czwartek, 15 stycznia 2015

Dowierzać czy nie?



Wczoraj w serwisie Gazeta.pl na stronie głównej i w dziale plotkarskim przez kilka godzin można było „podziwiać" następujące zdanie: „A my patrzymy i niedowierzamy" (dowód powyżej). I może nie pisałabym tego posta (bo gdyby chcieć się odnosić do wszystkich, nierzadko kardynalnych „ortów" zauważonych w jednym z bardziej poczytnych serwisów informacyjnych, nie starczyłoby czasu na nic innego), gdyby nie fakt, że także w redagowanych przeze mnie ostatnio tekstach ten błąd wielokrotnie się powtarzał.
Być może źródłem pomyłki jest tutaj pisownia innych czasowników zaczynających się od „niedo-", czyli: niedowidzieć i niedomagać, a także niedosłyszeć (w znaczeniu wady słuchu), albo stosunkowo często spotykany rzeczownik pokrewny do zaprzeczenia nie dowierzać, tj. niedowierzanie, zapisywany łącznie, ponieważ reguła głosi, że nie z rzeczownikami należy pisać razem.
Jednak w przypadku słowa dowierzać w wersji zaprzeczonej musimy stosować inną zasadę, zgodnie z którą partykułę nie z czasownikami piszemy oddzielnie – i tylko tak (zrosty niedomagać, niedosłyszeć, niedowidzieć, a także kilka czasowników utworzonych od rzeczowników zaczynających się od „nie": niewolić, nienawidzić, niepokoić – to wyjątki! Są tak nieliczne, że warto je wkuć i nie zapominać o nich). By łatwiej było pamiętać pisownię zaprzeczenia nie dowierzać, wystarczy spojrzeć na poniższy przykład:
nie wierzyć ale niewiara.

środa, 14 stycznia 2015

Śledztwo jak się patrzy

Zabawiłam się wczoraj w detektywa – przedmiotem poszukiwań było słówko patrzeć (przy czym nie chodziło wcale o oboczność form „patrzeć/patrzyć"), a impulsem do wertowania słowników i zasobów internetu było pozornie proste pytanie mojego kolegi: „Jak się powinno mówić – patrzeć czy patrzeć się?”. I ponieważ odpowiedź, której szybko udzieliłam („Oczywiście patrzeć. Bo patrzeć się to błąd”), wydała mi się zbyt intuicyjna, postanowiłam zbadać problem głębiej, zupełnie nie spodziewając się, że będzie to śledztwo tak trudne, a jego rezultat okaże się wcale niejednoznaczny.
Pierwszy trop poprowadził mnie ku stwierdzeniu, że „patrzeć się” to regionalizm. Potwierdzają to niektóre słowniki (np. Współczesny słownik języka polskiego pod red. B. Dunaja, Warszawa 1996; Praktyczny słownik współczesnej polszczyzny pod red. H. Zgółkowej, Poznań 2000) czy poradniki językowe (choćby J. Bralczyk, Mówi się, Warszawa 2008, s. 209), nie notując wszak, z którego obszaru Polski miałby ów regionalizm pochodzić. Jedyne miarodajne źródło, tym razem internetowe (chodzi o Słownik gwary miejskiej Poznania opracowywany przy udziale poznańskiej redakcji WN PWN – zob. tutaj), wskazuje, że zwrotna forma czasownika patrzeć pochodzi z terenów Wielkopolski.
I to mnie zaniepokoiło. Kolega wszak pochodzi z Krakowa, pytanie zainspirowały jego rozmowy prowadzone z krakusami (i jego spory na omawiany temat z krakowianami właśnie), skąd więc ten Poznań i ta Wielkopolska?
Drugim wątkiem śledztwa stało się zatem zakwalifikowanie formy patrzeć się jako dopuszczalnej jedynie w języku potocznym. Takie, liberalne jak mi się początkowo zdawało, podejście też znajduje potwierdzenie w słownikach, chociażby w internetowym Słowniku języka polskiego WN PWN (zob. tutaj). Pomyślałam: skoro jest frazeologizm „jak się patrzy” – całkiem poprawny i oznaczający tyle co „świetny, doskonały; świetnie, należycie” – to może użytkownicy języka błędnie interpretują formę patrzeć się jako jedynie poprawną i stosują ją zawsze, nie zważając na to, że jest dopuszczalna tylko w wyżej wymienionym zwrocie. By się utwierdzić w tym przekonaniu, sięgnęłam do starszych słowników, a przede wszystkim do etymologii czasownika patrzeć, by wytropić pochodzenie zwrotu „jak się patrzy”.
I tu znów coś odkryłam. Coś, co jeszcze bardziej mnie zdumiało.
W Słowniku etymologicznym języka polskiego Aleksandra Brücknera trafiłam bowiem na informację, że istnieje poprawna (choć dziś już mocno przestarzała) konstrukcja patrzy mi się oznaczająca tyle co „należy mi się”. Konstrukcję tę w językach słowiańskich można znaleźć tylko w polskim i czeskim, od niej wywodzi się właśnie zwrot „jak się patrzy”. Potwierdzenia tej tezy dostarczają starsze (i całkiem stare) wydania słowników języka polskiego. Dostarczają też jednak jeszcze innych informacji.
Trzeci trop w badaniach prowadzi bowiem ku stwierdzeniu, że forma patrzeć się jest... całkowicie poprawna, choć – powiedzmy to od razu – nie neutralna. Mówi o tym już pierwszy słownik języka polskiego, ten autorstwa Samuela Lindego, gdzie znajdziemy formę patrzyć się na coś i jej następującą definicję: „przypatrywać się, oczy wlepione mieć w kogo” (Słownik języka polskiego, S.B. Linde, t. II, cz. 2, Warszawa 1811). Inne słowniki polszczyzny (np. pod redakcją J. Karłowicza, A. Kryńskiego i W. Niedźwiedzkiego z 1908 r. czy pod redakcją W. Doroszewskiego z 1964 r.) notują nawet takie cytaty z literatury, jak zdania napisane przez Stanisława Staszica („Patrzy się na niego długo, podnosi oczy ku niebu i odchodzi”) czy Stefana Żeromskiego („Rozłożysty, nad lasy wyniesiony wierzchołek patrzy się z władczego cypliska w szerokie niziny”). Formę patrzeć się należałoby zatem definiować jako „patrzeć bardziej”, a występujący w niej zaimek „się” to nie tyle sygnał, że czasownik „patrzeć" jest zwrotny, ile wzmocnienie treści.

Jaka jest konkluzja?

Mówmy patrzeć, kiedy chodzi nam o wyrażenie zwyczajnej czynności („Na co tak patrzysz?”, „Popatrz – ładnie mi w tej sukience?”, „Janek patrzy na Gosię”, „Nie widzę, choć patrzę i patrzę”) – w ten sposób nikt nie zakwalifikuje naszej wypowiedzi jako mniej starannej (bo potocznej, dawnej czy regionalnej) ani jako zbyt ekspresywnej. Nie wzbraniajmy się jednak przed formą patrzeć się, ale pamiętajmy, by używać jej tylko wtedy, gdy chcemy wyraźnie zaznaczyć, że chodzi o patrzenie intensywne, o wgapianie się lub patrzenie, które ma ustalić wyraźną hierarchię (takie, w którym podmiot wyraźnie dominuje nad obserwowanym obiektem).

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Jestem kulturystką! :-)

Z radością znalazłam niedawno swoje nazwisko w szacownym gronie „kulturystów" języka. Listę takową publikuje witryna Zdrowa Mowa, będąca - jak głoszą jej twórcy - zdroworozsądkowym poradnikiem językowym. Serdecznie dziękuję autorom zestawienia za to wyróżnienie - bez fałszywej skromności czy kokieterii uznając uwzględnienie mnie na wspomnianej liście za prawdziwy zaszczyt. A użytkownikom mojego bloga w ramach postanowień noworocznych obiecuję, że nie będę ustawać w popularyzowaniu poprawnej i pięknej polszczyzny. Jakaż byłaby ze mnie bowiem kulturystka, gdybym zarzuciła regularne ćwiczenia?! :-)

Oczywiście wszystkim polecam poradnik Zdrowa Mowa. Jego twórcy podjęli się trudnego zadania: chcą w sposób przystępny, nierzadko dowcipny, a przede wszystkim skondensowany (tworzą językowe porady dające się przyswoić w 2 minuty!) przekazać zasady poprawnego komunikowania się po polsku ludziom bardzo zajętym (menedżerowie, przedsiębiorcy etc.) i udowodnić, że polszczyzna wcale nie jest taka trudna. Trzeba tylko znaleźć właściwe proporcje między surowością i sztywnością językoznawcy a bezmyślną nierzadko tolerancją i zwykłym językowym niechlujstwem. W pełni popieram!

czwartek, 8 stycznia 2015

Jak pomóc dziecku w nauce ortografii (cz. 2)

Przyszła pora na kolejny odcinek miniporadnika (pierwszy zob. tutaj). Hasłem przewodnim tego posta będzie „po pierwsze: nie szkodzić", tym razem skupię się bowiem na krótkim spisie rodzicielskich grzechów głównych. Zbyt często bywa bowiem tak, że chcąc pomóc, niepotrzebnie przeszkadzamy, a doraźne korzyści (np. cząstkowa ocena) po naszej matczynej/ojcowskiej akcji ratunkowej tak naprawdę skutkują poważnymi (nie przesadzam) szkodami. Czego zatem należy się wystrzegać?
1. Pomocy polegającej na wyręczaniu. Pisanie za dziecko zadań, przepisywanie lekcji czy wreszcie poprawa dyktand/zadań klasowych w wykonaniu nie dziecka, ale jego rodzica, to bardzo poważny błąd. Co z tego, że nauczyciel się nie zorientuje (czy aby na pewno?) albo nie zwróci uwagi? Co z tego, że dziecko będzie miało w ten sposób „zaliczone" zadanie/poprawę, a może nawet w końcu dostanie dobrą ocenę? Jaki jest w końcu sens tego, że zeszyt będzie wyglądał ładnie, a pismo zyska pozór dziecięcej staranności? Te wszystkie argumenty bledną wobec podstawowej prawdy - wykonywanie pracy za dziecko sprawia, że nasza pociecha zamiast się uczyć, dostaje od nas informację: skoro ci nie wychodzi, nie musisz. A przecież w przypadku nauki ortografii - procesu w ogromnej mierze polegającego na ćwiczeniu pamięci, utrwalaniu obrazu słów przez ich czytanie i (otóż to!!!) pisanie - taka pomoc rodzicielska powinna być zakazana. Jeśli dziecko brzydko pisze, powinno pisanie ćwiczyć (choćby to miało być pisanie po 1-2 zdania dziennie, ale systematycznie, w miarę możliwości starannie, a przede wszystkim uważnie - należy zwracać uwagę na „zjadane" literki czy przekręcane słowa, na znaki interpunkcyjne), np. przez samodzielne przepisywanie jakichś fragmentów czytanek, książeczek czy choćby zdań zapisanych w czasie lekcji. Jeśli dziecko pisze źle (nieortograficznie), lekarstwem też będzie (między innymi) właśnie ćwiczenie pisania - np. na zasadzie pisania krótkich tekstów, najpierw czytanych wspólnie z rodzicem, a potem dyktowanych do zeszytu (proste ćwiczenie pamięci, o wiele przyjemniejsze niż wkuwanie regułek/słówek). Albo na zasadzie samodzielnego pisania poprawy dyktand czy zdań z lekcji - wcześniej źle napisanych (po zaznaczeniu poprawek przez nauczyciela takie już poprawne przepisanie nie powinno stanowić problemu).
2. Nadmiernej powagi. Jeśli dziecko (myślę tu zwłaszcza o edukacji wczesnoszkolnej - klasy I-III) dostanie nagle sygnał „jest źle, MUSISZ się poprawić" wraz z informacją „no, to zaczęła się poważna nauka" i zostanie zarzucone regułkami, długimi i trudnymi dyktandami czy obłożone słownikami, z przerażeniem się wycofa. Tymczasem naszą jako rodziców rolą jest nie straszyć, ale pomagać, co oznacza: znaleźć taki sposób dotarcia do dziecka, by w nauce ortografii widziało ono przyjemność i traktowało ją dalej jako formę zabawy (np. inną formę zgadywanek, zagadek), by nie postrzegało uczenia się ortografii jako poważnego procesu pamięciowego. Nie polecam tu żadnych konkretnych produktów (np. konkretne gry, zestawy ćwiczeń, strony WWW) wspomagających naukę ortografii, ale zachęcam do poszukiwań (bo takie pomoce są naprawdę pomocne), a przede wszystkim do inwencji własnej i zabawy w naukę. Można tu wykorzystać nieśmiertelną „Ortografię na wesoło" Witolda Gawdzika - ale należy tę książkę traktować jako lekturę własną, a nie dziecka. To my możemy skorzystać z zamieszczonych w tej publikacji pomysłów (np. na opracowanie kart do nauki ortografii, na różne formy ćwiczeń pamięciowych, także rysunkowych, na rozmaite dyktanda czy zgadywanki), gotowych zestawów słówek, to my najpierw powinniśmy przeczytać podane tam wierszyki i dyktanda, a potem je tak zmodyfikować, by dla naszych dzieci nie były ani za trudne, ani nudne.
3. Przesady. Jeśli np. ktoś uznaje, że najlepszą formą nauki jest czytanie słownika ortograficznego, to... niewiele wie o uczeniu ortografii. Podobnie jest z tym, kto zaczyna pomagać dziecku od dyktowania mu najeżonych problemami ortograficznymi zdań lub od dyktand o poziomie trudności jak w Ogólnopolskim Konkursie Ortograficznym „Dyktando" (zob. tutaj). Słownik to tylko narzędzie - trzeba traktować go jako pomoc w nauce, wydawnictwo, w którym można sprawdzać pisownię (i warto wyrobić ten nawyk w dziecku - tu polecam różne wydania słowników ortograficznych dla dzieci, dostosowane poziomem trudności do najmłodszych i pełne fajnych regułek czy rysunków, a także z kolorowymi podkreśleniami trudności ortograficznych, co sprzyja nauce poprawnej pisowni), a nie jako gotowiec do wkucia. Podobnie jest z dyktandami - stawiajmy raczej na krótkie, zabawne i łatwe teksty, zwłaszcza na początku. Wybierajmy (lub wymyślajmy) teksty takie, w których jest zaledwie kilka trudniejszych słówek - bo w nauce (nie tylko ortografii) ważniejsze jest wyrobienie nawyku systematyczności niż stawianie wysoko poprzeczki, zwłaszcza na początku.

Na koniec kilka polecanych przeze mnie pomocy online:
1. Strona Ortografka.pl (zob. tutaj) - z powodu jej przyjazności dla dzieci, kilku ciekawych pomysłów (aczkolwiek jeśli chodzi o podstawowy poziom uczenia ortografii, zalecam raczej inspirowanie się tą stroną i modyfikowanie ćwiczeń/dyktand niż kopiowanie pomysłów przy nauce z dzieckiem).
2. Strona projektu Ortofrajda (zob. tutaj) - z powodu poziomu dostosowanego do klas I-III oraz za uzmysłowienie, jak ważna w nauce ortografii jest zabawa kolorami.
3. Strona pomocy z języka polskiego na Zyraffa.pl (zob. tutaj) - za kilka fajnych gier ortograficznych, które można stosować jako przerywniki w nauce.
4. Strona Słownika języka polskiego PWN online (zob. tutaj) - traktuję to jako jedyne rzetelne źródło wiedzy o pisowni, bezcenne zarówno dla tych, co mają problemy z ortografią, jak i dla tych, co są niepewni zapisu, znaczenia, odmiany różnych słów. Od czasu, gdy wydawnictwo zdecydowało się zintegrować na stronie WWW różne słowniki i porady (zatem po wpisaniu hasła/słowa do słownika dostajemy i informacje ze słownika ortograficznego, i ze słownika języka polskiego, i z poradni językowej, i - opcjonalnie - z innych wydawnictw), witryna ma ciekawe i przydatne w różnym zakresie funkcjonalności.

piątek, 19 grudnia 2014

Ortografia na święta, czyli kilka słów o kartkach bożonarodzeniowych

Czasu do świąt (właśnie: „świąt”, a nie „Świąt”!) Bożego Narodzenia zostało już wprawdzie niewiele, ale problemy z pisownią na kartkach świątecznych budzą wiele emocji i co roku skutkują przynajmniej kilkunastoma telefonami i mejlami, które odbieram, by zaraz radzić i odpowiadać na stale powtarzające się pytania. Dlatego – po odkopaniu się z rzeczonych mejli – poniżej wypunktowałam dla Państwa najczęstsze wątpliwości.

1. „Wszystkiego najlepszego z okazji zbliżających się świąt Bożego Narodzenia...” – choć niektórzy językoznawcy próbują pójść na rękę użytkownikom języka polskiego i przychylają się do użycia wielkiej litery w słowie „święta” w takim, jak zapisane wyżej, zdaniu, uzasadniając, że ta pisownia oddaje wyjątkowy stosunek autora do świąt, to trzeba stwierdzić, że takie usprawiedliwienia są mocno naciągane, bezdyskusyjnie poprawna jest tylko pisownia słowa „święta” małą literą, tym bardziej że zaraz pada konkretna nazwa wydarzenia.
2. „Samych sukcesów w nowym roku...” – i tylko tak! Nowy Rok zapisywany wielkimi literami to określenie jednego dnia w roku, tego pierwszego, wtedy jest to nazwa święta i zgodnie z regułami polskiej ortografii należy ją podkreślić wielkimi literami (podobnie jak: Boże Narodzenie, Wielkanoc czy Zielone Świątki i in.). Natomiast na kartce składamy życzenia, które mają obowiązywać przez cały rok, a nie tylko 1 stycznia. By wybrnąć z tej sytuacji (większość użytkowników języka, przyzwyczajonych do pisowni „Nowy Rok”, czuje bowiem niewygodę, gdy radzę im pisać bezbłędnie), proponuję użyć formułki „w nadchodzącym roku” czy „w roku 2015”.
3. „Szampańskiego sylwestra” – i znowu: tylko tak! Sylwester bowiem nigdy nie był świętem oficjalnym, to tylko nazwa zwyczaju dotyczącego przełomu lat, określenie tradycji związanej z radosnym i rozrywkowym spędzaniem ostatniego dnia w roku kalendarzowym oraz z witaniem nowego roku. A zgodnie z regułami polskiej ortografii: jeśli coś nie jest świętem, a jedynie obrzędem, zwyczajem, tradycyjną zabawą (jak np. andrzejki czy walentynki albo właśnie sylwester), zapisujemy to małymi literami.
4. „...życzymy wszystkim naszym Przyjaciołom, Współpracownikom i Sympatykom” – częsty problem przy przygotowywaniu kartek świątecznych (zwłaszcza tych firmowych): jak zapisać ogólne przecież określenia adresatów naszych życzeń. Rozwiązanie jest proste: jeśli chcemy być grzeczni i uhonorować (bo czym innym jest składanie im życzeń?) odbiorców naszej korespondencji, potraktujmy wyrazy ich określające tak, jakby były zwrotami do adresata (takimi jak: Ciebie, Tobie, Twoje...), a te, jak wszyscy chyba wiemy, należy zapisywać wielkimi literami, wyrażając w ten sposób uprzejmy szacunek do czytelników naszych kartek czy listów.
5. „...składa Zarząd firmy XYZ” – problem częsty wśród PR-owców, którzy muszą odpowiednio zadbać o wizerunek swojej firmy. W tym przypadku przychylam się do pisowni wielką literą, słowo „Zarząd” bowiem jest tu niejako określeniem pewnej instytucji w firmie, ciała decyzyjnego istotnego dla funkcjonowania całej organizacji.
W nadziei, że pomogłam wszystkim Czytelnikom tego bloga, pozostaje mi życzyć Państwu radosnych, spokojnych i rodzinnych świąt, udanego sylwestra i spełnienia wielu marzeń w nadchodzącym 2015 roku. Oby nam się wszystkim darzyło! :-)

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Tabletki na festiwalu

Słowo „festiwal" było już tematem jednego z postów zamieszczonych na tej stronie (tutaj). Uznałam jednak, że warto mu poświęcić jeszcze trochę uwagi (tym razem w poważniejszym tonie), a skłonił mnie do tego przede wszystkim przeczytany dzisiaj artykuł w portalu Gazeta.pl, w dziale Sport. Proszę zerknąć na poniższy zrzut ekranu.

W pierwszym zdaniu przywoływanego tekstu były trener reprezentacji polskich piłkarek ręcznych nazywa poziom gry Polek „festiwalem błędów". I nie chodzi tu wcale o stwierdzenie obojętnego dlań faktu, komentujący mecz bowiem grzmi, ostrzega, a słowa „festiwal" używa, doprowadzony do pasji dalekiej od sportowej sztuki motywowania i zagrzewania do walki. Nie wymienia słów znacznie bardziej w tym kontekście odpowiednich – nie mówi o zestawie błędów, o ich nadmiernej ilości czy o ich masie. Mnóstwo różnorodnych potknięć kojarzy się komentującemu z festiwalem, czyli popisem umiejętności (tu rozumianym oczywiście a rebours), przeglądem twórczości, dokonań. A na takim przeglądzie, wiadomo, poziom talentu i wykonawstwa bywa różny...
I właśnie słowo „przegląd" jest chyba tym skojarzeniem, przez które wiedzie droga od festiwalu rozumianego słownikowo (czyli jako uroczystości/imprezy organizowanej cyklicznie, mającej charakter kulturalny i/lub artystyczny – więcej tutaj) do słowa wytrychu, coraz dziś modniejszego i coraz częściej używanego w rozmaitych, często bardzo komicznych kontekstach.
Ot choćby jedna z sieci znanych w Polsce hipermarketów organizuje zwykle swoje akcje promocyjne według modelu festiwali tematycznych. I o ile do przełknięcia (choć pewnie – mam nadzieję! – nie dla wszystkich) są jeszcze festiwale ciast, czekolad czy nawet (!) deserów mlecznych (np. tutaj), o tyle niedawno anonsowany wielkimi (a jakże!) literami Festiwal Kapsuł do Prania i Tabletek do Zmywarek (tutaj dowód) wywoływał już tylko śmiech i dawał impuls do radosnej gry wyobraźni.
Ale wrócę jeszcze do piłki ręcznej. Nie podejrzewam byłego trenera reprezentacji Polski mówiącego „Dziewczyny zaprezentowały dziś festiwal błędów" o sarkazm czy świadomą grę słów i zamiar ironicznego skwitowania pomeczowej sytuacji polskiej drużyny. Myślę, że ulegając emocjom i modzie, sięgnął raczej po słowo coraz powszechniej dziś niestety stosowane na określenie rozmaitych „pokazów", „przeglądów", „prezentacji" itp., mających tyle wspólnego z aktywnością artystyczną czy kulturalną, ile wspólnego może mieć kapsuła do prania z uroczystym świętowaniem.

niedziela, 30 listopada 2014

Co zrobić z -o?

Końcówka „-o” była już „bohaterem” kilku postów publikowanych na tej stronie (np. o słowie „logo” tutaj, o zdrobnieniach „Jasio”, „misio” tutaj). Temat jednak będzie powracał, a ja niezmiennie zamierzam orędować za odmienianiem wyrazów rodzaju męskiego i nijakiego zakończonych w mianowniku na „-o”.
Powyższy zrzut ze strony Gazeta.pl (chodzi o nagłówek A w radio wspominają aktora...) dowodzi, że problem końcówki „-o” dotyczy nie tylko wyrazów nowych w polszczyźnie („logo”) czy nazw własnych („Tesco”), ale także, wtórnie, ta powszechna tendencja zaczyna obejmować wyrazy zapożyczone już dawno, o od lat usankcjonowanej odmianie („radio” – uwaga, nieodmienianie wyrazów „radio”, „studio” itp. to błąd!). Co do słów w polszczyźnie stosunkowo nowych – najczęściej boimy się je odmieniać z prostych powodów:
• żeby nie popełnić błędu,
• traktując nazwę jako zastrzeżony znak towarowy – co znaczy: wyraz jedynie poprawny w formie mianownikowej (tego, że taka tendencja jest obecna w polszczyźnie, najlepiej dowodzi nazwa IKEA – z tego, co się dowiedziałam, pracując nad pewną publikacją z dziedziny public relations, zakaz odmieniania nazwy jest w tym przypadku „odgórny”, a nad jego respektowaniem czuwa sztab marketingowców firmy!).
Ale jak wygląda sprawa z wyrazami starymi? Dlaczego wracamy do staroświecko przecież brzmiących i tak naprawdę niepoprawnych wyrażeń „w radio”, „do studio”, dlaczego przestajemy odmieniać nie tylko nazwy sklepów czy firm, ale także np. imiona męskie zakończone na „-o” (ostatnio w książce przełożonej z języka angielskiego przez bardzo dobrą skądinąd tłumaczkę hurtowo musiałam zmieniać imię bohatera Milo w przypadkach zależnych – autorka przekładu, po chwili zastanowienia, sama zdumiała się, że uległa powszechnej tendencji, i ofiarnie pomagała mi w dokonaniu korekty*)? Jak to się dzieje, że rzadki przecież problem wyrazów zakończonych na „-ao”, których ze względu na problemy z wymową lepiej nie odmieniać (np. „kakao” – proszę spróbować wymówić „z kakaem” i resztę sobie dopowiedzieć), rozciągnięto na odmianę innych wyrazów rodzaju męskiego i nijakiego zakończonych na „-o”?

Na te pytania nietrudno odpowiedzieć. Ekspansja wyrazów obcych, zwłaszcza anglicyzmów, którą w ostatnich latach obserwujemy, sprawia, że użytkownicy polszczyzny próbują znaleźć złoty środek mogący pogodzić reguły rządzące w języku polskim i angielskim. Efekt? To, na czym budowane są struktury językowe w polszczyźnie (deklinacja), coraz bardziej się sypie, zanika, ustępuje miejsca tak dziwacznym przecież konstrukcjom, jak np. „Pojadę do Tesco”, „Rozmawiałem z Zozo” czy „Lubię słuchać radio”. Takie wypowiedzi brzmią po prostu sztucznie.

Te rozważania wypadałoby zakończyć jakąś radą. Ta brzmi: nie bójmy się odmieniać nie tylko wyrazów „radio”, „Milo” czy „studio”, ale też „logo” czy „Tesco” – taka odmiana nie jest ani trudna, ani błędna.

* W tym kontekście ciekawostka: lekturą w klasie II szkół podstawowych jest leciwa już (I wydanie z 1933 r.!) książka Jana Grabowskiego pt. Puc, Bursztyn i goście. Jednym z jej sympatycznych bohaterów jest piesek Mikado – jego imię jest poprawnie odmieniane (Mikadę, z Mikadem, o Mikadzie...) i może stanowić wzorzec dla niejednej współcześnie wydawanej książki z bohaterem o imieniu zakończonym na „-o”. Inna sprawa, że jak się domyślam, wielu rodziców, sekundując swoim pociechom w dobrnięciu do końca książki, także właśnie odmienianie imienia Mikada kładzie na karb staroświeckości języka tej lektury. Niesłusznie!