słyszymy bowiem błędne językowo pytania: „Kogo to jest?”, „Kogo to dziecko?”, „Kogo to wina?”, zamiast poprawnych: „Czyje to jest?”, „Czyja to wina?” itp. Zatem zaimek „czyj? czyja? czyje?” jest coraz częściej wypierany przez „kogo” w zdaniach, w których pytamy o to, do kogo coś/ktoś należy.

Tymczasem, jak wskazywał prof. Muczkowski, każde z omawianych tu słów ma inną funkcję. Najprościej rzecz ujmując: „kogo?” jest pytaniem o obiekt (przedmiot) danej czynności (zatem o dopełnienie w zdaniu): „Kogo to interesuje? (Mnie to interesuje)”, „Kogo czeka ten los? (Wszystkich nas czeka ten los)”, „Kogo dziś nie ma? (Brakuje Jarka)” itp., zatem o tę część zdania, która bezpośrednio zależy od orzeczenia (czyli od czasownika – w dawnej polszczyźnie nazywanego „słowem”). Z kolei „czyj? czyja? czyje?” jest pytaniem o przydawkę, czyli tę część zdania, która jest określeniem rzeczownika: „Czyja to kurtka? (Kurtka Ani)”, „Czyj to kolega? (Mój kolega)” itp.
Zapamiętajmy: jeśli odpowiedzią na pytanie ma być informacja o właścicielu (posiadaczu) jakiejś rzeczy czy o przynależności jakiejś osoby do kogoś innego, poprawne będzie tylko użycie zaimka pytajno-dzierżawczego „czyj? czyja? czyje?”. Użycie „kogo” w takiej sytuacji to błąd językowy.

I na koniec ciekawostka. Szukając przykładów błędnego użycia zaimka „kogo”, trafiliśmy m.in. na artykuł dziennikarski, którego tytuł brzmiał „Budowa orlików: kogo wina, czyj sukces?” (zob. tutaj). Nie wiemy, czy autor tego nagłówka chciał za wszelką cenę uniknąć powtórzenia, czy – wobec powszechności błędów z użyciem „kogo” zamiast „czyj” – uznał, że oba zaimki to synonimy, które można stosować wymiennie, czy może nie był pewny, które słowo jest właściwe i na wszelki wypadek użył raz jednego, a za drugim razem drugiego. Wiemy jedno: ten tytuł to ostrzeżenie, że błąd polegający na zamianie „czyj? czyja? czyje?” na „kogo?” niestety dawno już wyszedł poza szkolne mury podstawówek. Mamy tylko nadzieję, że na pytanie „Czyja to sprawa?”, nie odpowiemy sobie: „Językoznawców” :-).

czwartek, 22 listopada 2012

Już była w ogródku...*

Nasza redakcyjna koleżanka opowiedziała nam taką oto historię: jako polonistka z wykształcenia, z zawodu redaktor językowy, a z zamiłowania misjonarz starannej i pięknej polszczyzny, od zawsze bardzo dba o to, by jej dziecko mówiło poprawnie. Przez pewien (długi) czas z dumą słuchała, jak kilkulatek wyraźnie wymawia „wziąć” (z mocnym akcentem na ostatnią głoskę) zamiast „wziąść”, jak tłumaczy dziadkom, że buty się zakłada albo wkłada, a nie ubiera, jak ładnie opowiada np.: „I wtedy poszedłem...”. I co z tego, skoro niepoprawność zaatakowała z zupełnie przez nią nieprzewidzianej strony, a dokładniej: z przedszkolnego ogródka. „Wiesz, mamo, dzisiaj na ogródku bawiliśmy się....”. „Przepraszam, gdzie?”. „No, na ogródku. Bo jak jest ładna pogoda, chodzimy na ogródek, wiesz. I właśnie jak się bawiliśmy na ogródku, to Kuba...”.
Od jakiegoś więc czasu po to, by jeszcze raz powtórzyć dziecku zasadę, nasza koleżanka prowokuje sama takie rodzinne dialogi: „Idziemy na spacer, na pole – a gdybyś miał kolegę np. z Warszawy, to on by powiedział, że idzie na dwór – albo na podwórko, na zewnątrz, na powietrze, ale do ogródka. I jesteś na spacerze, na podwórku, na polu, ale w ogródku”. I tak do znudzenia. A morał, jaki z tej historii płynie, jak podsumowała, jest taki: na rodzicielską dumę z pedagogicznego sukcesu żaden moment nie jest właściwy. Bo kiedy myślisz, że już jesteś w ogródku, nieoczekiwanie spotykasz nowy problem, przeniesiony z innego podwórka – albo co gorsza: wprost z ogródka właśnie.

Problem z łączliwością przyimków „na” i „w” to jedna z trudniejszych do ścisłego zdefiniowania kwestii językowych (poświęcaliśmy temu zagadnieniu już uwagę na naszym blogu – zob. tutaj i tutaj), dlatego w razie wątpliwości nie można słuchać intuicji (błąd „na ogródek”, który oczywiście nie był językowym tworem własnym dziecka, ale został przyniesiony z przedszkola – „bo wszyscy tak mówią” – powstał jako analogia do poprawnych wyrażeń „na pole/na dwór/na podwórko/na zewnątrz...”). W takich sytuacjach trzeba poszukać rozwiązania w słownikach poprawnej polszczyzny. A tam hasło „ogród” (wraz z wyraźnym wskazaniem na formę „na ogrodzie” jako błędną) jest wymienione (zob. np. „Słownik poprawnej polszczyzny PWN”, Warszawa 2006, s. 495).

*Parafraza początku wiersza Adama Mickiewicza (cały tekst tutaj).

czwartek, 22 września 2011

Kto wyprowadzi z błędu?

Kiedyś już pisaliśmy o problemach z biletami i o tym, że – w opinii autorów niektórych tekstów – należy ich dobrze pilnować, by nam nie uciekły z kieszeni i nie pozbawiły nas tym samym prawa do pobytu w lokalu/na imprezie biletowanej (więcej tutaj). Teraz wypada nam się zająć problemem innym, choć też z biletami związanym. A sprawiło to ogłoszenie, jakie przeczytaliśmy o poranku na jednym z krakowskich kiosków: „Nie prowadzę biletów MPK!”. (Wrażliwym czytelnikom naszego bloga oszczędzamy wersalików, jakimi „krzyczało” to ogłoszenie, odstraszając największych śmiałków, którzy poważyliby się zapytać, czy w kiosku tym są bilety).
Biedne te bilety, pomyśleliśmy, siedzą w zamknięciu, bo dumna kioskarka nie zniży się do tego, by je (wy)prowadzić, choćby na mały spacerek, taki wokół kioskowej budki na przykład, taki, który kawałek świata pozwoliłby im poznać. Prędzej rozsypią się w biały pył (no dobrze, miejscami szarawo-zielony), niż rożek swej papierowej istoty wychylą. Tkwić będą w ciasnym kiosku, zakrzyczane przez kioskarkę, która ich prowadzić nie chce – i już!
Chyba się Państwo domyślają, że lżej by nam było, gdyby kiosk krzyknął na nas ogłoszeniem: „Nie sprzedaję biletów MPK!”. A tak: żałość nas dopadła, znienacka, podstępnie, bo w mglisty poranek, pogłębiając tylko naszą chandrę. Wszak jesień, jesień tuż tuż...

poniedziałek, 11 października 2010

Język: gra w refleks

Sytuacja z kursu jazdy (zajęcia teoretyczne).
Instruktor: - Co powinien teraz zrobić pojazd 1?
Kursantka 1: - Cofnąć się.
Instruktor: - Dobrze, ale gdzie?
Kursantka 1: - ...?
Po kilku chwilach niepokojącej i pełnej napięcia ciszy szept podpowiedzi z sali: - Do tyłu...
Instruktor (uradowany): - Tak, tak, właśnie, musi cofnąć się do tyłu!
Kursantka 1: - ???
Opisane powyżej zdarzenie, z gatunku autentycznych, doskonale pokazuje, jak dynamicznie zmienia się język. Przyzwyczailiśmy się już bowiem - a "my" oznacza tutaj grupę dumnych z siebie użytkowników języka wyczulonych na jego poprawność (mamy nadzieję, że autoironia jest czytelna :-) ) - do zwrotów w rodzaju: "kontynuować dalej", "podskoczyć w górę", "cofnąć się do tyłu" itp., czyli do tautologii. Przyzwyczailiśmy się, bo znamy dobrze teorie mówiące, że język rozwija się w rytm czterech tendencji - jedną z nich jest tendencja do precyzji. Zatem: ktoś mówiący "cofnąć się do tyłu" czuje, że bardzo dokładnie określił kierunek ruchu, bez owego "do tyłu" samo "cofnąć się" jest gorsze, bo jakby niepełne.
Czymś innym jest jednak tendencja do precyzji w języku, czymś innym doprecyzowujące tautologie, a czymś zupełnie innym przytoczone pytanie postawione przez instruktora ze szkoły jazdy. A precyzyjniej - nomen omen - pytanie to doskonale obrazuje konsekwencje utrwalanych błędów. Pytanie to bowiem pokazuje, jak bardzo szybko - np. w ślad za dążeniem do precyzji w języku - następuje zmiana znaczenia słów. Dziś już "cofnąć się" nie różni się wiele od czasownika "pojechać/pójść/skierować się", zaczyna być synonimem tych słów. Nie dość bowiem, że powszechnie używamy łącznie konstrukcji tautologicznej "cofnąć się do tyłu", to jeszcze (a raczej: już) owo "cofnąć się", użyte samo, zaczyna funkcjonować jako czasownik ogólny, w który nie jest wpisany ściśle określony kierunek ruchu, więc ten kierunek trzeba każdorazowo ukonkretnić (co z tego, że każdorazowo wypada dodać "do tyłu"? Może za chwilę to już nie będzie jednak takie oczywiste...).
Język rozwija się - taka jego nieustająca uroda. Purystom językowym pozostaje pozostać w tyle za tymi z użytkowników języka, którzy mówią (rozumują) jak większość i w lot chwytają najbardziej podchwytliwe językowo pytania.
A jak językowy refleks wpływa na refleks na drodze? Pozostaje nam mieć nadzieję, że jeden i drugi nie mają ze sobą wiele wspólnego... ;-)

wtorek, 21 września 2010

Nowa jakość: humor z gazety

Po lekturze piątkowego (z 10 września 2010 r.) magazynu gazety, która powstaje w – z dumą głoszonej – współpracy z dziennikiem „The Times”, pozostało nam niejasne wrażenie. Albo prima aprilis został w tym roku przeniesiony z kwietnia na wrzesień, albo – u schyłku prasy przegrywającej w starciu z internetem – redaktorzy chwytają się najróżniejszych desek ratunku, w tym np. fundują czytelnikom papierowych wydań humor rodem z zeszytów szkolnych, albo gazety już tak cienko przędą, że ich wydawców nie stać na etat dla redaktora językowego czy choćby korektora. To prawda: papier wszystko przyjmie, a czytelnik dzienników nastawia się przede wszystkim na informację, a nie na jakieś niuanse językowe. A jednak nad tym (i nad wielu jemu podobnymi) wydaniem dziennika „Polska. Gazeta Krakowska” my przejść obojętnie nie umiemy. Tym bardziej że często właśnie językowe niuanse (delikatnie rzecz ujmując! – zob. poniżej) decydują o wartości informacji, co – choć może się wydawać truizmem – warto podkreślić.
Bo zastanówmy się nad sensem takich choćby stwierdzeń:
„Wybierając się z nami na sobotnio-niedzielną wycieczkę mamy okazję poznać najbliższe okolice Krakowa” – czy autor tego zdania nie wykazuje się schizofrenią, chcąc nam powiedzieć ni mniej ni więcej: my mamy okazję poznać okolice Krakowa i to my jednocześnie zachęcamy nas samych, byśmy my się z nami wybrali?!

„Pieniądze pochodziły ze sprzedaży przez fundację jednej z najbardziej znanych w Krakowie firm lokalu użytkowego o powierzchni 250 metrów” – konia z rzędem temu, kto szybko i ze zrozumieniem przebrnie przez to zdanie; większość czytelników po pierwszej lekturze zrozumie, że fundacja sprzedała jakąś firmę.

„Gmach miał mieć charakter monumentalny i jednocześnie iść z duchem czasu przejawiającym się pełnym oświetleniem elektrycznym, które było jeszcze w Krakowie nowością” – no, to dzięki autorowi tego tekstu już wiemy, jak poznać ducha czasu (a raczej: po czym go poznać – po oświetleniu elektrycznym!).

„Wybraną nagrodę może zdobyć Czytelnik, który dzisiaj w godz. 10-14 przyśle SMS pod nr 7238 z wybranym numerem nagrody i dokończy zdanie [...] Nagrodzimy autorów najciekawszych odpowiedzi” – z pierwszego zdania wynika, że nagroda jest przeznaczona dla jednego jedynego czytelnika, który – jako pierwszy? – prześle SMS-a; potem jednak się okazuje (uff!), że nagrodzonych będzie wiele osób.

„Taka przerażająca wizja jeszcze miesiąc temu wydawała się opowieścią z serii science fiction” – nie, wbrew pozorom nie chodzi o żadną serię (serial) science fiction, autorka chciała podkreślić, że przytoczony przez nią scenariusz mógłby należeć do gatunku science fiction i tylko... pomyliły jej się słowa.

Zdań takich jak przytoczone wyżej jest znacznie więcej. Mamy bowiem np. wyrok „który dotąd nie przedostał się do wiadomości opinii publicznej (autor nieudolnie przekształcił utarty zwrot „podać coś do publicznej wiadomości”), mamy metafory w rodzaju „zakompleksiony kawał mięsa” (chodzi o kotlet schabowy), mamy informację o tym, że „kierowca ciężarowego samochodu potrącił kilkoro osób” (liczebniki zbiorowe to rzeczywiście nieco wyższa szkoła jazdy jeśli chodzi o umiejętności językowe, autorowi tego tekstu pozostaje zapamiętać tylko, że rzeczownika „osoba” nigdy nie łączymy z liczebnikami zbiorowymi) czy – jakże urocze – stwierdzenie „Ważne dla nich jest, że łatwo tu dojechać, co jest bardzo dogodne”. Z magazynu dowiadujemy się też, że góralszczyzna jest pełna ciepła („Opowieść o gęsiareczce Kasi, której gąski porwał wilk, a ukryła podstępna Czarownica, osadzona została w klimacie pełnej ciepła, autentycznej góralszczyzny”) oraz wyczytać możemy jakże tajemniczą wskazówkę dla zodiakalnych baranów: „Przysłuchuj się rozmowom domowników, ale nie przemawiaj do nich, wygłaszając autorytatywnym tonem swoje opinie, a co cię bardzo ucieszy”.
Gazetę przeczytaliśmy od deski do deski (a jakże!), a potem raz jeszcze – z czerwonym długopisem w ręku. Przecinki, literówki, błędy językowe różnego rodzaju i różnego kalibru... – redakcja zajęła nam trochę czasu, ale było warto! Język przestał przeszkadzać dziennikarskim doniesieniom, teksty przestały być łamigłówkami i dało się je bez wysiłku zrozumieć. Może tylko gazeta już tak nie śmieszy...

czwartek, 9 września 2010

Język lotny

Niedawno dzięki czytelniczce portalu gazeta.pl wypłynęła sprawa polszczyzny (?) stosowanej przez irlandzkie linie lotnicze Ryanair. Komentowany tekst ogłoszenia o strajku generalnym we Francji (czytaj tutaj) i o wynikających z niego opóźnieniach lotu raczył pasażerów m.in. takimi stwierdzeniami: „Pasażerowie mogą monitorować status lotów dzisiaj klikając na lotach", „Pasażerowie, którzy zostały zarezerwowane do podróży na jednym z poniżej odwołanych lotów może przenieść na następny lot dostępne bezpłatnie lub złożyć wniosek o refundację na niewykorzystane lotu (-ów) w kasie portu lotniczego, online, klikając na jeden z poniższych linków lub dzwoniąc do naszego centrum rezerwacji" czy „Jeżeli Państwa rezerwacji lotu powrotnego zawartych, które nie zostały przerwane i już odprawy na lot, że nie będzie w stanie przenieść lot powrotny na inny termin". Chciałoby się rzec: polszczyzna linii Ryanair, jaka jest, każdy widzi...
Postanowiliśmy głębiej spenetrować stronę www omawianego przewoźnika i znaleźliśmy inne kwiatki. Choćby taki tekst, zachęcający (w zamiarze jego autorów) do odwiedzenia Rzymu: „Jest stolicą Włoch i największym włoskim miastem. Rzym gromadzi w sobie piękno miasta, religii i historii, a także nowoczesności, dlatego jest doskonalym miejscem do odwiedzenia i wiele miejsc do zobaczenia Coloseum, Fontanna di Trevi, Forum Romanum i wiele innych wspaniałych miejsc. Ogromna ilość restauracji i barów z doskonałą kuchnią włoską, która jest znana na całym świecie. Rezerwuj już teraz i odwiedź to niewierygodne miasto".
Cóż, liniom lotniczym Ryanair pozostaje życzyć nie tylko wysokich lotów i powodzenia we mgle, że zacytujemy piosenkę, ale przede wszystkim kompetentnego redaktora strony WWW, który uczyni język stosowany w tekstach przewoźnika przynajmniej strawnym, jeśli nie uda się lotnym...