sobota, 19 października 2013
Tylko ludzie z marginesu szczepią się przeciw grypie
Choć pozostajemy wiernymi czytelnikami portalu Gazeta.pl, od dawna już widzimy jego coraz niższą jakość. I nie chodzi tu tylko o jakość informacyjną, ale też o respektowanie norm poprawności językowej. Coraz częściej mamy wrażenie, że redaktorami i korektorami tekstów publikowanych w tym portalu są sami dziennikarze, a efekt tych zabiegów raz śmieszy, raz przestrasza (lub: odstrasza). I coraz częściej myślimy: „nie, już ostatni raz te bzdury...”.
I oto niedawno mieliśmy okazję dowiedzieć się, że tylko ludzie z marginesu szczepią się przeciw grypie. Ponieważ szczepionka jest płatna i kojarzy się raczej z korporacyjnymi zwyczajami, ta informacja niepomiernie nas zdziwiła. Z tym większym zaciekawieniem sięgnęliśmy zatem do tekstu o tajemniczym tytule „Jestem marginesem społecznym. Zaszczepiłam się przeciwko grypie” (artykuł dostępny tutaj). Okazało się, że autorka tekstu, pisząc margines społeczny, miała na myśli malejącą liczbę szczepiących się i fakt, że wedle statystyk osoby, które korzystają ze szczepień przeciw grypie, stanowią ledwo kilka procent całego społeczeństwa.
A przecież wyrażenie margines społeczny, jak podaje np. Słownik języka polskiego PWN (zob. tutaj), określa ludzi wykolejonych, stojących poza społeczeństwem nie dla swej wyjątkowości (rzadkości), ale dlatego, że łamią normy społeczne i nie zwracają uwagi na zasady współistnienia z innymi. Definicję ludzi z marginesu – w mniej oficjalnej formie – można także znaleźć choćby w skeczach kabaretowych (np. kabaret Limo – zob. tutaj).
Zatem wyjątkowość kogoś, kto określa siebie przez zdanie „jestem marginesem społecznym”, nie jest wyjątkowością godną naśladowania, ale przeciwnie – czymś, co raczej się odrzuca, spycha jeszcze bardziej na margines albo próbuje się naprawiać/leczyć. Wyznanie dziennikarki portalu Gazeta.pl jest zatem tyleż niezręczne, co ryzykowne. I jeśli miała to być zabawa słowem, próba przyciągnięcia czytelnika czy inny tego typu zabieg stylistyczny, to naszym zdaniem nie wyszło – znowu.
Metafory mają to do siebie, że łatwo ześlizgują się w dosłowność lub śmieszność. Wyrażenie/zdanie/porównanie, które pozornie wydaje się efektownym zabiegiem, zwłaszcza jeśli towarzyszy temu nieprzemyślane zachłyśnięcie się formą, może szybko zepchnąć swojego autora na margines. Pół biedy, jeśli jest to margines życia literackiego/publicystyki itp. Gorzej, gdy jest to margines społeczny...
środa, 28 sierpnia 2013
Kurdwanowie bawią się pod koniec lata
Początek września to w jednej z krakowskich dzielnic (Kurdwanów Nowy) czas wesołej zabawy dla osiedlowego ludu, zabawy ochrzczonej przez jej organizatorów (Rada Dzielnicy XI i Spółdzielnia Mieszkaniowa „Kurdwanów Nowy”) jako Festyn „Jesień Kurdwanów”. Nazwa to zadziwiająca, która każe nie tylko osiedlowemu ludowi zapytać: kim jest nieznany szerzej krakowski lud Kurdwanów? A dalej każe się zastanawiać: czego można się spodziewać po tak nazwanej imprezie? Turnieju gier jaskiniowych? Targów średniowiecznych rzemiosł? Degustacji przedziwnych zielnych naparów?
Nie wiemy, co kierowało organizatorami festynu, kiedy wybierali nazwę tej – skądinąd całkiem sympatycznej – osiedlowej zabawy. Może chodziło im o to, że nazwa „Jesień kurdwanowska” czy „Kurdwanowska jesień” kojarzyłaby się raczej z imprezą dla seniorów albo z poważnymi koncertami muzyki zgoła niepopularnej? Może nazwę „Jesień na Kurdwanowie” trudno było zakomponować na plakacie z programem wydarzenia? Albo – wydała się komuś za smutna, za jesienna właśnie, a impreza ma raczej charakter optymistyczny – to taki ostatni akcent lata i informacja dla ludu: „Wróciliście z wakacji? No to zobaczcie: wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej – a w dodatku jakże wesoło!”?
Niestety, nie wiemy, co myśleli pomysłodawcy nazwy, bo nie mieliśmy szczęścia uczestniczyć w owej burzy mózgów, której efektem jest nazwa „Jesień Kurdwanów”. Ale wiemy jedno: nazwa „Jesień Kurdwanów”, zapisana w ten właśnie sposób, bez myślnika, spójnika czy przyimka, jest po prostu dziwaczna i myląca. Jest niejednoznaczna i zamiast promować osiedlowy festyn, daje hasło do żartów.

Przy okazji warto krótko omówić pochodzenie nazwy Kurdwanów – najpewniej wywodzi się ona od rzeczownika „kurdwan/kurdyban” oznaczającego: 1. rodzaj drogiej skóry wyprawnej; 2. roślinę, kurdybanek, bluszczyk ziemny (więcej na ten temat w Słowniku XVII w. PAN – tutaj).
Nie wiemy, co kierowało organizatorami festynu, kiedy wybierali nazwę tej – skądinąd całkiem sympatycznej – osiedlowej zabawy. Może chodziło im o to, że nazwa „Jesień kurdwanowska” czy „Kurdwanowska jesień” kojarzyłaby się raczej z imprezą dla seniorów albo z poważnymi koncertami muzyki zgoła niepopularnej? Może nazwę „Jesień na Kurdwanowie” trudno było zakomponować na plakacie z programem wydarzenia? Albo – wydała się komuś za smutna, za jesienna właśnie, a impreza ma raczej charakter optymistyczny – to taki ostatni akcent lata i informacja dla ludu: „Wróciliście z wakacji? No to zobaczcie: wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej – a w dodatku jakże wesoło!”?
Niestety, nie wiemy, co myśleli pomysłodawcy nazwy, bo nie mieliśmy szczęścia uczestniczyć w owej burzy mózgów, której efektem jest nazwa „Jesień Kurdwanów”. Ale wiemy jedno: nazwa „Jesień Kurdwanów”, zapisana w ten właśnie sposób, bez myślnika, spójnika czy przyimka, jest po prostu dziwaczna i myląca. Jest niejednoznaczna i zamiast promować osiedlowy festyn, daje hasło do żartów.

Przy okazji warto krótko omówić pochodzenie nazwy Kurdwanów – najpewniej wywodzi się ona od rzeczownika „kurdwan/kurdyban” oznaczającego: 1. rodzaj drogiej skóry wyprawnej; 2. roślinę, kurdybanek, bluszczyk ziemny (więcej na ten temat w Słowniku XVII w. PAN – tutaj).
niedziela, 12 maja 2013
Kłopoty w wirtualnym świecie
I znów wracamy do problemów z przyimkami w/na (pisaliśmy o tym tutaj i tutaj). Tym razem chodzi przede wszystkim o niepoprawne połączenia w rodzaju „Znalazłam to na internecie”, „Można przeczytać na internecie”, „Zobaczyłem to na serwisie XYZ” itp. Zdania tego typu, niestety coraz częściej słyszane w codziennych rozmowach i widywane na internetowych forach, zawierają rażące błędy. Poprawne jest bowiem tylko wyrażenie „w internecie” (w razie wątpliwości warto pamiętać takie związki wyrazowe, jak: „w sieci” czy nie bez powodu użyte w tytule tego posta „w wirtualnym świecie”).
Skąd te błędy? Tłumaczenie ich analogią do angielskiego on the internet wydaje się niesłuszne i według nas jest pewnym nadużyciem – wyrażeń „na internecie” używają osoby niekoniecznie doskonale (czy nawet: nie w stopniu średnio zaawansowanym) obyte z angielskim. Jeśli już szukać jakichś analogii, to raczej trzeba by przywołać tutaj wyrażenie „na stronie WWW”, które jest poprawne. Jednak, jak wielokrotnie już udowodnialiśmy w naszych felietonach, takie swobodne traktowanie języka i stosowanie nieuprawnionych analogii rodzi wiele błędów. Wyrażenie „na internecie” nie dość że błędne, dodatkowo odsyła do bardzo prymitywnego i potocznego języka ulicy (zob. takie zdania jak np. „U nas na zakładzie”, „Pracuję na serwisie samochodowym” itp.). Należy się go zatem wystrzegać.
W wirtualnym świecie warto zatrzymać się jeszcze chwilę, by omówić inne sprawiające problemy wyrazy i połączenia wyrazów. Choćby taki dylemat – powinno się mówić „na portalu” czy „w portalu”? Językoznawcy nie są zgodni, coraz częściej przychylając się do popularnej w użyciu formy „na portalu” („Na portalu XYZ znalazłem takie ogłoszenie”, „Pomoc na portalu”, „Nowości na portalu itp.) i uznając ją za dopuszczalną (zob. wypowiedź prof. Jana Miodka – tutaj). Nam wciąż elegantsze i jedynie poprawne wydaje się wyrażenie „w portalu” (portal to dla nas raczej miejsce publikowania artykułów, informacji niż tablica ogłoszeniowa – zatem „w portalu" jak „w gazecie”, „w serwisie” czy wreszcie „w wortalu”).
I jeszcze dylemat dotyczący odmiany wyrazu „post” – w dopełniaczu powinno być „postu” czy „posta”? Teoretycznie obie formy są poprawne, ale ponieważ w polszczyźnie wyraz „post” jest wieloznaczny (przed pojawieniem się internetu „post” oznaczał tylko akt powstrzymywania się od jedzenia w ogóle albo od przyjmowania określonych rodzajów pożywienia, przede wszystkim z pobudek religijnych), to zasadne i podyktowane dążeniem do precyzji językowej będzie pozostawienie formy „posta” jako poprawnej w odniesieniu do wiadomości publikowanej w internecie (na forum, w serwisie, w portalu, na blogu), natomiast mówienie „postu” tylko w przypadku, gdy myślimy o dawnym znaczeniu tego wyrazu.
Ostatnia sprawa dotyczy potocznego skrótu „net” (od: internet). W dopełniaczu powinniśmy mówić „netu” czy „neta”? Tu należy zastosować analogię do wyrazu „internet” – więc podobnie jak powiemy „Nie mam internetu”, „Ściągnąć coś z internetu”, „Mam dostęp do internetu”, używając skrótu wyrazu, mówimy „Nie mam netu”, „Ściągnąć coś z netu”, „Mam dostęp do netu”.
Słownictwo związane ze światem wirtualnym jest wciąż stosunkowo nowe w polszczyźnie, dlatego w razie wątpliwości warto zasięgnąć raczej rady specjalistów, niż samemu szukać rozwiązań.
Skąd te błędy? Tłumaczenie ich analogią do angielskiego on the internet wydaje się niesłuszne i według nas jest pewnym nadużyciem – wyrażeń „na internecie” używają osoby niekoniecznie doskonale (czy nawet: nie w stopniu średnio zaawansowanym) obyte z angielskim. Jeśli już szukać jakichś analogii, to raczej trzeba by przywołać tutaj wyrażenie „na stronie WWW”, które jest poprawne. Jednak, jak wielokrotnie już udowodnialiśmy w naszych felietonach, takie swobodne traktowanie języka i stosowanie nieuprawnionych analogii rodzi wiele błędów. Wyrażenie „na internecie” nie dość że błędne, dodatkowo odsyła do bardzo prymitywnego i potocznego języka ulicy (zob. takie zdania jak np. „U nas na zakładzie”, „Pracuję na serwisie samochodowym” itp.). Należy się go zatem wystrzegać.
W wirtualnym świecie warto zatrzymać się jeszcze chwilę, by omówić inne sprawiające problemy wyrazy i połączenia wyrazów. Choćby taki dylemat – powinno się mówić „na portalu” czy „w portalu”? Językoznawcy nie są zgodni, coraz częściej przychylając się do popularnej w użyciu formy „na portalu” („Na portalu XYZ znalazłem takie ogłoszenie”, „Pomoc na portalu”, „Nowości na portalu itp.) i uznając ją za dopuszczalną (zob. wypowiedź prof. Jana Miodka – tutaj). Nam wciąż elegantsze i jedynie poprawne wydaje się wyrażenie „w portalu” (portal to dla nas raczej miejsce publikowania artykułów, informacji niż tablica ogłoszeniowa – zatem „w portalu" jak „w gazecie”, „w serwisie” czy wreszcie „w wortalu”).
I jeszcze dylemat dotyczący odmiany wyrazu „post” – w dopełniaczu powinno być „postu” czy „posta”? Teoretycznie obie formy są poprawne, ale ponieważ w polszczyźnie wyraz „post” jest wieloznaczny (przed pojawieniem się internetu „post” oznaczał tylko akt powstrzymywania się od jedzenia w ogóle albo od przyjmowania określonych rodzajów pożywienia, przede wszystkim z pobudek religijnych), to zasadne i podyktowane dążeniem do precyzji językowej będzie pozostawienie formy „posta” jako poprawnej w odniesieniu do wiadomości publikowanej w internecie (na forum, w serwisie, w portalu, na blogu), natomiast mówienie „postu” tylko w przypadku, gdy myślimy o dawnym znaczeniu tego wyrazu.
Ostatnia sprawa dotyczy potocznego skrótu „net” (od: internet). W dopełniaczu powinniśmy mówić „netu” czy „neta”? Tu należy zastosować analogię do wyrazu „internet” – więc podobnie jak powiemy „Nie mam internetu”, „Ściągnąć coś z internetu”, „Mam dostęp do internetu”, używając skrótu wyrazu, mówimy „Nie mam netu”, „Ściągnąć coś z netu”, „Mam dostęp do netu”.
Słownictwo związane ze światem wirtualnym jest wciąż stosunkowo nowe w polszczyźnie, dlatego w razie wątpliwości warto zasięgnąć raczej rady specjalistów, niż samemu szukać rozwiązań.
poniedziałek, 6 maja 2013
Bo tu jest Brodłej
Tym razem skrótowo i fotograficznie - te zdjęcia to efekt majówkowego wypadu za miasto. I choć cel wypadu był krajoznawczo-rekreacyjny (zamek Lipowiec, Dolina Mnikowska i okolice), to podziwianie krajobrazów i architektury nie przeszkodziło w zebraniu materiału do analiz językoznawczych.

Przydrożna reklama w miejscowości Brodła, czyli Broadway po polsku

Aż kłuje w oczy! Reklama w miejscowości Babice

Przydrożna reklama w miejscowości Brodła, czyli Broadway po polsku
Aż kłuje w oczy! Reklama w miejscowości Babice
sobota, 22 grudnia 2012
Kogo to obchodzi?
Profesor Józef Muczkowski w wydanej w 1849 r. „Gramatyce języka polskiego tak pisał o różnicy między zaimkami kogo? i czyj? czyja? czyje?: używając wyrazu kogo? „[...] wzgląd działania, czyli słowa [chodzi o czasownik – przyp. red.] do osoby lub rzeczy wskazujemy”, natomiast w przypadku zaimka czyj? czyja? czyje? „[...] wzgląd rzeczy do rzeczy wskazujemy”. W ten prosty sposób (o tym, że jest to naprawdę proste, zaraz się Państwo przekonają) wyłożył zasadę, która współcześnie nader często jest łamana. Słyszymy bowiem błędne językowo pytania: „Kogo to jest?”, „Kogo to dziecko?”, „Kogo to wina?”, zamiast poprawnych: „Czyje to jest?”, „Czyja to wina?” itp. Zatem zaimek „czyj? czyja? czyje?” jest coraz częściej wypierany przez „kogo” w zdaniach, w których pytamy o to, do kogo coś/ktoś należy.
Tymczasem, jak wskazywał prof. Muczkowski, każde z omawianych tu słów ma inną funkcję. Najprościej rzecz ujmując: „kogo?” jest pytaniem o obiekt (przedmiot) danej czynności (zatem o dopełnienie w zdaniu): „Kogo to interesuje? (Mnie to interesuje)”, „Kogo czeka ten los? (Wszystkich nas czeka ten los)”, „Kogo dziś nie ma? (Brakuje Jarka)” itp., zatem o tę część zdania, która bezpośrednio zależy od orzeczenia (czyli od czasownika – w dawnej polszczyźnie nazywanego „słowem”). Z kolei „czyj? czyja? czyje?” jest pytaniem o przydawkę, czyli tę część zdania, która jest określeniem rzeczownika: „Czyja to kurtka? (Kurtka Ani)”, „Czyj to kolega? (Mój kolega)” itp.
Zapamiętajmy: jeśli odpowiedzią na pytanie ma być informacja o właścicielu (posiadaczu) jakiejś rzeczy czy o przynależności jakiejś osoby do kogoś innego, poprawne będzie tylko użycie zaimka pytajno-dzierżawczego „czyj? czyja? czyje?”. Użycie „kogo” w takiej sytuacji to błąd językowy.
I na koniec ciekawostka. Szukając przykładów błędnego użycia zaimka „kogo”, trafiliśmy m.in. na artykuł dziennikarski, którego tytuł brzmiał „Budowa orlików: kogo wina, czyj sukces?” (zob. tutaj). Nie wiemy, czy autor tego nagłówka chciał za wszelką cenę uniknąć powtórzenia, czy – wobec powszechności błędów z użyciem „kogo” zamiast „czyj” – uznał, że oba zaimki to synonimy, które można stosować wymiennie, czy może nie był pewny, które słowo jest właściwe i na wszelki wypadek użył raz jednego, a za drugim razem drugiego. Wiemy jedno: ten tytuł to ostrzeżenie, że błąd polegający na zamianie „czyj? czyja? czyje?” na „kogo?” niestety dawno już wyszedł poza szkolne mury podstawówek. Mamy tylko nadzieję, że na pytanie „Czyja to sprawa?”, nie odpowiemy sobie: „Językoznawców” :-).
Tymczasem, jak wskazywał prof. Muczkowski, każde z omawianych tu słów ma inną funkcję. Najprościej rzecz ujmując: „kogo?” jest pytaniem o obiekt (przedmiot) danej czynności (zatem o dopełnienie w zdaniu): „Kogo to interesuje? (Mnie to interesuje)”, „Kogo czeka ten los? (Wszystkich nas czeka ten los)”, „Kogo dziś nie ma? (Brakuje Jarka)” itp., zatem o tę część zdania, która bezpośrednio zależy od orzeczenia (czyli od czasownika – w dawnej polszczyźnie nazywanego „słowem”). Z kolei „czyj? czyja? czyje?” jest pytaniem o przydawkę, czyli tę część zdania, która jest określeniem rzeczownika: „Czyja to kurtka? (Kurtka Ani)”, „Czyj to kolega? (Mój kolega)” itp.
Zapamiętajmy: jeśli odpowiedzią na pytanie ma być informacja o właścicielu (posiadaczu) jakiejś rzeczy czy o przynależności jakiejś osoby do kogoś innego, poprawne będzie tylko użycie zaimka pytajno-dzierżawczego „czyj? czyja? czyje?”. Użycie „kogo” w takiej sytuacji to błąd językowy.
I na koniec ciekawostka. Szukając przykładów błędnego użycia zaimka „kogo”, trafiliśmy m.in. na artykuł dziennikarski, którego tytuł brzmiał „Budowa orlików: kogo wina, czyj sukces?” (zob. tutaj). Nie wiemy, czy autor tego nagłówka chciał za wszelką cenę uniknąć powtórzenia, czy – wobec powszechności błędów z użyciem „kogo” zamiast „czyj” – uznał, że oba zaimki to synonimy, które można stosować wymiennie, czy może nie był pewny, które słowo jest właściwe i na wszelki wypadek użył raz jednego, a za drugim razem drugiego. Wiemy jedno: ten tytuł to ostrzeżenie, że błąd polegający na zamianie „czyj? czyja? czyje?” na „kogo?” niestety dawno już wyszedł poza szkolne mury podstawówek. Mamy tylko nadzieję, że na pytanie „Czyja to sprawa?”, nie odpowiemy sobie: „Językoznawców” :-).
piątek, 7 grudnia 2012
Ktokolwiek widział, ten wie
Tytuł naszego posta w wersji coraz powszechniej słyszanej (widywanej) i niestety błędnej, brzmiałby: „Kto by nie widział, ten wie”. Coraz częściej bowiem eliminujemy konstrukcje z użyciem zaimków przysłownych względnych (chodzi o wyrazy „cokolwiek”, „ktokolwiek”, „gdziekolwiek”, „jakkolwiek” itp.) i zastępujemy je rusycyzmami w rodzaju: „co by nie...”, „kto by nie...”, „gdzie by nie...:, „jak by nie...” itp. Tworzymy w ten sposób frazy wcale nie krótsze (zatem za ich popularnością nie może przemawiać tendencja do ekonomiczności środków językowych), za to zupełnie nielogiczne. I to właśnie brak logiki, a nie pochodzenie, jest największym grzechem omawianych tu konstrukcji składniowych.
Ostatnio błąd tego rodzaju można zobaczyć na billboardach PZU (dostępne także w wersji reklamy internetowej – banery na stronie głównej firmy tutaj), które głoszą: „Jak byś nie szukał, zawsze nas znajdziesz”. I choć rozumiemy, że reklamodawca chciał w swoim przekazie jak najbardziej zbliżyć się do języka ulicy i wymyślił hasło jakby wprost wyjęte z mowy potocznej, to jednak nie możemy się zgodzić na utrwalanie przez reklamowy „krzyk” błędnych i nielogicznych konstrukcji.
Zobaczmy, kierując się przede wszystkim logiką, co mówią nam dwa następujące zdania złożone:
• „Ktokolwiek widział ten billboard, ten wie, o czym mówię”.
• „Kto by nie widział tego billboardu, ten wie, o czym mówię”.
Pierwsze z nich wyraźnie wskazuje na wszystkich, którzy coś widzieli (w naszym przypadku: billboard) i którzy w związku z tym zdobyli jakąś wiedzę (wiedzę o tym, o czym mówi nadawca komunikatu). By wszystko było jeszcze bardziej jasne, to zdanie można zastąpić w ten sposób: „Każdy, kto widział ten billboard, ten wie, o czym mówię”.
Co się natomiast dzieje w drugim zdaniu? Mowa jest o tych, którzy nie widzieli (po podobnej jak wyżej zamianie zdania otrzymujemy: „Wszyscy, którzy nie widzieli, wiedzą, o czym mówię”). Czy ci, którzy nie widzieli, będą wiedzieć, o czym mówię? Odpowiedź jest oczywista.
Poprawnych konstrukcji nie wystraszyli się twórcy programu telewizyjnego „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie” – tytuł tej serii jest jednocześnie wyraźnym wskazaniem, że przy poszukiwaniu zaginionych liczy się każdy trop, każdy głos, każda informacja. To apel o aktywność. I właśnie aktywność (jakakolwiek) jest logicznym uzasadnieniem wyboru konstrukcji z zaimkami typu „cokolwiek”, „ktokolwiek”, „gdziekolwiek”, „jakkolwiek” itp. Brak aktywności (konstrukcje z zaprzeczonymi czasownikami) w zdaniach z rusycyzmami „jak by nie...”, „kto by nie...” powoduje nierównowagę i asymetrię całego zdania złożonego. W każdym z omawianych przykładów przecież drugie zdanie składowe nie zawiera czasownika zaprzeczonego (w naszych zdaniach przykładowych mamy np.: „... ten wie, o czym mówię”, a nie: „... ten nie wie, o czym mówię”; w haśle na billboardzie PZU jest: „... zawsze nas znajdziesz”, a nie: „... nigdy nas nie znajdziesz”).
Zatem: grom i zabawom słowem w reklamach mówimy „tak”, błędom językowym – stanowczo „nie”. Jakiekolwiek by były...
Ostatnio błąd tego rodzaju można zobaczyć na billboardach PZU (dostępne także w wersji reklamy internetowej – banery na stronie głównej firmy tutaj), które głoszą: „Jak byś nie szukał, zawsze nas znajdziesz”. I choć rozumiemy, że reklamodawca chciał w swoim przekazie jak najbardziej zbliżyć się do języka ulicy i wymyślił hasło jakby wprost wyjęte z mowy potocznej, to jednak nie możemy się zgodzić na utrwalanie przez reklamowy „krzyk” błędnych i nielogicznych konstrukcji.
Zobaczmy, kierując się przede wszystkim logiką, co mówią nam dwa następujące zdania złożone:
• „Ktokolwiek widział ten billboard, ten wie, o czym mówię”.
• „Kto by nie widział tego billboardu, ten wie, o czym mówię”.
Pierwsze z nich wyraźnie wskazuje na wszystkich, którzy coś widzieli (w naszym przypadku: billboard) i którzy w związku z tym zdobyli jakąś wiedzę (wiedzę o tym, o czym mówi nadawca komunikatu). By wszystko było jeszcze bardziej jasne, to zdanie można zastąpić w ten sposób: „Każdy, kto widział ten billboard, ten wie, o czym mówię”.
Co się natomiast dzieje w drugim zdaniu? Mowa jest o tych, którzy nie widzieli (po podobnej jak wyżej zamianie zdania otrzymujemy: „Wszyscy, którzy nie widzieli, wiedzą, o czym mówię”). Czy ci, którzy nie widzieli, będą wiedzieć, o czym mówię? Odpowiedź jest oczywista.
Poprawnych konstrukcji nie wystraszyli się twórcy programu telewizyjnego „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie” – tytuł tej serii jest jednocześnie wyraźnym wskazaniem, że przy poszukiwaniu zaginionych liczy się każdy trop, każdy głos, każda informacja. To apel o aktywność. I właśnie aktywność (jakakolwiek) jest logicznym uzasadnieniem wyboru konstrukcji z zaimkami typu „cokolwiek”, „ktokolwiek”, „gdziekolwiek”, „jakkolwiek” itp. Brak aktywności (konstrukcje z zaprzeczonymi czasownikami) w zdaniach z rusycyzmami „jak by nie...”, „kto by nie...” powoduje nierównowagę i asymetrię całego zdania złożonego. W każdym z omawianych przykładów przecież drugie zdanie składowe nie zawiera czasownika zaprzeczonego (w naszych zdaniach przykładowych mamy np.: „... ten wie, o czym mówię”, a nie: „... ten nie wie, o czym mówię”; w haśle na billboardzie PZU jest: „... zawsze nas znajdziesz”, a nie: „... nigdy nas nie znajdziesz”).
Zatem: grom i zabawom słowem w reklamach mówimy „tak”, błędom językowym – stanowczo „nie”. Jakiekolwiek by były...
wtorek, 27 listopada 2012
Poprawna polszczyzna a polityka
Redagując ostatnio album o fortyfikacjach w Europie (więcej o książce tutaj) i sugerując zamianę określenia „Związek Sowiecki” na „Związek Radziecki”, przypomnieliśmy sobie niedawną (maj 2012 r.) publiczną dyskusję na temat przymiotników „radziecki” i „sowiecki”. Ta dyskusja wybuchła po zebraniu redakcyjnym zespołu biuletynu „Pamięć” wydawanego przez IPN: redaktor naczelny pisma polecił autorom artykułów używanie nazwy „Związek Radziecki” i eliminowanie określenia „Związek Sowiecki” (więcej na ten temat tutaj).
Od razu powiedzmy: i „radziecki”, i „sowiecki” to słowa zgodne z normą językową, czyli z punktu widzenia językoznawcy oba są poprawne. Przymiotnik „radziecki” istnieje w polszczyźnie od dawna, a jego pierwsze znaczenie to „należący do rady (zwłaszcza: rady miejskiej), pochodzący od rady; należący do rajcy; złożony z rajców” (zob. np. sala radziecka w ratuszu, czyli sala posiedzeń rady miasta; sądy radzieckie itp.). Przymiotnik „sowiecki” powstał w polszczyźnie w międzywojniu, czyli w czasie, kiedy nasz wschodni sąsiad umacniał komunistyczny ustrój, a Polska umacniała świeżo zdobytą niepodległość, przy czym interesy obu państw stały w sprzeczności (o czym pamiętają Państwo np. z lekcji historii). I właśnie wraz z nowym tworem politycznym, jakim był Związek Radziecki, pojawiło się w języku polskim słowo „sowiecki”, jako bezpośrednie zapożyczenie z rosyjskiego (ros. Sowietskij Sojuz). Było to zapożyczenie dobre, choćby dlatego że jednoznaczne (nazywało nowy byt polityczny i związane z nim rzeczy, niczego więcej). Jednak ponieważ w Polsce międzywojennej ani Sowietów, ani ich państwa nie kochano (wyjątkiem były środowiska polskich komunistów i sympatyków rewolucji), bardzo szybko przymiotnik „sowiecki” – może właśnie dlatego że obcy i że jego obcość z komunistycznego wschodu się brała – zyskał zabarwienie pejoratywne: wyraźnie wskazywał na niechętny stosunek do sąsiada Polski. Był więc nie tylko poprawny językowo, ale – co ważniejsze – poprawny politycznie.
Sytuacja – i polityczna, i językowa – zmieniła się po II wojnie światowej. W PRL-u politycznie poprawna była już tylko miłość do Kraju Rad, a językowo właściwy (bo nakazany przez reżim) stał się przymiotnik „radziecki”, który miał zastąpić niewygodny w tym okresie brak sympatii do ZSRR, odczuwany w słowie „sowiecki”. Przymiotnik „sowiecki” zszedł zatem do podziemia i gościł głównie na łamach wydawnictw z trzeciego obiegu.
Kiedy historia zatoczyła koło, a najlepszy z ustrojów politycznych pod słońcem runął, w powszechnym użyciu zaistniał znowu przymiotnik „sowiecki” jako synonim słowa „radziecki”. Były to jednak (i tak pozostało do dzisiaj) synonimy niedokładne – różniły się bowiem zabarwieniem emocjonalnym: przymiotnik „radziecki” pozostał słowem neutralnym, natomiast „sowiecki” wskazywał wyraźnie na negatywny stosunek mówiącego do opisywanej rzeczywistości. Można więc powiedzieć, że i oba słowa, i związane z nimi emocje przetrwały mimo politycznych zmian.
Jaki z tego płynie wniosek? Dla autorów tekstów, w których wymienia się ZSRR, taki, że mają prawo wyboru. Jednak decydując się na słowo „sowiecki”, powinni pamiętać, że może ono ujawnić ich polityczne sympatie. A takie nacechowanie nie zawsze jest na miejscu – nie będzie na miejscu chociażby w wydawnictwach encyklopedycznych, w których właściwy jest raczej obiektywizm i neutralny język opisu.
Od razu powiedzmy: i „radziecki”, i „sowiecki” to słowa zgodne z normą językową, czyli z punktu widzenia językoznawcy oba są poprawne. Przymiotnik „radziecki” istnieje w polszczyźnie od dawna, a jego pierwsze znaczenie to „należący do rady (zwłaszcza: rady miejskiej), pochodzący od rady; należący do rajcy; złożony z rajców” (zob. np. sala radziecka w ratuszu, czyli sala posiedzeń rady miasta; sądy radzieckie itp.). Przymiotnik „sowiecki” powstał w polszczyźnie w międzywojniu, czyli w czasie, kiedy nasz wschodni sąsiad umacniał komunistyczny ustrój, a Polska umacniała świeżo zdobytą niepodległość, przy czym interesy obu państw stały w sprzeczności (o czym pamiętają Państwo np. z lekcji historii). I właśnie wraz z nowym tworem politycznym, jakim był Związek Radziecki, pojawiło się w języku polskim słowo „sowiecki”, jako bezpośrednie zapożyczenie z rosyjskiego (ros. Sowietskij Sojuz). Było to zapożyczenie dobre, choćby dlatego że jednoznaczne (nazywało nowy byt polityczny i związane z nim rzeczy, niczego więcej). Jednak ponieważ w Polsce międzywojennej ani Sowietów, ani ich państwa nie kochano (wyjątkiem były środowiska polskich komunistów i sympatyków rewolucji), bardzo szybko przymiotnik „sowiecki” – może właśnie dlatego że obcy i że jego obcość z komunistycznego wschodu się brała – zyskał zabarwienie pejoratywne: wyraźnie wskazywał na niechętny stosunek do sąsiada Polski. Był więc nie tylko poprawny językowo, ale – co ważniejsze – poprawny politycznie.
Sytuacja – i polityczna, i językowa – zmieniła się po II wojnie światowej. W PRL-u politycznie poprawna była już tylko miłość do Kraju Rad, a językowo właściwy (bo nakazany przez reżim) stał się przymiotnik „radziecki”, który miał zastąpić niewygodny w tym okresie brak sympatii do ZSRR, odczuwany w słowie „sowiecki”. Przymiotnik „sowiecki” zszedł zatem do podziemia i gościł głównie na łamach wydawnictw z trzeciego obiegu.
Kiedy historia zatoczyła koło, a najlepszy z ustrojów politycznych pod słońcem runął, w powszechnym użyciu zaistniał znowu przymiotnik „sowiecki” jako synonim słowa „radziecki”. Były to jednak (i tak pozostało do dzisiaj) synonimy niedokładne – różniły się bowiem zabarwieniem emocjonalnym: przymiotnik „radziecki” pozostał słowem neutralnym, natomiast „sowiecki” wskazywał wyraźnie na negatywny stosunek mówiącego do opisywanej rzeczywistości. Można więc powiedzieć, że i oba słowa, i związane z nimi emocje przetrwały mimo politycznych zmian.
Jaki z tego płynie wniosek? Dla autorów tekstów, w których wymienia się ZSRR, taki, że mają prawo wyboru. Jednak decydując się na słowo „sowiecki”, powinni pamiętać, że może ono ujawnić ich polityczne sympatie. A takie nacechowanie nie zawsze jest na miejscu – nie będzie na miejscu chociażby w wydawnictwach encyklopedycznych, w których właściwy jest raczej obiektywizm i neutralny język opisu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)