Dziś będzie o prostej, wydawać by się mogło, sprawie: o miejscu przymiotnika towarzyszącego rzeczownikowi. Tekst, który ostatnio redagowaliśmy (instruktaż na temat zastosowania e-learningu) najlepiej pokazuje, że użytkownikom języka polskiego coraz częściej trudno jest zdecydować, co ma być pierwsze – rzeczownik czy przymiotnik i zwykle stawiają na pierwszym miejscu rzeczownik, co nie zawsze jest poprawną konstrukcją.
Na początek ciekawy i obszerny cytat z artykułu, który znaleźliśmy, szukając informacji na poparcie niżej przedstawionych tez – artykuł dotyczy języka... kaszubskiego i w całości można go przeczytać tutaj:
„Za pierwotny, naturalny w polszczyźnie potocznej i w polskich dialektach uznaje się szyk: przymiotnik + rzeczownik. Taki szyk najczęstszy jest również w polszczyźnie literackiej, w której jednak, zapewne pod wpływem łaciny, [...] zwłaszcza w wypadku terminów przyjął się szyk rzeczownik + przymiotnik, np. węgiel kamienny, lampka nocna, zegar ścienny itp. Taki szyk odróżnia polszczyznę od innych języków słowiańskich, gdzie przymiotnik zdecydowanie częściej stoi przed rzeczownikiem, por. np. pol. literatura rosyjska – ros. russkaja literatura, pol. Republika Czeska – czes. Czeska Republika.
W kaszubskim zdaniu również częstszy, bardziej naturalny wydaje się szyk przymiotnik + rzeczownik, np. pieczelné brómë, mlecznô droga; obok niego jednak, zapewne pod wpływem polszczyzny, pojawia się szyk rzeczownik + przymiotnik, np. Dzeń Zadeszny, [...] Zrzeszeszenié Kaszëbskò-Pòmòrsczé obok Kaszëbskò-Pòmòrsczé Zrzeszenié, Bòżi Syn obok Syn Bòżi, ale Bòżé królestwò”.
Powyższy cytat – by wskazać Państwu jasne reguły – nieco wykropkowaliśmy, dlatego dla porządku wypunktujmy jeszcze zasady:
1. Jeśli przymiotnik nazywa jakąś cechę danej osoby/rzeczy/zjawiska, stawiamy go przed rzeczownikiem. Wskazywana przez przymiotnik cecha czegoś bądź kogoś może być wtedy doraźna (brzydka pogoda) lub stała (to życzliwa osoba). Taki szyk – jak wskazuje powyższy cytat – naturalniejszy dla języków słowiańskich, pozbawiony jest tonu oficjalności czy sformalizowania.
2. Jeśli przymiotnik jest częścią sformalizowanej już nazwy lub jakiegoś terminu, wtedy stawiamy go po rzeczowniku, np. zdanie pojedyncze, kształcenie zintegrowane, chleb razowy. Szyk rzeczownik + przymiotnik może być też zastosowany wtedy, kiedy chcemy nadać naszej wypowiedzi oficjalny czy uroczysty ton, np. zwracając się do kogoś w apelu: Kobieto występna!, Dziecko najmilsze!, Koleżanko droga!
Kiedy zatem powiemy: Uczeń używa tylko zdań pojedynczych, wskażemy na termin gramatyczny mający swoją definicję (zdanie z jednym orzeczeniem, czyli jedną osobową formą czasownika). Czym innym natomiast będzie stwierdzenie: Łkając, wyrzucał z siebie pojedyncze zdania, bo zdania te mogą być długie i wielokrotnie złożone, tyle że razem nie tworzą spójnego tekstu albo są przedzielane długimi przerwami.
Proste, prawda?
czwartek, 9 lutego 2012
piątek, 13 stycznia 2012
Precyzja z łebkiem kotka w tle
Wpadł nam w oko tekst o brawurowej akcji łódzkich strażaków (całość czytaj tutaj). Otóż pewien malutki kotek zaklinował się w śmietniku, próbując się z niego wydostać przez wąską rurę na dole aluminiowego kontenera. Na akcję pospieszyli strażacy, którzy użyli szlifierki, by uwolnić kocię. Jeden strażak rozcinał rurę, drugi trzymał łebek kotka, by nie przeszkadzał, a trzeci polewał wodą, by od iskier szlifierki nie zapaliła się sierść zwierzęcia i by akcja pozostała ratunkową do końca całego zdarzenia.
Oprócz tego, że spodobał nam się temat tekstu (więcej takich!), to zwróciły naszą uwagę dwa problemy językowe z nim związane. Pierwszego dostarczył nam autor artykułu, pisząc w leadzie: „Godzinę czasu poświęcili strażacy na uwolnienie kota, który rano zaklinował się w rurze na terenie posesji przy ul. Zielonej 66”. Drugi problem wywołali internauci komentujący tekst i rozstrzygający, jak powinno się pisać wyraz „łebek”.
Co do pierwszego: autor popełnił oczywisty błąd językowy, który fachowo nazywa się tautologią, a jego klasycznym przykładem jest „masło maślane”. W związku dwóch wyrazów ten, który jest wyrazem określającym (przymiotnik lub rzeczownik), nie wnosi żadnej nowej treści, powtarza tylko to, co już wyrażone zostało wcześniej. „Godzina” to jednostka czasu, dlatego właśnie dodawanie do niej określenia „czasu” jest błędem. Inne przykłady tego typu językowych potknięć – też wiążące się z czasem – to np. „miesiąc styczeń” (wystarczy „styczeń") czy (bardzo częste!) „okres czasu” (wystarczy „okres").
Kiedyś w jednym ze swoich wystąpień w wideoblogu prof. Jerzy Bralczyk, spierając się z Wojciechem Cejrowskim, powiedział, że można uznać użycie tego typu tautologii za dążenie do szczególnego podkreślenia/doprecyzowania danej informacji (w kontekście pełnej dramatyzmu akcji strażaków to byłby zatem argument broniący autora tekstu). My jednak nie radzilibyśmy Państwu korzystania z tego argumentu – naszym dążeniem powinna być nie tylko precyzja w wyrażaniu informacji, ale i skrótowość wypowiedzi, co w epoce mikroblogów wydaje się decydować o tym, czy ktoś przebije się ze swoim komunikatem, czy nie.
A co wobec tego z „łebkiem”? Jeden z internautów wychwycił to słowo z tekstu i uznał je za błędnie zapisane. Został zaraz zakrzyczany przez innych komentujących, którzy fachowo (naprawdę!) zacytowali wydawnictwa poprawnościowe.
Bo rzeczywiście, określenie małego łba (tym bowiem jest łebek) to taki dziwny rzeczownik, który ma dwie równie poprawne formy zapisu – „łebek” i „łepek”. Nas zawsze dziwi ta druga pisownia („łepek"), ale jak widać, są i tacy, dla których to właśnie „łebek” jest nietypowy.
W Łodzi kotek uratował swój łebek/łepek, choć ta godzina akcji ratunkowej musiała być dla niego ekstremalnie dramatycznym przeżyciem. Nam pozostaje się cieszyć nie tylko z tego, że kotek przeżył i że mamy dzielnych strażaków, ale i z tego, że mamy edukowanych internautów – wrażliwych zarówno na losy zwierząt, jak i na normy językowe :-).
Oprócz tego, że spodobał nam się temat tekstu (więcej takich!), to zwróciły naszą uwagę dwa problemy językowe z nim związane. Pierwszego dostarczył nam autor artykułu, pisząc w leadzie: „Godzinę czasu poświęcili strażacy na uwolnienie kota, który rano zaklinował się w rurze na terenie posesji przy ul. Zielonej 66”. Drugi problem wywołali internauci komentujący tekst i rozstrzygający, jak powinno się pisać wyraz „łebek”.
Co do pierwszego: autor popełnił oczywisty błąd językowy, który fachowo nazywa się tautologią, a jego klasycznym przykładem jest „masło maślane”. W związku dwóch wyrazów ten, który jest wyrazem określającym (przymiotnik lub rzeczownik), nie wnosi żadnej nowej treści, powtarza tylko to, co już wyrażone zostało wcześniej. „Godzina” to jednostka czasu, dlatego właśnie dodawanie do niej określenia „czasu” jest błędem. Inne przykłady tego typu językowych potknięć – też wiążące się z czasem – to np. „miesiąc styczeń” (wystarczy „styczeń") czy (bardzo częste!) „okres czasu” (wystarczy „okres").
Kiedyś w jednym ze swoich wystąpień w wideoblogu prof. Jerzy Bralczyk, spierając się z Wojciechem Cejrowskim, powiedział, że można uznać użycie tego typu tautologii za dążenie do szczególnego podkreślenia/doprecyzowania danej informacji (w kontekście pełnej dramatyzmu akcji strażaków to byłby zatem argument broniący autora tekstu). My jednak nie radzilibyśmy Państwu korzystania z tego argumentu – naszym dążeniem powinna być nie tylko precyzja w wyrażaniu informacji, ale i skrótowość wypowiedzi, co w epoce mikroblogów wydaje się decydować o tym, czy ktoś przebije się ze swoim komunikatem, czy nie.
A co wobec tego z „łebkiem”? Jeden z internautów wychwycił to słowo z tekstu i uznał je za błędnie zapisane. Został zaraz zakrzyczany przez innych komentujących, którzy fachowo (naprawdę!) zacytowali wydawnictwa poprawnościowe.
Bo rzeczywiście, określenie małego łba (tym bowiem jest łebek) to taki dziwny rzeczownik, który ma dwie równie poprawne formy zapisu – „łebek” i „łepek”. Nas zawsze dziwi ta druga pisownia („łepek"), ale jak widać, są i tacy, dla których to właśnie „łebek” jest nietypowy.
W Łodzi kotek uratował swój łebek/łepek, choć ta godzina akcji ratunkowej musiała być dla niego ekstremalnie dramatycznym przeżyciem. Nam pozostaje się cieszyć nie tylko z tego, że kotek przeżył i że mamy dzielnych strażaków, ale i z tego, że mamy edukowanych internautów – wrażliwych zarówno na losy zwierząt, jak i na normy językowe :-).
sobota, 31 grudnia 2011
Kuchnia dla krakowiaków, wino – dla górali?
Zapewne analiza tekstów na stronie WWW nie jest najlepszym sposobem na wybranie restauracji, która zaspokoi nasze kulinarne gusta. Lepiej jest zdać się na smak, węch i intuicję – w ten sposób przynajmniej nie popsujemy sobie apetytu. Natomiast czytając na pusty żołądek rozmaite reklamy (?) lokali, apetyt nie tylko możemy sobie popsuć, ale też – całkiem go stracić.
My jednak przeczytaliśmy. A raczej – trafiliśmy na stronę krakowskiej restauracji Kuchnia i Wino za sprawą felietonu Wojciecha Nowickiego, który dla czytelników „Gazety Wyborczej” co jakiś czas testuje gastronomiczne wzloty i upadki rodem z królewskiego i stołecznego grodu nad Wisłą (o restauracji Kuchnia i Wino napisał tutaj). Kulinarny felieton z gazety pobudził bowiem nie tyle nasz apetyt, co ciekawość. I tak oto przez krainę kuchni i wina dotarliśmy na ziemię nonsensu.
Witryna WWW restauracji (tutaj link) wita użytkowników hasłem (całkowita zgodność pisowni z oryginałem – tu i dalej): „Niniejsza strona została stworzona aby przybliżyć Państwu uroki znakomitej Krakowskiej restauracji, »Kuchnia i Wino«”. Kto by się czepiał przecinków, gdy jeść się chce? Kto by zwracał uwagę na wielkie litery, gdy w brzuchu burczy? Kto wreszcie wytykałby komukolwiek palcem styl rodem z lokali gastronomicznych typu GS, gdzie quasi-urzędowy sztywny ton pobrzmiewał z jadłospisów i zeszytów księgi wniosków i zażaleń, ześlizgując się raz w humor, a raz w bliską rozpaczy powagę?
Zatem i my się nie czepiliśmy, tylko czytaliśmy dalej. W ten sposób dowiedzieliśmy się m.in., że: „Restauracja Kuchnia i Wino została założona w 2002 roku, by służyć zarówno rdzennym Krakowiakom jak i gościom przebywającym w tym pięknym mieście przez zaledwie krótki czas, jako miejsce romantycznych schadzek czy biznesowych spotkań”. Cóż, słowniki notują wprawdzie, że krakowiak może być synonimem krakowianina, jednak jest to znaczenie dziś już odchodzące w niepamięć; krakowiaków kojarzymy raczej jako opozycję do np. górali (zob. znana opera Wojciecha Bogusławskiego), czyli jako określenie mieszkańców regionu krakowskiego, a nie – samego grodu Kraka. Zapewne jednak zamysłem autora opisu restauracji Kuchnia i Wino było stworzenie tekstu oryginalnego, szlachetnie postarzonego i budzącego apetyt na jeszcze więcej – niekoniecznie słów.
Dalsza lektura tekstów „reklamujących” restaurację przekonała nas jednak, że autor tego opisu tak ugrzązł w językowych zawiłościach, że ostatecznie rozprawił się z resztkami apetytu swoich czytelników. Poniżej przykłady:
•„[Restauracja została założona] jako miejsce gdzie wykwintną kuchnię i profesjonalną obsługę można spotkać na porządku dziennym” – porządek dzienny to zapewne specjalna przedkuchenna salka, z której doskonale wyszkoleni kelnerzy, wytwornie odginając mały paluszek, startują z potrawami, przekazywanymi im niespiesznie przez mistrzów sztuki kulinarnej.
•„Restauracja Kuchnia i Wino mieści się w Krakowie, przy pięknej ulicy – Józefa 13. Jest ona położona w najbardziej tajemniczych i uroczych dzielnic Krakowa – Kazimierzu” – tu znać, że autor opisu trudząc się nad tekstem, zgłodniał i ukradkiem zjadł dwa wyrazy.
•„Najważniejsze jest pierwsze wrażenie, a przekraczając próg naszej restauracji Państwa zmysły pobudzą cudowne zapachy dochodzące z kuchni” – gdyby chcieć poprzestać na logice, to zdanie trzeba by było zrozumieć np. tak: pierwsze wrażenie, które przekroczy próg restauracji spotka tam pobudzone przez zapachy zmysły gości. Albo tak: zmysły gości mają taką moc, że natychmiast po przekroczeniu restauracyjnego progu mogą pobudzić silne zapachy, które dotąd spokojnie drzemały sobie w kuchni. Aż strach pomyśleć, co taki pobudzony zapach może potem zrobić gościom czy profesjonalnej obsłudze!
Przykłady można mnożyć. My jednak sobie i naszym czytelnikom oszczędzimy tej lektury, a zamiast tego – za Wojciechem Nowickim – polecimy Kuchnię i Wino. Na szczęście bowiem jakość reklamujących tę restaurację tekstów pozostaje daleko w tyle za jakością serwowanych tu potraw. I wina, oczywiście.
My jednak przeczytaliśmy. A raczej – trafiliśmy na stronę krakowskiej restauracji Kuchnia i Wino za sprawą felietonu Wojciecha Nowickiego, który dla czytelników „Gazety Wyborczej” co jakiś czas testuje gastronomiczne wzloty i upadki rodem z królewskiego i stołecznego grodu nad Wisłą (o restauracji Kuchnia i Wino napisał tutaj). Kulinarny felieton z gazety pobudził bowiem nie tyle nasz apetyt, co ciekawość. I tak oto przez krainę kuchni i wina dotarliśmy na ziemię nonsensu.
Witryna WWW restauracji (tutaj link) wita użytkowników hasłem (całkowita zgodność pisowni z oryginałem – tu i dalej): „Niniejsza strona została stworzona aby przybliżyć Państwu uroki znakomitej Krakowskiej restauracji, »Kuchnia i Wino«”. Kto by się czepiał przecinków, gdy jeść się chce? Kto by zwracał uwagę na wielkie litery, gdy w brzuchu burczy? Kto wreszcie wytykałby komukolwiek palcem styl rodem z lokali gastronomicznych typu GS, gdzie quasi-urzędowy sztywny ton pobrzmiewał z jadłospisów i zeszytów księgi wniosków i zażaleń, ześlizgując się raz w humor, a raz w bliską rozpaczy powagę?
Zatem i my się nie czepiliśmy, tylko czytaliśmy dalej. W ten sposób dowiedzieliśmy się m.in., że: „Restauracja Kuchnia i Wino została założona w 2002 roku, by służyć zarówno rdzennym Krakowiakom jak i gościom przebywającym w tym pięknym mieście przez zaledwie krótki czas, jako miejsce romantycznych schadzek czy biznesowych spotkań”. Cóż, słowniki notują wprawdzie, że krakowiak może być synonimem krakowianina, jednak jest to znaczenie dziś już odchodzące w niepamięć; krakowiaków kojarzymy raczej jako opozycję do np. górali (zob. znana opera Wojciecha Bogusławskiego), czyli jako określenie mieszkańców regionu krakowskiego, a nie – samego grodu Kraka. Zapewne jednak zamysłem autora opisu restauracji Kuchnia i Wino było stworzenie tekstu oryginalnego, szlachetnie postarzonego i budzącego apetyt na jeszcze więcej – niekoniecznie słów.
Dalsza lektura tekstów „reklamujących” restaurację przekonała nas jednak, że autor tego opisu tak ugrzązł w językowych zawiłościach, że ostatecznie rozprawił się z resztkami apetytu swoich czytelników. Poniżej przykłady:
•„[Restauracja została założona] jako miejsce gdzie wykwintną kuchnię i profesjonalną obsługę można spotkać na porządku dziennym” – porządek dzienny to zapewne specjalna przedkuchenna salka, z której doskonale wyszkoleni kelnerzy, wytwornie odginając mały paluszek, startują z potrawami, przekazywanymi im niespiesznie przez mistrzów sztuki kulinarnej.
•„Restauracja Kuchnia i Wino mieści się w Krakowie, przy pięknej ulicy – Józefa 13. Jest ona położona w najbardziej tajemniczych i uroczych dzielnic Krakowa – Kazimierzu” – tu znać, że autor opisu trudząc się nad tekstem, zgłodniał i ukradkiem zjadł dwa wyrazy.
•„Najważniejsze jest pierwsze wrażenie, a przekraczając próg naszej restauracji Państwa zmysły pobudzą cudowne zapachy dochodzące z kuchni” – gdyby chcieć poprzestać na logice, to zdanie trzeba by było zrozumieć np. tak: pierwsze wrażenie, które przekroczy próg restauracji spotka tam pobudzone przez zapachy zmysły gości. Albo tak: zmysły gości mają taką moc, że natychmiast po przekroczeniu restauracyjnego progu mogą pobudzić silne zapachy, które dotąd spokojnie drzemały sobie w kuchni. Aż strach pomyśleć, co taki pobudzony zapach może potem zrobić gościom czy profesjonalnej obsłudze!
Przykłady można mnożyć. My jednak sobie i naszym czytelnikom oszczędzimy tej lektury, a zamiast tego – za Wojciechem Nowickim – polecimy Kuchnię i Wino. Na szczęście bowiem jakość reklamujących tę restaurację tekstów pozostaje daleko w tyle za jakością serwowanych tu potraw. I wina, oczywiście.
środa, 21 grudnia 2011
Autokorekta Microsoft Word - zły doradca
W jednym z krakowskich przedszkoli zawisło na tablicy takie oto ogłoszenie. Zawisło ku przestrodze - dla tych, którzy bezkrytycznie ufają narzędziom MS Office.
środa, 23 listopada 2011
O gustach się nie dyskutuje – o ortografii też nie
Firma McArthur (branża obuwnicza) uruchomiła nową kampanię reklamową – na wielkich billboardach tu i ówdzie można przeczytać „Mój mąż kręci z McArthur’em” oraz (w wersji dla tradycjonalistów) „Moja żona kręci z McArthur’em”. Projekty można też zobaczyć na stronie WWW firmy (tutaj). Reklamy jak reklamy – ponoć o gustach się nie dyskutuje, o poczuciu humoru też raczej nie, więc te kwestie zostawimy na boku. Jednej rzeczy jednak milczeniem pominąć nie możemy: pisowni reklamowego hasła.
Jak bumerang w naszym blogu powraca sprawa nazw własnych, zwłaszcza obcych i naśladujących obce, i ich odmiany. Firma McArthur, choć polska, nazwę ma obcą. Twórcy reklamowego hasła odmieniać nazw obcych się nie boją (duże brawa!), jednak nie do końca radzą sobie z kwestiami ortograficznymi, czego efektem jest błąd w sloganie. Od razu powiedzmy: błąd, jaki zapewne popełniłoby ¾ użytkowników języka polskiego poproszonych o odmianę słowa „McArthur” – zatem błąd powszechny.
Jakoś tak się bowiem dzieje, że jeśli nawet potrafimy i chcemy odmieniać obce nazwy/nazwiska, to bardzo często – mając na względzie „obcość” tych słów – uznajemy, że skoro są obce, to automatycznie muszą mieć w odmianie (język pisany) apostrof. Ten znak interpunkcyjny zaczyna więc funkcjonować jako symbol granicy między tym, co obce (temat wyrazu – jego forma mianownikowa), a tym, co nasze (końcówka deklinacyjna). Typowy błąd tego typu to choćby nazwisko ojca amerykańskich kreskówek Walta Disneya powszechnie zapisywane z błędem, czyli: Disney’a, Disney’em, Disney’u itp.
A przecież apostrof w języku polskim ma zupełnie inną funkcję, niż to się powszechnie przyjęło. W skrócie: sygnalizuje różnice ilościowe, a nie jakościowe. A to oznacza: jeśli w jakimś wyrazie obcym na końcu mamy głoskę (samogłoskę) czy grupę głosek, których nie wymawiamy, także odmieniając słowo przez przypadki, wstawiamy apostrof przed końcówką deklinacyjną, by wskazać na różnice między formą pisemną a mówioną. W ten sposób zaznaczamy różnice ilościowe właśnie – mówimy mniej, niż piszemy, stąd apostrof. Natomiast jeśli ostatnia głoska/głoski z formy podstawowej są wymawiane, nawet w przypadkach zależnych, przed końcówkami deklinacyjnymi, to apostrofu nie dajemy, bo nie jest jego funkcją rozdzielenie obcego od rodzimego.
Przykładem, który to bardzo dobrze ilustruje, jest imię Charles, które (tak samo zapisywane) spotkać można np. w języku angielskim (wtedy wymawiamy [czarls]) oraz francuskim (wtedy wymawiamy [szarl]). Jeśli zatem będziemy odmieniać imię angielskie, zrobimy to tak:
M Charles
D Charlesa (bo mówimy [czarlsa])
C Charlesowi (bo mówimy [czarlsowi])
B Charlesa (bo mówimy [czarlsa])
N Charlesem (bo mówimy [czarlsem])
Msc Charlesie (bo mówimy [czarlsie])
W Charlesie! (bo mówimy [czarlsie])
Jeśli natomiast będziemy odmieniać imię francuskie, zrobimy to tak:
M Charles
D Charles’a (bo mówimy [szarla])
C Charles’owi (bo mówimy [szarlowi])
B Charles’a (bo mówimy [szarla])
N Charles’em (bo mówimy [szarlem])
Msc Charles’u (bo mówimy [szarlu])
W Charles’u! (bo mówimy [szarlu]).
Wracając do firmy McArthur i jej reklam: jeśli ktoś tu coś kręci, to jest to przede wszystkim autor sloganu reklamowego. Powinno być „Mój mąż kręci z McArthurem” i „Moja żona kręci z McArthurem”. Autor sprawę zresztą nieźle pokręcił (by nie rzec: pokpił), bo na trzecim projekcie plakatu promocyjnego można już przeczytać: „Kto kręci z McArthurem?”. Właśnie: ciekawe kto...
Jak bumerang w naszym blogu powraca sprawa nazw własnych, zwłaszcza obcych i naśladujących obce, i ich odmiany. Firma McArthur, choć polska, nazwę ma obcą. Twórcy reklamowego hasła odmieniać nazw obcych się nie boją (duże brawa!), jednak nie do końca radzą sobie z kwestiami ortograficznymi, czego efektem jest błąd w sloganie. Od razu powiedzmy: błąd, jaki zapewne popełniłoby ¾ użytkowników języka polskiego poproszonych o odmianę słowa „McArthur” – zatem błąd powszechny.
Jakoś tak się bowiem dzieje, że jeśli nawet potrafimy i chcemy odmieniać obce nazwy/nazwiska, to bardzo często – mając na względzie „obcość” tych słów – uznajemy, że skoro są obce, to automatycznie muszą mieć w odmianie (język pisany) apostrof. Ten znak interpunkcyjny zaczyna więc funkcjonować jako symbol granicy między tym, co obce (temat wyrazu – jego forma mianownikowa), a tym, co nasze (końcówka deklinacyjna). Typowy błąd tego typu to choćby nazwisko ojca amerykańskich kreskówek Walta Disneya powszechnie zapisywane z błędem, czyli: Disney’a, Disney’em, Disney’u itp.
A przecież apostrof w języku polskim ma zupełnie inną funkcję, niż to się powszechnie przyjęło. W skrócie: sygnalizuje różnice ilościowe, a nie jakościowe. A to oznacza: jeśli w jakimś wyrazie obcym na końcu mamy głoskę (samogłoskę) czy grupę głosek, których nie wymawiamy, także odmieniając słowo przez przypadki, wstawiamy apostrof przed końcówką deklinacyjną, by wskazać na różnice między formą pisemną a mówioną. W ten sposób zaznaczamy różnice ilościowe właśnie – mówimy mniej, niż piszemy, stąd apostrof. Natomiast jeśli ostatnia głoska/głoski z formy podstawowej są wymawiane, nawet w przypadkach zależnych, przed końcówkami deklinacyjnymi, to apostrofu nie dajemy, bo nie jest jego funkcją rozdzielenie obcego od rodzimego.
Przykładem, który to bardzo dobrze ilustruje, jest imię Charles, które (tak samo zapisywane) spotkać można np. w języku angielskim (wtedy wymawiamy [czarls]) oraz francuskim (wtedy wymawiamy [szarl]). Jeśli zatem będziemy odmieniać imię angielskie, zrobimy to tak:
M Charles
D Charlesa (bo mówimy [czarlsa])
C Charlesowi (bo mówimy [czarlsowi])
B Charlesa (bo mówimy [czarlsa])
N Charlesem (bo mówimy [czarlsem])
Msc Charlesie (bo mówimy [czarlsie])
W Charlesie! (bo mówimy [czarlsie])
Jeśli natomiast będziemy odmieniać imię francuskie, zrobimy to tak:
M Charles
D Charles’a (bo mówimy [szarla])
C Charles’owi (bo mówimy [szarlowi])
B Charles’a (bo mówimy [szarla])
N Charles’em (bo mówimy [szarlem])
Msc Charles’u (bo mówimy [szarlu])
W Charles’u! (bo mówimy [szarlu]).
Wracając do firmy McArthur i jej reklam: jeśli ktoś tu coś kręci, to jest to przede wszystkim autor sloganu reklamowego. Powinno być „Mój mąż kręci z McArthurem” i „Moja żona kręci z McArthurem”. Autor sprawę zresztą nieźle pokręcił (by nie rzec: pokpił), bo na trzecim projekcie plakatu promocyjnego można już przeczytać: „Kto kręci z McArthurem?”. Właśnie: ciekawe kto...
piątek, 18 listopada 2011
„Witam!” w e-mailach – krótkie uzupełnienie
W „Polityce” nr 46, 8.11–15.11.2011 przeczytaliśmy arcyciekawy wywiad z językoznawczynią dr Katarzyną Kłosińską. Ponieważ fragmenty tej rozmowy doskonale uzupełniają nasz poradnik o poprawności w e-mailach (czytaj tutaj), pozwalamy sobie je zacytować:
„Jeśli formy językowe oddają rzeczywiste relacje, to będziemy wiedzieli, co zrobić, by skrócić dystans albo go zwiększyć. [...]
Natomiast jeśli od początku wszyscy piszemy do siebie „Witam!” [...] powstaje niejasność, kim dla siebie jesteśmy”.
Nic dodać, nic ująć.
„Jeśli formy językowe oddają rzeczywiste relacje, to będziemy wiedzieli, co zrobić, by skrócić dystans albo go zwiększyć. [...]
Natomiast jeśli od początku wszyscy piszemy do siebie „Witam!” [...] powstaje niejasność, kim dla siebie jesteśmy”.
Nic dodać, nic ująć.
czwartek, 10 listopada 2011
Zastygają jak pomniki
Dwa wydarzenia z ostatnich dni (i w ich konsekwencji: dwie burzliwe rozmowy) skłoniły nas, by kolejny raz (inne posty na ten temat zob. np. tutaj czy tutaj oraz tutaj) poruszyć na tym blogu sprawę odmiany nazwisk. Pierwsza dyskusja odbyła się w trakcie prac redakcyjnych nad jedną z książek, kiedy to w proteście wobec wprowadzonych zmian usłyszeliśmy od autora publikacji ni mniej ni więcej: „Trzymajmy się standardu międzynarodowego w tej kwestii! Nazwisk się po prostu generalnie nie odmienia – niektóre po odmianie brzmią bardzo dziwnie, a nawet śmiesznie”. Jakiś czas po tej dyskusji wpadło nam w ręce zaproszenie na dziecięce przyjęcie urodzinowe: na zaproszeniu odmienione zostały tylko imiona, a nazwiska miały postać mianownikową. I tu znów odbyliśmy rozmowę, tym razem we własnym redaktorskim gronie.
Dwa różne konteksty, dwa różne środowiska, a taki sam schemat językowy. W pierwszym przypadku rozmawialiśmy przecież z profesjonalistą, mającym tytuł naukowy, obracającym się w środowiskach akademickich i biznesowych, który nie pierwszy raz przygotowywał książkę do druku i który jest (powinien być) obyty z językowymi normami poprawnościowymi. Drugi kontekst był bardziej „codzienny” czy „życiowy” – ot, rodzice, chcąc zrobić swojemu dziecku przyjemność, zorganizowali dla niego przyjęcie i zaprosili na nie inne dzieci. Takie przyjęcie to nie jest przecież sytuacja, w której obowiązywałyby jakiekolwiek sztywne normy, a jednak – to dziecięce nazwiska zostały tu „usztywnione” w swej mianownikowej postaci.
W obu przypadkach (a także w wielu innych obserwowanych przez nas ostatnio zachowaniach językowych) wyczuwamy strach o to, by nikogo nie urazić, gdy się odmieni jego nazwisko (taki Józef Kuzio jest do przyjęcia, także w „międzynarodowych standardach”, ale już forma Józefowi Kuziowi brzmi dla większości „nienaturalnie” i „śmiesznie”). Strach o własne kompetencje językowe (bo odmiana nazwiska staje się dla użytkowników polszczyzny coraz trudniejsza wobec... coraz powszechniejszej tendencji do ich nieodmieniania). A także coraz częstszy dziś strach o naruszenie sztywnej bryły, jaką dla większości mówiących po polsku są nasze nazwiska, zastygające jak pomniki w niezmiennie mianownikową postać.
Kiedy dzwoni pracownik biura obsługi klienta firmy XYZ, pyta: „Czy mam przyjemność z panią Magdaleną Tytuła?” albo „Czy rozmawiam z głównym użytkownikiem telefonu, Janem Nowak?”. I choć ten mechanizm można wytłumaczyć pośpiechem, jaki towarzyszy pracy każdego takiego akwizytora, oraz zwyczajem odczytywania nazwisk z listy w odpowiednim momencie wygłaszania gotowej formułki powitania, to jednak trudno jest nie zauważyć, że tak rozpoczęta rozmowa od razu staje się „mechaniczna” właśnie, że to kontakt robota z robotem raczej niż – człowieka z człowiekiem. Gdyby (podpowiadamy) formułkę „Czy rozmawiam z...?” zmienić na równie akceptowalną formę powitania „Czy to pan Jan Nowak/pani Magdalena Tytuła?”, i wilk byłby syty, i owca cała.
To usztywnianie relacji przez używanie nazwisk tylko w mianownikowej postaci jest dziś nagminne. A przecież zupełnie nie ma powodu, by nazwiska traktować inaczej niż inne deklinujące się w polszczyźnie słowa. Skoro jest Józio – Józiowi – z Józiem, dlaczego nie miałoby być Kuzio – Kuziowi – z Kuziem? Skoro mamy smoła – smołą – smole, dlaczego nie ma być Tytuła – Tytułą – (o) Tytule? I fakt, że w języku angielskim czy francuskim nazwiska się nie odmieniają, nie ma tutaj nic do rzeczy – te języki rządzą się po prostu innymi prawami niż polszczyzna. Dlatego środowisko międzynarodowe, w którym mówi się po polsku, powinno rozumieć zmienne formy nazwisk (także obcych!), podobnie jak rozumie, że raz mówi się „To jest pies”, a w innej konstrukcji językowej już trzeba powiedzieć: „Chodzę na spacer z psem”.
Owszem, odmienianie nazwisk sprawia, że trzeba się czasem nagłowić, by ustalić mianownikową postać słowa (zob. np. forma Tuskowi – pasuje i do Tusk, i do Tusek), ale z kolei ich nieodmienianie prowadzi do nieporozumień i błędów. Gdyby np. o mężczyźnie noszącym nazwisko Sekiera chcieć mówić „Widziałem dziś Pawła Sekiera”, to część z nas (ci nieodmieniający żadnych nazwisk) w mianowniku napisze Paweł Sekiera, ale druga część – Paweł Sekier.
Nazwiska w polszczyźnie trzeba odmieniać. Nieliczne wyjątki, kiedy nie da się tego zrobić (np. nazwiska zakończone na sylabę akcentowaną), powinny zostać tylko wyjątkami, a nie – tworzyć nową regułę. Dlaczego? Bo taka reguła naruszyłaby fundamentalne dla polszczyzny zasady, zmieniła charakter naszego języka, który przecież – czy tego chcemy, czy nie – jest oparty na systemie deklinacyjnym.
Dwa różne konteksty, dwa różne środowiska, a taki sam schemat językowy. W pierwszym przypadku rozmawialiśmy przecież z profesjonalistą, mającym tytuł naukowy, obracającym się w środowiskach akademickich i biznesowych, który nie pierwszy raz przygotowywał książkę do druku i który jest (powinien być) obyty z językowymi normami poprawnościowymi. Drugi kontekst był bardziej „codzienny” czy „życiowy” – ot, rodzice, chcąc zrobić swojemu dziecku przyjemność, zorganizowali dla niego przyjęcie i zaprosili na nie inne dzieci. Takie przyjęcie to nie jest przecież sytuacja, w której obowiązywałyby jakiekolwiek sztywne normy, a jednak – to dziecięce nazwiska zostały tu „usztywnione” w swej mianownikowej postaci.
W obu przypadkach (a także w wielu innych obserwowanych przez nas ostatnio zachowaniach językowych) wyczuwamy strach o to, by nikogo nie urazić, gdy się odmieni jego nazwisko (taki Józef Kuzio jest do przyjęcia, także w „międzynarodowych standardach”, ale już forma Józefowi Kuziowi brzmi dla większości „nienaturalnie” i „śmiesznie”). Strach o własne kompetencje językowe (bo odmiana nazwiska staje się dla użytkowników polszczyzny coraz trudniejsza wobec... coraz powszechniejszej tendencji do ich nieodmieniania). A także coraz częstszy dziś strach o naruszenie sztywnej bryły, jaką dla większości mówiących po polsku są nasze nazwiska, zastygające jak pomniki w niezmiennie mianownikową postać.
Kiedy dzwoni pracownik biura obsługi klienta firmy XYZ, pyta: „Czy mam przyjemność z panią Magdaleną Tytuła?” albo „Czy rozmawiam z głównym użytkownikiem telefonu, Janem Nowak?”. I choć ten mechanizm można wytłumaczyć pośpiechem, jaki towarzyszy pracy każdego takiego akwizytora, oraz zwyczajem odczytywania nazwisk z listy w odpowiednim momencie wygłaszania gotowej formułki powitania, to jednak trudno jest nie zauważyć, że tak rozpoczęta rozmowa od razu staje się „mechaniczna” właśnie, że to kontakt robota z robotem raczej niż – człowieka z człowiekiem. Gdyby (podpowiadamy) formułkę „Czy rozmawiam z...?” zmienić na równie akceptowalną formę powitania „Czy to pan Jan Nowak/pani Magdalena Tytuła?”, i wilk byłby syty, i owca cała.
To usztywnianie relacji przez używanie nazwisk tylko w mianownikowej postaci jest dziś nagminne. A przecież zupełnie nie ma powodu, by nazwiska traktować inaczej niż inne deklinujące się w polszczyźnie słowa. Skoro jest Józio – Józiowi – z Józiem, dlaczego nie miałoby być Kuzio – Kuziowi – z Kuziem? Skoro mamy smoła – smołą – smole, dlaczego nie ma być Tytuła – Tytułą – (o) Tytule? I fakt, że w języku angielskim czy francuskim nazwiska się nie odmieniają, nie ma tutaj nic do rzeczy – te języki rządzą się po prostu innymi prawami niż polszczyzna. Dlatego środowisko międzynarodowe, w którym mówi się po polsku, powinno rozumieć zmienne formy nazwisk (także obcych!), podobnie jak rozumie, że raz mówi się „To jest pies”, a w innej konstrukcji językowej już trzeba powiedzieć: „Chodzę na spacer z psem”.
Owszem, odmienianie nazwisk sprawia, że trzeba się czasem nagłowić, by ustalić mianownikową postać słowa (zob. np. forma Tuskowi – pasuje i do Tusk, i do Tusek), ale z kolei ich nieodmienianie prowadzi do nieporozumień i błędów. Gdyby np. o mężczyźnie noszącym nazwisko Sekiera chcieć mówić „Widziałem dziś Pawła Sekiera”, to część z nas (ci nieodmieniający żadnych nazwisk) w mianowniku napisze Paweł Sekiera, ale druga część – Paweł Sekier.
Nazwiska w polszczyźnie trzeba odmieniać. Nieliczne wyjątki, kiedy nie da się tego zrobić (np. nazwiska zakończone na sylabę akcentowaną), powinny zostać tylko wyjątkami, a nie – tworzyć nową regułę. Dlaczego? Bo taka reguła naruszyłaby fundamentalne dla polszczyzny zasady, zmieniła charakter naszego języka, który przecież – czy tego chcemy, czy nie – jest oparty na systemie deklinacyjnym.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
