piątek, 18 listopada 2011

„Witam!” w e-mailach – krótkie uzupełnienie

W „Polityce” nr 46, 8.11–15.11.2011 przeczytaliśmy arcyciekawy wywiad z językoznawczynią dr Katarzyną Kłosińską. Ponieważ fragmenty tej rozmowy doskonale uzupełniają nasz poradnik o poprawności w e-mailach (czytaj tutaj), pozwalamy sobie je zacytować:
„Jeśli formy językowe oddają rzeczywiste relacje, to będziemy wiedzieli, co zrobić, by skrócić dystans albo go zwiększyć. [...]
Natomiast jeśli od początku wszyscy piszemy do siebie „Witam!” [...] powstaje niejasność, kim dla siebie jesteśmy”.
Nic dodać, nic ująć.

czwartek, 10 listopada 2011

Zastygają jak pomniki

Dwa wydarzenia z ostatnich dni (i w ich konsekwencji: dwie burzliwe rozmowy) skłoniły nas, by kolejny raz (inne posty na ten temat zob. np. tutaj czy tutaj oraz tutaj) poruszyć na tym blogu sprawę odmiany nazwisk. Pierwsza dyskusja odbyła się w trakcie prac redakcyjnych nad jedną z książek, kiedy to w proteście wobec wprowadzonych zmian usłyszeliśmy od autora publikacji ni mniej ni więcej: „Trzymajmy się standardu międzynarodowego w tej kwestii! Nazwisk się po prostu generalnie nie odmienia – niektóre po odmianie brzmią bardzo dziwnie, a nawet śmiesznie”. Jakiś czas po tej dyskusji wpadło nam w ręce zaproszenie na dziecięce przyjęcie urodzinowe: na zaproszeniu odmienione zostały tylko imiona, a nazwiska miały postać mianownikową. I tu znów odbyliśmy rozmowę, tym razem we własnym redaktorskim gronie.
Dwa różne konteksty, dwa różne środowiska, a taki sam schemat językowy. W pierwszym przypadku rozmawialiśmy przecież z profesjonalistą, mającym tytuł naukowy, obracającym się w środowiskach akademickich i biznesowych, który nie pierwszy raz przygotowywał książkę do druku i który jest (powinien być) obyty z językowymi normami poprawnościowymi. Drugi kontekst był bardziej „codzienny” czy „życiowy” – ot, rodzice, chcąc zrobić swojemu dziecku przyjemność, zorganizowali dla niego przyjęcie i zaprosili na nie inne dzieci. Takie przyjęcie to nie jest przecież sytuacja, w której obowiązywałyby jakiekolwiek sztywne normy, a jednak – to dziecięce nazwiska zostały tu „usztywnione” w swej mianownikowej postaci.
W obu przypadkach (a także w wielu innych obserwowanych przez nas ostatnio zachowaniach językowych) wyczuwamy strach o to, by nikogo nie urazić, gdy się odmieni jego nazwisko (taki Józef Kuzio jest do przyjęcia, także w „międzynarodowych standardach”, ale już forma Józefowi Kuziowi brzmi dla większości „nienaturalnie” i „śmiesznie”). Strach o własne kompetencje językowe (bo odmiana nazwiska staje się dla użytkowników polszczyzny coraz trudniejsza wobec... coraz powszechniejszej tendencji do ich nieodmieniania). A także coraz częstszy dziś strach o naruszenie sztywnej bryły, jaką dla większości mówiących po polsku są nasze nazwiska, zastygające jak pomniki w niezmiennie mianownikową postać.
Kiedy dzwoni pracownik biura obsługi klienta firmy XYZ, pyta: „Czy mam przyjemność z panią Magdaleną Tytuła?” albo „Czy rozmawiam z głównym użytkownikiem telefonu, Janem Nowak?”. I choć ten mechanizm można wytłumaczyć pośpiechem, jaki towarzyszy pracy każdego takiego akwizytora, oraz zwyczajem odczytywania nazwisk z listy w odpowiednim momencie wygłaszania gotowej formułki powitania, to jednak trudno jest nie zauważyć, że tak rozpoczęta rozmowa od razu staje się „mechaniczna” właśnie, że to kontakt robota z robotem raczej niż – człowieka z człowiekiem. Gdyby (podpowiadamy) formułkę „Czy rozmawiam z...?” zmienić na równie akceptowalną formę powitania „Czy to pan Jan Nowak/pani Magdalena Tytuła?”, i wilk byłby syty, i owca cała.
To usztywnianie relacji przez używanie nazwisk tylko w mianownikowej postaci jest dziś nagminne. A przecież zupełnie nie ma powodu, by nazwiska traktować inaczej niż inne deklinujące się w polszczyźnie słowa. Skoro jest Józio – Józiowi – z Józiem, dlaczego nie miałoby być Kuzio – Kuziowi – z Kuziem? Skoro mamy smoła – smołą – smole, dlaczego nie ma być Tytuła – Tytułą – (o) Tytule? I fakt, że w języku angielskim czy francuskim nazwiska się nie odmieniają, nie ma tutaj nic do rzeczy – te języki rządzą się po prostu innymi prawami niż polszczyzna. Dlatego środowisko międzynarodowe, w którym mówi się po polsku, powinno rozumieć zmienne formy nazwisk (także obcych!), podobnie jak rozumie, że raz mówi się „To jest pies”, a w innej konstrukcji językowej już trzeba powiedzieć: „Chodzę na spacer z psem”.
Owszem, odmienianie nazwisk sprawia, że trzeba się czasem nagłowić, by ustalić mianownikową postać słowa (zob. np. forma Tuskowi – pasuje i do Tusk, i do Tusek), ale z kolei ich nieodmienianie prowadzi do nieporozumień i błędów. Gdyby np. o mężczyźnie noszącym nazwisko Sekiera chcieć mówić „Widziałem dziś Pawła Sekiera”, to część z nas (ci nieodmieniający żadnych nazwisk) w mianowniku napisze Paweł Sekiera, ale druga część – Paweł Sekier.
Nazwiska w polszczyźnie trzeba odmieniać. Nieliczne wyjątki, kiedy nie da się tego zrobić (np. nazwiska zakończone na sylabę akcentowaną), powinny zostać tylko wyjątkami, a nie – tworzyć nową regułę. Dlaczego? Bo taka reguła naruszyłaby fundamentalne dla polszczyzny zasady, zmieniła charakter naszego języka, który przecież – czy tego chcemy, czy nie – jest oparty na systemie deklinacyjnym.

poniedziałek, 7 listopada 2011

Czy aby na pewno (cz. 2)

Ciąg dalszy naszych podpowiedzi ortograficznych, czyli garść prostych wskazówek, które pomogą Państwu poradzić sobie ze słowami i wyrażeniami stale sprawiającymi kłopoty w języku pisanym.
***
Po południu – ponieważ przymiotnik „popołudniowy” w polszczyźnie występuje dość często („popołudniowa drzemka”, „popołudniowa herbatka”, „popołudniowy seans”, „zajęcia w godzinach popołudniowych” itp.), większość użytkowników języka polskiego pamiętając łączną pisownię tego wyrazu, automatycznie zapisuje razem także wyrażenie przyimkowe „po południu”. Tymczasem jest to błąd. Jeśli Państwo nie pamiętają, jak należy pisać „po południu”, warto przypomnieć sobie pisownię wyrażenia „przed południem”, którego nikt chyba nie próbuje zapisywać łącznie. Zatem „po południu” jak „przed południem” – zawsze oddzielnie.
***
W ogóle – choć mówiąc „w ogóle” – [wogóle], łączymy dwa wyrazy w jedno słowo (wyrażenia przyimkowe tworzą w mowie tzw. zestroje akcentowe, czyli całości, które mają jeden akcent i są słyszane jako jeden wyraz – na marginesie: stąd też wynika większość problemów w pisowni tych wyrażeń), to jednak wyrażenie przyimkowe „w ogóle” zapisujemy rozdzielnie. Warto zapamiętać: w ogóle nie jest dopuszczalna pisownia łączna tych słów, podobnie jak nigdy nie powinniśmy skracać w mowie tego połączenia, wymawiając [wogle]. Taka wymowa świadczy o niedbałości językowej i jest błędem, podobnie jak pisownia łączna wyrażenia „w ogóle” to błąd ortograficzny.
***
Za granicą i zagranica – przyczyna bardzo częstych dylematów ortograficznych. Większość z nas każdorazowo musi się upewniać co do rozdzielnej pisowni wyrażenia „za granicą” i łącznego zapisu rzeczownika „zagranica”. Trzeba więc zapamiętać, że choć „zagranica” (według Słownika języka polskiego PWN: kraje leżące poza granicami danego państwa; ludność, mieszkańcy tych krajów) piszemy łącznie, bo to nazwa oznaczająca przedmiot – będzie zatem: „biuro współpracy z zagranicą”, „interesuje mnie zagranica”, „polubiłam zagranicę”, „zagranica zna to już od dawna”, „towary z zagranicy”, „powrót z zagranicy” itp. – to wyrażenia „za granicą” i „za granicę” zapiszemy zawsze rozdzielnie. Wystarczy chwilę zastanowić się nad składnią zdań budowanych z tymi wyrażeniami. Porównajmy: „wypad za granicę” jak „wypad za miasto” (bo przecież nie: „wypad zamiasto”!), „wysyłam listy za granicę” jak „wysyłam listy (po)za Kraków”, „wczasy za granicą” jak „wczasy za oceanem” (bo przecież nie: „wczasy zaoceanem”!), „mówi się o tym już za granicą” jak „mówi się o tym już za plecami” (bo przecież nie: „mówi się o tym już zaplecami”!), „zespół wystąpił za granicą” jak „zespół wystąpił także za sceną, dając nadprogramowy koncert dla wiernych fanów” itp.
CDN

sobota, 29 października 2011

Bujne życie roślin

Spośród wszystkich innych rynków rynek wydawniczy interesuje nas szczególnie – stąd przecież i chleb nasz powszedni, i coś do niego, a przede wszystkim dużo satysfakcji z pracy nad językiem i kształtem graficznym dzieł różnych – czasem mądrych, czasem pięknych, a czasem po prostu przydatnych. Śledzimy więc intensywnie, co, kto i gdzie wydał, a przede wszystkim – dlaczego nas przy tym nie było :-).
I otóż ostatnio wyśledziliśmy książkę Kamila Sipowicza, o której wydawca pisze tak: „Czy marihuana jest z konopi? – projekt Kamila Sipowicza i wydawnictwa Baobab, to unikatowa pozycja na polskim rynku. Stanowi biografię kontrowersyjnej rośliny, jaką są konopie” (więcej tutaj).
Przetarliśmy oczy, napiliśmy się wody, pobębniliśmy palcami najpierw o blat stołu, a potem o klawiaturę i oto, jaki efekt: niezawodny Kopaliński upewnił nas, że biografia to „życiorys postaci znanej, wybitnej”.
Fakt, Kopaliński nie musi mieć racji – język żyje, zmienia się, słowa zmieniają znaczenia (pisaliśmy o tym niedawno), a antropocentryzm był dobry, ale w renesansie, a to, jak wszyscy wiedzą, było naprawdę dawno temu. Rośliny też mogą mieć swoje życie, niektóre z nich – nawet życie bujne, pełne tajemnic, życiowych zakrętów (wiją się i wiją), porażek, od których więdną, i sukcesów, którymi rozkwitają. Przy okazji odkryliśmy nawet, że całkiem niedawno „czysto polski” (!), jak napisała o nim „Gazeta Wyborcza”, zespół naukowców odkrył, że rośliny nie dość, że myślą i rozmawiają ze sobą, to w dodatku: mają pamięć! (więcej tutaj). Biografia marihuany wpisuje się zatem w nurt najnowszych naukowych odkryć – pomyśleliśmy. Oto hit! Życiorys – niektórzy chcieliby go nazwać raczej dziejami grzechu – ziarenka, które długą przebyło drogę, prześladowane przez jednych, pożądane przez innych, i dało plon, także ten literacki. W głowie mieliśmy już jakąś sensacyjną historię, różne intrygi, tu fascynującą rozmowę, tam ciekawe przemyślenia, których nie wypada pominąć w lekturze, jeśli nie chce się stracić ważnego elementu wartkiej akcji, na końcu zaś happy end (wszak Palikot o niego walczy). A wszystko to przekazywane z pokolenia na pokolenie (pamięć!) i w końcu spisane – nie przez roślinę wprawdzie, ale ręką człowieka. Imponujące!
Niestety, jak się okazało, nasze projekcje nijak się miały do tego, czym jest reklamowana przez wydawcę książka. Czy marihuana jest z konopi? to bowiem tak naprawdę historia jednego gatunku, dokumentacja zastosowań tej rośliny w dziejach ludzkości oraz zbiór związanych z nią unormowań prawnych, religijnych czy obyczajowych.
Szkoda – ale i nic straconego. Może wkrótce wytropimy coś, co będzie bliższe naszym wyobrażeniom? Jakieś „Żywoty grochu, kapusty i innych spośród zielonej braci”, tworzone na kształt średniowiecznych hagiografii? Czekamy!

środa, 19 października 2011

Sklepowa gadka

Ta rozmowa w sklepie (market budowlany) wyglądała mniej więcej tak:
Kobieta: - Przepraszam, czy są worki do odkurzaczy?
Sprzedawca: - Tak, tak, na Narzędziach.
Kobieta (z wyraźnym obłędem w oczach): - Hm, na Narzędziach?
Sprzedawca: - No tak, tam na końcu i potem centralnie w rogu.
Pchani przeczuciem (oraz ciekawością), udaliśmy się „na Narzędzia”. Worki były. Z boku, czyli w rogu. Więc sprzedawca, dając zagadkę, podał także jej rozwiązanie. Sprytnie je jednak zawikłał. Psotny sprzedawca!
Bo przecież „centralnie” to, jak czytamy w „Słowniku języka polskiego PWN” pochodzi od „centralny”, a ten przymiotnik oznacza: 1. «znajdujący się w centrum; odnoszący się do centrum; środkowy»; 2. «mający główne znaczenie; główny, kierowniczy, naczelny».
Żadna z tych definicji nie pasuje jednak do miejsca, w którym znaleźliśmy worki – wisiały one w rogu (czyli z boku, ściślej: z lewej strony regału), w jednej z ostatnich alejek działu Narzędzia, w najbardziej końcowym z wszystkich możliwych miejscu sklepu. Róg to był, nie centrum, nie pępek marketowego świata! Zatem pierwsza definicja odpada. Trudno też byłoby temu miejscu przypisać którekolwiek ze słów z drugiej z przytoczonych za słownikiem definicji – znaczenie worków było ewidentnie poślednie, skoro nie wystawiono ich na środku, by łatwo każdy klient mógł się o nie potykać, tylko upchano boczkiem, jak wstydliwie mało ważną rzecz.
Zajrzeliśmy jeszcze do „Miejskiego słownika slangu”, jako bardziej pasującego do marketowej sytuacji.
Tu „centralnie” to: 1. «inaczej serio/naprawdę/powaga»; 2. wykrzyknik używany w nagłych sytuacjach. Słownik podaje też przykładowe zdania z tym słowem, choćby taki dialog:
„Słyszałeś że Marek wpadł?
No co ty?!
Centralnie!” (więcej tutaj).
Więc może sprzedawca chciał powiedzieć „naprawdę/normalnie w rogu”? To miałoby już jakiś sens...
Pogrzebaliśmy jednak jeszcze trochę w internecie. I odkryliśmy, że „centralnie” funkcjonuje raczej jako zamiennik innego słowa-śmiecia, a mianowicie „dokładnie”. Świadczą o tym takie zdania: „Alvarees, możesz opuścić aparat parę cm niżej, aby było centralnie z boku?" (więcej tutaj) czy np. „od paru dni boli mnie prawa część ciała (...) wydaje mi się że na wysokości nerek, ale centralnie na boku ciała (...)” (więcej tutaj).
Do „centralnie” jako „dokładnie” pasowałaby też zacytowana na początku wypowiedź sprzedawcy – należałoby ją zatem rozumieć jako: „w samiuśkim rogu”. W rzeczy samej, sprzedawca mówił prawdę! Zakamuflował ją jednak sprytnie, by tacy jak my, czuli na słówka klienci, pobiedzili się trochę, szukając, gdzież to jest ów „centralny róg”, a przy okazji – może wiertarkę nabyli? Może pilareczkę jakąś? Albo chociaż 15 deka gwoździ, wszak promocja była. Doceniliśmy w końcu i spryt, i handlowe zacięcie tego człowieka.
Pytanie, czy jego przełożeni to docenią? Bo przecież błędów się czepiać nie będą - od tego jesteśmy my!

poniedziałek, 10 października 2011

Czy aby na pewno? (cz. 1)

Są takie wyrazy i połączenia wyrazów, których pisownia stale sprawia problem. Choć sprawdzaliśmy to tysiąc razy (tak, mamy denerwującą świadomość tego faktu), to wciąż nie jesteśmy pewni, jak trzeba napisać – łącznie czy rozdzielnie? I chyba nigdy nie będziemy pewni. Znają to Państwo, prawda?
Choćby takie na pewno, które wciąż myli się z naprawdę, takie na co dzień, któremu w paradę wchodzi codziennie, wreszcie takie naprzeciw – sami nie możemy nigdy w to uwierzyć, że powinno być pisane łącznie, i każdorazowo (!) sprawdzamy to w słowniku ortograficznym. A – jakby tego było mało – są wyrazy raz pisane łącznie, a raz rozdzielnie, wszystko bowiem zależy od kontekstu. Poniżej otwieramy więc naszą listę „wiecznych problemów” – ta lista będzie uzupełniana w kolejnych postach.
***
Na co dzień – choć piszemy łącznie wyraz „codziennie”, to jednak „na co dzień” ma być zapisywane rozdzielnie; jeśli ktoś ma problemy z tym właśnie połączeniem, niech sobie przypomni, jak się zapisuje zestawienia typu: „co rok”, „co miesiąc” czy np. „co gorsza”; podobnym regułom ortograficznym podlega bowiem zestawienie co dzień. Zatem nie jest to jeden wyraz, ale wyrażenie przyimkowe. A skoro nie ma w polszczyźnie wyrazu „codzień”, to i nie możemy zapisywać „na codzień” (jak np. „na trudno”). Zawsze rozdzielnie!
***
Na pewno – być może to pisownia wyrazu „zapewne” przeszkadza niektórym użytkownikom polszczyzny w zapamiętaniu, że „na pewno” piszemy rozdzielnie. Warto przywołać w takich przypadkach pisownię wyrażenia „z pewnością”, może ona pozwoli przyswoić zasadę obowiązkowo rozdzielnej pisowni „na pewno”.
***
Naprawdę – w Biblii nie raz pada słowo „zaprawdę”. A skoro zapisujemy je łącznie (to Państwo pamiętają?), to łatwiej będzie już teraz zapamiętać, że i „naprawdę” tak zapisać musimy. Zawsze łącznie!
***
Naprzeciw i naprzeciwko – choć jest „na przekór” pisane rozdzielnie, to już „naprzeciw” i „naprzeciwko” zapisujemy zawsze łącznie. Nie bez powodu przywołaliśmy tutaj wyrażenie „na przekór” – zdarza się bowiem słyszeć czasem takie błędne konstrukcje z wyrazem „naprzeciw”, jak np.: „Widziałem, że masz coś naprzeciw mnie, więc się wycofałem” czy „Zrobił to naprzeciw mnie, zależało mu, żebym przegrała” – „naprzeciw” jest tu synonimem wyrazu „przeciw”/ „na przekór”. To błąd, podobnie jak rozdzielna pisownia omawianych wyrazów.
***
Na raz/ naraz – wyrażenia, które zapisujemy raz łącznie, a raz rozdzielnie, w zależności od kontekstu. Kiedy mamy wątpliwości, trzeba wstawić zamiast „na raz”/ „naraz” odpowiednie zamienniki. „Na raz” to inaczej „na jeden raz” bądź „na komendę raz” („Taka mała porcja? To wystarczy zaledwie na raz!”; „Dzieci podniosły się na raz”). Z kolei „naraz” to „nagle” („Naraz rozległo się pukanie”) albo „jednocześnie” („Albo nie dzwonią w ogóle, albo dzwonią wszyscy naraz”).
CDN

czwartek, 6 października 2011

Rzucać mięsem – bardziej!

Gdyby ktoś usilnie nas dopytywał, dlaczego interesuje nas język, jego poprawność i piękno, to nie usłyszałby wcale deklaracji w rodzaju „lubimy się śmiać z potknięć i błędów innych, a szerzej: tropimy głupotę”. Dowiedziałby się raczej, że nasza praca wynika z nieustannego zafascynowania tym, co zmienne, żywe, wymykające się na coraz to nowe i coraz ciekawsze sposoby (ale jak!) najłagodniejszym nawet unormowaniom.
No bo spójrzmy choćby na takie słowo „festiwal”. Już zdążyliśmy się jako tako przyzwyczaić do rozmaitych festiwali smaku, festiwali wnętrz, festiwali przedmiotów rozmaitych (ot, choćby taki Festiwal Krzemienia Pasiastego, a co!) czy festiwali praw (zawsze równych!). Przełknęliśmy (nomen omen) jakoś festiwal pierogów, festiwal pizzy, festiwal wina i serów (to nawet z dużym smakiem) czy nawet festiwal golonki (choć nie jadamy). Już zdążyliśmy sobie przecież wytłumaczyć, że skoro etymologicznie słowo „festiwal” pochodzi od łacińskiego festivus, który to przymiotnik oznacza (Słownik łacińsko-polski PWN, Warszawa 1988, wyd. XVIII): „przyjemny, wesoły; miły, piękny; dowcipny; swobodny”, to nie będziemy odmawiać wesołości, piękna ani tym bardziej swobody ani pierogom, ani golonce. Wszak są tacy (znamy Was!), którzy o golonce wiersze pisać by mogli, gdyby tylko chcieli. Tymczasem nie chcą – nie mogą może, bo czar golonki ich usidlił (na festiwalu zwłaszcza, gdzie golonek jest wielość i rozmaitość niezmierna), a ściślej – usidlił ich golonki aromat i smak.
Wytłumaczyliśmy sobie zatem, zaczęliśmy się przyzwyczajać... Aż nagle – klops, nie golonka.
Przeczytaliśmy zdanie, które zachwiało naszym – nowym, więc i słabym jeszcze – przyzwyczajeniem. Zdanie zaczynało się tak: „W festiwalu wzajemnych oskarżeń i szukania winnych (...)” (więcej tutaj), a mowa była o lokalnych politykach i wrześniowej aferze z przedszkolami.
Hm, pomyśleliśmy, niełatwa sprawa. Bo jak tradycyjne znaczenie słowa „festiwal” („uroczystość złożona z szeregu imprez artystycznych, często połączona z konkursem” – Słownik języka polskiego PWN), jak przytoczoną wyżej łacińską etymologię tego wyrazu powiązać z czymś tak niepięknym, niemiłym i zwykle mało dowcipnym, jak oskarżenia, obwinianie, a nawet – mięsem rzucanie? Jak dopasować do przywołanego zdania definicję festiwalu, według której to wydarzenie „umożliwiające przybyłym z różnych stron uczestnikom nawiązanie kontaktów kulturalnych (albo niekiedy i politycznych)” (W. Kopaliński, Słownik wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych, Wiedza Powszechna 1994)?
A może, wpadliśmy na pomysł, dziennikarka w tak zawoalowany sposób dała czytelnikom do zrozumienia, że radni miejscy wymyślili nową grę pt. „Oskarż mnie, bardziej!”, którą testują w czasie obrad, zanim wynalazek ten ujrzy światło dzienne? Dostojni panowie (i nieliczne panie), którzy zebrali się, by radzić, gdy jako jeden z głównych punktów na sesji zobaczyli temat „przedszkola”, też zapragnęli rozrywki, dziecięctwa właśnie, i zamiast grać w zielone (demodé!), zagrali w oskarżenia. Emocje wrzały, obojętne mury urzędu były świadkami niebywałego tu widowiska, ktoś zapewne klaskał, inny się śmiał, ktoś chciał skoczyć komuś do gardła, ale już mu nie wypadało, bo ten właśnie krzyczał „wina (moja)!”, więc wypadł z gry.
Jeśli to nie był festiwal, to co to mogło być?

PS 1. Oczywiście przepraszamy wszystkich ewentualnie urażonych miłośników golonki ;-) Wszelkie podobieństwo występujących w tym tekście osób i rzeczy do istniejących rzeczywiście jest zupełnie przypadkowe.