środa, 19 października 2011

Sklepowa gadka

Ta rozmowa w sklepie (market budowlany) wyglądała mniej więcej tak:
Kobieta: - Przepraszam, czy są worki do odkurzaczy?
Sprzedawca: - Tak, tak, na Narzędziach.
Kobieta (z wyraźnym obłędem w oczach): - Hm, na Narzędziach?
Sprzedawca: - No tak, tam na końcu i potem centralnie w rogu.
Pchani przeczuciem (oraz ciekawością), udaliśmy się „na Narzędzia”. Worki były. Z boku, czyli w rogu. Więc sprzedawca, dając zagadkę, podał także jej rozwiązanie. Sprytnie je jednak zawikłał. Psotny sprzedawca!
Bo przecież „centralnie” to, jak czytamy w „Słowniku języka polskiego PWN” pochodzi od „centralny”, a ten przymiotnik oznacza: 1. «znajdujący się w centrum; odnoszący się do centrum; środkowy»; 2. «mający główne znaczenie; główny, kierowniczy, naczelny».
Żadna z tych definicji nie pasuje jednak do miejsca, w którym znaleźliśmy worki – wisiały one w rogu (czyli z boku, ściślej: z lewej strony regału), w jednej z ostatnich alejek działu Narzędzia, w najbardziej końcowym z wszystkich możliwych miejscu sklepu. Róg to był, nie centrum, nie pępek marketowego świata! Zatem pierwsza definicja odpada. Trudno też byłoby temu miejscu przypisać którekolwiek ze słów z drugiej z przytoczonych za słownikiem definicji – znaczenie worków było ewidentnie poślednie, skoro nie wystawiono ich na środku, by łatwo każdy klient mógł się o nie potykać, tylko upchano boczkiem, jak wstydliwie mało ważną rzecz.
Zajrzeliśmy jeszcze do „Miejskiego słownika slangu”, jako bardziej pasującego do marketowej sytuacji.
Tu „centralnie” to: 1. «inaczej serio/naprawdę/powaga»; 2. wykrzyknik używany w nagłych sytuacjach. Słownik podaje też przykładowe zdania z tym słowem, choćby taki dialog:
„Słyszałeś że Marek wpadł?
No co ty?!
Centralnie!” (więcej tutaj).
Więc może sprzedawca chciał powiedzieć „naprawdę/normalnie w rogu”? To miałoby już jakiś sens...
Pogrzebaliśmy jednak jeszcze trochę w internecie. I odkryliśmy, że „centralnie” funkcjonuje raczej jako zamiennik innego słowa-śmiecia, a mianowicie „dokładnie”. Świadczą o tym takie zdania: „Alvarees, możesz opuścić aparat parę cm niżej, aby było centralnie z boku?" (więcej tutaj) czy np. „od paru dni boli mnie prawa część ciała (...) wydaje mi się że na wysokości nerek, ale centralnie na boku ciała (...)” (więcej tutaj).
Do „centralnie” jako „dokładnie” pasowałaby też zacytowana na początku wypowiedź sprzedawcy – należałoby ją zatem rozumieć jako: „w samiuśkim rogu”. W rzeczy samej, sprzedawca mówił prawdę! Zakamuflował ją jednak sprytnie, by tacy jak my, czuli na słówka klienci, pobiedzili się trochę, szukając, gdzież to jest ów „centralny róg”, a przy okazji – może wiertarkę nabyli? Może pilareczkę jakąś? Albo chociaż 15 deka gwoździ, wszak promocja była. Doceniliśmy w końcu i spryt, i handlowe zacięcie tego człowieka.
Pytanie, czy jego przełożeni to docenią? Bo przecież błędów się czepiać nie będą - od tego jesteśmy my!

poniedziałek, 10 października 2011

Czy aby na pewno? (cz. 1)

Są takie wyrazy i połączenia wyrazów, których pisownia stale sprawia problem. Choć sprawdzaliśmy to tysiąc razy (tak, mamy denerwującą świadomość tego faktu), to wciąż nie jesteśmy pewni, jak trzeba napisać – łącznie czy rozdzielnie? I chyba nigdy nie będziemy pewni. Znają to Państwo, prawda?
Choćby takie na pewno, które wciąż myli się z naprawdę, takie na co dzień, któremu w paradę wchodzi codziennie, wreszcie takie naprzeciw – sami nie możemy nigdy w to uwierzyć, że powinno być pisane łącznie, i każdorazowo (!) sprawdzamy to w słowniku ortograficznym. A – jakby tego było mało – są wyrazy raz pisane łącznie, a raz rozdzielnie, wszystko bowiem zależy od kontekstu. Poniżej otwieramy więc naszą listę „wiecznych problemów” – ta lista będzie uzupełniana w kolejnych postach.
***
Na co dzień – choć piszemy łącznie wyraz „codziennie”, to jednak „na co dzień” ma być zapisywane rozdzielnie; jeśli ktoś ma problemy z tym właśnie połączeniem, niech sobie przypomni, jak się zapisuje zestawienia typu: „co rok”, „co miesiąc” czy np. „co gorsza”; podobnym regułom ortograficznym podlega bowiem zestawienie co dzień. Zatem nie jest to jeden wyraz, ale wyrażenie przyimkowe. A skoro nie ma w polszczyźnie wyrazu „codzień”, to i nie możemy zapisywać „na codzień” (jak np. „na trudno”). Zawsze rozdzielnie!
***
Na pewno – być może to pisownia wyrazu „zapewne” przeszkadza niektórym użytkownikom polszczyzny w zapamiętaniu, że „na pewno” piszemy rozdzielnie. Warto przywołać w takich przypadkach pisownię wyrażenia „z pewnością”, może ona pozwoli przyswoić zasadę obowiązkowo rozdzielnej pisowni „na pewno”.
***
Naprawdę – w Biblii nie raz pada słowo „zaprawdę”. A skoro zapisujemy je łącznie (to Państwo pamiętają?), to łatwiej będzie już teraz zapamiętać, że i „naprawdę” tak zapisać musimy. Zawsze łącznie!
***
Naprzeciw i naprzeciwko – choć jest „na przekór” pisane rozdzielnie, to już „naprzeciw” i „naprzeciwko” zapisujemy zawsze łącznie. Nie bez powodu przywołaliśmy tutaj wyrażenie „na przekór” – zdarza się bowiem słyszeć czasem takie błędne konstrukcje z wyrazem „naprzeciw”, jak np.: „Widziałem, że masz coś naprzeciw mnie, więc się wycofałem” czy „Zrobił to naprzeciw mnie, zależało mu, żebym przegrała” – „naprzeciw” jest tu synonimem wyrazu „przeciw”/ „na przekór”. To błąd, podobnie jak rozdzielna pisownia omawianych wyrazów.
***
Na raz/ naraz – wyrażenia, które zapisujemy raz łącznie, a raz rozdzielnie, w zależności od kontekstu. Kiedy mamy wątpliwości, trzeba wstawić zamiast „na raz”/ „naraz” odpowiednie zamienniki. „Na raz” to inaczej „na jeden raz” bądź „na komendę raz” („Taka mała porcja? To wystarczy zaledwie na raz!”; „Dzieci podniosły się na raz”). Z kolei „naraz” to „nagle” („Naraz rozległo się pukanie”) albo „jednocześnie” („Albo nie dzwonią w ogóle, albo dzwonią wszyscy naraz”).
CDN

czwartek, 6 października 2011

Rzucać mięsem – bardziej!

Gdyby ktoś usilnie nas dopytywał, dlaczego interesuje nas język, jego poprawność i piękno, to nie usłyszałby wcale deklaracji w rodzaju „lubimy się śmiać z potknięć i błędów innych, a szerzej: tropimy głupotę”. Dowiedziałby się raczej, że nasza praca wynika z nieustannego zafascynowania tym, co zmienne, żywe, wymykające się na coraz to nowe i coraz ciekawsze sposoby (ale jak!) najłagodniejszym nawet unormowaniom.
No bo spójrzmy choćby na takie słowo „festiwal”. Już zdążyliśmy się jako tako przyzwyczaić do rozmaitych festiwali smaku, festiwali wnętrz, festiwali przedmiotów rozmaitych (ot, choćby taki Festiwal Krzemienia Pasiastego, a co!) czy festiwali praw (zawsze równych!). Przełknęliśmy (nomen omen) jakoś festiwal pierogów, festiwal pizzy, festiwal wina i serów (to nawet z dużym smakiem) czy nawet festiwal golonki (choć nie jadamy). Już zdążyliśmy sobie przecież wytłumaczyć, że skoro etymologicznie słowo „festiwal” pochodzi od łacińskiego festivus, który to przymiotnik oznacza (Słownik łacińsko-polski PWN, Warszawa 1988, wyd. XVIII): „przyjemny, wesoły; miły, piękny; dowcipny; swobodny”, to nie będziemy odmawiać wesołości, piękna ani tym bardziej swobody ani pierogom, ani golonce. Wszak są tacy (znamy Was!), którzy o golonce wiersze pisać by mogli, gdyby tylko chcieli. Tymczasem nie chcą – nie mogą może, bo czar golonki ich usidlił (na festiwalu zwłaszcza, gdzie golonek jest wielość i rozmaitość niezmierna), a ściślej – usidlił ich golonki aromat i smak.
Wytłumaczyliśmy sobie zatem, zaczęliśmy się przyzwyczajać... Aż nagle – klops, nie golonka.
Przeczytaliśmy zdanie, które zachwiało naszym – nowym, więc i słabym jeszcze – przyzwyczajeniem. Zdanie zaczynało się tak: „W festiwalu wzajemnych oskarżeń i szukania winnych (...)” (więcej tutaj), a mowa była o lokalnych politykach i wrześniowej aferze z przedszkolami.
Hm, pomyśleliśmy, niełatwa sprawa. Bo jak tradycyjne znaczenie słowa „festiwal” („uroczystość złożona z szeregu imprez artystycznych, często połączona z konkursem” – Słownik języka polskiego PWN), jak przytoczoną wyżej łacińską etymologię tego wyrazu powiązać z czymś tak niepięknym, niemiłym i zwykle mało dowcipnym, jak oskarżenia, obwinianie, a nawet – mięsem rzucanie? Jak dopasować do przywołanego zdania definicję festiwalu, według której to wydarzenie „umożliwiające przybyłym z różnych stron uczestnikom nawiązanie kontaktów kulturalnych (albo niekiedy i politycznych)” (W. Kopaliński, Słownik wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych, Wiedza Powszechna 1994)?
A może, wpadliśmy na pomysł, dziennikarka w tak zawoalowany sposób dała czytelnikom do zrozumienia, że radni miejscy wymyślili nową grę pt. „Oskarż mnie, bardziej!”, którą testują w czasie obrad, zanim wynalazek ten ujrzy światło dzienne? Dostojni panowie (i nieliczne panie), którzy zebrali się, by radzić, gdy jako jeden z głównych punktów na sesji zobaczyli temat „przedszkola”, też zapragnęli rozrywki, dziecięctwa właśnie, i zamiast grać w zielone (demodé!), zagrali w oskarżenia. Emocje wrzały, obojętne mury urzędu były świadkami niebywałego tu widowiska, ktoś zapewne klaskał, inny się śmiał, ktoś chciał skoczyć komuś do gardła, ale już mu nie wypadało, bo ten właśnie krzyczał „wina (moja)!”, więc wypadł z gry.
Jeśli to nie był festiwal, to co to mogło być?

PS 1. Oczywiście przepraszamy wszystkich ewentualnie urażonych miłośników golonki ;-) Wszelkie podobieństwo występujących w tym tekście osób i rzeczy do istniejących rzeczywiście jest zupełnie przypadkowe.

czwartek, 22 września 2011

Kto wyprowadzi z błędu?

Kiedyś już pisaliśmy o problemach z biletami i o tym, że – w opinii autorów niektórych tekstów – należy ich dobrze pilnować, by nam nie uciekły z kieszeni i nie pozbawiły nas tym samym prawa do pobytu w lokalu/na imprezie biletowanej (więcej tutaj). Teraz wypada nam się zająć problemem innym, choć też z biletami związanym. A sprawiło to ogłoszenie, jakie przeczytaliśmy o poranku na jednym z krakowskich kiosków: „Nie prowadzę biletów MPK!”. (Wrażliwym czytelnikom naszego bloga oszczędzamy wersalików, jakimi „krzyczało” to ogłoszenie, odstraszając największych śmiałków, którzy poważyliby się zapytać, czy w kiosku tym są bilety).
Biedne te bilety, pomyśleliśmy, siedzą w zamknięciu, bo dumna kioskarka nie zniży się do tego, by je (wy)prowadzić, choćby na mały spacerek, taki wokół kioskowej budki na przykład, taki, który kawałek świata pozwoliłby im poznać. Prędzej rozsypią się w biały pył (no dobrze, miejscami szarawo-zielony), niż rożek swej papierowej istoty wychylą. Tkwić będą w ciasnym kiosku, zakrzyczane przez kioskarkę, która ich prowadzić nie chce – i już!
Chyba się Państwo domyślają, że lżej by nam było, gdyby kiosk krzyknął na nas ogłoszeniem: „Nie sprzedaję biletów MPK!”. A tak: żałość nas dopadła, znienacka, podstępnie, bo w mglisty poranek, pogłębiając tylko naszą chandrę. Wszak jesień, jesień tuż tuż...

niedziela, 18 września 2011

Premierka nie przejdzie! (na razie)

Forowicz, który przeczytał w „Newsweeku” artykuł pt. „Tusk przekazał premier Chorwacji projekt Traktatu Akcesyjnego” (tekst dostępny tutaj), pisze: „Dziesięć razy przeczytałem powyższe zdanie i nic. (...) Dopiero z dalszej części tekstu dowiedziałem się, że chodzi o niewiastę. Skoro ta niewiasta jest godna piastować takie odpowiedzialne stanowisko, to dlaczego nie można opisać jej stanowiska właściwym rodzajem gramatycznym? (...)” i proponuje tak zmienić wadliwy według niego tytuł: „Tusk przekazał premierowej Chorwacji projekt Traktatu Akcesyjnego”.
Otóż proponowana przez forowicza zmiana byłaby myląca. Przyrostek -owa (podobnie jak przyrostek -ina), dodawany do męskich nazw stanowisk, funkcji, zawodów itp. tradycyjnie tworzy nazwy odmężowskie. Zatem „premierowa” oznaczać będzie „żonę premiera”, tak jak np. słowo „prezydentowa” powszechnie będzie rozumiane jako „żona prezydenta”, „profesorowa” – „żona profesora”, „doktorowa” – „żona doktora”, „sędzina” (uwaga!) – „żona sędziego” itp.
Kiedyś już pisaliśmy o tym, że polszczyzna ma problem z żeńskimi nazwami stanowisk, funkcji, profesji itp. (więcej tutaj). Dążenie do feminizacji języka, coraz wyraźniejsze nie tylko w kręgach feministek, jest na pewno zjawiskiem pozytywnym i, jak mamy nadzieję, przyniesie trwałe zmiany, poszerzając zasób słownikowy języka polskiego. Pracując nad „ukobieceniem” polszczyzny, nie możemy jednak zapominać o tradycyjnym znaczeniu słów i przyrostków słowotwórczych. Nietrudno bowiem sobie wyobrazić, jak urażona mogłaby się poczuć niejedna pani profesor, pani sędzia, pani prezes czy pani premier, jeśli sprowadzilibyśmy ją do roli żony swojego męża, odbierając jej tym samym prawo do tytułu wieńczącego niejednokrotnie trudną ścieżkę kariery zawodowej.
Na razie polszczyzna (przynajmniej w swej ogólnej odmianie) nie akceptuje przyrostka -ka jako uniwersalnego przy tworzeniu nazw własnych. Zatem „premierka”, podobnie jak np. „prezydentka”, „prezeska” czy „profesorka” w ogólnopolskiej odmianie, w sytuacjach oficjalnych czy służbowych nie mają jeszcze racji bytu. Zostaje nam „pani premier”, „pani prezes”, „pani prezydent”, „pani profesor” etc. Na razie.

sobota, 17 września 2011

Jak przyrządzić poprawny e-mail? – poradnik

Na szkoleniu pt. „Kultura języka” tłumaczyliśmy ostatnio zasady grzeczności językowej w korespondencji i sporo uwagi poświęciliśmy e-mailom. Kiedy wyjaśnialiśmy, dlaczego formuła „Witam!”, coraz częściej spotykana dziś w e-mailach, nie należy do najlepszych z punktu widzenia językowego savoir-vivre’u, ktoś z sali zaprotestował. Usłyszeliśmy: „Dziś już nikt nie odczuwa tej formuły jako protekcjonalnej, to chyba kolejny wymysł językoznawców, którzy chcą nam utrudnić życie”. Ponieważ z takim protestem spotkaliśmy się nie po raz pierwszy i znów skutecznie udało nam się przekonać słuchaczy, że lepiej jest unikać słowa „Witam!”, pomyśleliśmy, że warto uporządkować kwestie związane z tworzeniem e-maili. Oto przydatny, jak mamy nadzieję, przepis na poprawnie przygotowany list elektroniczny:
1. „Witam!” jako formuła powitalna, otwierająca e-mail: w korespondencji oficjalnej radzimy jej nie używać, gdyż przez odbiorcę listu może zostać odczytana jako protekcjonalna. Wita bowiem ktoś, kto czuje się gospodarzem, kto jest wyższy rangą/starszy/ważniejszy niż osoba witana – ta treść jest wciąż dla wielu użytkowników języka polskiego mocno wyczuwalna w słowie „Witam!”, a przez to formuła ta uznawana jest za niegrzeczną. Z tego powodu nie warto ryzykować takiego początku e-maila, zwłaszcza w korespondencji służbowej, kiedy nie znamy odbiorcy naszego listu albo – gdy zwracamy się do niego z prośbą czy propozycją i to od decyzji adresata zależy efekt naszych starań. Dobrym otwarciem e-maila w takim przypadku będzie uniwersalne „Dzień dobry” lub „Szanowna Pani/ Szanowny Panie/ Szanowni Państwo”. Te powitania na pewno nikogo nie urażą, a w służbowym e-mailu ich oficjalny ton nie zostanie odczytany jako nieodpowiedni, bo nadmiernie grzeczny. Zasada, która dobrze pasuje także do korespondencji e-mailowej, brzmi bowiem: lepszy jest nadmiar grzeczności niż urażenie adresata.
2. Formuła na zakończenie e-maila powinna być dostosowana w tonie do formuły powitalnej. Zatem w bardzo oficjalnym liście wypada zakończyć wyrażeniem „Z poważaniem” i zamieścić poniżej swój podpis (koniecznie pełnym imieniem i nazwiskiem). Odradzamy bardziej staroświeckie formy w stylu „Z wyrazami szacunku”, które w korespondencji elektronicznej nazbyt już będą trącić myszką. W e-mailu, który rozpoczęliśmy słowami „Dzień dobry” i który ma mniej formalny charakter, możemy użyć słów „Pozdrawiam” (bardziej poufałe) czy „Z pozdrowieniami” (ta formuła, przez podobieństwo konstrukcyjne do wyrażenia „Z poważaniem” wydaje się dość neutralna) – radzimy jednak, by zawsze w takim przypadku chwilę zastanowić się, kto będzie odbiorcą naszego listu i w jakiej relacji z nim pozostajemy.
3. Interpunkcja – powitanie: zasadą stosowaną przez wiele lat w korespondencji tradycyjnej tworzonej w języku polskim było zamykanie formuły powitalnej wykrzyknikiem (np. „Szanowna Pani!”) i zaczynanie pierwszego zdania listu wielką literą. Wpływ języka angielskiego przyniósł tu pewne zamieszanie – po formule powitalnej zaczęto stawiać przecinek (jako bardziej neutralny znak interpunkcyjny) i pojawił się problem ortograficzny: jak zaczynać pierwsze zdanie listu – wielką czy małą literą. Nie pora tu, by analizować wszystkie „za” i „przeciw”, dlatego radzimy: w listach elektronicznych, które rządzą się nieco innymi prawami (choćby ze względu na reguły edycji e-maili) nie ma przeszkód, by po formule powitalnej stawiać przecinek i pierwsze zdanie listu zaczynać małą literą. Zatem piszmy np.: „Szanowna Pani,/ zwracam się z uprzejmą prośbą...”; „Szanowni Państwo,/ chciałbym zgłosić swoją kandydaturę na stanowisko...” itp.
4. Interpunkcja – pożegnanie: zapewne dla wielu osób będzie to zaskoczeniem, ale zasady interpunkcyjne, jakie obowiązują przy kończeniu listu, mówią wyraźnie – po formule pożegnalnej, a przed podpisem nie stawiamy przecinka, podpis nadawcy listu zamieszczamy w następnej linijce, bez kropki. Zatem powinniśmy pisać np.: „Z poważaniem/ Jan Kowalski”; „Z pozdrowieniami/ Anna Kozioł”; „Pozdrawiam/ Andrzej Trąbka” itp.
Tym, którzy chcieliby wiedzieć więcej na temat poprawności językowej i grzeczności w korespondencji, polecamy m.in. książkę M. Marcjanik „Mówimy uprzejmie”. A my do tematu jeszcze zapewne nie raz wrócimy.

piątek, 16 września 2011

Przecinek zgubiony w biegu

Dziś biegać jest nie tylko zdrowo, ale i modnie – społeczny trend wykorzystują więc rozmaite firmy, instytucje (niekoniecznie z branży sportowej), a nawet politycy i urzędnicy, biegiem promujący np. miasta czy wydarzenia. Tak jest np. w przypadku cyklicznej (organizowana od 2009 roku) imprezy biegowej pt. „Biegnij Warszawo” – jeśli wierzyć jej organizatorom: największego tego typu biegu w Polsce (więcej tutaj).
Nie mamy nic przeciwko bieganiu, ale nie podoba nam się błąd w nazwie imprezy „Biegnij Warszawo”. Organizatorzy tej akcji, chyba w biegu właśnie, zapomnieli o przecinku, który powinien oddzielać wołacz od poprzedzającego go czasownika. W „Słowniku ortograficznym PWN” (więcej tutaj) czytamy przecież: „Wyrazy i wyrażenia niebędące częściami zdania (tzw. wyrazy poza zdaniem) zawsze wydzielamy przecinkami. Są nimi (...) [m.in.] wyrazy w wołaczu”. I to, dodajmy, niezależnie od szyku wyrazów w zdaniu (wołacz może zaczynać zdanie bądź je kończyć, może też zostać użyty w środku zdania – zawsze należy go oddzielić od reszty wyrazów, np.: „Biegnij, Warszawo”, „Warszawo, biegnij”, „Biegnij, Warszawo, byle szybko”). Owszem, zasada ta nie obowiązuje, jeśli po czasowniku użytym w trybie rozkazującym stoi wykrzyknik (wtedy byłoby np. „Biegnij! Warszawo!”) albo (przy zmianie szyku wyrazów) wykrzyknik postawiono po wyrazie użytym w wołaczu (np. „Panie Kaziu! Niech pan się zatrzyma!” – by uciec już od nazwy imprezy).
Biegnij Warszawo” w tym roku odbywać się będzie po raz trzeci. Nazwa biegu utrwaliła się w społecznej świadomości do tego stopnia, że kwestia, czy jest błędna, czy nie, zaczyna budzić wątpliwości (polecamy odpowiedni post w portalu GoldenLine). A przecież zawiera błąd oczywisty, taki, do wykazania którego nie trzeba prowadzenia żmudnych studiów czy zamawiania opinii specjalistów. Dlatego, organizatorzy wydarzenia, lepiej zatrzymajcie się w biegu, zamiast narażać się na krytykę, choćby to miała być „tylko” krytyka językoznawcza.