To niby naturalne: wraz ze zmianą zwyczajów i postępem technologicznym zmieniamy też język, którym się komunikujemy. Czasem jednak (często) te zmiany nie wychodzą językowi (a i nam) na dobre – w toku przekształceń koślawią się poprawne niegdyś formy i odchodzą do lamusa, wypierane m.in. przez anglicyzmy (zob. tutaj), kolokwializmy, a nawet wulgaryzmy (zob. słówko „zajebisty”). Zanim ustali się nowa norma – albo zanim językoznawcy dadzą głos i poprą wybór użytkowników języka lub go odrzucą (a użytkownicy – często – i tak zrobią swoje) – mija czas, a język pod wpływem naszych niczym niekontrolowanych działań dalej pędzi, rozwija się, asymiluje nowe formy (i cóż z tego, że jeden czy drugi profesor określi je jako rażące czy niepoprawne?), niemiłosiernie rozprawiając się ze starymi.
Ten przydługi nieco wstęp to ciąg dalszy mojej językowej miniprowokacji, zapoczątkowanej tytułem tego posta – przy czym słowo „prowokacja” należy tu rozumieć jako prowokowanie do refleksji, zatrzymania się i bardziej świadomego wyboru stylu, jakim mówimy czy piszemy na co dzień. Jednym bowiem ze skutków charakteryzowanego wyżej rozwoju języka jest dziś ekspansja zwrotów typu: „wysłałem mejla”, „dostałam esesmesa”, „przeczytałam posta” itp. Co w nich złego? Czy chodzi tylko o to, że językoznawcy upierają się przy dawnych konstrukcjach, czyli bierniku z końcówką zerową (B kogo? co? mejl, telefon, list, esemes, post...), nie oglądając się na wolę i wybór użytkowników języka? Czy to jedynie przejaw wojny nowego ze starym, powszechnego z elitarnym (a tak naprawdę: z nieżyciowym, sformalizowanym, skostniałym)?
Odpowiedź jest prostsza, niż mogłoby się wydawać. Po pierwsze: wspomniane formy biernika z końcówką „-a” w przypadku wielu rzeczowników nieżywotnych rodzaju męskiego (czyli np.: kogo? co? „mejla”, „esemesa”, ale też: „pączka”, „hot-doga” itp.) nie są całkowicie potępiane przez językoznawców. W jednym czy drugim słowniku poprawnej polszczyzny, poradniku językowym lub blogu o języku znajdziemy przykłady zdań z biernikiem z końcówką „-a”, jednak zwykle opatrywane kwalifikatorem pot., czyli wskazaniem, że takie formy są dopuszczalne jedynie w języku potocznym, a nie w polszczyźnie starannej czy oficjalnej. Zatem wybór między „wysłać mejl” a „wysłać mejla” jest tak naprawdę wyborem stylu. I tu jest „po drugie” mojego wywodu. Jeśli bowiem język, jakim mówimy, porównać do wizytówki, to staranność bądź niechlujstwo językowe będzie niczym elegancka bądź ordynarna (bo np. karta jest pomięta czy zabrudzona) forma małego kartonika, który ma przypominać innym o nas. Która z nich lepiej rokuje naszym przyszłym kontaktom?
Wraz z piękną i dziś coraz bardziej staroświecką tradycją wysyłania sobie listów, kartek albo (kto o tym jeszcze pamięta?) telegramów odchodzą też w niepamięć jedynie poprawne niegdyś zwroty z użyciem form biernika z końcówką zerową w przypadku rzeczowników nieżywotnych rodzaju męskiego, takie jak: „wysłałem list” (a nie: lista!), „odebrałem telefon” (a nie: telefona!), „ze smutkiem przyjąłem Twój telegram” (a nie: Twojego telegrama!). Warto je jednak sobie przypomnieć, zanim stwierdzimy na głos, że właśnie wysłaliśmy mejla, odebraliśmy esemesa i napisaliśmy posta czy bloga...
czwartek, 27 listopada 2014
poniedziałek, 3 listopada 2014
Co zgrzyta w modowym?
Zanim zabrałam się do pisania tego posta, wcieliłam się w rolę „zwykłego” użytkownika języka, który próbując rozstrzygnąć jakąś poprawnościową kwestię, szuka odpowiedzi w internecie. To doświadczenie okazało się bardzo pouczające, a wniosek płynący z poszukiwań można sformułować tak: co autor językowej ekspertyzy, to inna opinia. Dla internauty drążącego tematy poprawnościowe taka konkluzja jest mało satysfakcjonująca, ale – co warto od razu powiedzieć – przypadek słowa „modowy” nie jest odosobniony, często bowiem bywa tak, że poloniści spierają się o poprawność różnych nowych językowych konstrukcji, ujawniając przy tym większą bądź mniejszą tolerancyjność wobec inwencji użytkowników polszczyzny.
Wróćmy jednak do tematu tego artykułu – czy przymiotnik „modowy” jest poprawny? Z punktu widzenia słowotwórstwa nie ma w nim nic błędnego – został utworzony zgodnie z językowymi regułami od rzeczownika „moda”, a fakt, że od zawsze istniał przymiotnik „modny”, niczego w tej opinii zmienić nie może. „Modny” i „modowy” opisują bowiem dwa zupełnie różne pojęcia. „Modny” to to samo, co francuskie á la mode, czyli: zgodny z modą, naśladujący aktualne trendy (np. modny mężczyzna) czy odzwierciedlający obowiązujące w danym sezonie reguły stylu (np. modny płaszcz). „Modowy” to natomiast ogólnie związany z modą (jak w nazwie działu pewnej witryny internetowej: „Modowy misz masz”, czyli wszystko, co dzieje się w świecie mody: pokazów mody, projektantów, modelek, stylistów itp.), choć często także w takim znaczeniu z modą się wiążący, że jest właśnie na przekór modzie czy wbrew dobremu gustowi, jak np. w wyrażeniu „wpadka modowa”. Co więcej – wydaje się, że pierwowzorem dla przymiotnika „modowy” stały się słowa w pewnym sensie znaczeniowo mu bliskie, np. „stylowy” czy „ubraniowy”.
„Modowy” budzi jednak wątpliwości stylistyczne. Językoznawcy narzekają, że zgrzyta (np. tutaj) lub że niepotrzebnie zastępuje konstrukcje bardziej opisowe (np. tutaj), precyzyjniej oddające rzeczywistość. Niektórzy (np. tutaj) wręcz boją się dalszej inwencji użytkowników polszczyzny i wysypu językowych potworków w rodzaju czasownika „modować” czy rzeczownika „modowanie” (co miałyby jednak one znaczyć, trudno się domyślić, a i autor przywoływanego artykułu tego nie tłumaczy). Zapewne znalazłyby się też głosy broniące różnorodności językowej i pełne obaw o to, że polszczyzna stanie się niebawem językiem jednostajnym brzmieniowo, w którym wszystko się ze sobą zrymuje i przez to zleje w jeden niezrozumiały strumień dźwięków.
Moim zdaniem jednak te opinie należałoby potraktować ostrożnie (oględnie rzecz ujmując), za „modowym” przemawia bowiem całkiem sporo argumentów. Oto ich zestaw:
1. Przywołany już wyżej argument słowotwórczy – „modowy” jest jak najbardziej poprawnym słowotwórczo wyrazem.
2. Argument ekonomiczny – przymiotnik „modowy” jest krótszy niż wyrażenia „o modzie/dotyczący mody”.
3. Argument semantyczny, także już wstępnie pokrótce omówiony – wyraz „modowy” jest wygodny, bo nadaje się do określania różnych zjawisk związanych z modą (zatem nie tylko do opisu tego, co dzieje się w modzie, ale i tego, co jest jej na przekór, co jest demodée lub po prostu w złym guście), a jednocześnie nie wchodzi w paradę (nie pokrywa się z nim znaczeniowo, zatem jego utworzenie jest wyrazem dążenia do precyzji w języku) innemu przymiotnikowi wywodzącemu się od rzeczownika „moda”, czyli „modnemu”. I jeszcze jedna uwaga: przymiotnik „modowy” jest w polszczyźnie tworem zupełnie nowym, nie zaś neosemantyzmem (czyli nie jest starym wyrazem, który zmienił bądź poszerzył swoje znaczenie). Jego pojawienie się nie rodzi dwuznaczności (jak np. w przypadku wyrazu „kawowy”: od dawna mamy np. tort kawowy, czyli taki, w którym jednym ze składników jest kawa, ale od niedawna także słyszymy o przerwie kawowej, czyli przerwie na kawę/herbatę/ciastka itp. – tutaj niewygoda polega na tym, że przymiotnik poszerzył swoje znaczenie, zaczął określać różne zjawiska, przez co staje się mylący, nieprecyzyjny).
4. Argument wywodzący się z uzusu – dziś mówić, że wyraz „modowy” jest nowy czy rzadki w polszczyźnie, już po prostu nie wypada, „modowy” bardzo szybko bowiem przeniknął do języka i niedługo zapewne znajdzie się dla niego miejsce w wydawnictwach poprawnościowych.
Moim zdaniem „modowego” nie ma co tępić. W świecie, w którym modne jest raczej językowe lenistwo, objawiające się bezmyślnym bełkotem wynikającym z dowolnego pomieszania języków angielskiego z polskim (zobacz ten post), pochwalać należałoby inwencję użytkowników tworzących wyrazy nowe w sposób poprawny i zgodny z tendencjami rozwojowymi polszczyzny. Zatem: ja jestem za „modowym”!
Wróćmy jednak do tematu tego artykułu – czy przymiotnik „modowy” jest poprawny? Z punktu widzenia słowotwórstwa nie ma w nim nic błędnego – został utworzony zgodnie z językowymi regułami od rzeczownika „moda”, a fakt, że od zawsze istniał przymiotnik „modny”, niczego w tej opinii zmienić nie może. „Modny” i „modowy” opisują bowiem dwa zupełnie różne pojęcia. „Modny” to to samo, co francuskie á la mode, czyli: zgodny z modą, naśladujący aktualne trendy (np. modny mężczyzna) czy odzwierciedlający obowiązujące w danym sezonie reguły stylu (np. modny płaszcz). „Modowy” to natomiast ogólnie związany z modą (jak w nazwie działu pewnej witryny internetowej: „Modowy misz masz”, czyli wszystko, co dzieje się w świecie mody: pokazów mody, projektantów, modelek, stylistów itp.), choć często także w takim znaczeniu z modą się wiążący, że jest właśnie na przekór modzie czy wbrew dobremu gustowi, jak np. w wyrażeniu „wpadka modowa”. Co więcej – wydaje się, że pierwowzorem dla przymiotnika „modowy” stały się słowa w pewnym sensie znaczeniowo mu bliskie, np. „stylowy” czy „ubraniowy”.
„Modowy” budzi jednak wątpliwości stylistyczne. Językoznawcy narzekają, że zgrzyta (np. tutaj) lub że niepotrzebnie zastępuje konstrukcje bardziej opisowe (np. tutaj), precyzyjniej oddające rzeczywistość. Niektórzy (np. tutaj) wręcz boją się dalszej inwencji użytkowników polszczyzny i wysypu językowych potworków w rodzaju czasownika „modować” czy rzeczownika „modowanie” (co miałyby jednak one znaczyć, trudno się domyślić, a i autor przywoływanego artykułu tego nie tłumaczy). Zapewne znalazłyby się też głosy broniące różnorodności językowej i pełne obaw o to, że polszczyzna stanie się niebawem językiem jednostajnym brzmieniowo, w którym wszystko się ze sobą zrymuje i przez to zleje w jeden niezrozumiały strumień dźwięków.
Moim zdaniem jednak te opinie należałoby potraktować ostrożnie (oględnie rzecz ujmując), za „modowym” przemawia bowiem całkiem sporo argumentów. Oto ich zestaw:
1. Przywołany już wyżej argument słowotwórczy – „modowy” jest jak najbardziej poprawnym słowotwórczo wyrazem.
2. Argument ekonomiczny – przymiotnik „modowy” jest krótszy niż wyrażenia „o modzie/dotyczący mody”.
3. Argument semantyczny, także już wstępnie pokrótce omówiony – wyraz „modowy” jest wygodny, bo nadaje się do określania różnych zjawisk związanych z modą (zatem nie tylko do opisu tego, co dzieje się w modzie, ale i tego, co jest jej na przekór, co jest demodée lub po prostu w złym guście), a jednocześnie nie wchodzi w paradę (nie pokrywa się z nim znaczeniowo, zatem jego utworzenie jest wyrazem dążenia do precyzji w języku) innemu przymiotnikowi wywodzącemu się od rzeczownika „moda”, czyli „modnemu”. I jeszcze jedna uwaga: przymiotnik „modowy” jest w polszczyźnie tworem zupełnie nowym, nie zaś neosemantyzmem (czyli nie jest starym wyrazem, który zmienił bądź poszerzył swoje znaczenie). Jego pojawienie się nie rodzi dwuznaczności (jak np. w przypadku wyrazu „kawowy”: od dawna mamy np. tort kawowy, czyli taki, w którym jednym ze składników jest kawa, ale od niedawna także słyszymy o przerwie kawowej, czyli przerwie na kawę/herbatę/ciastka itp. – tutaj niewygoda polega na tym, że przymiotnik poszerzył swoje znaczenie, zaczął określać różne zjawiska, przez co staje się mylący, nieprecyzyjny).
4. Argument wywodzący się z uzusu – dziś mówić, że wyraz „modowy” jest nowy czy rzadki w polszczyźnie, już po prostu nie wypada, „modowy” bardzo szybko bowiem przeniknął do języka i niedługo zapewne znajdzie się dla niego miejsce w wydawnictwach poprawnościowych.
Moim zdaniem „modowego” nie ma co tępić. W świecie, w którym modne jest raczej językowe lenistwo, objawiające się bezmyślnym bełkotem wynikającym z dowolnego pomieszania języków angielskiego z polskim (zobacz ten post), pochwalać należałoby inwencję użytkowników tworzących wyrazy nowe w sposób poprawny i zgodny z tendencjami rozwojowymi polszczyzny. Zatem: ja jestem za „modowym”!
Etykiety:
słowotwórstwo,
wrażliwość językowa,
wyrazy modne,
znaczenie słów
poniedziałek, 27 października 2014
Jak pomóc dziecku w nauce ortografii (cz. 1)
Jako rodzic dziecka w wieku wczesnoszkolnym od niedawna mierzę się z problemem, jak można nauczyć dzieci zasad polskiej ortografii (a ściśle: jak rodzice mogą w tej nauce pomóc swoim pociechom). Problem zrazu był teoretyczny (zastanawiałam się nad tym na użytek własny, gdy mój pierwszoklasista poznał już wszystkie literki i zaczął pisać dłuższe teksty – wtedy dotarło do mnie, że jakoś trzeba zacząć pracować nad ortograficzną poprawnością), z czasem jednak – wraz z pierwszym szkolnym dyktandem – stał się żywy. I ponieważ tak się złożyło, że na tle swojej klasy moje dziecko stanowi chlubny wyjątek jako uczeń całkiem nieźle radzący sobie z ortografią, co skutkuje pytaniami: „Jak to się robi?”, które słyszę i ja od innych rodziców, i mój syn od swoich kolegów, postanowiłam przyjrzeć się sprawie bliżej. Celem tej analizy jest zresztą nie tylko to, by podpowiedzieć innym rodzicom kilka metod pracy z dzieckiem, ale też zamiar usystematyzowania wiedzy dla samej siebie, na przyszłość, ponieważ jestem przekonana, że nauka ortografii (czy szerzej: zasad poprawności językowej) to proces żmudny i długi, nikt nie dostaje w genach/od losu prezentu w postaci znajomości zasad pisowni, co najwyżej może dostać od swoich rodziców mądrą pomoc, i nikt też nie nauczy się ortografii ot tak – po przeczytaniu kilkunastu regułek czy nawet całego słownika ortograficznego (co z całego serca odradzam!).
Oto moje metody.
1. Odkąd raz czy dwa zauważyłam, że w zeszycie, brudnopisie lub w zeszycie ćwiczeń syn napisał coś niepoprawnie (np. „zjadł” literkę, pomylił podobne znaki, zapomniał przyimka itp.), regularnie (co znaczy: mniej więcej raz w tygodniu) przeglądam zeszyty dziecka, wskazuję błędy i zachęcam do ich poprawy. Skutek takiego postępowania zauważyłam już po kilku tygodniach: syn sam zaczął zwracać uwagę na to, czy poprawnie zapisał wyrazy, a od niedawna bawi się nawet w „korektora”, wynajdując błędy w książkach, gazetach, reklamach czy na szyldach. Każda taka jego trafna „korekta” nagradzana jest przeze mnie pochwałą.
Ważna informacja: kiedy, drodzy Rodzice, przeglądacie zeszyty dziecka, nie czytajcie „na pamięć”, ale literka po literce (jak korektor właśnie :-) ). Tylko w ten sposób odkryjecie, że „ogródek” wcale nie jest ogródkiem, a „ogódkiem”, a np. z wyrażenia „w parku” zostało samo „parku”.
2. Od kilku miesięcy (mniej więcej od czasu, gdy syn z dumą oświadczył, że poznał już ostatnią literkę polskiego alfabetu) raz w tygodniu przeznaczamy trochę czasu na zabawę z ortografią. Celowo piszę „zabawę”, bo nie zawsze jest to dyktando (a nawet jeśli jest to dyktando, to zabawne właśnie – zob. punkt 3). Na rynku jest wiele pomocy dydaktycznych, które można wykorzystać do takich zabaw (albo którymi można się zainspirować): puzzle ortograficzne, karty do gry z zapisanymi na nich zagadkami ortograficznymi itp. Bawić się można także np. rozwiązując krzyżówki z dzieckiem, czytając zabawne wierszyki, rywalizując w wymyślaniu i zapisywaniu rymów (ach, te głoski nosowe!) czy słów na określoną literę, skojarzeń itp.
Ważna informacja: każda zabawa językowa, nawet jeśli nie towarzyszy jej zapisywanie słów/zdań/skojarzeń, służy rozwijaniu sprawności lingwistycznej dziecka i mniej lub bardziej wyraźnie przekłada się na umiejętności ortograficzne. I druga rzecz: mimo że internet jest kopalnią różnych treści i często najłatwiej (i najtaniej) jest sięgnąć po pomoc właśnie do sieci, odradzałabym naukę ortografii tylko na zasadzie rozwiązywania zadań/łamigłówek na komputerze. Można od czasu do czasu je wykorzystywać, ale z umiarem, zwłaszcza jeśli myślimy o dzieciach z klas I-III, ponieważ zadania typu „Wybierz z listy właściwą literkę (rz/ż, ch/h, ó/u)” nie sprzyjają zapamiętywaniu poprawnej pisowni.
3. Od czasu do czasu (a od pierwszego klasowego dyktanda już regularnie, przynajmniej raz w tygodniu) urządzam dziecku dyktando w domu. Korzystam przy tym z inwencji własnej, wspieram się tekstami wynajdowanymi w internecie albo wierszykami czy fragmentami tekstów z książek.
Ważna informacja: teksty domowych dyktand są króciutkie (maksymalnie 3-4 niezbyt rozbudowane zdania – nie chodzi przecież o to, by dziecko zmęczyło się samym pisaniem) i zawsze zabawne (np. opowieść o Frącku chorym na wątrobę) lub „życiowe”. Co to ostatnie słowo oznacza? Tylko tyle, by do pracy nad ortografią zaprząc zainteresowania swojego dziecka. Jeśli lubi piłkę nożną, niech to będzie tekst o meczu („...i kiedy sędzia odgwizdał rzut rożny, kilku piłkarzy z drużyny gości próbowało dyskutować z tą decyzją” – prawda, że niełatwe?), jeśli lubi gotować, niech to będzie przepis na sałatkę warzywną albo pasztet z marchewki, pietruszki i soczewicy, jeśli uwielbia komputery, historyjka o Heniu informatyku itp.
4. Jeśli widzę, że dziecko ma problem z zapamiętaniem pisowni jakiegoś wyrazu, staram się mu pomóc przez skojarzenia. I wcale nie chodzi tutaj o przywołanie rodziny wyrazów (druh, bo drużyna – względnie odwrotnie :-) ) czy odmienianie wyrazu przez przypadki (np. wóz, bo wozy), ale o inne zabiegi. Przykładowo: synonimem słowa „różny” jest wyraz „rozmaity” (wymiana „ó” na „o” i „ż” na „z”, super!), pisownię wyrazu „król” można wywieść od wzmianki o królu słońce (wymiana „ó” na „o”, hoho!), jednocześnie coś rysując czy podkreślając dziecku na kartce, by lepiej zapamiętało, a „góry" nie możemy przecież pisać przez „u”, bo znak „u” przypomina raczej dolinę, czyli odwrotność góry :-).
Ważna informacja: warto, w miarę możliwości, wykorzystać przy nauce ortografii swoją wiedzę, np. znajomość języków obcych (nieocenione są tu inne języki słowiańskie, którymi można się posiłkować), umiejętności (np. zabawy plastyczne: narysuj smUtną Ulę idącą do domU – w rysunku wykorzystaj jak najwięcej literek „u”, np. z jednej robiąc spódniczkę Uli, z drugiej buzię dziewczynki, z trzeciej odwrócony dach domu itd.) i wyobraźnię. Pomysłowość absolutnie wskazana!
5. Od zawsze czytamy. Kiedyś było to czytanie dziecku, potem czytanie z dzieckiem (np. na głosy), teraz coraz częściej już tylko podsuwanie dziecku ciekawych książek. I jeśli jeszcze od czasu do czasu czytam synowi książki, robię to dla wspólnej (jego, ale i mojej) przyjemności, zawsze z ciekawością i radością. Jestem przekonana (także przywołując doświadczenia własne jako dziecka kiedyś ogromnie dużo czytającego), że regularne czytanie książek sprzyja nauce ortografii.
Ważna informacja: polecam wybieranie książek bliskich zainteresowaniom dziecka, czyli: opowieści szkolne (także serie o szkolnych i domowych urwisach), historie z zagadkami w tle (opowiadania detektywistyczne), książki o zwierzątkach itp.
Oto moje metody.
1. Odkąd raz czy dwa zauważyłam, że w zeszycie, brudnopisie lub w zeszycie ćwiczeń syn napisał coś niepoprawnie (np. „zjadł” literkę, pomylił podobne znaki, zapomniał przyimka itp.), regularnie (co znaczy: mniej więcej raz w tygodniu) przeglądam zeszyty dziecka, wskazuję błędy i zachęcam do ich poprawy. Skutek takiego postępowania zauważyłam już po kilku tygodniach: syn sam zaczął zwracać uwagę na to, czy poprawnie zapisał wyrazy, a od niedawna bawi się nawet w „korektora”, wynajdując błędy w książkach, gazetach, reklamach czy na szyldach. Każda taka jego trafna „korekta” nagradzana jest przeze mnie pochwałą.
Ważna informacja: kiedy, drodzy Rodzice, przeglądacie zeszyty dziecka, nie czytajcie „na pamięć”, ale literka po literce (jak korektor właśnie :-) ). Tylko w ten sposób odkryjecie, że „ogródek” wcale nie jest ogródkiem, a „ogódkiem”, a np. z wyrażenia „w parku” zostało samo „parku”.
2. Od kilku miesięcy (mniej więcej od czasu, gdy syn z dumą oświadczył, że poznał już ostatnią literkę polskiego alfabetu) raz w tygodniu przeznaczamy trochę czasu na zabawę z ortografią. Celowo piszę „zabawę”, bo nie zawsze jest to dyktando (a nawet jeśli jest to dyktando, to zabawne właśnie – zob. punkt 3). Na rynku jest wiele pomocy dydaktycznych, które można wykorzystać do takich zabaw (albo którymi można się zainspirować): puzzle ortograficzne, karty do gry z zapisanymi na nich zagadkami ortograficznymi itp. Bawić się można także np. rozwiązując krzyżówki z dzieckiem, czytając zabawne wierszyki, rywalizując w wymyślaniu i zapisywaniu rymów (ach, te głoski nosowe!) czy słów na określoną literę, skojarzeń itp.
Ważna informacja: każda zabawa językowa, nawet jeśli nie towarzyszy jej zapisywanie słów/zdań/skojarzeń, służy rozwijaniu sprawności lingwistycznej dziecka i mniej lub bardziej wyraźnie przekłada się na umiejętności ortograficzne. I druga rzecz: mimo że internet jest kopalnią różnych treści i często najłatwiej (i najtaniej) jest sięgnąć po pomoc właśnie do sieci, odradzałabym naukę ortografii tylko na zasadzie rozwiązywania zadań/łamigłówek na komputerze. Można od czasu do czasu je wykorzystywać, ale z umiarem, zwłaszcza jeśli myślimy o dzieciach z klas I-III, ponieważ zadania typu „Wybierz z listy właściwą literkę (rz/ż, ch/h, ó/u)” nie sprzyjają zapamiętywaniu poprawnej pisowni.
3. Od czasu do czasu (a od pierwszego klasowego dyktanda już regularnie, przynajmniej raz w tygodniu) urządzam dziecku dyktando w domu. Korzystam przy tym z inwencji własnej, wspieram się tekstami wynajdowanymi w internecie albo wierszykami czy fragmentami tekstów z książek.
Ważna informacja: teksty domowych dyktand są króciutkie (maksymalnie 3-4 niezbyt rozbudowane zdania – nie chodzi przecież o to, by dziecko zmęczyło się samym pisaniem) i zawsze zabawne (np. opowieść o Frącku chorym na wątrobę) lub „życiowe”. Co to ostatnie słowo oznacza? Tylko tyle, by do pracy nad ortografią zaprząc zainteresowania swojego dziecka. Jeśli lubi piłkę nożną, niech to będzie tekst o meczu („...i kiedy sędzia odgwizdał rzut rożny, kilku piłkarzy z drużyny gości próbowało dyskutować z tą decyzją” – prawda, że niełatwe?), jeśli lubi gotować, niech to będzie przepis na sałatkę warzywną albo pasztet z marchewki, pietruszki i soczewicy, jeśli uwielbia komputery, historyjka o Heniu informatyku itp.
4. Jeśli widzę, że dziecko ma problem z zapamiętaniem pisowni jakiegoś wyrazu, staram się mu pomóc przez skojarzenia. I wcale nie chodzi tutaj o przywołanie rodziny wyrazów (druh, bo drużyna – względnie odwrotnie :-) ) czy odmienianie wyrazu przez przypadki (np. wóz, bo wozy), ale o inne zabiegi. Przykładowo: synonimem słowa „różny” jest wyraz „rozmaity” (wymiana „ó” na „o” i „ż” na „z”, super!), pisownię wyrazu „król” można wywieść od wzmianki o królu słońce (wymiana „ó” na „o”, hoho!), jednocześnie coś rysując czy podkreślając dziecku na kartce, by lepiej zapamiętało, a „góry" nie możemy przecież pisać przez „u”, bo znak „u” przypomina raczej dolinę, czyli odwrotność góry :-).
Ważna informacja: warto, w miarę możliwości, wykorzystać przy nauce ortografii swoją wiedzę, np. znajomość języków obcych (nieocenione są tu inne języki słowiańskie, którymi można się posiłkować), umiejętności (np. zabawy plastyczne: narysuj smUtną Ulę idącą do domU – w rysunku wykorzystaj jak najwięcej literek „u”, np. z jednej robiąc spódniczkę Uli, z drugiej buzię dziewczynki, z trzeciej odwrócony dach domu itd.) i wyobraźnię. Pomysłowość absolutnie wskazana!
5. Od zawsze czytamy. Kiedyś było to czytanie dziecku, potem czytanie z dzieckiem (np. na głosy), teraz coraz częściej już tylko podsuwanie dziecku ciekawych książek. I jeśli jeszcze od czasu do czasu czytam synowi książki, robię to dla wspólnej (jego, ale i mojej) przyjemności, zawsze z ciekawością i radością. Jestem przekonana (także przywołując doświadczenia własne jako dziecka kiedyś ogromnie dużo czytającego), że regularne czytanie książek sprzyja nauce ortografii.
Ważna informacja: polecam wybieranie książek bliskich zainteresowaniom dziecka, czyli: opowieści szkolne (także serie o szkolnych i domowych urwisach), historie z zagadkami w tle (opowiadania detektywistyczne), książki o zwierzątkach itp.
niedziela, 26 października 2014
W pogoni za modą
Przeglądanie portali czy blogów o modzie (nazywanych przez ich twórców „modowymi” – o tym, czy ten przymiotnik należy uznać za poprawny, napiszę niebawem) może mieć poza innymi i tę zaletę, że dostarcza ciekawego materiału do analiz... językoznawczych. Kto by myślał, że żartuję albo całkowicie sfiksowałam, niech szybko kliknie ten link. Uprzedzam: to odnośnik do artykułu nie najświeższego, nie jest bowiem moim zamierzeniem promowanie w tym poście gorących trendów w modzie, za to jest to link do tekstu doskonale pokazującego stylistyczny problem autorów piszących o tym, co i jak należy nosić. Dodam: piszących po polsku, choć na pierwszy rzut oka nie jest to wcale oczywiste :-).
Proszę przeczytać taki np. akapit, streszczający najważniejsze wytyczne dla pań, które chcą nadążać za modą: „Absolutnym must have będzie kraciasty oversizowy płaszcz, który lansuje Marc Jacobs i Stella McCartney. Saint Laurent z kolei postawił na kratę w wersji grunge’owej, natomiast włoski dom mody Moschino proponuje kraciasty total look! Jest to wersja dla odważnych fashionistek, np. dla trendsetterki Rity Ory”. Chciałoby się powiedzieć „Wow!”, prawda? (Bo przecież czują Państwo, że mówienie „Och!” w tym kontekście jest nie na miejscu, byłoby po prostu passé). Miało przykuć uwagę? Przykuło! Miało postawić do pionu? Postawiło! Miało wywołać wewnętrzną motywację do przeszukania szaf, a przede wszystkim sklepów pod kątem tych wszystkich absolutnie koniecznych do naśladowania trendów? Wywołało!
Dalej w tekście przeczytać jeszcze można o modnych w sezonie printach (bezwzględnie zwierzęce, ewentualnie kropki – taki retro look, dla odmiany). Autorki zastanawiają się np.: „Czy ten print opanuje polskie ulice?”, ale przecież wiadomo już, że jest to pytanie retoryczne, bo kto z czytelników chciałby być demodé, kto ma jeszcze jakiekolwiek wątpliwości, kto wysiedział dotąd przed ekranem komputera/tabletu/smartfona, zamiast oblekać się już, natychmiast!, w najbardziej zwierzęcy z możliwych wzorek – ten w panterkę? Mamy też tajemniczy outfit ikon mody – wspomnienie o nim ma nas utwierdzić w przekonaniu, że warto naśladować najnowsze światowe trendy. W innym miejscu jest jeszcze look (już bez określenia „total”, jaka szkoda!) jako synonim outfitu. Prawda, że modnie?
Tylko – kto przez taki język przebrnie? Może gdyby media traktujące o modzie zamieszczały każdorazowo słowniczek wyrazów modnych, byłoby łatwiej. Jednak tego nie robią, a w poszukiwaniu słów kluczowych dla omawianego artykułu (i temu podobnych tekstów) należy się udać na inne strony, z których np. można się dowiedzieć, że outfit to po prostu wygląd, total look to styl kobiety nienagannie stylowej albo (w innym znaczeniu) jednolity, np. kolorystycznie ubiór (wyjaśnienie tutaj), oversizowy znaczy obszerny, print to wzorek, deseń, zaś must have to przebój, a jednocześnie znak rozpoznawczy każdej śledzącej nowinki w modzie osoby.
Język żyje, to prawda. Język się zmienia, rozwija, asymiluje nowe słowa, pozbywa się tych leciwych i nieużywanych. Podlega modom i rozmaitym trendom. To wszystko jednak nie znaczy przecież, że mamy zacząć mówić i pisać w jakiejś bełkotliwej mieszance, w jakimś polanglo, ani ładnym, ani zrozumiałym.
PS Jako ciekawostkę polecam wszystkim taką oto grafikę mojej ulubionej artystki Marty Frej :-).
Proszę przeczytać taki np. akapit, streszczający najważniejsze wytyczne dla pań, które chcą nadążać za modą: „Absolutnym must have będzie kraciasty oversizowy płaszcz, który lansuje Marc Jacobs i Stella McCartney. Saint Laurent z kolei postawił na kratę w wersji grunge’owej, natomiast włoski dom mody Moschino proponuje kraciasty total look! Jest to wersja dla odważnych fashionistek, np. dla trendsetterki Rity Ory”. Chciałoby się powiedzieć „Wow!”, prawda? (Bo przecież czują Państwo, że mówienie „Och!” w tym kontekście jest nie na miejscu, byłoby po prostu passé). Miało przykuć uwagę? Przykuło! Miało postawić do pionu? Postawiło! Miało wywołać wewnętrzną motywację do przeszukania szaf, a przede wszystkim sklepów pod kątem tych wszystkich absolutnie koniecznych do naśladowania trendów? Wywołało!
Dalej w tekście przeczytać jeszcze można o modnych w sezonie printach (bezwzględnie zwierzęce, ewentualnie kropki – taki retro look, dla odmiany). Autorki zastanawiają się np.: „Czy ten print opanuje polskie ulice?”, ale przecież wiadomo już, że jest to pytanie retoryczne, bo kto z czytelników chciałby być demodé, kto ma jeszcze jakiekolwiek wątpliwości, kto wysiedział dotąd przed ekranem komputera/tabletu/smartfona, zamiast oblekać się już, natychmiast!, w najbardziej zwierzęcy z możliwych wzorek – ten w panterkę? Mamy też tajemniczy outfit ikon mody – wspomnienie o nim ma nas utwierdzić w przekonaniu, że warto naśladować najnowsze światowe trendy. W innym miejscu jest jeszcze look (już bez określenia „total”, jaka szkoda!) jako synonim outfitu. Prawda, że modnie?
Tylko – kto przez taki język przebrnie? Może gdyby media traktujące o modzie zamieszczały każdorazowo słowniczek wyrazów modnych, byłoby łatwiej. Jednak tego nie robią, a w poszukiwaniu słów kluczowych dla omawianego artykułu (i temu podobnych tekstów) należy się udać na inne strony, z których np. można się dowiedzieć, że outfit to po prostu wygląd, total look to styl kobiety nienagannie stylowej albo (w innym znaczeniu) jednolity, np. kolorystycznie ubiór (wyjaśnienie tutaj), oversizowy znaczy obszerny, print to wzorek, deseń, zaś must have to przebój, a jednocześnie znak rozpoznawczy każdej śledzącej nowinki w modzie osoby.
Język żyje, to prawda. Język się zmienia, rozwija, asymiluje nowe słowa, pozbywa się tych leciwych i nieużywanych. Podlega modom i rozmaitym trendom. To wszystko jednak nie znaczy przecież, że mamy zacząć mówić i pisać w jakiejś bełkotliwej mieszance, w jakimś polanglo, ani ładnym, ani zrozumiałym.
PS Jako ciekawostkę polecam wszystkim taką oto grafikę mojej ulubionej artystki Marty Frej :-).
Etykiety:
anglicyzmy,
błędy językowe,
media,
wrażliwość językowa,
wyrazy modne
Reaktywacja
Po długiej przerwie spowodowanej przygotowywaniem do publikacji autorskiej książki (szczegóły, mam nadzieję, wkrótce) blog wraca w nowej odsłonie. Zmieniają się nie tylko wygląd i tytuł witryny (teraz nazwa strony lepiej oddaje treść publikowanych tutaj postów), ale też nadawca wypowiedzi (firmowe „my" zastąpi odtąd „ja", czyli subiektywny głos założycielki firmy M.T. Media i współautorki publikacji językowych, m.in. poradnika „Polski bez błędów"). Istotna zmiana dotyczy również nowej na stronie Noty prawnej - wszelkie cytaty z zamieszczanych w witrynie tekstów wymagają zgody autorki bloga. W założeniu wszystkie powyższe modyfikacje mają ułatwić komunikację z czytelnikami bloga i przyciągnąć nowych użytkowników.
sobota, 15 lutego 2014
Pamiątka z gór
W tym przypadku na uwagę zasługuje nie tylko nazwa sklepu (Qupse ciucha), łącząca elementy obce i potoczne (typowo małopolskie "se"), ale i jego "definicja". Komentarz chyba zbędny.
sobota, 16 listopada 2013
Trudne nazwiska zakończone na -e
Na ekrany kin weszła Papusza – film wyreżyserowany przez Joannę Kos-Krauze i Krzysztof Krauzego. Dziennikarze filmowi nie bez powodu zachwycają się tym obrazem – jednak czytelników recenzji Papuszy już nie zachwycają błędy w tekstach, zwłaszcza te dotyczące odmiany nazwiska twórców filmu.
Grzegorz Kuprowski w portalu Gazeta.pl pisze tak: „Warto przypomnieć sobie tę nieco zapomnianą kartę z literackiej historii Polski. Małżeństwo Krzysztofa i Joanny Krauzech długo kazało nam czekać na kolejny film, ale zdecydowanie nie zawiodło” (całą recenzję przeczytaj tutaj).
Przypominamy: nazwiska zakończone na –e wywodzą się z języka niemieckiego, ale po polsku należy je odmieniać (wyjątek to sytuacja, w której nazwisko poprzedzone jest jakimś określnikiem, który został odmieniony, np. „brawa należą się reżyserowi Krauze”). Trudność polega na tym, że tego typu nazwiska odmieniają się według innych reguł w liczbie pojedynczej (odmiana przymiotnikowa, np. Krauzego, Krauzemu, Krauzem), a według innych w liczbie mnogiej (odmiana rzeczownikowa – rzeczowniki męskie osobowe). Zatem pełna odmiana w liczbie mnogiej wyglądać będzie tak:
M Krauzowie jak ojcowie
D Krauzów jak ojców
C Krauzom jak ojcom
B Krauzów jak ojców
N Krauzami jak ojcami
Msc Krauzach jak ojcach
W Krauzowie! jak ojcowie!
W zacytowanym wyżej zdaniu powinno być zatem: „małżeństwo Krzysztofa i Joanny Krauzów”.
Osobom mającym problemy z odmianą nazwisk polecamy krótki wykład na ten temat, jaki można przeczytać w internecie (zobacz tutaj), a czytelnikom recenzji filmowych proponujemy raczej wyprawę do kina niż czytanie tekstów krytycznych, które czasem mogą przynieść więcej szkody niż pożytku, także jeśli chodzi o samodzielną ocenę tego czy innego dzieła filmowego.
Grzegorz Kuprowski w portalu Gazeta.pl pisze tak: „Warto przypomnieć sobie tę nieco zapomnianą kartę z literackiej historii Polski. Małżeństwo Krzysztofa i Joanny Krauzech długo kazało nam czekać na kolejny film, ale zdecydowanie nie zawiodło” (całą recenzję przeczytaj tutaj).
Przypominamy: nazwiska zakończone na –e wywodzą się z języka niemieckiego, ale po polsku należy je odmieniać (wyjątek to sytuacja, w której nazwisko poprzedzone jest jakimś określnikiem, który został odmieniony, np. „brawa należą się reżyserowi Krauze”). Trudność polega na tym, że tego typu nazwiska odmieniają się według innych reguł w liczbie pojedynczej (odmiana przymiotnikowa, np. Krauzego, Krauzemu, Krauzem), a według innych w liczbie mnogiej (odmiana rzeczownikowa – rzeczowniki męskie osobowe). Zatem pełna odmiana w liczbie mnogiej wyglądać będzie tak:
M Krauzowie jak ojcowie
D Krauzów jak ojców
C Krauzom jak ojcom
B Krauzów jak ojców
N Krauzami jak ojcami
Msc Krauzach jak ojcach
W Krauzowie! jak ojcowie!
W zacytowanym wyżej zdaniu powinno być zatem: „małżeństwo Krzysztofa i Joanny Krauzów”.
Osobom mającym problemy z odmianą nazwisk polecamy krótki wykład na ten temat, jaki można przeczytać w internecie (zobacz tutaj), a czytelnikom recenzji filmowych proponujemy raczej wyprawę do kina niż czytanie tekstów krytycznych, które czasem mogą przynieść więcej szkody niż pożytku, także jeśli chodzi o samodzielną ocenę tego czy innego dzieła filmowego.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
