Samorządowa kampania wyborcza trwa w najlepsze, językoznawcy zatem mają pożywkę dla swoich badań i/lub krytyki. Przykład: jeden z krakowskich kandydatów na prezydenta miasta przekonuje do siebie hasłem: „Inwestując z głową, stać nas na więcej”. Hasło jest ogromne, billboardowe, więc tym trudniej w nim nie zauważyć błędu. Błędu szkolnego, będącego jednocześnie jednym z bardziej rażących (choćby tylko dlatego że pisanym ogromniastymi literami) dowodów na to, że coraz gorzej radzimy sobie z imiesłowami przysłówkowymi. A przecież polonistki do upadłego powtarzają na lekcjach dzieciom i młodzieży w każdym wieku, że imiesłowowy równoważnik zdania jako część zdania złożonego możemy stosować tylko wtedy, gdy podmiot w obu zdaniach – nadrzędnym i podrzędnym – jest ten sam. Tu często pada koronny przykład: „Idąc do domu, padał deszcz” (źle!) / „Idąc do domu, zmokłam” (dobrze).
Wracając do wyborczego hasła: rozumiemy, że kandydat chciał mieć zawołanie krótkie, plakatowe, nośne, a może nawet bojowe. Rozumiemy więc, że nie wchodziły w grę zbyt jak na billboardy rozbudowane konstrukcje typu: „Kiedy inwestujemy z głową, stać nas na więcej” czy „Jeśli inwestujemy z głową, stać nas na więcej”. Rozumiemy, że kandydat chciał mieć hasło wyraźnie odwołujące się do przyszłości, przyszłości z nim jako prezydentem Krakowa, rzecz jasna. Ale nie rozumiemy, dlaczego w gronie doradców (także tych od promocji czy marketingu politycznego) tego lokalnego polityka nie znalazł się ani jeden, który by pomyślał o językowej poprawności i spróbował ustrzec go od krytyki.
A przecież nie było trudno. Podpowiedzi cisną się bowiem same. Np. takie: „Inwestycje z głową. I stać nas na więcej!”, „Stać nas na więcej: inwestujmy z głową”, „Inwestujmy z głową, bo stać nas na więcej”.
Kandydatowi z felernym hasłem życzymy jak najlepiej. A przede wszystkim życzymy mu doradców z prawdziwego zdarzenia. Takich... z głową, jeśli to nie oksymoron :)
czwartek, 18 listopada 2010
niedziela, 14 listopada 2010
Uciekające bilety
W jednym z klubów na krakowskim Zabłociu zobaczyliśmy takie oto ogłoszenie: „Bilet traci ważność po wyjściu z klubu”. Z niepokojem chwyciliśmy się za kieszenie – lepiej przeciwdziałać niż żałować, a klub, z którego wychodzą bilety, choć wcześniej zdawał nam się sympatyczny i modnie postindustrialny, teraz wydał się mocno podejrzanym miejscem. Odetchnęliśmy jednak: nasze bilety jeszcze nie zdążyły wyjść i spokojnie wciąż tkwił w naszych kieszeniach. Dobre leniuchy.
Ale od chwili przeczytania kartki ostrzegającej o uciekających biletach nic już nie było takie samo, a sobotnio-swobodna i jakże przyjemna atmosfera ustąpiła miejsca podejrzliwości. Zaczęliśmy węszyć za innymi ogłoszeniami w stylu: „Piwo/drinki po odejściu od baru tracą procenty” czy „Muzyka po oddaleniu się od sceny znika”. Klubowy chillout ustąpił miejsca jazgotliwej galopadzie myśli w naszych głowach.
Pozostało nam kurczowo trzymać się za kieszenie, a raczej: za bilety. W końcu, nie mogąc znieść napięcia, wyszliśmy, a nasze bilety wraz z nami. Niepokój stracił ważność – wraz z biletami.
PS. Ponieważ klub w gruncie rzeczy naprawdę jest przyjemny, radzimy na koniec właścicielom: zmieńcie ogłoszenie o biletach np. na takie: „Jeśli wychodzisz z klubu, Twój bilet traci ważność”. Troszkę dłuższe, ale przynajmniej poprawne i nie budzi strachu w klubowiczach :)
Ale od chwili przeczytania kartki ostrzegającej o uciekających biletach nic już nie było takie samo, a sobotnio-swobodna i jakże przyjemna atmosfera ustąpiła miejsca podejrzliwości. Zaczęliśmy węszyć za innymi ogłoszeniami w stylu: „Piwo/drinki po odejściu od baru tracą procenty” czy „Muzyka po oddaleniu się od sceny znika”. Klubowy chillout ustąpił miejsca jazgotliwej galopadzie myśli w naszych głowach.
Pozostało nam kurczowo trzymać się za kieszenie, a raczej: za bilety. W końcu, nie mogąc znieść napięcia, wyszliśmy, a nasze bilety wraz z nami. Niepokój stracił ważność – wraz z biletami.
PS. Ponieważ klub w gruncie rzeczy naprawdę jest przyjemny, radzimy na koniec właścicielom: zmieńcie ogłoszenie o biletach np. na takie: „Jeśli wychodzisz z klubu, Twój bilet traci ważność”. Troszkę dłuższe, ale przynajmniej poprawne i nie budzi strachu w klubowiczach :)
poniedziałek, 11 października 2010
Język: gra w refleks
Sytuacja z kursu jazdy (zajęcia teoretyczne).
Instruktor: - Co powinien teraz zrobić pojazd 1?
Kursantka 1: - Cofnąć się.
Instruktor: - Dobrze, ale gdzie?
Kursantka 1: - ...?
Po kilku chwilach niepokojącej i pełnej napięcia ciszy szept podpowiedzi z sali: - Do tyłu...
Instruktor (uradowany): - Tak, tak, właśnie, musi cofnąć się do tyłu!
Kursantka 1: - ???
Opisane powyżej zdarzenie, z gatunku autentycznych, doskonale pokazuje, jak dynamicznie zmienia się język. Przyzwyczailiśmy się już bowiem - a "my" oznacza tutaj grupę dumnych z siebie użytkowników języka wyczulonych na jego poprawność (mamy nadzieję, że autoironia jest czytelna :-) ) - do zwrotów w rodzaju: "kontynuować dalej", "podskoczyć w górę", "cofnąć się do tyłu" itp., czyli do tautologii. Przyzwyczailiśmy się, bo znamy dobrze teorie mówiące, że język rozwija się w rytm czterech tendencji - jedną z nich jest tendencja do precyzji. Zatem: ktoś mówiący "cofnąć się do tyłu" czuje, że bardzo dokładnie określił kierunek ruchu, bez owego "do tyłu" samo "cofnąć się" jest gorsze, bo jakby niepełne.
Czymś innym jest jednak tendencja do precyzji w języku, czymś innym doprecyzowujące tautologie, a czymś zupełnie innym przytoczone pytanie postawione przez instruktora ze szkoły jazdy. A precyzyjniej - nomen omen - pytanie to doskonale obrazuje konsekwencje utrwalanych błędów. Pytanie to bowiem pokazuje, jak bardzo szybko - np. w ślad za dążeniem do precyzji w języku - następuje zmiana znaczenia słów. Dziś już "cofnąć się" nie różni się wiele od czasownika "pojechać/pójść/skierować się", zaczyna być synonimem tych słów. Nie dość bowiem, że powszechnie używamy łącznie konstrukcji tautologicznej "cofnąć się do tyłu", to jeszcze (a raczej: już) owo "cofnąć się", użyte samo, zaczyna funkcjonować jako czasownik ogólny, w który nie jest wpisany ściśle określony kierunek ruchu, więc ten kierunek trzeba każdorazowo ukonkretnić (co z tego, że każdorazowo wypada dodać "do tyłu"? Może za chwilę to już nie będzie jednak takie oczywiste...).
Język rozwija się - taka jego nieustająca uroda. Purystom językowym pozostaje pozostać w tyle za tymi z użytkowników języka, którzy mówią (rozumują) jak większość i w lot chwytają najbardziej podchwytliwe językowo pytania.
A jak językowy refleks wpływa na refleks na drodze? Pozostaje nam mieć nadzieję, że jeden i drugi nie mają ze sobą wiele wspólnego... ;-)
Instruktor: - Co powinien teraz zrobić pojazd 1?
Kursantka 1: - Cofnąć się.
Instruktor: - Dobrze, ale gdzie?
Kursantka 1: - ...?
Po kilku chwilach niepokojącej i pełnej napięcia ciszy szept podpowiedzi z sali: - Do tyłu...
Instruktor (uradowany): - Tak, tak, właśnie, musi cofnąć się do tyłu!
Kursantka 1: - ???
Opisane powyżej zdarzenie, z gatunku autentycznych, doskonale pokazuje, jak dynamicznie zmienia się język. Przyzwyczailiśmy się już bowiem - a "my" oznacza tutaj grupę dumnych z siebie użytkowników języka wyczulonych na jego poprawność (mamy nadzieję, że autoironia jest czytelna :-) ) - do zwrotów w rodzaju: "kontynuować dalej", "podskoczyć w górę", "cofnąć się do tyłu" itp., czyli do tautologii. Przyzwyczailiśmy się, bo znamy dobrze teorie mówiące, że język rozwija się w rytm czterech tendencji - jedną z nich jest tendencja do precyzji. Zatem: ktoś mówiący "cofnąć się do tyłu" czuje, że bardzo dokładnie określił kierunek ruchu, bez owego "do tyłu" samo "cofnąć się" jest gorsze, bo jakby niepełne.
Czymś innym jest jednak tendencja do precyzji w języku, czymś innym doprecyzowujące tautologie, a czymś zupełnie innym przytoczone pytanie postawione przez instruktora ze szkoły jazdy. A precyzyjniej - nomen omen - pytanie to doskonale obrazuje konsekwencje utrwalanych błędów. Pytanie to bowiem pokazuje, jak bardzo szybko - np. w ślad za dążeniem do precyzji w języku - następuje zmiana znaczenia słów. Dziś już "cofnąć się" nie różni się wiele od czasownika "pojechać/pójść/skierować się", zaczyna być synonimem tych słów. Nie dość bowiem, że powszechnie używamy łącznie konstrukcji tautologicznej "cofnąć się do tyłu", to jeszcze (a raczej: już) owo "cofnąć się", użyte samo, zaczyna funkcjonować jako czasownik ogólny, w który nie jest wpisany ściśle określony kierunek ruchu, więc ten kierunek trzeba każdorazowo ukonkretnić (co z tego, że każdorazowo wypada dodać "do tyłu"? Może za chwilę to już nie będzie jednak takie oczywiste...).
Język rozwija się - taka jego nieustająca uroda. Purystom językowym pozostaje pozostać w tyle za tymi z użytkowników języka, którzy mówią (rozumują) jak większość i w lot chwytają najbardziej podchwytliwe językowo pytania.
A jak językowy refleks wpływa na refleks na drodze? Pozostaje nam mieć nadzieję, że jeden i drugi nie mają ze sobą wiele wspólnego... ;-)
poniedziałek, 4 października 2010
Ulice mają swoje życie
Wbrew tytułowi tego posta nie będziemy tym razem analizować tekstów piosenek rockowych, tylko błędy w nazwach krakowskich ulic. A źródłem pomysłu jest ulica Anny Libery (tak, właśnie tak byłoby poprawnie, a że nie jest – o tym poniżej).
Na początek krótka notka biograficzna. Anna Libera, zgodnie z danymi z Wikipedii (więcej pod tym linkiem), była z zawodu hafciarką, a z zamiłowania i powołania poetką i dramatopisarką. Żyła w XIX wieku, a tematem, jaki często brała na warsztat pisarski, były zgodnie z romantyczną modą ludowe legendy z najbliższych jej okolic, czyli Krakowa i sąsiadujących z nim miejscowości.
Forma mianownikowa nazwiska tej poetki, jest zakończona na -a: Libera. Zatem zgodnie z zasadami obowiązującymi w polszczyźnie podlega odmianie – za „Nowym słownikiem poprawnej polszczyzny PWN” (Warszawa 2002) należy do grupy nazwisk, które „mają odmianę rzeczownikową analogiczną do odmiany żeńskich rzeczowników pospolitych zakończonych na -a (np. wdowa)”. W dopełniaczu jest wdowy, zatem i Libery. Idąc dalej: ulica powinna nazywać się Anny Libery, ponieważ w języku polskim nazwy ulic będące rzeczownikami mają formy dopełniaczowe (zob. np. ul. Św. Krzyża, ul. Powstania Warszawskiego, ul. Powstańców Śląskich, ul. Kościuszki, ul. Nawojki itp.).
Używana powszechnie nazwa (na mapach, w dokumentach urzędowych, na tabliczkach z nazwą ulicy – zresztą to też ciekawy i osobny temat; chcącym go zgłębić polecamy spacer ulicą Anny Libery, bo tylko tak będą mogli przekonać się o „tabliczkowej” wojnie poprawności z niepoprawnością toczonej przez właścicieli posesji znajdujących się na omawianej tu ulicy) jest niedobra też dlatego, że u bardziej świadomych użytkowników języka polskiego powoduje niepokój i niesie z sobą wieloznaczność. Bo powstaje pytanie, jak brzmiałaby mianownikowa forma nazwiska żeńskiego o dopełniaczu Libera? Przecież nie Liber (takie nazwisko polszczyzna zresztą też notuje), bo wtedy nazwisko pozostałoby nieodmienne (zob. np. Nowak, Bacewicz, Kośmider itp.). Dopełniaczowa forma Libera jest w języku polskim po prostu niemożliwa. Mimo to nie jest niemożliwa w urzędowej i zwyczajowej nomenklaturze. Pozostaje zanucić szlagier zespołu T.Love…
niedziela, 3 października 2010
Naczelna, wydawnicza, prowadząca... - czyli o żeńskiej końcówce
Powiedzmy sobie od razu - nie jesteśmy zwolennikami słów w rodzaju: ministra, krytyczka, skoczkini czy myśliwa. Co więcej, mamy spore opory przed używaniem słów typu: socjolożka, psycholożka, filolożka. Powodem nie jest wcale antyfeministyczne nastawienie czy brak zrozumienia dla takich językowych zabiegów. Chodzi raczej o to, że uznajemy, że zwyczajów językowych nie można sztucznie zmieniać, język nie jest materią, która podda się tego typu systemowym działaniom, choćby nawet u ich podstaw leżały jak najbardziej słuszne intencje. Inna sprawa: większość proponowanych przez feministki żeńskich odpowiedników tradycyjnych nazw (więcej przykładów można znaleźć na stronie akcji "Trudne wyrazy" prowadzonej w 2005 roku przez Feminotekę) jest albo trudna do wymówienia (zob. np. adiunktka, architektka), albo powoduje wieloznaczność (zob. np. bokserka, kolarka, stolarka, profesorka), albo wreszcie brzmi cokolwiek niepoważnie (np. prezeska).
Są jednak takie męskie określenia stanowisk/zawodów, które nas rażą i których zmianę warto forsować. Chodzi tu o określenia w stylu: redaktor naczelny, dyrektor wydawniczy, główny księgowy, redaktor prowadzący (oraz ich na wpół kobiece odpowiedniki - zob. niżej). Geneza tego zjawiska jest prosta, przynajmniej w odniesieniu do nazw stanowisk menedżerskich. To, najprościej rzecz tłumacząc, nazwy funkcji, a nie osób, niezależne zatem od płci tych, którzy te stanowiska w danej chwili piastują. Główny księgowy, dyrektor wydawniczy - te słowa informują o roli odgrywanej w danej organizacji, ich nieodmienność pozwala uniknąć także takich sytuacji jak np. każdorazowe dostosowanie nazewnictwa na identyfikatorach (pieczątki, etykiety, wizytówki itp.) nowo mianowanych na takie stanowisko osób. Inna rzecz: zwyczajowo nazwy "dyrektorka" czy "księgowa" odczuwane są jako mniej prestiżowe, przynależne albo pracownikom szeregowym (księgowa), albo zarządzającym mało znaczącymi firmami/oddziałami.
Geneza genezą, a praktyka? Ta pokazuje, że mamy problem z nazywaniem kobiet, które obejmują męsko nazywane stanowiska, i różnie radzimy sobie z ukobiecaniem nazw. Przykłady: "Frykowska będzie redaktor naczelną" (portal Plotek), "Ewa Wanat, redaktor naczelna TOK FM, z nagrodą Człowiek mediów 2010" (TOK FM), "Agnieszka Kozak dyrektor wydawniczą "Zwierciadła" i "Sensu"" (Press) itp. Zatem nader częsta jest praktyka, w której trzon nazwy zostaje męski (dyrektor, redaktor), ale odmieniany jest towarzyszący mu przymiotnik.
Jak oceniać takie zabiegi? Choć uzus wskazuje, że niezgodność rodzajowa w tego typu nazwach zyskała już spore grono zwolenników, my zalecalibyśmy ostrożność w używaniu zestawień będących kompromisem (nieudanym, naszym zdaniem) między tradycyjną nomenklaturą a feministycznymi postulatami. Zwłaszcza gdy mowa jest o stanowiskach w rodzaju "redaktor prowadzący" - w wydawnictwach taką pracę wykonuje kilka osób, nie jest to zatem określenie funkcji menedżerskiej, ale nazwa szeregowego pracownika, który samodzielnie prowadzi projekty wydawnicze (zarządza nimi). Tu zestawienie "redaktorka prowadząca" nikomu nie odejmuje prestiżu, a jest zdecydowanie lepsze z punktu widzenia poprawności językowej.
I jeszcze a propos feminizmu: spotkaliśmy się z opinią, że feminizowanie nazw jest swego rodzaju manifestacją niezależności, samodzielności, aktywności zawodowej i wykształcenia osób ukobiecających język. Jeśli tak jest w rzeczywistości, to kompromisy językowe w rodzaju "redaktor naczelna" czy "dyrektor wydawnicza" świadczą o niezależności, samodzielności, aktywności zawodowej itp. na pół gwizdka? Warto się nad tym zastanowić...
Są jednak takie męskie określenia stanowisk/zawodów, które nas rażą i których zmianę warto forsować. Chodzi tu o określenia w stylu: redaktor naczelny, dyrektor wydawniczy, główny księgowy, redaktor prowadzący (oraz ich na wpół kobiece odpowiedniki - zob. niżej). Geneza tego zjawiska jest prosta, przynajmniej w odniesieniu do nazw stanowisk menedżerskich. To, najprościej rzecz tłumacząc, nazwy funkcji, a nie osób, niezależne zatem od płci tych, którzy te stanowiska w danej chwili piastują. Główny księgowy, dyrektor wydawniczy - te słowa informują o roli odgrywanej w danej organizacji, ich nieodmienność pozwala uniknąć także takich sytuacji jak np. każdorazowe dostosowanie nazewnictwa na identyfikatorach (pieczątki, etykiety, wizytówki itp.) nowo mianowanych na takie stanowisko osób. Inna rzecz: zwyczajowo nazwy "dyrektorka" czy "księgowa" odczuwane są jako mniej prestiżowe, przynależne albo pracownikom szeregowym (księgowa), albo zarządzającym mało znaczącymi firmami/oddziałami.
Geneza genezą, a praktyka? Ta pokazuje, że mamy problem z nazywaniem kobiet, które obejmują męsko nazywane stanowiska, i różnie radzimy sobie z ukobiecaniem nazw. Przykłady: "Frykowska będzie redaktor naczelną" (portal Plotek), "Ewa Wanat, redaktor naczelna TOK FM, z nagrodą Człowiek mediów 2010" (TOK FM), "Agnieszka Kozak dyrektor wydawniczą "Zwierciadła" i "Sensu"" (Press) itp. Zatem nader częsta jest praktyka, w której trzon nazwy zostaje męski (dyrektor, redaktor), ale odmieniany jest towarzyszący mu przymiotnik.
Jak oceniać takie zabiegi? Choć uzus wskazuje, że niezgodność rodzajowa w tego typu nazwach zyskała już spore grono zwolenników, my zalecalibyśmy ostrożność w używaniu zestawień będących kompromisem (nieudanym, naszym zdaniem) między tradycyjną nomenklaturą a feministycznymi postulatami. Zwłaszcza gdy mowa jest o stanowiskach w rodzaju "redaktor prowadzący" - w wydawnictwach taką pracę wykonuje kilka osób, nie jest to zatem określenie funkcji menedżerskiej, ale nazwa szeregowego pracownika, który samodzielnie prowadzi projekty wydawnicze (zarządza nimi). Tu zestawienie "redaktorka prowadząca" nikomu nie odejmuje prestiżu, a jest zdecydowanie lepsze z punktu widzenia poprawności językowej.
I jeszcze a propos feminizmu: spotkaliśmy się z opinią, że feminizowanie nazw jest swego rodzaju manifestacją niezależności, samodzielności, aktywności zawodowej i wykształcenia osób ukobiecających język. Jeśli tak jest w rzeczywistości, to kompromisy językowe w rodzaju "redaktor naczelna" czy "dyrektor wydawnicza" świadczą o niezależności, samodzielności, aktywności zawodowej itp. na pół gwizdka? Warto się nad tym zastanowić...
wtorek, 21 września 2010
Nowa jakość: humor z gazety
Po lekturze piątkowego (z 10 września 2010 r.) magazynu gazety, która powstaje w – z dumą głoszonej – współpracy z dziennikiem „The Times”, pozostało nam niejasne wrażenie. Albo prima aprilis został w tym roku przeniesiony z kwietnia na wrzesień, albo – u schyłku prasy przegrywającej w starciu z internetem – redaktorzy chwytają się najróżniejszych desek ratunku, w tym np. fundują czytelnikom papierowych wydań humor rodem z zeszytów szkolnych, albo gazety już tak cienko przędą, że ich wydawców nie stać na etat dla redaktora językowego czy choćby korektora. To prawda: papier wszystko przyjmie, a czytelnik dzienników nastawia się przede wszystkim na informację, a nie na jakieś niuanse językowe. A jednak nad tym (i nad wielu jemu podobnymi) wydaniem dziennika „Polska. Gazeta Krakowska” my przejść obojętnie nie umiemy. Tym bardziej że często właśnie językowe niuanse (delikatnie rzecz ujmując! – zob. poniżej) decydują o wartości informacji, co – choć może się wydawać truizmem – warto podkreślić.
Bo zastanówmy się nad sensem takich choćby stwierdzeń:
„Wybierając się z nami na sobotnio-niedzielną wycieczkę mamy okazję poznać najbliższe okolice Krakowa” – czy autor tego zdania nie wykazuje się schizofrenią, chcąc nam powiedzieć ni mniej ni więcej: my mamy okazję poznać okolice Krakowa i to my jednocześnie zachęcamy nas samych, byśmy my się z nami wybrali?!
„Pieniądze pochodziły ze sprzedaży przez fundację jednej z najbardziej znanych w Krakowie firm lokalu użytkowego o powierzchni 250 metrów” – konia z rzędem temu, kto szybko i ze zrozumieniem przebrnie przez to zdanie; większość czytelników po pierwszej lekturze zrozumie, że fundacja sprzedała jakąś firmę.
„Gmach miał mieć charakter monumentalny i jednocześnie iść z duchem czasu przejawiającym się pełnym oświetleniem elektrycznym, które było jeszcze w Krakowie nowością” – no, to dzięki autorowi tego tekstu już wiemy, jak poznać ducha czasu (a raczej: po czym go poznać – po oświetleniu elektrycznym!).
„Wybraną nagrodę może zdobyć Czytelnik, który dzisiaj w godz. 10-14 przyśle SMS pod nr 7238 z wybranym numerem nagrody i dokończy zdanie [...] Nagrodzimy autorów najciekawszych odpowiedzi” – z pierwszego zdania wynika, że nagroda jest przeznaczona dla jednego jedynego czytelnika, który – jako pierwszy? – prześle SMS-a; potem jednak się okazuje (uff!), że nagrodzonych będzie wiele osób.
„Taka przerażająca wizja jeszcze miesiąc temu wydawała się opowieścią z serii science fiction” – nie, wbrew pozorom nie chodzi o żadną serię (serial) science fiction, autorka chciała podkreślić, że przytoczony przez nią scenariusz mógłby należeć do gatunku science fiction i tylko... pomyliły jej się słowa.
Zdań takich jak przytoczone wyżej jest znacznie więcej. Mamy bowiem np. wyrok „który dotąd nie przedostał się do wiadomości opinii publicznej (autor nieudolnie przekształcił utarty zwrot „podać coś do publicznej wiadomości”), mamy metafory w rodzaju „zakompleksiony kawał mięsa” (chodzi o kotlet schabowy), mamy informację o tym, że „kierowca ciężarowego samochodu potrącił kilkoro osób” (liczebniki zbiorowe to rzeczywiście nieco wyższa szkoła jazdy jeśli chodzi o umiejętności językowe, autorowi tego tekstu pozostaje zapamiętać tylko, że rzeczownika „osoba” nigdy nie łączymy z liczebnikami zbiorowymi) czy – jakże urocze – stwierdzenie „Ważne dla nich jest, że łatwo tu dojechać, co jest bardzo dogodne”. Z magazynu dowiadujemy się też, że góralszczyzna jest pełna ciepła („Opowieść o gęsiareczce Kasi, której gąski porwał wilk, a ukryła podstępna Czarownica, osadzona została w klimacie pełnej ciepła, autentycznej góralszczyzny”) oraz wyczytać możemy jakże tajemniczą wskazówkę dla zodiakalnych baranów: „Przysłuchuj się rozmowom domowników, ale nie przemawiaj do nich, wygłaszając autorytatywnym tonem swoje opinie, a co cię bardzo ucieszy”.
Gazetę przeczytaliśmy od deski do deski (a jakże!), a potem raz jeszcze – z czerwonym długopisem w ręku. Przecinki, literówki, błędy językowe różnego rodzaju i różnego kalibru... – redakcja zajęła nam trochę czasu, ale było warto! Język przestał przeszkadzać dziennikarskim doniesieniom, teksty przestały być łamigłówkami i dało się je bez wysiłku zrozumieć. Może tylko gazeta już tak nie śmieszy...
Bo zastanówmy się nad sensem takich choćby stwierdzeń:
„Wybierając się z nami na sobotnio-niedzielną wycieczkę mamy okazję poznać najbliższe okolice Krakowa” – czy autor tego zdania nie wykazuje się schizofrenią, chcąc nam powiedzieć ni mniej ni więcej: my mamy okazję poznać okolice Krakowa i to my jednocześnie zachęcamy nas samych, byśmy my się z nami wybrali?!
„Pieniądze pochodziły ze sprzedaży przez fundację jednej z najbardziej znanych w Krakowie firm lokalu użytkowego o powierzchni 250 metrów” – konia z rzędem temu, kto szybko i ze zrozumieniem przebrnie przez to zdanie; większość czytelników po pierwszej lekturze zrozumie, że fundacja sprzedała jakąś firmę.
„Gmach miał mieć charakter monumentalny i jednocześnie iść z duchem czasu przejawiającym się pełnym oświetleniem elektrycznym, które było jeszcze w Krakowie nowością” – no, to dzięki autorowi tego tekstu już wiemy, jak poznać ducha czasu (a raczej: po czym go poznać – po oświetleniu elektrycznym!).
„Wybraną nagrodę może zdobyć Czytelnik, który dzisiaj w godz. 10-14 przyśle SMS pod nr 7238 z wybranym numerem nagrody i dokończy zdanie [...] Nagrodzimy autorów najciekawszych odpowiedzi” – z pierwszego zdania wynika, że nagroda jest przeznaczona dla jednego jedynego czytelnika, który – jako pierwszy? – prześle SMS-a; potem jednak się okazuje (uff!), że nagrodzonych będzie wiele osób.
„Taka przerażająca wizja jeszcze miesiąc temu wydawała się opowieścią z serii science fiction” – nie, wbrew pozorom nie chodzi o żadną serię (serial) science fiction, autorka chciała podkreślić, że przytoczony przez nią scenariusz mógłby należeć do gatunku science fiction i tylko... pomyliły jej się słowa.
Zdań takich jak przytoczone wyżej jest znacznie więcej. Mamy bowiem np. wyrok „który dotąd nie przedostał się do wiadomości opinii publicznej (autor nieudolnie przekształcił utarty zwrot „podać coś do publicznej wiadomości”), mamy metafory w rodzaju „zakompleksiony kawał mięsa” (chodzi o kotlet schabowy), mamy informację o tym, że „kierowca ciężarowego samochodu potrącił kilkoro osób” (liczebniki zbiorowe to rzeczywiście nieco wyższa szkoła jazdy jeśli chodzi o umiejętności językowe, autorowi tego tekstu pozostaje zapamiętać tylko, że rzeczownika „osoba” nigdy nie łączymy z liczebnikami zbiorowymi) czy – jakże urocze – stwierdzenie „Ważne dla nich jest, że łatwo tu dojechać, co jest bardzo dogodne”. Z magazynu dowiadujemy się też, że góralszczyzna jest pełna ciepła („Opowieść o gęsiareczce Kasi, której gąski porwał wilk, a ukryła podstępna Czarownica, osadzona została w klimacie pełnej ciepła, autentycznej góralszczyzny”) oraz wyczytać możemy jakże tajemniczą wskazówkę dla zodiakalnych baranów: „Przysłuchuj się rozmowom domowników, ale nie przemawiaj do nich, wygłaszając autorytatywnym tonem swoje opinie, a co cię bardzo ucieszy”.
Gazetę przeczytaliśmy od deski do deski (a jakże!), a potem raz jeszcze – z czerwonym długopisem w ręku. Przecinki, literówki, błędy językowe różnego rodzaju i różnego kalibru... – redakcja zajęła nam trochę czasu, ale było warto! Język przestał przeszkadzać dziennikarskim doniesieniom, teksty przestały być łamigłówkami i dało się je bez wysiłku zrozumieć. Może tylko gazeta już tak nie śmieszy...
piątek, 17 września 2010
Drogę pokażą Ci ci mężczyźni
Tytuł tego wpisu ma może i niezbyt fortunną składnię, ale taka budowa zdania pozwoliła nam pokazać problem, który chcemy tym razem poruszyć. Mowa będzie mianowicie o zaimku wskazującym „ten” oraz o zaimku osobowym „ty” używanym w odmianie pisanej języka, w zwrotach adresatywnych, stosowanych np. w listach, mailach itp.
Oba te zaimki mają homonimiczne formy: „ten” ma postać mianownika liczby mnogiej „ci”, podobnie jak i „ty” w celowniku w swojej krótszej formie „ci” (forma dłuższa to „tobie”). I ta właśnie homonimia jest źródłem błędów ortograficznych. Użytkownicy języka polskiego nauczyli się bowiem w szkołach, że wszelkie formy adresatywne należy zapisywać wielką literą, żeby dać wyraz poszanowaniu adresatów naszych wypowiedzi. Jeśli zatem piszemy np.: „Zwracam Ci na to uwagę, ponieważ widzę, że masz z tym problem”, „Te przykłady najlepiej mogą wskazać Ci zasadę ortograficzną”, „Wykładowca przygląda Ci się od dłuższego czasu, bądź ostrożna”, „Życzę Ci szczęścia” itp., jesteśmy wyczuleni na to, że „Ci” ma być zapisane wielką literą. Ale to wielkie, jeśli można tak powiedzieć, „Ci” na tyle zapadło w pamięć, że coraz częściej zdarza się widzieć także formę zaimka wskazującego „ci” pisaną wbrew normie ortograficznej. I mimo że brak powodów do zapisu tego drugiego „ci” wielką literą, to mamy np. „Rozumiem, co Ci ludzie sobie pomyśleli”, „Gdyby Ci państwo zastanowili się dłużej…”, „Lepszych niż Ci piłkarze nie widziałem” itp.
Przypadek omawianych tu dwóch różnych wyrazów „ci” najlepiej pokazuje, jak oporną na szufladkowanie materią jest język. Tu nie wystarczy nauczyć się zasad, trzeba jeszcze umieć swobodnie się między nimi poruszać i wybierać z nich to, co w danym wypadku jest właściwe (czytaj: poprawne). Inaczej mówiąc: żeby mówić/pisać poprawnie, trzeba najpierw poprawnie myśleć. Czego i sobie życzymy :)
Oba te zaimki mają homonimiczne formy: „ten” ma postać mianownika liczby mnogiej „ci”, podobnie jak i „ty” w celowniku w swojej krótszej formie „ci” (forma dłuższa to „tobie”). I ta właśnie homonimia jest źródłem błędów ortograficznych. Użytkownicy języka polskiego nauczyli się bowiem w szkołach, że wszelkie formy adresatywne należy zapisywać wielką literą, żeby dać wyraz poszanowaniu adresatów naszych wypowiedzi. Jeśli zatem piszemy np.: „Zwracam Ci na to uwagę, ponieważ widzę, że masz z tym problem”, „Te przykłady najlepiej mogą wskazać Ci zasadę ortograficzną”, „Wykładowca przygląda Ci się od dłuższego czasu, bądź ostrożna”, „Życzę Ci szczęścia” itp., jesteśmy wyczuleni na to, że „Ci” ma być zapisane wielką literą. Ale to wielkie, jeśli można tak powiedzieć, „Ci” na tyle zapadło w pamięć, że coraz częściej zdarza się widzieć także formę zaimka wskazującego „ci” pisaną wbrew normie ortograficznej. I mimo że brak powodów do zapisu tego drugiego „ci” wielką literą, to mamy np. „Rozumiem, co Ci ludzie sobie pomyśleli”, „Gdyby Ci państwo zastanowili się dłużej…”, „Lepszych niż Ci piłkarze nie widziałem” itp.
Przypadek omawianych tu dwóch różnych wyrazów „ci” najlepiej pokazuje, jak oporną na szufladkowanie materią jest język. Tu nie wystarczy nauczyć się zasad, trzeba jeszcze umieć swobodnie się między nimi poruszać i wybierać z nich to, co w danym wypadku jest właściwe (czytaj: poprawne). Inaczej mówiąc: żeby mówić/pisać poprawnie, trzeba najpierw poprawnie myśleć. Czego i sobie życzymy :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
