Twórcy polskiej strony WWW gry „Minecraft” chwalą się, że odnieśli sukces w sprzedaży. Z tej okazji popełnili tekst pt. „Półtorej miesiąca – pół miliona sprzedanych!”. I choć gratulujemy marketingowcom „Minecrafta” tak doskonałych wyników, to nie możemy nie zauważyć, że ich euforia jest na bakier z poprawnością językową.
Od razu zaznaczmy, że „półtorej miesiąca”, „półtorej tygodnia”, „półtorej roku” itp. to błędy coraz bardziej powszechne i zwykle wcale nie stowarzyszone z zachwytem, który mógłby choć po części usprawiedliwiać taką pomyłkę. „Półtorej” (bo już nie wypierane zewsząd „półtora”) w świadomości językowej sporej części mówiących i piszących po polsku to wyraz, który ma jednakową postać, niezależnie od tego, z jakim rzeczownikiem jest używany. Być może rację ma Maciej Malinowski, autor felietonów językowych z tygodnika „Angora” (więcej tutaj), który wskazuje, że mechanizm tego błędu może wiązać się z analogią do zaimka „która” (w dopełniaczu: „której”). Jeśli tak by rzeczywiście było, to „półtora” odczuwane jako słowo rodzaju żeńskiego w postaci mianownikowej, zyskuje, w mniemaniu sporej grupy użytkowników polszczyzny – dla doprecyzowania cząstkowości zawartej w znaczeniu tego wyrazu – postać niby-dopełniacza „półtorej”. (Dopełniacza, czyli tego przypadka, który występuje w konstrukcjach składniowych podkreślających część jakiejś całości; dodajmy jednak: część nieskonkretyzowaną bliżej, jak np. w zdaniach „Daj mi chleba” czy „Napił się mleka”, więc w przypadku „półtora” konstrukcji zupełnie nieuzasadnionej). Nie mamy pewności, czy taki jest właśnie tok myślenia mówiących i piszących o „półtorej metra”, „półtorej zadania” czy „półtorej kilograma” itp. Wiemy natomiast, że jest to tok rozumowania błędny.
Przypomnijmy: liczebnik „półtora” (podobnie jak „pół”) nie odmienia się przez przypadki, więc stanowi wyjątek w swojej kategorii gramatycznej. Jednak „półtora” odmienia się przez rodzaje – a może lepiej: występuje w dwóch rodzajach gramatycznych:
- forma męska i nijaka: półtora (np. półtora roku, półtora miesiąca, półtora zadania, półtora kilograma itp.)
- forma żeńska: półtorej (np. półtorej godziny, półtorej sekundy, półtorej mili, półtorej szklanki itp.).
Wracając do „Minecrafta” – na stronie gry w zakładce „Czym jest »Minecraft«?” czytamy: „Kończąc, chciałbym dodać, że Minecraft należy do tych gier, które albo się lubi albo się ich nienawidzi” (zdanie poddaliśmy korekcie ;-) ). No cóż, ani nie lubimy, ani nie nienawidzimy, co nie znaczy, że pewne rzeczy (czyt. słowa, związki wyrazowe, zdania) pozostaną dla nas obojętne.
poniedziałek, 29 sierpnia 2011
wtorek, 23 sierpnia 2011
Przesyłka jest, ale destynacja... się zgubiła
Jeszcze do niedawna, jeśli nie udawało się uzgodnić danych adresata jakiejś przesyłki pocztowej czy kurierskiej, wracała ona do nadawcy z pieczątką „Adresat nieznany”. Ponieważ jednak dziś nastały czasy powszechnej (by nie rzec: globalnej) wymiany wszystkiego co stare na nowe, a dotyczy to także słów (rzeczywistość języka odzwierciedla wszak prozę i poezję życia), to i dawne pieczątki muszą odejść do lamusa. Dziś bowiem nieznany nie jest już adresat, ale jego... destynacja.
Oto śledząc słowo „destynacja” w internetowej wyszukiwarce, znaleźliśmy jakże dramatyczną historię przesyłki z meblami. Opowieść snuje adresatka owej przesyłki (nick: dida35), która ma dylemat prawny (w związku z tym swoją historią urzeka czytelników forum prawnego właśnie). W skrócie: dida35 kupiła meble, chciała je dostać jak najszybciej, kurierzy pomylili przesyłki, ona podpisała odbiór paczki, bo rozmiary przesyłki się zgadzały, i teraz ma problem. I pisze (zachowujemy błędy oryginału): „Generalnie, jestem ciekawa czy mam do czegos prawo biorac pod uwage sytuacje w ktorej sie znalazlam, czyli wydluzony czas realizacji o 2 tygodnie i pomylka firmy kurierskiej w destynacji przesylki? I jak powinnam sie zachowac aby wyjsc z sytuacji obronna reka”.
Niestety, nie wiemy, jaki był koniec tego niedawno rozgrywającego się dramatu (opowieść kończy się, jak każda dobra literatura, w takim momencie, który pozwala czytelnikowi dopowiedzieć sobie różne zakończenia – dida35 oznajmia: „sprawa jest w toku i narazie nadal czekam na swoja przesylke”). Dlatego pozostaje nam zająć się słowem „destynacja”.
Warto wiedzieć, że modne dziś, zwłaszcza w kontekstach turystycznych, słowo, kiedyś istniało w polszczyźnie. Zapożyczone z łaciny (łac. destinare w jednym ze swych znaczeń to „wyznaczyć, oznaczyć, ustalić; jako cel oznaczyć”) było synonimem wyrazu „przeznaczenie”. Joachim Lelewel pisał np. w jednym ze swoich listów: „W trzech pokojach trzy stoliki z bostonem, jeden pokój destynowany dla młodzieży”, a Adam Naruszewicz stworzył takie zdanie: „Dwaj młodsi bracia […] destynowani byli do stanu duchownego”. „Destynacja” i pokrewne jej słowa była raczej rzadka w polszczyźnie, a całkiem wyszła z użycia na początku XIX w. Wyparły ją słowa rodzime bądź – odczuwane jako bliższe polszczyźnie – słowa prostsze czy precyzyjniejsze. Co może być ciekawe w kontekście przywołanej na początku tego posta historii meblowej przesyłki, było (i jest nadal) w języku polskim słowo „destynator”, oznaczające odbiorcę towaru, osobę będącą adresatem przesyłki.
Dziś – wracająca i tym razem modna – „destynacja”, zapożyczona z języka angielskiego, to zwykle „cel podróży”, „kierunek turystyczny”, „region atrakcyjny turystycznie, będący celem wycieczek”. Jest portal „Destynacje europejskie” (zob. tutaj), gdzie „destynacje” to „atrakcje turystyczne”. Linie lotnicze, biura podróży, organizacje turystyczne kuszą „nowymi/ atrakcyjnymi/ egzotycznymi destynacjami”. W Wikipedii (zob. tutaj) można przeczytać, że „destynacja” to jeden z najważniejszych terminów obowiązujących w turystyce.
Jak pokazuje przywołany wątek z forum prawnego – destynacja staje się też po prostu synonimem adresu, miejsca/ osoby przeznaczenia, celu. Słowo to z języka środowiskowego wkracza w język potoczny, wypierając z niego proste i bardziej jednoznaczne wyrazy.
Czyżbyśmy więc niedługo zamiast „cel wypowiedzi” mieli mówić „destynacja wypowiedzi”? Zamiast „kierunek rozwoju” – „destynacja rozwoju”? Zamiast „udałam się w długą podróż” – „mam za sobą długą destynację”? A zamiast „wpisz mi swój adres, wyślę ci widokówkę” – „wpisz mi swoją destynację”?...
Zrobiło nam się gorąco. Chyba popełniliśmy błąd. Nasz blog jest nie na czasie i nigdy nie będzie bił rekordów popularności. Teraz już wiemy dlaczego: wszystko przez zły tytuł. Powinniśmy go przemianować na „Destynacje polszczyzny” albo (bardziej ekspresyjnie): „Polszczyzno, jakie są twoje destynacje?”. Nie zrobimy jednak tego. Ta destynacja nie jest nasza.
Oto śledząc słowo „destynacja” w internetowej wyszukiwarce, znaleźliśmy jakże dramatyczną historię przesyłki z meblami. Opowieść snuje adresatka owej przesyłki (nick: dida35), która ma dylemat prawny (w związku z tym swoją historią urzeka czytelników forum prawnego właśnie). W skrócie: dida35 kupiła meble, chciała je dostać jak najszybciej, kurierzy pomylili przesyłki, ona podpisała odbiór paczki, bo rozmiary przesyłki się zgadzały, i teraz ma problem. I pisze (zachowujemy błędy oryginału): „Generalnie, jestem ciekawa czy mam do czegos prawo biorac pod uwage sytuacje w ktorej sie znalazlam, czyli wydluzony czas realizacji o 2 tygodnie i pomylka firmy kurierskiej w destynacji przesylki? I jak powinnam sie zachowac aby wyjsc z sytuacji obronna reka”.
Niestety, nie wiemy, jaki był koniec tego niedawno rozgrywającego się dramatu (opowieść kończy się, jak każda dobra literatura, w takim momencie, który pozwala czytelnikowi dopowiedzieć sobie różne zakończenia – dida35 oznajmia: „sprawa jest w toku i narazie nadal czekam na swoja przesylke”). Dlatego pozostaje nam zająć się słowem „destynacja”.
Warto wiedzieć, że modne dziś, zwłaszcza w kontekstach turystycznych, słowo, kiedyś istniało w polszczyźnie. Zapożyczone z łaciny (łac. destinare w jednym ze swych znaczeń to „wyznaczyć, oznaczyć, ustalić; jako cel oznaczyć”) było synonimem wyrazu „przeznaczenie”. Joachim Lelewel pisał np. w jednym ze swoich listów: „W trzech pokojach trzy stoliki z bostonem, jeden pokój destynowany dla młodzieży”, a Adam Naruszewicz stworzył takie zdanie: „Dwaj młodsi bracia […] destynowani byli do stanu duchownego”. „Destynacja” i pokrewne jej słowa była raczej rzadka w polszczyźnie, a całkiem wyszła z użycia na początku XIX w. Wyparły ją słowa rodzime bądź – odczuwane jako bliższe polszczyźnie – słowa prostsze czy precyzyjniejsze. Co może być ciekawe w kontekście przywołanej na początku tego posta historii meblowej przesyłki, było (i jest nadal) w języku polskim słowo „destynator”, oznaczające odbiorcę towaru, osobę będącą adresatem przesyłki.
Dziś – wracająca i tym razem modna – „destynacja”, zapożyczona z języka angielskiego, to zwykle „cel podróży”, „kierunek turystyczny”, „region atrakcyjny turystycznie, będący celem wycieczek”. Jest portal „Destynacje europejskie” (zob. tutaj), gdzie „destynacje” to „atrakcje turystyczne”. Linie lotnicze, biura podróży, organizacje turystyczne kuszą „nowymi/ atrakcyjnymi/ egzotycznymi destynacjami”. W Wikipedii (zob. tutaj) można przeczytać, że „destynacja” to jeden z najważniejszych terminów obowiązujących w turystyce.
Jak pokazuje przywołany wątek z forum prawnego – destynacja staje się też po prostu synonimem adresu, miejsca/ osoby przeznaczenia, celu. Słowo to z języka środowiskowego wkracza w język potoczny, wypierając z niego proste i bardziej jednoznaczne wyrazy.
Czyżbyśmy więc niedługo zamiast „cel wypowiedzi” mieli mówić „destynacja wypowiedzi”? Zamiast „kierunek rozwoju” – „destynacja rozwoju”? Zamiast „udałam się w długą podróż” – „mam za sobą długą destynację”? A zamiast „wpisz mi swój adres, wyślę ci widokówkę” – „wpisz mi swoją destynację”?...
Zrobiło nam się gorąco. Chyba popełniliśmy błąd. Nasz blog jest nie na czasie i nigdy nie będzie bił rekordów popularności. Teraz już wiemy dlaczego: wszystko przez zły tytuł. Powinniśmy go przemianować na „Destynacje polszczyzny” albo (bardziej ekspresyjnie): „Polszczyzno, jakie są twoje destynacje?”. Nie zrobimy jednak tego. Ta destynacja nie jest nasza.
czwartek, 18 sierpnia 2011
Co do „odnośnie (do)”...
Ostatnio ZUS napisał do nas w te słowy: „Interwencję odnośnie przedstawionego sposobu korekty należy zgłosić do pok. XXX”. O piśmie przypomniała nam dzisiejsza wypowiedź redaktorki radia RMF Classic: „jeśli chcecie wiedzieć, gdzie najlepiej łapać stopa odnośnie do Krakowa, zajrzyjcie do dzisiejszego wydania »Gazety Wyborczej«”.
Zatem „odnośnie czegoś” czy „odnośnie do czegoś”? Od razu powiedzmy, że najlepiej byłoby pilnować się i eliminować z naszych wypowiedzi obie te nadużywane i nazbyt pachnące urzędowym stylem konstrukcje. Jest przecież zwykłe, a bardziej (!) poprawne „co do”, są wreszcie dłuższe sformułowania, np.: „w związku z czymś”, „w stosunku do czegoś”, „jeśli chodzi o coś”, „w sprawie czegoś”, „co się tyczy czegoś”. Jeśli tak będziemy mówić/pisać, na pewno nie popełnimy błędu, a przy tym będziemy spokojniejsi.
A wracając do przysłówka „odnośnie” – językoznawcy wciąż bronią (choć, przyznajmy to, coraz słabiej – zob. wątek w Poradni językowej PWN) poprawności konstrukcji „odnośnie do czegoś”, tłumacząc to pochodzeniem słowa „odnośnie”. Przysłówek ten ma bowiem swój źródłosłów w czasowniku „odnosić się do czegoś”, zatem skoro powiemy np. „A teraz odniosę się do Państwa pytania (...)”, nie zaś „odniosę się Państwa pytania”, to i podobnie powinniśmy mówić, gdy używamy konstrukcji z wyrazem „odnośnie”, stosując go tylko w połączeniu z przyimkiem „do”.
Użytkownicy języka polskiego częściej jednak wykorzystują w swoich wypowiedziach konstrukcję „odnośnie czegoś” i zapewne z czasem i ona zostanie uznana za poprawną. „Odnośnie czegoś” broni się większą prostotą składniową, przez co sformułowanie to dalsze jest od stylu oficjalnego i coraz powszechniej odczuwane jako lepsze. Jest w tym pewna logika, którą jesteśmy skłonni uznać.
Jaki z tego płynie wniosek? Dość optymistyczny: język ciągle się zmienia, a o zmianach często decydujemy właśnie my, zwykli użytkownicy polszczyzny. I choć może to być pocieszające dla wielu chcących mówić nie tylko poprawnie, ale i pięknie, to pamiętajmy o starej, powtarzanej kiedyś przez dziennikarzy zasadzie „z głowy, czyli z niczego”. Lepiej sprawdzić i upewnić się, niż żałować.
A konstrukcją „odnośnie (do)” lepiej nie zaprzątajmy sobie głowy – przyzwyczajmy się do synonimicznych i, jak wcześniej wykazaliśmy, lepszych sformułowań.
Zatem „odnośnie czegoś” czy „odnośnie do czegoś”? Od razu powiedzmy, że najlepiej byłoby pilnować się i eliminować z naszych wypowiedzi obie te nadużywane i nazbyt pachnące urzędowym stylem konstrukcje. Jest przecież zwykłe, a bardziej (!) poprawne „co do”, są wreszcie dłuższe sformułowania, np.: „w związku z czymś”, „w stosunku do czegoś”, „jeśli chodzi o coś”, „w sprawie czegoś”, „co się tyczy czegoś”. Jeśli tak będziemy mówić/pisać, na pewno nie popełnimy błędu, a przy tym będziemy spokojniejsi.
A wracając do przysłówka „odnośnie” – językoznawcy wciąż bronią (choć, przyznajmy to, coraz słabiej – zob. wątek w Poradni językowej PWN) poprawności konstrukcji „odnośnie do czegoś”, tłumacząc to pochodzeniem słowa „odnośnie”. Przysłówek ten ma bowiem swój źródłosłów w czasowniku „odnosić się do czegoś”, zatem skoro powiemy np. „A teraz odniosę się do Państwa pytania (...)”, nie zaś „odniosę się Państwa pytania”, to i podobnie powinniśmy mówić, gdy używamy konstrukcji z wyrazem „odnośnie”, stosując go tylko w połączeniu z przyimkiem „do”.
Użytkownicy języka polskiego częściej jednak wykorzystują w swoich wypowiedziach konstrukcję „odnośnie czegoś” i zapewne z czasem i ona zostanie uznana za poprawną. „Odnośnie czegoś” broni się większą prostotą składniową, przez co sformułowanie to dalsze jest od stylu oficjalnego i coraz powszechniej odczuwane jako lepsze. Jest w tym pewna logika, którą jesteśmy skłonni uznać.
Jaki z tego płynie wniosek? Dość optymistyczny: język ciągle się zmienia, a o zmianach często decydujemy właśnie my, zwykli użytkownicy polszczyzny. I choć może to być pocieszające dla wielu chcących mówić nie tylko poprawnie, ale i pięknie, to pamiętajmy o starej, powtarzanej kiedyś przez dziennikarzy zasadzie „z głowy, czyli z niczego”. Lepiej sprawdzić i upewnić się, niż żałować.
A konstrukcją „odnośnie (do)” lepiej nie zaprzątajmy sobie głowy – przyzwyczajmy się do synonimicznych i, jak wcześniej wykazaliśmy, lepszych sformułowań.
środa, 10 sierpnia 2011
Brzydkie słowo na „p”
O czasowniku „posiadać” już trochę pisaliśmy, wytykając błędy urzędnikom (zwrot „posiadać wiedzę – więcej tutaj). Teraz wypada nam napisać o nim raz jeszcze, tym razem wskazując na potknięcia stylistyczne zwykłych użytkowników języka, zwłaszcza właścicieli lokali i sprzedawców. Piszemy „zwłaszcza”, bo właśnie ogłoszenie jednego z lokali przypomniało nam o tym „palącym” (nomen omen – zob. niżej) problemie językowym.
Otóż wspomniany lokal na krakowskim Kazimierzu przyciąga ogłoszeniem powieszonym na drzwiach „Posiadamy pomieszczenie dla palących”. Przeczytaliśmy, pogratulowaliśmy w duchu i... wybraliśmy inne miejsce konsumpcji. A potem wróciliśmy do komputera i oto, co znaleźliśmy.
Jedna z firm sprzedających odzież sportową reklamuje damską kurtkę „kurtka posiada wentylację w rękawach”, co więcej, ta sama kurtka „posiada kryte kieszenie zewnętrzne”. Firma XYZ specjalizująca się w rekrutowaniu pracowników głosi na swojej stronie WWW: „XYZ posiada specjalizacje stanowiskowe i branżowe”. „Nowoczesna organizacja”, która „posiada wieloletnie doświadczenie i wiedzę”, a zajmuje się sprzątaniem i ochroną obiektów i osób”, chwali się: „posiadamy grupy interwencyjne, które w razie konieczności wspomagają nasze służby porządkowe”. Z kolei przedsiębiorstwo trudniące się handlem częściami samochodowymi i wyrobami stalowymi głosi „posiadamy na sprzedaż”. Przedsiębiorstwo, które w marcu br. dostało certyfikat ISO, dało taki nagłówek informacji zamieszczonej w dziale Aktualności: „Posiadamy system zarządzania jakością w spawalnictwie ISO 3834-2!”. Na stronie powroty.zielonalinia.gov.pl (tutaj) możemy przeczytać w dziale FAQ nagłówek powtarzającego się problemu emigrantów: „Co zrobić, jeśli nie jestem pewny, czy posiadam obywatelstwo polskie?”...
Przykłady można mnożyć, mamy (bo przecież nie: posiadamy!) ich na pęczki.
Co z nich wynika? Że coraz mniej rozumiemy znaczenie czasownika „posiadać”, traktując go jako dokładny synonim słowa „mieć”. Tymczasem nie są to wyrazy równoznaczne. Jak głosi „Słownik języka polskiego” PWN, posiadać to „mieć coś jako swoją własność, być właścicielem czegoś, zwykle mającego dużą wartość materialną, np. nieruchomości, ziemi, zasobów pieniężnych itp.”. Zatem najprościej rzecz ujmując, czasownik posiadać odnosimy do tego, co jest materialne, co nabyliśmy na własność. Ani do wiedzy i doświadczenia (te można ewentualnie „posiąść”, ale wtedy oznacza to „zdobyć”, a nie: „mieć”), ani do specjalizacji, ani do zespołów pracowników, ani do obywatelstwa, ani do innych rzeczy (zgrabna figura, proporcje, właściwości, funkcje...) czasownik „posiadać” nie przystaje. I jeszcze jedno: posiadać może, nie zaś kurtka, rower czy torebka.
Zapewne u genezy problemu z czasownikiem „posiadać” leży zamiar unikania powtórzeń nazbyt częstego w polszczyźnie „mieć”. Współcześnie jednak ta chlubna skądinąd tendencja do usuwania niezręczności stylistycznej doprowadziła nas do nadużywania słowa „posiadać”, w dodatku w niewłaściwym znaczeniu.
Pozostaje nam Państwa uczulić na ten błąd językowy i zachęcić do uważniejszego dobierania słów. A wtedy, kto wie, kurtka, która ma wentylowane rękawy, być może sprzeda się lepiej niż ta, która posiada wentylację? Jedna jest pewne: potencjalnym klientom łatwiej będzie przebrnąć przez krótszy i prostszy tekst reklamowy.
Otóż wspomniany lokal na krakowskim Kazimierzu przyciąga ogłoszeniem powieszonym na drzwiach „Posiadamy pomieszczenie dla palących”. Przeczytaliśmy, pogratulowaliśmy w duchu i... wybraliśmy inne miejsce konsumpcji. A potem wróciliśmy do komputera i oto, co znaleźliśmy.
Jedna z firm sprzedających odzież sportową reklamuje damską kurtkę „kurtka posiada wentylację w rękawach”, co więcej, ta sama kurtka „posiada kryte kieszenie zewnętrzne”. Firma XYZ specjalizująca się w rekrutowaniu pracowników głosi na swojej stronie WWW: „XYZ posiada specjalizacje stanowiskowe i branżowe”. „Nowoczesna organizacja”, która „posiada wieloletnie doświadczenie i wiedzę”, a zajmuje się sprzątaniem i ochroną obiektów i osób”, chwali się: „posiadamy grupy interwencyjne, które w razie konieczności wspomagają nasze służby porządkowe”. Z kolei przedsiębiorstwo trudniące się handlem częściami samochodowymi i wyrobami stalowymi głosi „posiadamy na sprzedaż”. Przedsiębiorstwo, które w marcu br. dostało certyfikat ISO, dało taki nagłówek informacji zamieszczonej w dziale Aktualności: „Posiadamy system zarządzania jakością w spawalnictwie ISO 3834-2!”. Na stronie powroty.zielonalinia.gov.pl (tutaj) możemy przeczytać w dziale FAQ nagłówek powtarzającego się problemu emigrantów: „Co zrobić, jeśli nie jestem pewny, czy posiadam obywatelstwo polskie?”...
Przykłady można mnożyć, mamy (bo przecież nie: posiadamy!) ich na pęczki.
Co z nich wynika? Że coraz mniej rozumiemy znaczenie czasownika „posiadać”, traktując go jako dokładny synonim słowa „mieć”. Tymczasem nie są to wyrazy równoznaczne. Jak głosi „Słownik języka polskiego” PWN, posiadać to „mieć coś jako swoją własność, być właścicielem czegoś, zwykle mającego dużą wartość materialną, np. nieruchomości, ziemi, zasobów pieniężnych itp.”. Zatem najprościej rzecz ujmując, czasownik posiadać odnosimy do tego, co jest materialne, co nabyliśmy na własność. Ani do wiedzy i doświadczenia (te można ewentualnie „posiąść”, ale wtedy oznacza to „zdobyć”, a nie: „mieć”), ani do specjalizacji, ani do zespołów pracowników, ani do obywatelstwa, ani do innych rzeczy (zgrabna figura, proporcje, właściwości, funkcje...) czasownik „posiadać” nie przystaje. I jeszcze jedno: posiadać może, nie zaś kurtka, rower czy torebka.
Zapewne u genezy problemu z czasownikiem „posiadać” leży zamiar unikania powtórzeń nazbyt częstego w polszczyźnie „mieć”. Współcześnie jednak ta chlubna skądinąd tendencja do usuwania niezręczności stylistycznej doprowadziła nas do nadużywania słowa „posiadać”, w dodatku w niewłaściwym znaczeniu.
Pozostaje nam Państwa uczulić na ten błąd językowy i zachęcić do uważniejszego dobierania słów. A wtedy, kto wie, kurtka, która ma wentylowane rękawy, być może sprzeda się lepiej niż ta, która posiada wentylację? Jedna jest pewne: potencjalnym klientom łatwiej będzie przebrnąć przez krótszy i prostszy tekst reklamowy.
Etykiety:
błędy słownikowe,
reklama,
strony www,
synonimy,
wyrazy modne,
znaczenie słów
czwartek, 28 lipca 2011
Niegrzeczna korespondencja
Dziś już coraz rzadziej wysyłamy listy pocztą tradycyjną – do okienka pocztowego oprócz pism urzędowych i formalnych (umowy, zawiadomienia, faktury) trafiają jeszcze tylko zaproszenia i widokówki z wakacyjnych wyjazdów (choć i te ostatnie wypierają często SMS-y i MMS-y). Tym bardziej więc powinniśmy zwracać uwagę na to, co wpisujemy na kopercie czy pocztówce po stronie adresata, i nie chodzi tu wcale o adres, ale o poprzedzającą go formułkę grzecznościową. Tę formułkę, która jest skrótem wyrażeń „Szanowna Pani”, „Szanowny Pan” czy „Szanowni Państwo” (choć można ten zbiór uzupełnić o bardzo rzadkie, ale możliwe formy „Szanowne Panie” czy „Szanowni Panowie”).
Widywany najczęściej na kopertach skrót Sz. P. jest niepoprawny – albo lepiej: nie spełnia norm grzeczności językowej. W intencji nadawców ma bowiem zastąpić kilka różnych pod względem rodzaju i liczby gramatycznej form, nie wskazując jednak wyraźnie, o którą z tych form chodzi. Nie jest zatem jednoznaczny, kłóci się z tendencją do precyzji w formułowaniu komunikatów (jedna z czterech tendencji decydujących o rozwoju języka). Owszem, uściśla go następująca po nim nazwa adresata (Anna Kowalska będzie Szanowną Panią, Krzysztof Nowak – Szanownym Panem, zaś Jadwiga i Jan Kozłowscy – Szanownym Państwem), ale z poprawnościowego punktu widzenia nie jest to argument wystarczający. Prawidłowe skróty to: Sz. Pani, Sz. Pan, Sz. Państwo (i ewentualnie: Sz. Panie, Sz. Panowie). Tylko tak pisząc, będziemy w zgodzie z normą i z grzecznością językową.
Przy okazji kilka słów poświęcić wypada korespondencji adresowanej do małżeństw i niepoprawnym formom w rodzaju: Anna i Jan Kowalski czy Maria i Grzegorz Stankiewicz. Jak już pisaliśmy nie raz: język polski jest językiem fleksyjnym, odmianie podlegają też zatem nazwiska. Formy Anna i Jan Kowalski są złe przede wszystkim dlatego, że mylące – logicznie myślący użytkownik języka zapyta bowiem od razu: „No tak, Jan jest Kowalski, ale jak wobec tego nazywa się pani Anna?”. Zatem tylko: Anna i Jan Kowalscy, Maria i Grzegorz Stankiewiczowie, Katarzyna i Krzysztof Nowakowie, Zuzanna i Zbigniew Stypułowie, Jadwiga i Jędrzej Kozłowscy itp. O pierwszeństwie imienia kobiety przed imieniem mężczyzny pisać już chyba... nie wypada.
Wiedza o tym, jak adresować listy, przydaje się nie tylko w naszych prywatnych relacjach, ale też – w stosunkach służbowych (firmowe życzenia świąteczne, zaproszenia na imprezy firmowe, listy gratulacyjne itp.). Nie jest to wiedza trudna, wystarczy zapamiętać kilka zasad, by naszą korespondencją nikogo nie urazić. Choćby ta korespondencja była czymś rzadkim i jedynie „odświętnym” – a może właśnie: przede wszystkim dlatego.
PS Polecamy wszystkim znakomitą książkę na temat grzeczności językowej wydanej przez WN PWN: Małgorzata Marcjanik „Mówimy uprzejmie”, Warszawa 2009.
Widywany najczęściej na kopertach skrót Sz. P. jest niepoprawny – albo lepiej: nie spełnia norm grzeczności językowej. W intencji nadawców ma bowiem zastąpić kilka różnych pod względem rodzaju i liczby gramatycznej form, nie wskazując jednak wyraźnie, o którą z tych form chodzi. Nie jest zatem jednoznaczny, kłóci się z tendencją do precyzji w formułowaniu komunikatów (jedna z czterech tendencji decydujących o rozwoju języka). Owszem, uściśla go następująca po nim nazwa adresata (Anna Kowalska będzie Szanowną Panią, Krzysztof Nowak – Szanownym Panem, zaś Jadwiga i Jan Kozłowscy – Szanownym Państwem), ale z poprawnościowego punktu widzenia nie jest to argument wystarczający. Prawidłowe skróty to: Sz. Pani, Sz. Pan, Sz. Państwo (i ewentualnie: Sz. Panie, Sz. Panowie). Tylko tak pisząc, będziemy w zgodzie z normą i z grzecznością językową.
Przy okazji kilka słów poświęcić wypada korespondencji adresowanej do małżeństw i niepoprawnym formom w rodzaju: Anna i Jan Kowalski czy Maria i Grzegorz Stankiewicz. Jak już pisaliśmy nie raz: język polski jest językiem fleksyjnym, odmianie podlegają też zatem nazwiska. Formy Anna i Jan Kowalski są złe przede wszystkim dlatego, że mylące – logicznie myślący użytkownik języka zapyta bowiem od razu: „No tak, Jan jest Kowalski, ale jak wobec tego nazywa się pani Anna?”. Zatem tylko: Anna i Jan Kowalscy, Maria i Grzegorz Stankiewiczowie, Katarzyna i Krzysztof Nowakowie, Zuzanna i Zbigniew Stypułowie, Jadwiga i Jędrzej Kozłowscy itp. O pierwszeństwie imienia kobiety przed imieniem mężczyzny pisać już chyba... nie wypada.
Wiedza o tym, jak adresować listy, przydaje się nie tylko w naszych prywatnych relacjach, ale też – w stosunkach służbowych (firmowe życzenia świąteczne, zaproszenia na imprezy firmowe, listy gratulacyjne itp.). Nie jest to wiedza trudna, wystarczy zapamiętać kilka zasad, by naszą korespondencją nikogo nie urazić. Choćby ta korespondencja była czymś rzadkim i jedynie „odświętnym” – a może właśnie: przede wszystkim dlatego.
PS Polecamy wszystkim znakomitą książkę na temat grzeczności językowej wydanej przez WN PWN: Małgorzata Marcjanik „Mówimy uprzejmie”, Warszawa 2009.
wtorek, 26 lipca 2011
Nalewkowe a propos
Analizując kiedyś różnego rodzaju nazwy firm i zakładów usługowych, osobny wątek poświęciliśmy „Życzliwej aptece”, czyli jednemu z wielu ostatnio przykładów niepoprawnego nazewnictwa (o tym, dlaczego niepoprawnego, przeczytają Państwo tutaj). Teraz „Życzliwą aptekę” przypomniał nam wyciągnięty ze starego zeszytu przepis na... nalewkę malinową.
Otóż dawno, dawno temu, kiedy odkryto nie tylko walory smakowe, ale i zdrowotne nalewek (w języku staropolskim zwanych m.in. nastojkami), miejsce, w którym napoje te przechowywano i w którym spokojnie dojrzewały, by zyskać najlepszy aromat, smak i kolor, nazywano często apteczką przyjemną. Apteczka przyjemna, by takową pozostać nie tylko z nazwy, musiała być skrzętnie zamykana na klucz, żeby spragnieni trunków domownicy przedwcześnie nie zepsuli całej przyjemności delektowania się nastojkami i nie wypili ich przed czasem. W spiżarce pełnej nalewek przyjemności czerpać można było z samych obietnic składanych przez nazwy trunków – taka choćby żenicha, która miała sprawić, że gospodarz mający pannę na wydaniu znajdował wśród starających się o jej rękę tego odpowiedniego (czytaj: który godził się na zaproponowane mu warunki) i jedynego. Takie nazwy nastojek, jak malinówka, jeżynówka, orzechówka, śliwówka, tarninówka itp., przywoływały lato, słońce, smaki i aromaty ciepłych dni. Co dopiero, gdy butelkę otwarto i wspomnienia zamieniały się w smakowo-wonną realność!
Odbywające się dziś konkursy i turnieje nalewek napawają optymizmem. Tak jak nie zginęła sztuka przyrządzania nalewek, tak i zadziwia wciąż pomysłowość w nadawaniu tym trunkom pięknych nazw. No bo co powiedzą Państwo na Pieśń sosny czy Siedem sił? Prawda, że niejeden copywriter mógłby pozazdrościć?
Sezon nalewek w pełni. Dlatego zdecydowanie głosujemy na apteczkę przyjemną, a odwracamy się od apteki życzliwej. W tej pierwszej nazwie nic nam nie zgrzyta, tej drugiej daleko od piękna i prawdy słowa.
PS A jak Państwo nazywają malinówkę?
Otóż dawno, dawno temu, kiedy odkryto nie tylko walory smakowe, ale i zdrowotne nalewek (w języku staropolskim zwanych m.in. nastojkami), miejsce, w którym napoje te przechowywano i w którym spokojnie dojrzewały, by zyskać najlepszy aromat, smak i kolor, nazywano często apteczką przyjemną. Apteczka przyjemna, by takową pozostać nie tylko z nazwy, musiała być skrzętnie zamykana na klucz, żeby spragnieni trunków domownicy przedwcześnie nie zepsuli całej przyjemności delektowania się nastojkami i nie wypili ich przed czasem. W spiżarce pełnej nalewek przyjemności czerpać można było z samych obietnic składanych przez nazwy trunków – taka choćby żenicha, która miała sprawić, że gospodarz mający pannę na wydaniu znajdował wśród starających się o jej rękę tego odpowiedniego (czytaj: który godził się na zaproponowane mu warunki) i jedynego. Takie nazwy nastojek, jak malinówka, jeżynówka, orzechówka, śliwówka, tarninówka itp., przywoływały lato, słońce, smaki i aromaty ciepłych dni. Co dopiero, gdy butelkę otwarto i wspomnienia zamieniały się w smakowo-wonną realność!
Odbywające się dziś konkursy i turnieje nalewek napawają optymizmem. Tak jak nie zginęła sztuka przyrządzania nalewek, tak i zadziwia wciąż pomysłowość w nadawaniu tym trunkom pięknych nazw. No bo co powiedzą Państwo na Pieśń sosny czy Siedem sił? Prawda, że niejeden copywriter mógłby pozazdrościć?
Sezon nalewek w pełni. Dlatego zdecydowanie głosujemy na apteczkę przyjemną, a odwracamy się od apteki życzliwej. W tej pierwszej nazwie nic nam nie zgrzyta, tej drugiej daleko od piękna i prawdy słowa.
PS A jak Państwo nazywają malinówkę?
środa, 20 lipca 2011
Łacina daleko od kuchni (cz. 2)
W serialu pt. „Biuro” („The Office”) jedną z charakterystycznych cech głównego bohatera – szefa firmy – jest uwielbienie, jakim darzy łacińskie sentencje. Szef wplata co i rusz do swoich wypowiedzi słowa, zwroty i zdania łacińskie, przy czym wtrąceń tych nie zawsze używa zgodnie z ich prawdziwym znaczeniem, co daje doskonały efekt komiczny. Choćby taki przykład: „Pracujemy dobrze, cogito ergo sum, naszego oddziału nie zamkną”.
Skoro w każdej fikcji jest ziarno prawdy, to i w takich serialowych cytatach znaleźć można ślady powielanych powszechnie błędów językowych związanych właśnie z niewłaściwym rozumieniem łacińskich słów/zdań, a jednocześnie – z aspiracjami do tytułu mistrza pięknej, bo uczonej mowy. Jak często zdarza nam się słyszeć, np. przy składaniu życzeń odpowiedzi w rodzaju „I vice versa, kochana, vice versa!”. A przecież po łacinie vice versa to „odwrotnie”, nie zaś „wzajemnie”, jak sądzą niektórzy. Poprawnie zatem będzie np. „Zmiana z silnika spalinowego na elektryczny lub vice versa następuje w kilka sekund” czy „Tekst i tło powinny ze sobą kontrastować (jasny tekst na ciemnym tle i vice versa)”, ale nie należy na wyznania w rodzaju „Lubię cię” czy na życzenia „Wesołych świąt” lub „Miłego dnia” odpowiadać „I vice versa”, jeśli nie chcemy narazić się na śmieszność.
Słyszymy/widzimy błędnie używane nomen omen – jako „nawiasem mówiąc”, zamiast poprawnego „imię-wróżba” (imię, które jest znakiem). Przykłady złego użycia: „Właśnie, dla Ciebie nie jest ważne, czy ktoś ma rację, a nie twierdzę, że mam (nomen omen, nie wiedziałem, że masz jakiś udział w wymienionych markach), tylko KIM ten ktoś jest”. „Lepiej dobrze zrobić powoli, niż na siłę zdążyć w terminie... nomen omen także w grach komputerowych to ma zastosowanie”. „Chciałbym jednak mocno podkreślić, że czerń na nowoczesnych monitorach jest bardzo głęboka i jedynie w ekstremalnych przypadkach, nomen omen zastosowaniach nieprzewidzianych do techniki LCD, da się dopatrzyć niedoskonałości”. Albo taki dziwoląg: „Tak jak quasirunicznym był Armanen Futhark Guido von Lista (nomen omen stworzony stricte do celów okultystycznych)”. Poprawne użycie nomen omen to na przykład: „W pożarze zginął Andrzej, nomen omen Ogienek”.
I jeszcze taki „drobiazg” ortograficzny – łacińskie ex aequo (czyli: na równi), które zapisywane bywa jako ex equo (czyli: z konia). Przykłady to choćby werdykt 42. Festiwalu Małych Form Teatralnych, gdzie w kategorii Poezja recytowana mamy: „II miejsce – ex equo: * A. Wieczorek »Paw Królowej« i * A. Krewniak »O Tosi, o Baranku i mysim ogonku«" albo tytuł artykułu z serwisu platine.pl: „Jolie i Parker ex equo. Najlepiej zarabiające aktorki” czy wreszcie tytuł z portalu wyborcza.biz – „Przychodzi baba do lekarza. I miejsce ex equo w konkursie na komiks ekonomiczny” (więcej tutaj).
Julian Tuwim stworzył kiedyś listę popularnych łacińskich sentencji przetłumaczonych „fonetycznie” na język polski. Nasza ulubiona to „Alea iacta est — ale, jak tam jest?”. Zamierzony przez poetę komizm językowy to dziś klasyk, którym delektują się erudyci. Co innego dzieje się dziś choćby na internetowych forach: króluje tam bowiem komizm językowy, którego nikt nie zamierzał, a co gorsza – niewielu jest go świadomych. A to już nie jest lingua latina, to najwyżej lingua... latrina.
PS O nota bene/notabene napiszemy innym razem.
Skoro w każdej fikcji jest ziarno prawdy, to i w takich serialowych cytatach znaleźć można ślady powielanych powszechnie błędów językowych związanych właśnie z niewłaściwym rozumieniem łacińskich słów/zdań, a jednocześnie – z aspiracjami do tytułu mistrza pięknej, bo uczonej mowy. Jak często zdarza nam się słyszeć, np. przy składaniu życzeń odpowiedzi w rodzaju „I vice versa, kochana, vice versa!”. A przecież po łacinie vice versa to „odwrotnie”, nie zaś „wzajemnie”, jak sądzą niektórzy. Poprawnie zatem będzie np. „Zmiana z silnika spalinowego na elektryczny lub vice versa następuje w kilka sekund” czy „Tekst i tło powinny ze sobą kontrastować (jasny tekst na ciemnym tle i vice versa)”, ale nie należy na wyznania w rodzaju „Lubię cię” czy na życzenia „Wesołych świąt” lub „Miłego dnia” odpowiadać „I vice versa”, jeśli nie chcemy narazić się na śmieszność.
Słyszymy/widzimy błędnie używane nomen omen – jako „nawiasem mówiąc”, zamiast poprawnego „imię-wróżba” (imię, które jest znakiem). Przykłady złego użycia: „Właśnie, dla Ciebie nie jest ważne, czy ktoś ma rację, a nie twierdzę, że mam (nomen omen, nie wiedziałem, że masz jakiś udział w wymienionych markach), tylko KIM ten ktoś jest”. „Lepiej dobrze zrobić powoli, niż na siłę zdążyć w terminie... nomen omen także w grach komputerowych to ma zastosowanie”. „Chciałbym jednak mocno podkreślić, że czerń na nowoczesnych monitorach jest bardzo głęboka i jedynie w ekstremalnych przypadkach, nomen omen zastosowaniach nieprzewidzianych do techniki LCD, da się dopatrzyć niedoskonałości”. Albo taki dziwoląg: „Tak jak quasirunicznym był Armanen Futhark Guido von Lista (nomen omen stworzony stricte do celów okultystycznych)”. Poprawne użycie nomen omen to na przykład: „W pożarze zginął Andrzej, nomen omen Ogienek”.
I jeszcze taki „drobiazg” ortograficzny – łacińskie ex aequo (czyli: na równi), które zapisywane bywa jako ex equo (czyli: z konia). Przykłady to choćby werdykt 42. Festiwalu Małych Form Teatralnych, gdzie w kategorii Poezja recytowana mamy: „II miejsce – ex equo: * A. Wieczorek »Paw Królowej« i * A. Krewniak »O Tosi, o Baranku i mysim ogonku«" albo tytuł artykułu z serwisu platine.pl: „Jolie i Parker ex equo. Najlepiej zarabiające aktorki” czy wreszcie tytuł z portalu wyborcza.biz – „Przychodzi baba do lekarza. I miejsce ex equo w konkursie na komiks ekonomiczny” (więcej tutaj).
Julian Tuwim stworzył kiedyś listę popularnych łacińskich sentencji przetłumaczonych „fonetycznie” na język polski. Nasza ulubiona to „Alea iacta est — ale, jak tam jest?”. Zamierzony przez poetę komizm językowy to dziś klasyk, którym delektują się erudyci. Co innego dzieje się dziś choćby na internetowych forach: króluje tam bowiem komizm językowy, którego nikt nie zamierzał, a co gorsza – niewielu jest go świadomych. A to już nie jest lingua latina, to najwyżej lingua... latrina.
PS O nota bene/notabene napiszemy innym razem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)