Forowicz, który przeczytał w „Newsweeku” artykuł pt. „Tusk przekazał premier Chorwacji projekt Traktatu Akcesyjnego” (tekst dostępny tutaj), pisze: „Dziesięć razy przeczytałem powyższe zdanie i nic. (...) Dopiero z dalszej części tekstu dowiedziałem się, że chodzi o niewiastę. Skoro ta niewiasta jest godna piastować takie odpowiedzialne stanowisko, to dlaczego nie można opisać jej stanowiska właściwym rodzajem gramatycznym? (...)” i proponuje tak zmienić wadliwy według niego tytuł: „Tusk przekazał premierowej Chorwacji projekt Traktatu Akcesyjnego”.
Otóż proponowana przez forowicza zmiana byłaby myląca. Przyrostek -owa (podobnie jak przyrostek -ina), dodawany do męskich nazw stanowisk, funkcji, zawodów itp. tradycyjnie tworzy nazwy odmężowskie. Zatem „premierowa” oznaczać będzie „żonę premiera”, tak jak np. słowo „prezydentowa” powszechnie będzie rozumiane jako „żona prezydenta”, „profesorowa” – „żona profesora”, „doktorowa” – „żona doktora”, „sędzina” (uwaga!) – „żona sędziego” itp.
Kiedyś już pisaliśmy o tym, że polszczyzna ma problem z żeńskimi nazwami stanowisk, funkcji, profesji itp. (więcej tutaj). Dążenie do feminizacji języka, coraz wyraźniejsze nie tylko w kręgach feministek, jest na pewno zjawiskiem pozytywnym i, jak mamy nadzieję, przyniesie trwałe zmiany, poszerzając zasób słownikowy języka polskiego. Pracując nad „ukobieceniem” polszczyzny, nie możemy jednak zapominać o tradycyjnym znaczeniu słów i przyrostków słowotwórczych. Nietrudno bowiem sobie wyobrazić, jak urażona mogłaby się poczuć niejedna pani profesor, pani sędzia, pani prezes czy pani premier, jeśli sprowadzilibyśmy ją do roli żony swojego męża, odbierając jej tym samym prawo do tytułu wieńczącego niejednokrotnie trudną ścieżkę kariery zawodowej.
Na razie polszczyzna (przynajmniej w swej ogólnej odmianie) nie akceptuje przyrostka -ka jako uniwersalnego przy tworzeniu nazw własnych. Zatem „premierka”, podobnie jak np. „prezydentka”, „prezeska” czy „profesorka” w ogólnopolskiej odmianie, w sytuacjach oficjalnych czy służbowych nie mają jeszcze racji bytu. Zostaje nam „pani premier”, „pani prezes”, „pani prezydent”, „pani profesor” etc. Na razie.
niedziela, 18 września 2011
sobota, 17 września 2011
Jak przyrządzić poprawny e-mail? – poradnik
Na szkoleniu pt. „Kultura języka” tłumaczyliśmy ostatnio zasady grzeczności językowej w korespondencji i sporo uwagi poświęciliśmy e-mailom. Kiedy wyjaśnialiśmy, dlaczego formuła „Witam!”, coraz częściej spotykana dziś w e-mailach, nie należy do najlepszych z punktu widzenia językowego savoir-vivre’u, ktoś z sali zaprotestował. Usłyszeliśmy: „Dziś już nikt nie odczuwa tej formuły jako protekcjonalnej, to chyba kolejny wymysł językoznawców, którzy chcą nam utrudnić życie”. Ponieważ z takim protestem spotkaliśmy się nie po raz pierwszy i znów skutecznie udało nam się przekonać słuchaczy, że lepiej jest unikać słowa „Witam!”, pomyśleliśmy, że warto uporządkować kwestie związane z tworzeniem e-maili. Oto przydatny, jak mamy nadzieję, przepis na poprawnie przygotowany list elektroniczny:
1. „Witam!” jako formuła powitalna, otwierająca e-mail: w korespondencji oficjalnej radzimy jej nie używać, gdyż przez odbiorcę listu może zostać odczytana jako protekcjonalna. Wita bowiem ktoś, kto czuje się gospodarzem, kto jest wyższy rangą/starszy/ważniejszy niż osoba witana – ta treść jest wciąż dla wielu użytkowników języka polskiego mocno wyczuwalna w słowie „Witam!”, a przez to formuła ta uznawana jest za niegrzeczną. Z tego powodu nie warto ryzykować takiego początku e-maila, zwłaszcza w korespondencji służbowej, kiedy nie znamy odbiorcy naszego listu albo – gdy zwracamy się do niego z prośbą czy propozycją i to od decyzji adresata zależy efekt naszych starań. Dobrym otwarciem e-maila w takim przypadku będzie uniwersalne „Dzień dobry” lub „Szanowna Pani/ Szanowny Panie/ Szanowni Państwo”. Te powitania na pewno nikogo nie urażą, a w służbowym e-mailu ich oficjalny ton nie zostanie odczytany jako nieodpowiedni, bo nadmiernie grzeczny. Zasada, która dobrze pasuje także do korespondencji e-mailowej, brzmi bowiem: lepszy jest nadmiar grzeczności niż urażenie adresata.
2. Formuła na zakończenie e-maila powinna być dostosowana w tonie do formuły powitalnej. Zatem w bardzo oficjalnym liście wypada zakończyć wyrażeniem „Z poważaniem” i zamieścić poniżej swój podpis (koniecznie pełnym imieniem i nazwiskiem). Odradzamy bardziej staroświeckie formy w stylu „Z wyrazami szacunku”, które w korespondencji elektronicznej nazbyt już będą trącić myszką. W e-mailu, który rozpoczęliśmy słowami „Dzień dobry” i który ma mniej formalny charakter, możemy użyć słów „Pozdrawiam” (bardziej poufałe) czy „Z pozdrowieniami” (ta formuła, przez podobieństwo konstrukcyjne do wyrażenia „Z poważaniem” wydaje się dość neutralna) – radzimy jednak, by zawsze w takim przypadku chwilę zastanowić się, kto będzie odbiorcą naszego listu i w jakiej relacji z nim pozostajemy.
3. Interpunkcja – powitanie: zasadą stosowaną przez wiele lat w korespondencji tradycyjnej tworzonej w języku polskim było zamykanie formuły powitalnej wykrzyknikiem (np. „Szanowna Pani!”) i zaczynanie pierwszego zdania listu wielką literą. Wpływ języka angielskiego przyniósł tu pewne zamieszanie – po formule powitalnej zaczęto stawiać przecinek (jako bardziej neutralny znak interpunkcyjny) i pojawił się problem ortograficzny: jak zaczynać pierwsze zdanie listu – wielką czy małą literą. Nie pora tu, by analizować wszystkie „za” i „przeciw”, dlatego radzimy: w listach elektronicznych, które rządzą się nieco innymi prawami (choćby ze względu na reguły edycji e-maili) nie ma przeszkód, by po formule powitalnej stawiać przecinek i pierwsze zdanie listu zaczynać małą literą. Zatem piszmy np.: „Szanowna Pani,/ zwracam się z uprzejmą prośbą...”; „Szanowni Państwo,/ chciałbym zgłosić swoją kandydaturę na stanowisko...” itp.
4. Interpunkcja – pożegnanie: zapewne dla wielu osób będzie to zaskoczeniem, ale zasady interpunkcyjne, jakie obowiązują przy kończeniu listu, mówią wyraźnie – po formule pożegnalnej, a przed podpisem nie stawiamy przecinka, podpis nadawcy listu zamieszczamy w następnej linijce, bez kropki. Zatem powinniśmy pisać np.: „Z poważaniem/ Jan Kowalski”; „Z pozdrowieniami/ Anna Kozioł”; „Pozdrawiam/ Andrzej Trąbka” itp.
Tym, którzy chcieliby wiedzieć więcej na temat poprawności językowej i grzeczności w korespondencji, polecamy m.in. książkę M. Marcjanik „Mówimy uprzejmie”. A my do tematu jeszcze zapewne nie raz wrócimy.
1. „Witam!” jako formuła powitalna, otwierająca e-mail: w korespondencji oficjalnej radzimy jej nie używać, gdyż przez odbiorcę listu może zostać odczytana jako protekcjonalna. Wita bowiem ktoś, kto czuje się gospodarzem, kto jest wyższy rangą/starszy/ważniejszy niż osoba witana – ta treść jest wciąż dla wielu użytkowników języka polskiego mocno wyczuwalna w słowie „Witam!”, a przez to formuła ta uznawana jest za niegrzeczną. Z tego powodu nie warto ryzykować takiego początku e-maila, zwłaszcza w korespondencji służbowej, kiedy nie znamy odbiorcy naszego listu albo – gdy zwracamy się do niego z prośbą czy propozycją i to od decyzji adresata zależy efekt naszych starań. Dobrym otwarciem e-maila w takim przypadku będzie uniwersalne „Dzień dobry” lub „Szanowna Pani/ Szanowny Panie/ Szanowni Państwo”. Te powitania na pewno nikogo nie urażą, a w służbowym e-mailu ich oficjalny ton nie zostanie odczytany jako nieodpowiedni, bo nadmiernie grzeczny. Zasada, która dobrze pasuje także do korespondencji e-mailowej, brzmi bowiem: lepszy jest nadmiar grzeczności niż urażenie adresata.
2. Formuła na zakończenie e-maila powinna być dostosowana w tonie do formuły powitalnej. Zatem w bardzo oficjalnym liście wypada zakończyć wyrażeniem „Z poważaniem” i zamieścić poniżej swój podpis (koniecznie pełnym imieniem i nazwiskiem). Odradzamy bardziej staroświeckie formy w stylu „Z wyrazami szacunku”, które w korespondencji elektronicznej nazbyt już będą trącić myszką. W e-mailu, który rozpoczęliśmy słowami „Dzień dobry” i który ma mniej formalny charakter, możemy użyć słów „Pozdrawiam” (bardziej poufałe) czy „Z pozdrowieniami” (ta formuła, przez podobieństwo konstrukcyjne do wyrażenia „Z poważaniem” wydaje się dość neutralna) – radzimy jednak, by zawsze w takim przypadku chwilę zastanowić się, kto będzie odbiorcą naszego listu i w jakiej relacji z nim pozostajemy.
3. Interpunkcja – powitanie: zasadą stosowaną przez wiele lat w korespondencji tradycyjnej tworzonej w języku polskim było zamykanie formuły powitalnej wykrzyknikiem (np. „Szanowna Pani!”) i zaczynanie pierwszego zdania listu wielką literą. Wpływ języka angielskiego przyniósł tu pewne zamieszanie – po formule powitalnej zaczęto stawiać przecinek (jako bardziej neutralny znak interpunkcyjny) i pojawił się problem ortograficzny: jak zaczynać pierwsze zdanie listu – wielką czy małą literą. Nie pora tu, by analizować wszystkie „za” i „przeciw”, dlatego radzimy: w listach elektronicznych, które rządzą się nieco innymi prawami (choćby ze względu na reguły edycji e-maili) nie ma przeszkód, by po formule powitalnej stawiać przecinek i pierwsze zdanie listu zaczynać małą literą. Zatem piszmy np.: „Szanowna Pani,/ zwracam się z uprzejmą prośbą...”; „Szanowni Państwo,/ chciałbym zgłosić swoją kandydaturę na stanowisko...” itp.
4. Interpunkcja – pożegnanie: zapewne dla wielu osób będzie to zaskoczeniem, ale zasady interpunkcyjne, jakie obowiązują przy kończeniu listu, mówią wyraźnie – po formule pożegnalnej, a przed podpisem nie stawiamy przecinka, podpis nadawcy listu zamieszczamy w następnej linijce, bez kropki. Zatem powinniśmy pisać np.: „Z poważaniem/ Jan Kowalski”; „Z pozdrowieniami/ Anna Kozioł”; „Pozdrawiam/ Andrzej Trąbka” itp.
Tym, którzy chcieliby wiedzieć więcej na temat poprawności językowej i grzeczności w korespondencji, polecamy m.in. książkę M. Marcjanik „Mówimy uprzejmie”. A my do tematu jeszcze zapewne nie raz wrócimy.
piątek, 16 września 2011
Przecinek zgubiony w biegu
Dziś biegać jest nie tylko zdrowo, ale i modnie – społeczny trend wykorzystują więc rozmaite firmy, instytucje (niekoniecznie z branży sportowej), a nawet politycy i urzędnicy, biegiem promujący np. miasta czy wydarzenia. Tak jest np. w przypadku cyklicznej (organizowana od 2009 roku) imprezy biegowej pt. „Biegnij Warszawo” – jeśli wierzyć jej organizatorom: największego tego typu biegu w Polsce (więcej tutaj).
Nie mamy nic przeciwko bieganiu, ale nie podoba nam się błąd w nazwie imprezy „Biegnij Warszawo”. Organizatorzy tej akcji, chyba w biegu właśnie, zapomnieli o przecinku, który powinien oddzielać wołacz od poprzedzającego go czasownika. W „Słowniku ortograficznym PWN” (więcej tutaj) czytamy przecież: „Wyrazy i wyrażenia niebędące częściami zdania (tzw. wyrazy poza zdaniem) zawsze wydzielamy przecinkami. Są nimi (...) [m.in.] wyrazy w wołaczu”. I to, dodajmy, niezależnie od szyku wyrazów w zdaniu (wołacz może zaczynać zdanie bądź je kończyć, może też zostać użyty w środku zdania – zawsze należy go oddzielić od reszty wyrazów, np.: „Biegnij, Warszawo”, „Warszawo, biegnij”, „Biegnij, Warszawo, byle szybko”). Owszem, zasada ta nie obowiązuje, jeśli po czasowniku użytym w trybie rozkazującym stoi wykrzyknik (wtedy byłoby np. „Biegnij! Warszawo!”) albo (przy zmianie szyku wyrazów) wykrzyknik postawiono po wyrazie użytym w wołaczu (np. „Panie Kaziu! Niech pan się zatrzyma!” – by uciec już od nazwy imprezy).
„Biegnij Warszawo” w tym roku odbywać się będzie po raz trzeci. Nazwa biegu utrwaliła się w społecznej świadomości do tego stopnia, że kwestia, czy jest błędna, czy nie, zaczyna budzić wątpliwości (polecamy odpowiedni post w portalu GoldenLine). A przecież zawiera błąd oczywisty, taki, do wykazania którego nie trzeba prowadzenia żmudnych studiów czy zamawiania opinii specjalistów. Dlatego, organizatorzy wydarzenia, lepiej zatrzymajcie się w biegu, zamiast narażać się na krytykę, choćby to miała być „tylko” krytyka językoznawcza.
Nie mamy nic przeciwko bieganiu, ale nie podoba nam się błąd w nazwie imprezy „Biegnij Warszawo”. Organizatorzy tej akcji, chyba w biegu właśnie, zapomnieli o przecinku, który powinien oddzielać wołacz od poprzedzającego go czasownika. W „Słowniku ortograficznym PWN” (więcej tutaj) czytamy przecież: „Wyrazy i wyrażenia niebędące częściami zdania (tzw. wyrazy poza zdaniem) zawsze wydzielamy przecinkami. Są nimi (...) [m.in.] wyrazy w wołaczu”. I to, dodajmy, niezależnie od szyku wyrazów w zdaniu (wołacz może zaczynać zdanie bądź je kończyć, może też zostać użyty w środku zdania – zawsze należy go oddzielić od reszty wyrazów, np.: „Biegnij, Warszawo”, „Warszawo, biegnij”, „Biegnij, Warszawo, byle szybko”). Owszem, zasada ta nie obowiązuje, jeśli po czasowniku użytym w trybie rozkazującym stoi wykrzyknik (wtedy byłoby np. „Biegnij! Warszawo!”) albo (przy zmianie szyku wyrazów) wykrzyknik postawiono po wyrazie użytym w wołaczu (np. „Panie Kaziu! Niech pan się zatrzyma!” – by uciec już od nazwy imprezy).
„Biegnij Warszawo” w tym roku odbywać się będzie po raz trzeci. Nazwa biegu utrwaliła się w społecznej świadomości do tego stopnia, że kwestia, czy jest błędna, czy nie, zaczyna budzić wątpliwości (polecamy odpowiedni post w portalu GoldenLine). A przecież zawiera błąd oczywisty, taki, do wykazania którego nie trzeba prowadzenia żmudnych studiów czy zamawiania opinii specjalistów. Dlatego, organizatorzy wydarzenia, lepiej zatrzymajcie się w biegu, zamiast narażać się na krytykę, choćby to miała być „tylko” krytyka językoznawcza.
poniedziałek, 29 sierpnia 2011
Jeden i pół (rodzaju gramatycznego)
Twórcy polskiej strony WWW gry „Minecraft” chwalą się, że odnieśli sukces w sprzedaży. Z tej okazji popełnili tekst pt. „Półtorej miesiąca – pół miliona sprzedanych!”. I choć gratulujemy marketingowcom „Minecrafta” tak doskonałych wyników, to nie możemy nie zauważyć, że ich euforia jest na bakier z poprawnością językową.
Od razu zaznaczmy, że „półtorej miesiąca”, „półtorej tygodnia”, „półtorej roku” itp. to błędy coraz bardziej powszechne i zwykle wcale nie stowarzyszone z zachwytem, który mógłby choć po części usprawiedliwiać taką pomyłkę. „Półtorej” (bo już nie wypierane zewsząd „półtora”) w świadomości językowej sporej części mówiących i piszących po polsku to wyraz, który ma jednakową postać, niezależnie od tego, z jakim rzeczownikiem jest używany. Być może rację ma Maciej Malinowski, autor felietonów językowych z tygodnika „Angora” (więcej tutaj), który wskazuje, że mechanizm tego błędu może wiązać się z analogią do zaimka „która” (w dopełniaczu: „której”). Jeśli tak by rzeczywiście było, to „półtora” odczuwane jako słowo rodzaju żeńskiego w postaci mianownikowej, zyskuje, w mniemaniu sporej grupy użytkowników polszczyzny – dla doprecyzowania cząstkowości zawartej w znaczeniu tego wyrazu – postać niby-dopełniacza „półtorej”. (Dopełniacza, czyli tego przypadka, który występuje w konstrukcjach składniowych podkreślających część jakiejś całości; dodajmy jednak: część nieskonkretyzowaną bliżej, jak np. w zdaniach „Daj mi chleba” czy „Napił się mleka”, więc w przypadku „półtora” konstrukcji zupełnie nieuzasadnionej). Nie mamy pewności, czy taki jest właśnie tok myślenia mówiących i piszących o „półtorej metra”, „półtorej zadania” czy „półtorej kilograma” itp. Wiemy natomiast, że jest to tok rozumowania błędny.
Przypomnijmy: liczebnik „półtora” (podobnie jak „pół”) nie odmienia się przez przypadki, więc stanowi wyjątek w swojej kategorii gramatycznej. Jednak „półtora” odmienia się przez rodzaje – a może lepiej: występuje w dwóch rodzajach gramatycznych:
- forma męska i nijaka: półtora (np. półtora roku, półtora miesiąca, półtora zadania, półtora kilograma itp.)
- forma żeńska: półtorej (np. półtorej godziny, półtorej sekundy, półtorej mili, półtorej szklanki itp.).
Wracając do „Minecrafta” – na stronie gry w zakładce „Czym jest »Minecraft«?” czytamy: „Kończąc, chciałbym dodać, że Minecraft należy do tych gier, które albo się lubi albo się ich nienawidzi” (zdanie poddaliśmy korekcie ;-) ). No cóż, ani nie lubimy, ani nie nienawidzimy, co nie znaczy, że pewne rzeczy (czyt. słowa, związki wyrazowe, zdania) pozostaną dla nas obojętne.
Od razu zaznaczmy, że „półtorej miesiąca”, „półtorej tygodnia”, „półtorej roku” itp. to błędy coraz bardziej powszechne i zwykle wcale nie stowarzyszone z zachwytem, który mógłby choć po części usprawiedliwiać taką pomyłkę. „Półtorej” (bo już nie wypierane zewsząd „półtora”) w świadomości językowej sporej części mówiących i piszących po polsku to wyraz, który ma jednakową postać, niezależnie od tego, z jakim rzeczownikiem jest używany. Być może rację ma Maciej Malinowski, autor felietonów językowych z tygodnika „Angora” (więcej tutaj), który wskazuje, że mechanizm tego błędu może wiązać się z analogią do zaimka „która” (w dopełniaczu: „której”). Jeśli tak by rzeczywiście było, to „półtora” odczuwane jako słowo rodzaju żeńskiego w postaci mianownikowej, zyskuje, w mniemaniu sporej grupy użytkowników polszczyzny – dla doprecyzowania cząstkowości zawartej w znaczeniu tego wyrazu – postać niby-dopełniacza „półtorej”. (Dopełniacza, czyli tego przypadka, który występuje w konstrukcjach składniowych podkreślających część jakiejś całości; dodajmy jednak: część nieskonkretyzowaną bliżej, jak np. w zdaniach „Daj mi chleba” czy „Napił się mleka”, więc w przypadku „półtora” konstrukcji zupełnie nieuzasadnionej). Nie mamy pewności, czy taki jest właśnie tok myślenia mówiących i piszących o „półtorej metra”, „półtorej zadania” czy „półtorej kilograma” itp. Wiemy natomiast, że jest to tok rozumowania błędny.
Przypomnijmy: liczebnik „półtora” (podobnie jak „pół”) nie odmienia się przez przypadki, więc stanowi wyjątek w swojej kategorii gramatycznej. Jednak „półtora” odmienia się przez rodzaje – a może lepiej: występuje w dwóch rodzajach gramatycznych:
- forma męska i nijaka: półtora (np. półtora roku, półtora miesiąca, półtora zadania, półtora kilograma itp.)
- forma żeńska: półtorej (np. półtorej godziny, półtorej sekundy, półtorej mili, półtorej szklanki itp.).
Wracając do „Minecrafta” – na stronie gry w zakładce „Czym jest »Minecraft«?” czytamy: „Kończąc, chciałbym dodać, że Minecraft należy do tych gier, które albo się lubi albo się ich nienawidzi” (zdanie poddaliśmy korekcie ;-) ). No cóż, ani nie lubimy, ani nie nienawidzimy, co nie znaczy, że pewne rzeczy (czyt. słowa, związki wyrazowe, zdania) pozostaną dla nas obojętne.
wtorek, 23 sierpnia 2011
Przesyłka jest, ale destynacja... się zgubiła
Jeszcze do niedawna, jeśli nie udawało się uzgodnić danych adresata jakiejś przesyłki pocztowej czy kurierskiej, wracała ona do nadawcy z pieczątką „Adresat nieznany”. Ponieważ jednak dziś nastały czasy powszechnej (by nie rzec: globalnej) wymiany wszystkiego co stare na nowe, a dotyczy to także słów (rzeczywistość języka odzwierciedla wszak prozę i poezję życia), to i dawne pieczątki muszą odejść do lamusa. Dziś bowiem nieznany nie jest już adresat, ale jego... destynacja.
Oto śledząc słowo „destynacja” w internetowej wyszukiwarce, znaleźliśmy jakże dramatyczną historię przesyłki z meblami. Opowieść snuje adresatka owej przesyłki (nick: dida35), która ma dylemat prawny (w związku z tym swoją historią urzeka czytelników forum prawnego właśnie). W skrócie: dida35 kupiła meble, chciała je dostać jak najszybciej, kurierzy pomylili przesyłki, ona podpisała odbiór paczki, bo rozmiary przesyłki się zgadzały, i teraz ma problem. I pisze (zachowujemy błędy oryginału): „Generalnie, jestem ciekawa czy mam do czegos prawo biorac pod uwage sytuacje w ktorej sie znalazlam, czyli wydluzony czas realizacji o 2 tygodnie i pomylka firmy kurierskiej w destynacji przesylki? I jak powinnam sie zachowac aby wyjsc z sytuacji obronna reka”.
Niestety, nie wiemy, jaki był koniec tego niedawno rozgrywającego się dramatu (opowieść kończy się, jak każda dobra literatura, w takim momencie, który pozwala czytelnikowi dopowiedzieć sobie różne zakończenia – dida35 oznajmia: „sprawa jest w toku i narazie nadal czekam na swoja przesylke”). Dlatego pozostaje nam zająć się słowem „destynacja”.
Warto wiedzieć, że modne dziś, zwłaszcza w kontekstach turystycznych, słowo, kiedyś istniało w polszczyźnie. Zapożyczone z łaciny (łac. destinare w jednym ze swych znaczeń to „wyznaczyć, oznaczyć, ustalić; jako cel oznaczyć”) było synonimem wyrazu „przeznaczenie”. Joachim Lelewel pisał np. w jednym ze swoich listów: „W trzech pokojach trzy stoliki z bostonem, jeden pokój destynowany dla młodzieży”, a Adam Naruszewicz stworzył takie zdanie: „Dwaj młodsi bracia […] destynowani byli do stanu duchownego”. „Destynacja” i pokrewne jej słowa była raczej rzadka w polszczyźnie, a całkiem wyszła z użycia na początku XIX w. Wyparły ją słowa rodzime bądź – odczuwane jako bliższe polszczyźnie – słowa prostsze czy precyzyjniejsze. Co może być ciekawe w kontekście przywołanej na początku tego posta historii meblowej przesyłki, było (i jest nadal) w języku polskim słowo „destynator”, oznaczające odbiorcę towaru, osobę będącą adresatem przesyłki.
Dziś – wracająca i tym razem modna – „destynacja”, zapożyczona z języka angielskiego, to zwykle „cel podróży”, „kierunek turystyczny”, „region atrakcyjny turystycznie, będący celem wycieczek”. Jest portal „Destynacje europejskie” (zob. tutaj), gdzie „destynacje” to „atrakcje turystyczne”. Linie lotnicze, biura podróży, organizacje turystyczne kuszą „nowymi/ atrakcyjnymi/ egzotycznymi destynacjami”. W Wikipedii (zob. tutaj) można przeczytać, że „destynacja” to jeden z najważniejszych terminów obowiązujących w turystyce.
Jak pokazuje przywołany wątek z forum prawnego – destynacja staje się też po prostu synonimem adresu, miejsca/ osoby przeznaczenia, celu. Słowo to z języka środowiskowego wkracza w język potoczny, wypierając z niego proste i bardziej jednoznaczne wyrazy.
Czyżbyśmy więc niedługo zamiast „cel wypowiedzi” mieli mówić „destynacja wypowiedzi”? Zamiast „kierunek rozwoju” – „destynacja rozwoju”? Zamiast „udałam się w długą podróż” – „mam za sobą długą destynację”? A zamiast „wpisz mi swój adres, wyślę ci widokówkę” – „wpisz mi swoją destynację”?...
Zrobiło nam się gorąco. Chyba popełniliśmy błąd. Nasz blog jest nie na czasie i nigdy nie będzie bił rekordów popularności. Teraz już wiemy dlaczego: wszystko przez zły tytuł. Powinniśmy go przemianować na „Destynacje polszczyzny” albo (bardziej ekspresyjnie): „Polszczyzno, jakie są twoje destynacje?”. Nie zrobimy jednak tego. Ta destynacja nie jest nasza.
Oto śledząc słowo „destynacja” w internetowej wyszukiwarce, znaleźliśmy jakże dramatyczną historię przesyłki z meblami. Opowieść snuje adresatka owej przesyłki (nick: dida35), która ma dylemat prawny (w związku z tym swoją historią urzeka czytelników forum prawnego właśnie). W skrócie: dida35 kupiła meble, chciała je dostać jak najszybciej, kurierzy pomylili przesyłki, ona podpisała odbiór paczki, bo rozmiary przesyłki się zgadzały, i teraz ma problem. I pisze (zachowujemy błędy oryginału): „Generalnie, jestem ciekawa czy mam do czegos prawo biorac pod uwage sytuacje w ktorej sie znalazlam, czyli wydluzony czas realizacji o 2 tygodnie i pomylka firmy kurierskiej w destynacji przesylki? I jak powinnam sie zachowac aby wyjsc z sytuacji obronna reka”.
Niestety, nie wiemy, jaki był koniec tego niedawno rozgrywającego się dramatu (opowieść kończy się, jak każda dobra literatura, w takim momencie, który pozwala czytelnikowi dopowiedzieć sobie różne zakończenia – dida35 oznajmia: „sprawa jest w toku i narazie nadal czekam na swoja przesylke”). Dlatego pozostaje nam zająć się słowem „destynacja”.
Warto wiedzieć, że modne dziś, zwłaszcza w kontekstach turystycznych, słowo, kiedyś istniało w polszczyźnie. Zapożyczone z łaciny (łac. destinare w jednym ze swych znaczeń to „wyznaczyć, oznaczyć, ustalić; jako cel oznaczyć”) było synonimem wyrazu „przeznaczenie”. Joachim Lelewel pisał np. w jednym ze swoich listów: „W trzech pokojach trzy stoliki z bostonem, jeden pokój destynowany dla młodzieży”, a Adam Naruszewicz stworzył takie zdanie: „Dwaj młodsi bracia […] destynowani byli do stanu duchownego”. „Destynacja” i pokrewne jej słowa była raczej rzadka w polszczyźnie, a całkiem wyszła z użycia na początku XIX w. Wyparły ją słowa rodzime bądź – odczuwane jako bliższe polszczyźnie – słowa prostsze czy precyzyjniejsze. Co może być ciekawe w kontekście przywołanej na początku tego posta historii meblowej przesyłki, było (i jest nadal) w języku polskim słowo „destynator”, oznaczające odbiorcę towaru, osobę będącą adresatem przesyłki.
Dziś – wracająca i tym razem modna – „destynacja”, zapożyczona z języka angielskiego, to zwykle „cel podróży”, „kierunek turystyczny”, „region atrakcyjny turystycznie, będący celem wycieczek”. Jest portal „Destynacje europejskie” (zob. tutaj), gdzie „destynacje” to „atrakcje turystyczne”. Linie lotnicze, biura podróży, organizacje turystyczne kuszą „nowymi/ atrakcyjnymi/ egzotycznymi destynacjami”. W Wikipedii (zob. tutaj) można przeczytać, że „destynacja” to jeden z najważniejszych terminów obowiązujących w turystyce.
Jak pokazuje przywołany wątek z forum prawnego – destynacja staje się też po prostu synonimem adresu, miejsca/ osoby przeznaczenia, celu. Słowo to z języka środowiskowego wkracza w język potoczny, wypierając z niego proste i bardziej jednoznaczne wyrazy.
Czyżbyśmy więc niedługo zamiast „cel wypowiedzi” mieli mówić „destynacja wypowiedzi”? Zamiast „kierunek rozwoju” – „destynacja rozwoju”? Zamiast „udałam się w długą podróż” – „mam za sobą długą destynację”? A zamiast „wpisz mi swój adres, wyślę ci widokówkę” – „wpisz mi swoją destynację”?...
Zrobiło nam się gorąco. Chyba popełniliśmy błąd. Nasz blog jest nie na czasie i nigdy nie będzie bił rekordów popularności. Teraz już wiemy dlaczego: wszystko przez zły tytuł. Powinniśmy go przemianować na „Destynacje polszczyzny” albo (bardziej ekspresyjnie): „Polszczyzno, jakie są twoje destynacje?”. Nie zrobimy jednak tego. Ta destynacja nie jest nasza.
czwartek, 18 sierpnia 2011
Co do „odnośnie (do)”...
Ostatnio ZUS napisał do nas w te słowy: „Interwencję odnośnie przedstawionego sposobu korekty należy zgłosić do pok. XXX”. O piśmie przypomniała nam dzisiejsza wypowiedź redaktorki radia RMF Classic: „jeśli chcecie wiedzieć, gdzie najlepiej łapać stopa odnośnie do Krakowa, zajrzyjcie do dzisiejszego wydania »Gazety Wyborczej«”.
Zatem „odnośnie czegoś” czy „odnośnie do czegoś”? Od razu powiedzmy, że najlepiej byłoby pilnować się i eliminować z naszych wypowiedzi obie te nadużywane i nazbyt pachnące urzędowym stylem konstrukcje. Jest przecież zwykłe, a bardziej (!) poprawne „co do”, są wreszcie dłuższe sformułowania, np.: „w związku z czymś”, „w stosunku do czegoś”, „jeśli chodzi o coś”, „w sprawie czegoś”, „co się tyczy czegoś”. Jeśli tak będziemy mówić/pisać, na pewno nie popełnimy błędu, a przy tym będziemy spokojniejsi.
A wracając do przysłówka „odnośnie” – językoznawcy wciąż bronią (choć, przyznajmy to, coraz słabiej – zob. wątek w Poradni językowej PWN) poprawności konstrukcji „odnośnie do czegoś”, tłumacząc to pochodzeniem słowa „odnośnie”. Przysłówek ten ma bowiem swój źródłosłów w czasowniku „odnosić się do czegoś”, zatem skoro powiemy np. „A teraz odniosę się do Państwa pytania (...)”, nie zaś „odniosę się Państwa pytania”, to i podobnie powinniśmy mówić, gdy używamy konstrukcji z wyrazem „odnośnie”, stosując go tylko w połączeniu z przyimkiem „do”.
Użytkownicy języka polskiego częściej jednak wykorzystują w swoich wypowiedziach konstrukcję „odnośnie czegoś” i zapewne z czasem i ona zostanie uznana za poprawną. „Odnośnie czegoś” broni się większą prostotą składniową, przez co sformułowanie to dalsze jest od stylu oficjalnego i coraz powszechniej odczuwane jako lepsze. Jest w tym pewna logika, którą jesteśmy skłonni uznać.
Jaki z tego płynie wniosek? Dość optymistyczny: język ciągle się zmienia, a o zmianach często decydujemy właśnie my, zwykli użytkownicy polszczyzny. I choć może to być pocieszające dla wielu chcących mówić nie tylko poprawnie, ale i pięknie, to pamiętajmy o starej, powtarzanej kiedyś przez dziennikarzy zasadzie „z głowy, czyli z niczego”. Lepiej sprawdzić i upewnić się, niż żałować.
A konstrukcją „odnośnie (do)” lepiej nie zaprzątajmy sobie głowy – przyzwyczajmy się do synonimicznych i, jak wcześniej wykazaliśmy, lepszych sformułowań.
Zatem „odnośnie czegoś” czy „odnośnie do czegoś”? Od razu powiedzmy, że najlepiej byłoby pilnować się i eliminować z naszych wypowiedzi obie te nadużywane i nazbyt pachnące urzędowym stylem konstrukcje. Jest przecież zwykłe, a bardziej (!) poprawne „co do”, są wreszcie dłuższe sformułowania, np.: „w związku z czymś”, „w stosunku do czegoś”, „jeśli chodzi o coś”, „w sprawie czegoś”, „co się tyczy czegoś”. Jeśli tak będziemy mówić/pisać, na pewno nie popełnimy błędu, a przy tym będziemy spokojniejsi.
A wracając do przysłówka „odnośnie” – językoznawcy wciąż bronią (choć, przyznajmy to, coraz słabiej – zob. wątek w Poradni językowej PWN) poprawności konstrukcji „odnośnie do czegoś”, tłumacząc to pochodzeniem słowa „odnośnie”. Przysłówek ten ma bowiem swój źródłosłów w czasowniku „odnosić się do czegoś”, zatem skoro powiemy np. „A teraz odniosę się do Państwa pytania (...)”, nie zaś „odniosę się Państwa pytania”, to i podobnie powinniśmy mówić, gdy używamy konstrukcji z wyrazem „odnośnie”, stosując go tylko w połączeniu z przyimkiem „do”.
Użytkownicy języka polskiego częściej jednak wykorzystują w swoich wypowiedziach konstrukcję „odnośnie czegoś” i zapewne z czasem i ona zostanie uznana za poprawną. „Odnośnie czegoś” broni się większą prostotą składniową, przez co sformułowanie to dalsze jest od stylu oficjalnego i coraz powszechniej odczuwane jako lepsze. Jest w tym pewna logika, którą jesteśmy skłonni uznać.
Jaki z tego płynie wniosek? Dość optymistyczny: język ciągle się zmienia, a o zmianach często decydujemy właśnie my, zwykli użytkownicy polszczyzny. I choć może to być pocieszające dla wielu chcących mówić nie tylko poprawnie, ale i pięknie, to pamiętajmy o starej, powtarzanej kiedyś przez dziennikarzy zasadzie „z głowy, czyli z niczego”. Lepiej sprawdzić i upewnić się, niż żałować.
A konstrukcją „odnośnie (do)” lepiej nie zaprzątajmy sobie głowy – przyzwyczajmy się do synonimicznych i, jak wcześniej wykazaliśmy, lepszych sformułowań.
środa, 10 sierpnia 2011
Brzydkie słowo na „p”
O czasowniku „posiadać” już trochę pisaliśmy, wytykając błędy urzędnikom (zwrot „posiadać wiedzę – więcej tutaj). Teraz wypada nam napisać o nim raz jeszcze, tym razem wskazując na potknięcia stylistyczne zwykłych użytkowników języka, zwłaszcza właścicieli lokali i sprzedawców. Piszemy „zwłaszcza”, bo właśnie ogłoszenie jednego z lokali przypomniało nam o tym „palącym” (nomen omen – zob. niżej) problemie językowym.
Otóż wspomniany lokal na krakowskim Kazimierzu przyciąga ogłoszeniem powieszonym na drzwiach „Posiadamy pomieszczenie dla palących”. Przeczytaliśmy, pogratulowaliśmy w duchu i... wybraliśmy inne miejsce konsumpcji. A potem wróciliśmy do komputera i oto, co znaleźliśmy.
Jedna z firm sprzedających odzież sportową reklamuje damską kurtkę „kurtka posiada wentylację w rękawach”, co więcej, ta sama kurtka „posiada kryte kieszenie zewnętrzne”. Firma XYZ specjalizująca się w rekrutowaniu pracowników głosi na swojej stronie WWW: „XYZ posiada specjalizacje stanowiskowe i branżowe”. „Nowoczesna organizacja”, która „posiada wieloletnie doświadczenie i wiedzę”, a zajmuje się sprzątaniem i ochroną obiektów i osób”, chwali się: „posiadamy grupy interwencyjne, które w razie konieczności wspomagają nasze służby porządkowe”. Z kolei przedsiębiorstwo trudniące się handlem częściami samochodowymi i wyrobami stalowymi głosi „posiadamy na sprzedaż”. Przedsiębiorstwo, które w marcu br. dostało certyfikat ISO, dało taki nagłówek informacji zamieszczonej w dziale Aktualności: „Posiadamy system zarządzania jakością w spawalnictwie ISO 3834-2!”. Na stronie powroty.zielonalinia.gov.pl (tutaj) możemy przeczytać w dziale FAQ nagłówek powtarzającego się problemu emigrantów: „Co zrobić, jeśli nie jestem pewny, czy posiadam obywatelstwo polskie?”...
Przykłady można mnożyć, mamy (bo przecież nie: posiadamy!) ich na pęczki.
Co z nich wynika? Że coraz mniej rozumiemy znaczenie czasownika „posiadać”, traktując go jako dokładny synonim słowa „mieć”. Tymczasem nie są to wyrazy równoznaczne. Jak głosi „Słownik języka polskiego” PWN, posiadać to „mieć coś jako swoją własność, być właścicielem czegoś, zwykle mającego dużą wartość materialną, np. nieruchomości, ziemi, zasobów pieniężnych itp.”. Zatem najprościej rzecz ujmując, czasownik posiadać odnosimy do tego, co jest materialne, co nabyliśmy na własność. Ani do wiedzy i doświadczenia (te można ewentualnie „posiąść”, ale wtedy oznacza to „zdobyć”, a nie: „mieć”), ani do specjalizacji, ani do zespołów pracowników, ani do obywatelstwa, ani do innych rzeczy (zgrabna figura, proporcje, właściwości, funkcje...) czasownik „posiadać” nie przystaje. I jeszcze jedno: posiadać może, nie zaś kurtka, rower czy torebka.
Zapewne u genezy problemu z czasownikiem „posiadać” leży zamiar unikania powtórzeń nazbyt częstego w polszczyźnie „mieć”. Współcześnie jednak ta chlubna skądinąd tendencja do usuwania niezręczności stylistycznej doprowadziła nas do nadużywania słowa „posiadać”, w dodatku w niewłaściwym znaczeniu.
Pozostaje nam Państwa uczulić na ten błąd językowy i zachęcić do uważniejszego dobierania słów. A wtedy, kto wie, kurtka, która ma wentylowane rękawy, być może sprzeda się lepiej niż ta, która posiada wentylację? Jedna jest pewne: potencjalnym klientom łatwiej będzie przebrnąć przez krótszy i prostszy tekst reklamowy.
Otóż wspomniany lokal na krakowskim Kazimierzu przyciąga ogłoszeniem powieszonym na drzwiach „Posiadamy pomieszczenie dla palących”. Przeczytaliśmy, pogratulowaliśmy w duchu i... wybraliśmy inne miejsce konsumpcji. A potem wróciliśmy do komputera i oto, co znaleźliśmy.
Jedna z firm sprzedających odzież sportową reklamuje damską kurtkę „kurtka posiada wentylację w rękawach”, co więcej, ta sama kurtka „posiada kryte kieszenie zewnętrzne”. Firma XYZ specjalizująca się w rekrutowaniu pracowników głosi na swojej stronie WWW: „XYZ posiada specjalizacje stanowiskowe i branżowe”. „Nowoczesna organizacja”, która „posiada wieloletnie doświadczenie i wiedzę”, a zajmuje się sprzątaniem i ochroną obiektów i osób”, chwali się: „posiadamy grupy interwencyjne, które w razie konieczności wspomagają nasze służby porządkowe”. Z kolei przedsiębiorstwo trudniące się handlem częściami samochodowymi i wyrobami stalowymi głosi „posiadamy na sprzedaż”. Przedsiębiorstwo, które w marcu br. dostało certyfikat ISO, dało taki nagłówek informacji zamieszczonej w dziale Aktualności: „Posiadamy system zarządzania jakością w spawalnictwie ISO 3834-2!”. Na stronie powroty.zielonalinia.gov.pl (tutaj) możemy przeczytać w dziale FAQ nagłówek powtarzającego się problemu emigrantów: „Co zrobić, jeśli nie jestem pewny, czy posiadam obywatelstwo polskie?”...
Przykłady można mnożyć, mamy (bo przecież nie: posiadamy!) ich na pęczki.
Co z nich wynika? Że coraz mniej rozumiemy znaczenie czasownika „posiadać”, traktując go jako dokładny synonim słowa „mieć”. Tymczasem nie są to wyrazy równoznaczne. Jak głosi „Słownik języka polskiego” PWN, posiadać to „mieć coś jako swoją własność, być właścicielem czegoś, zwykle mającego dużą wartość materialną, np. nieruchomości, ziemi, zasobów pieniężnych itp.”. Zatem najprościej rzecz ujmując, czasownik posiadać odnosimy do tego, co jest materialne, co nabyliśmy na własność. Ani do wiedzy i doświadczenia (te można ewentualnie „posiąść”, ale wtedy oznacza to „zdobyć”, a nie: „mieć”), ani do specjalizacji, ani do zespołów pracowników, ani do obywatelstwa, ani do innych rzeczy (zgrabna figura, proporcje, właściwości, funkcje...) czasownik „posiadać” nie przystaje. I jeszcze jedno: posiadać może, nie zaś kurtka, rower czy torebka.
Zapewne u genezy problemu z czasownikiem „posiadać” leży zamiar unikania powtórzeń nazbyt częstego w polszczyźnie „mieć”. Współcześnie jednak ta chlubna skądinąd tendencja do usuwania niezręczności stylistycznej doprowadziła nas do nadużywania słowa „posiadać”, w dodatku w niewłaściwym znaczeniu.
Pozostaje nam Państwa uczulić na ten błąd językowy i zachęcić do uważniejszego dobierania słów. A wtedy, kto wie, kurtka, która ma wentylowane rękawy, być może sprzeda się lepiej niż ta, która posiada wentylację? Jedna jest pewne: potencjalnym klientom łatwiej będzie przebrnąć przez krótszy i prostszy tekst reklamowy.
Etykiety:
błędy słownikowe,
reklama,
strony www,
synonimy,
wyrazy modne,
znaczenie słów
Subskrybuj:
Posty (Atom)