W serwisie Wirtualny Wydawca (więcej tutaj) przeczytaliśmy dzisiaj na stronie głównej taki oto lead: „Wywiad z Joanną i Pawłem Kwietniem (właścicielami Galerii Książki)" [podkreślenie nasze].
Cóż to za tajemnicza Joanna? – pomyśleliśmy z niepokojem. Portal wszak jest wydawniczy, więc o sensacyjne plotki towarzyskie nie ma co go podejrzewać. A może jest coś, o czym nie wiemy? Może jest jakaś powszechnie znana Joanna, tak rozpoznawalna, że wymienianie choćby jej nazwiska nie ma większego sensu? Dalsza lektura tekstu jednak nas uspokoiła: rozmówcami dziennikarza okazali się państwo Kwietniowie, czyli Joanna Kwiecień i Paweł Kwiecień. Zwykły (bo typowy przecież i częsty) błąd językowy? Oszczędność miejsca, którego zawsze brakuje na stronie głównej, na której chce się „upchać" dużo ważnych treści? Ale przecież zamiany końcówki w nazwisku rozrzutnością miejsca trudno nazwać – poprawna wersja (z Joanną i Pawłem Kwietniami) nie wydłuża specjalnie tekstu w tym przypadku...
To fakt, funkcją dobrego leadu jest m.in. intrygować czytelnika i skłaniać go do dalszej lektury artykułu. Ale czy kosztem poprawności językowej? Co więcej: w portalu, który czytają przede wszystkim pracownicy wydawnictw, wiedzący, czym jest dbałość o normy językowe...
piątek, 10 września 2010
czwartek, 9 września 2010
Język lotny
Niedawno dzięki czytelniczce portalu gazeta.pl wypłynęła sprawa polszczyzny (?) stosowanej przez irlandzkie linie lotnicze Ryanair. Komentowany tekst ogłoszenia o strajku generalnym we Francji (czytaj tutaj) i o wynikających z niego opóźnieniach lotu raczył pasażerów m.in. takimi stwierdzeniami: „Pasażerowie mogą monitorować status lotów dzisiaj klikając na lotach", „Pasażerowie, którzy zostały zarezerwowane do podróży na jednym z poniżej odwołanych lotów może przenieść na następny lot dostępne bezpłatnie lub złożyć wniosek o refundację na niewykorzystane lotu (-ów) w kasie portu lotniczego, online, klikając na jeden z poniższych linków lub dzwoniąc do naszego centrum rezerwacji" czy „Jeżeli Państwa rezerwacji lotu powrotnego zawartych, które nie zostały przerwane i już odprawy na lot, że nie będzie w stanie przenieść lot powrotny na inny termin". Chciałoby się rzec: polszczyzna linii Ryanair, jaka jest, każdy widzi...
Postanowiliśmy głębiej spenetrować stronę www omawianego przewoźnika i znaleźliśmy inne kwiatki. Choćby taki tekst, zachęcający (w zamiarze jego autorów) do odwiedzenia Rzymu: „Jest stolicą Włoch i największym włoskim miastem. Rzym gromadzi w sobie piękno miasta, religii i historii, a także nowoczesności, dlatego jest doskonalym miejscem do odwiedzenia i wiele miejsc do zobaczenia Coloseum, Fontanna di Trevi, Forum Romanum i wiele innych wspaniałych miejsc. Ogromna ilość restauracji i barów z doskonałą kuchnią włoską, która jest znana na całym świecie. Rezerwuj już teraz i odwiedź to niewierygodne miasto".
Cóż, liniom lotniczym Ryanair pozostaje życzyć nie tylko wysokich lotów i powodzenia we mgle, że zacytujemy piosenkę, ale przede wszystkim kompetentnego redaktora strony WWW, który uczyni język stosowany w tekstach przewoźnika przynajmniej strawnym, jeśli nie uda się lotnym...
Postanowiliśmy głębiej spenetrować stronę www omawianego przewoźnika i znaleźliśmy inne kwiatki. Choćby taki tekst, zachęcający (w zamiarze jego autorów) do odwiedzenia Rzymu: „Jest stolicą Włoch i największym włoskim miastem. Rzym gromadzi w sobie piękno miasta, religii i historii, a także nowoczesności, dlatego jest doskonalym miejscem do odwiedzenia i wiele miejsc do zobaczenia Coloseum, Fontanna di Trevi, Forum Romanum i wiele innych wspaniałych miejsc. Ogromna ilość restauracji i barów z doskonałą kuchnią włoską, która jest znana na całym świecie. Rezerwuj już teraz i odwiedź to niewierygodne miasto".
Cóż, liniom lotniczym Ryanair pozostaje życzyć nie tylko wysokich lotów i powodzenia we mgle, że zacytujemy piosenkę, ale przede wszystkim kompetentnego redaktora strony WWW, który uczyni język stosowany w tekstach przewoźnika przynajmniej strawnym, jeśli nie uda się lotnym...
środa, 1 września 2010
Sprzedaż kontra kultura języka
Na początek nasz ulubiony cytat z folderu jednej z sieci kosmetycznych: „Mija już 50 lat od chwili, gdy z miłości do kobiet i do Natury, stworzyłem Kosmetykę Roślinną. Jest to kosmetyka unikatowa, dzięki której mogę Wam ofiarować energię witalną roślin i przyjemność, którą może dostarczyć jedynie natura”.
Przytoczony fragment najlepiej wskazuje, że coraz częściej borykamy się z problemem pisowni wielkimi/małymi literami, coraz też więcej pojawia się tu wątpliwości. Bo przecież tezę, że wydawnictwo takie, jak wskazywane powyżej, które w zamierzeniu ma być reklamą firmy, zostało przygotowane byle jak, a przede wszystkim: bez poszanowania reguł poprawności językowej i (co istotne!) grzeczności, musimy z góry odrzucić.
Zajrzyjmy najpierw do słownika ortograficznego (publikowanego przez WN PWN oczywiście – zob. tutaj, innych nie ma większego sensu cytować, choć – zauważmy to od razu – także publikacje WN PWN pozostawiają wiele do życzenia). Pisowni wielkimi i małymi literami tradycyjnie poświęca się we wspominanym słowniku obszerny rozdział. Jest tam napisane m.in.: „Użycie wielkiej litery ze względów uczuciowych i grzecznościowych jest indywidualną sprawą piszącego”, ale i „Wielką literą piszemy nazwy osób, do których się zwracamy w listach prywatnych i oficjalnych (…), a także nazwy osób bliskich adresatowi lub piszącemu”.
Reklama sieci kosmetycznej kierowana przede wszystkim do kobiet (taki jest bowiem target firmy) w pierwszym zdaniu adresowanym do klientek uraża ich uczucia (słowo „kobiet” pisane małą literą, obok „Natury” i „Kosmetyki Roślinnej” pisanych wielkimi literami). W liście założyciela firmy, otwierającym dopracowaną graficznie i marketingowo książeczkę reklamową, zabrakło zresztą nie tylko podstawowych zasad grzeczności językowej, ale i konsekwencji (np. różna w różnych zdaniach pisownia słowa „Natura”), co sprawia wrażenie niechlujności i zdecydowanie obniża wartość (także marketingową!) omawianego wydawnictwa.
Wniosek? Może być tylko jeden: jeśli w swoich działaniach marketingowych (rozumianych m.in. jako tworzenie różnego rodzaju tekstów reklamowych i promocyjnych) firmy będą zapominać o regułach poprawności językowej, a przede wszystkim o językowym savoir-vivrze, zaczną grzeszyć nie tylko przeciw językowi (co akurat w pracy marketingowca może się wydawać mało ważne), ale przede wszystkim przeciw jednej z podstawowych zasad komunikowania się z klientem – zasadzie AIDA (więcej o tej zasadzie zob. np. tutaj). Bo folder/strona/tekst reklamowy/reklama, choć ładnie graficznie przygotowany, atrakcyjnie zilustrowany itp., po pierwszym wrażeniu (attract) może w zdecydowany sposób odstraszyć, ostudzić zainteresowanie produktem i chęć kupienia go. Forma, za którą nie nadąża treść, to bubel i żeby to ocenić, nie trzeba specjalnie wytrawnego oka językoznawcy.
Podobno kot w worku sprzedaje się dziś coraz gorzej. Jak to wróży autorom takich folderów? Na to już mogą Państwo odpowiedzieć sobie sami…
Przytoczony fragment najlepiej wskazuje, że coraz częściej borykamy się z problemem pisowni wielkimi/małymi literami, coraz też więcej pojawia się tu wątpliwości. Bo przecież tezę, że wydawnictwo takie, jak wskazywane powyżej, które w zamierzeniu ma być reklamą firmy, zostało przygotowane byle jak, a przede wszystkim: bez poszanowania reguł poprawności językowej i (co istotne!) grzeczności, musimy z góry odrzucić.
Zajrzyjmy najpierw do słownika ortograficznego (publikowanego przez WN PWN oczywiście – zob. tutaj, innych nie ma większego sensu cytować, choć – zauważmy to od razu – także publikacje WN PWN pozostawiają wiele do życzenia). Pisowni wielkimi i małymi literami tradycyjnie poświęca się we wspominanym słowniku obszerny rozdział. Jest tam napisane m.in.: „Użycie wielkiej litery ze względów uczuciowych i grzecznościowych jest indywidualną sprawą piszącego”, ale i „Wielką literą piszemy nazwy osób, do których się zwracamy w listach prywatnych i oficjalnych (…), a także nazwy osób bliskich adresatowi lub piszącemu”.
Reklama sieci kosmetycznej kierowana przede wszystkim do kobiet (taki jest bowiem target firmy) w pierwszym zdaniu adresowanym do klientek uraża ich uczucia (słowo „kobiet” pisane małą literą, obok „Natury” i „Kosmetyki Roślinnej” pisanych wielkimi literami). W liście założyciela firmy, otwierającym dopracowaną graficznie i marketingowo książeczkę reklamową, zabrakło zresztą nie tylko podstawowych zasad grzeczności językowej, ale i konsekwencji (np. różna w różnych zdaniach pisownia słowa „Natura”), co sprawia wrażenie niechlujności i zdecydowanie obniża wartość (także marketingową!) omawianego wydawnictwa.
Wniosek? Może być tylko jeden: jeśli w swoich działaniach marketingowych (rozumianych m.in. jako tworzenie różnego rodzaju tekstów reklamowych i promocyjnych) firmy będą zapominać o regułach poprawności językowej, a przede wszystkim o językowym savoir-vivrze, zaczną grzeszyć nie tylko przeciw językowi (co akurat w pracy marketingowca może się wydawać mało ważne), ale przede wszystkim przeciw jednej z podstawowych zasad komunikowania się z klientem – zasadzie AIDA (więcej o tej zasadzie zob. np. tutaj). Bo folder/strona/tekst reklamowy/reklama, choć ładnie graficznie przygotowany, atrakcyjnie zilustrowany itp., po pierwszym wrażeniu (attract) może w zdecydowany sposób odstraszyć, ostudzić zainteresowanie produktem i chęć kupienia go. Forma, za którą nie nadąża treść, to bubel i żeby to ocenić, nie trzeba specjalnie wytrawnego oka językoznawcy.
Podobno kot w worku sprzedaje się dziś coraz gorzej. Jak to wróży autorom takich folderów? Na to już mogą Państwo odpowiedzieć sobie sami…
sobota, 28 sierpnia 2010
To się wie, co się ma!
Nie od dziś wiadomo, że język większości urzędników i polityków mógłby służyć za antywzorzec dla tych, którzy chcą mówić piękną i poprawną polszczyzną. Właściwe urzędowej mowie rozbudowane konstrukcje, które mają dodać wypowiedziom powagi i znaczenia, są w gruncie rzeczy najczęściej pustosłowiem. O ileż wygodniej (dla wszystkich) byłoby zamienić te porozdymane utwory (a raczej: potwory) w proste sformułowania? Komunikacyjna wygoda nie jest jednak argumentem, który przemawia do przywołanych w tym poście grup użytkowników polszczyzny. Wręcz przeciwnie.
Od jakiegoś czasu karierę robi zwrot „mam wiedzę”, nader często używany w formie zaprzeczonej („nie mam wiedzy”). Otóż politycy/urzędnicy najczęściej właśnie nie mają wiedzy na jakiś temat i z tego czynią swój oręż w czasie słownych potyczek np. z dziennikarzami. Takie „nie mam wiedzy na ten temat...” zamknąć powinno przecież usta każdego redaktora, który zbyt nachalnie dopytuje się o niewygodne (najczęściej) kwestie. Proste „nie wiem” byłoby może mało wiarygodne, naraziłoby na dalsze pytania. „Nie mam wiedzy na ten temat...” nobilituje wypowiadającego to zdanie, wskazuje, że może wiedza, o której jest mowa, należy do kategorii tajemnych, zatem ma ją wyłącznie wąska grupa zainteresowanych (by nie rzec: umoczonych), osób bezpośrednio zaangażowanych w daną sprawę. Wypowiadający zdanie „nie mam wiedzy na ten temat...” wyraźnie odcina się od tej grupy wtajemniczonych, odcina się od jakichkolwiek powiązań z tą sprawą. Jest poza nią.
Niestety, zdanie „nie mam wiedzy na ten temat...” zaraża. Znaleźć je można na forach, znaleźć je już można w tekstach dziennikarskich (np. tutaj) czy w codziennych wypowiedziach. Wiedza jest wszak czymś niematerialnym, trudno ją mieć, a nuż ktoś uzna nas za pyszałków. Zatem pokorniejemy? Poszliśmy o krok dalej niż Sokrates i powszechnie się przyznajemy „wiem, że nie mam wiedzy...”?
Skoro tak, skoro dziś każdy szary obywatel już nie dość, że „nie wie”, ale wręcz „nie ma wiedzy”, to apelujemy do polityków i urzędników: nie zostańcie w tyle! Wyróżniajcie się (wciąż) z tłumu swoją mową i zacznijcie nas zarażać nowym zwrotem: „nie posiadam wiedzy na ten temat”. A my znów będziemy nie posiadać się z radości. Albo jakoś tak...
Od jakiegoś czasu karierę robi zwrot „mam wiedzę”, nader często używany w formie zaprzeczonej („nie mam wiedzy”). Otóż politycy/urzędnicy najczęściej właśnie nie mają wiedzy na jakiś temat i z tego czynią swój oręż w czasie słownych potyczek np. z dziennikarzami. Takie „nie mam wiedzy na ten temat...” zamknąć powinno przecież usta każdego redaktora, który zbyt nachalnie dopytuje się o niewygodne (najczęściej) kwestie. Proste „nie wiem” byłoby może mało wiarygodne, naraziłoby na dalsze pytania. „Nie mam wiedzy na ten temat...” nobilituje wypowiadającego to zdanie, wskazuje, że może wiedza, o której jest mowa, należy do kategorii tajemnych, zatem ma ją wyłącznie wąska grupa zainteresowanych (by nie rzec: umoczonych), osób bezpośrednio zaangażowanych w daną sprawę. Wypowiadający zdanie „nie mam wiedzy na ten temat...” wyraźnie odcina się od tej grupy wtajemniczonych, odcina się od jakichkolwiek powiązań z tą sprawą. Jest poza nią.
Niestety, zdanie „nie mam wiedzy na ten temat...” zaraża. Znaleźć je można na forach, znaleźć je już można w tekstach dziennikarskich (np. tutaj) czy w codziennych wypowiedziach. Wiedza jest wszak czymś niematerialnym, trudno ją mieć, a nuż ktoś uzna nas za pyszałków. Zatem pokorniejemy? Poszliśmy o krok dalej niż Sokrates i powszechnie się przyznajemy „wiem, że nie mam wiedzy...”?
Skoro tak, skoro dziś każdy szary obywatel już nie dość, że „nie wie”, ale wręcz „nie ma wiedzy”, to apelujemy do polityków i urzędników: nie zostańcie w tyle! Wyróżniajcie się (wciąż) z tłumu swoją mową i zacznijcie nas zarażać nowym zwrotem: „nie posiadam wiedzy na ten temat”. A my znów będziemy nie posiadać się z radości. Albo jakoś tak...
piątek, 27 sierpnia 2010
Warto wiedzieć, co się lubi
Ostatnio coraz częściej usłyszeć można niepoprawne formy „lubiałem/lubiałam”, „lubiał/lubiała” czy, w bezokoliczniku, „lubieć”. Niegdyś ta niewłaściwa odmiana czasownika „lubić” oceniana była przez językoznawców jako gwarowa – właściwa dla dialektu małopolskiego (zob. np. wyjaśnienia prof. dr hab. Haliny Karaś). Dziś jednak błędne formy dają się słyszeć coraz częściej także w odmianie ogólnopolskiej.
Ich popularność można tłumaczyć dwojako.
Po pierwsze czasownik „lubić” jest traktowany przez użytkowników języka polskiego jak czasowniki typu „wiedzieć” (odpowiednie formy w czasie przeszłym: „wiedziałem/wiedziałam”, „wiedział/wiedziała”), „rozumieć” (odpowiednie formy w czasie przeszłym: „rozumiałem/rozumiałam”, „rozumiał/rozumiała”) a przede wszystkim „mieć” (odpowiednie formy w czasie przeszłym: „miałem/miałam”, „miał/miała”). Te popularne (w znaczeniu: często używane) czasowniki, które w bezokoliczniku kończą się na „-eć”, a w czasie przeszłym według poprawnej odmiany są zakończone na „-ałem/-ałam” itp., narzucają nam się jako wzór dla czasownika „lubić”. Myślimy: skoro „mieć”, to i „lubieć”, skoro „rozumiał”, „wiedział”, to i „lubiał”. A to jest błąd.
Po drugie odczuwamy formy z „a” jako właściwe dla czasowników niedokonanych (zob. komentarz ~Krzysztofa). Zobaczmy kilka przykładów:
Myślał nad tym długo, aż w końcu wymyślił rozwiązanie.
Zastanawiała się nad tym kilka razy./ Ta sprawa ją zastanowiła.
Ogłaszała się kilka razy w dziale praca w tym portalu./ Agencja ogłosiła przetarg na wykonanie remontu.
Trener ganiał zawodników po górach./ Gonił w piętkę.
Przeceniała jego możliwości./ Galeria przeceniła wszystkie artykuły.
Nie stawiał tych spraw na ostrzu noża./ Postawił jej twarde warunki.
I tak dalej.
Niezależnie od powodu, dla którego wybieramy błędne formy „lubieć”, „lubiał/lubiała” itp., a przede wszystkim: niezależnie od tego, co nam się wydaje i w czym upatrujemy wzorzec dla odmiany omawianego tu czasownika, powinniśmy wiedzieć, że jest „lubić” i nigdy inaczej.
„Lubić”, bo i: „robić”, „gubić”, „chwalić” itp.
A skoro „lubić”, to i: „lubiłem/lubiłam”, „lubił/lubiła” itd.
Ich popularność można tłumaczyć dwojako.
Po pierwsze czasownik „lubić” jest traktowany przez użytkowników języka polskiego jak czasowniki typu „wiedzieć” (odpowiednie formy w czasie przeszłym: „wiedziałem/wiedziałam”, „wiedział/wiedziała”), „rozumieć” (odpowiednie formy w czasie przeszłym: „rozumiałem/rozumiałam”, „rozumiał/rozumiała”) a przede wszystkim „mieć” (odpowiednie formy w czasie przeszłym: „miałem/miałam”, „miał/miała”). Te popularne (w znaczeniu: często używane) czasowniki, które w bezokoliczniku kończą się na „-eć”, a w czasie przeszłym według poprawnej odmiany są zakończone na „-ałem/-ałam” itp., narzucają nam się jako wzór dla czasownika „lubić”. Myślimy: skoro „mieć”, to i „lubieć”, skoro „rozumiał”, „wiedział”, to i „lubiał”. A to jest błąd.
Po drugie odczuwamy formy z „a” jako właściwe dla czasowników niedokonanych (zob. komentarz ~Krzysztofa). Zobaczmy kilka przykładów:
Myślał nad tym długo, aż w końcu wymyślił rozwiązanie.
Zastanawiała się nad tym kilka razy./ Ta sprawa ją zastanowiła.
Ogłaszała się kilka razy w dziale praca w tym portalu./ Agencja ogłosiła przetarg na wykonanie remontu.
Trener ganiał zawodników po górach./ Gonił w piętkę.
Przeceniała jego możliwości./ Galeria przeceniła wszystkie artykuły.
Nie stawiał tych spraw na ostrzu noża./ Postawił jej twarde warunki.
I tak dalej.
Niezależnie od powodu, dla którego wybieramy błędne formy „lubieć”, „lubiał/lubiała” itp., a przede wszystkim: niezależnie od tego, co nam się wydaje i w czym upatrujemy wzorzec dla odmiany omawianego tu czasownika, powinniśmy wiedzieć, że jest „lubić” i nigdy inaczej.
„Lubić”, bo i: „robić”, „gubić”, „chwalić” itp.
A skoro „lubić”, to i: „lubiłem/lubiłam”, „lubił/lubiła” itd.
poniedziałek, 23 sierpnia 2010
Bez zgrzytu na nowej drodze życia
Podróże kształcą także dlatego, że przywieźć z nich można mnóstwo językowych „ciekawostek”. Pierwsze z brzegu: w Nowym Sączu z dumą reklamuje swoje usługi dom weselny... Zgrzyt, a kilka kilometrów dalej zobaczyć można wymyślną reklamę czegoś o nazwie biurOwiec (pisownia zgodna z oryginałem).
Jeśli autorzy tych reklam chcieli wykazać się dowcipem, to zaryzykowali, że takie poczucie humoru nie przemówi do ich potencjalnych klientów. I o ile wymyślna reklama czegoś o nazwie biurOwiec świadczy tylko o tym, że grafik, tworząc koncepcję tego szyldu, dał się ponieść formie, a pominął treść (tak zapisana nazwa w miejscowości położonej w górach każe się bowiem zastanawiać nad tym, kto w owym biurOwcu pracuje – niewinne owieczki czy raczej tępe barany?), o tyle nazwa Zgrzyt dla miejsca, w którym młode pary świętują swoje zaślubiny, to raczej odstraszająca wróżba na nową drogę życia. (Zwłaszcza gdy na poważnie weźmie się dane, które przedstawiają różne sondaże opinii publicznej, np. ten z 2008 roku, z instytutu badawczego TNS OBOP, dowodzący, że aż 55% Polaków kieruje się przesądami).
Swoją drogą nazwy domów weselnych to odrębny i bardzo ciekawy temat. Choć kiedyś zdawało nam się, że tylko właściciele domów pogrzebowych nie boją się narazić na śmieszność czy zniesmaczenie odbiorców i z upodobaniem dobierają dziwaczne nazwy dla swoich firm, dziś już wiemy, że nie mieliśmy racji. Oto kilka najciekawszych znalezisk (zainteresowanym polecamy też odpowiedni wątek w blogu Artura Andrusa).
Morfeusz (bo przecież najlepsza zabawa to ta w „kto szybciej zaśnie”, by nie powiedzieć „ulula się” – z nudów? z nadmiaru procentów?).
Pokusa (młoda para od początku swej wspólnej drogi musi się bowiem mierzyć z czyhającymi zewsząd niebezpieczeństwami i okazjami do zdrad).
Gorzelnia (nie ma to jak nazywać rzeczy po imieniu i kultywować sprawdzoną polską świecką tradycję – prawdziwe wesele jest wtedy, gdy po rosole [entrée] następuje „i jeszcze jeden, i jeszcze raz” [danie główne], a na deser są zawody w kto ostatni spadnie pod stół w stanie ostatecznego upojenia).
Nestor (bo najlepsza zabawa jest wtedy, gdy pan młody nie jest wcale młody, ale wręcz przeciwnie, a przede wszystkim nie brak mu koniecznego mężczyźnie doświadczenia).
Poker (na weselach w tym przybytku uciech goście weselni grają w karty, przy czym zabawa polega na tym, że tylko młoda para wygrywa, bo jak inaczej ma zdobyć środki na zapłacenie za przyjęcie, o środkach na nową drogę życia nie wspominając).
Krokodyl (kinomani mieliby kilka skojarzeń, ale czy byłyby to złe skojarzenia?).
Labirynt (życie wszak, zwłaszcza życie we dwoje, to nie tylko teatr, to przede wszystkim kręty labirynt).
Titanic (paro młoda, na końcu i tak pójdziesz na dno!).
Sabat (skoro dom weselny mieści się w Kieleckiem, na Łysą Górę jest niedaleko, niech goście domyślą się od razu, co zwieńczy zabawę, i najlepiej zabiorą ze sobą na przyjęcie miotły).
Aż strach brać ślub, o urządzaniu wesela nie wspominając!
Jeśli autorzy tych reklam chcieli wykazać się dowcipem, to zaryzykowali, że takie poczucie humoru nie przemówi do ich potencjalnych klientów. I o ile wymyślna reklama czegoś o nazwie biurOwiec świadczy tylko o tym, że grafik, tworząc koncepcję tego szyldu, dał się ponieść formie, a pominął treść (tak zapisana nazwa w miejscowości położonej w górach każe się bowiem zastanawiać nad tym, kto w owym biurOwcu pracuje – niewinne owieczki czy raczej tępe barany?), o tyle nazwa Zgrzyt dla miejsca, w którym młode pary świętują swoje zaślubiny, to raczej odstraszająca wróżba na nową drogę życia. (Zwłaszcza gdy na poważnie weźmie się dane, które przedstawiają różne sondaże opinii publicznej, np. ten z 2008 roku, z instytutu badawczego TNS OBOP, dowodzący, że aż 55% Polaków kieruje się przesądami).
Swoją drogą nazwy domów weselnych to odrębny i bardzo ciekawy temat. Choć kiedyś zdawało nam się, że tylko właściciele domów pogrzebowych nie boją się narazić na śmieszność czy zniesmaczenie odbiorców i z upodobaniem dobierają dziwaczne nazwy dla swoich firm, dziś już wiemy, że nie mieliśmy racji. Oto kilka najciekawszych znalezisk (zainteresowanym polecamy też odpowiedni wątek w blogu Artura Andrusa).
Morfeusz (bo przecież najlepsza zabawa to ta w „kto szybciej zaśnie”, by nie powiedzieć „ulula się” – z nudów? z nadmiaru procentów?).
Pokusa (młoda para od początku swej wspólnej drogi musi się bowiem mierzyć z czyhającymi zewsząd niebezpieczeństwami i okazjami do zdrad).
Gorzelnia (nie ma to jak nazywać rzeczy po imieniu i kultywować sprawdzoną polską świecką tradycję – prawdziwe wesele jest wtedy, gdy po rosole [entrée] następuje „i jeszcze jeden, i jeszcze raz” [danie główne], a na deser są zawody w kto ostatni spadnie pod stół w stanie ostatecznego upojenia).
Nestor (bo najlepsza zabawa jest wtedy, gdy pan młody nie jest wcale młody, ale wręcz przeciwnie, a przede wszystkim nie brak mu koniecznego mężczyźnie doświadczenia).
Poker (na weselach w tym przybytku uciech goście weselni grają w karty, przy czym zabawa polega na tym, że tylko młoda para wygrywa, bo jak inaczej ma zdobyć środki na zapłacenie za przyjęcie, o środkach na nową drogę życia nie wspominając).
Krokodyl (kinomani mieliby kilka skojarzeń, ale czy byłyby to złe skojarzenia?).
Labirynt (życie wszak, zwłaszcza życie we dwoje, to nie tylko teatr, to przede wszystkim kręty labirynt).
Titanic (paro młoda, na końcu i tak pójdziesz na dno!).
Sabat (skoro dom weselny mieści się w Kieleckiem, na Łysą Górę jest niedaleko, niech goście domyślą się od razu, co zwieńczy zabawę, i najlepiej zabiorą ze sobą na przyjęcie miotły).
Aż strach brać ślub, o urządzaniu wesela nie wspominając!
sobota, 7 sierpnia 2010
Praktycznie niepoprawnie
Powszechnie znana jest opozycja „w teorii coś wygląda tak, ale w praktyce robi się to inaczej” lub „...ale z praktyki wynika, że…”. Zdania takie, jak przytoczone wyżej, najlepiej pokazują właściwe (czyt.: poprawne!) w języku polskim znaczenie słów: „praktyka”, „praktycznie”, „praktyczny”. Bo przecież, przypomnijmy, „praktycznie” oznacza: w zgodzie z praktyką, w sposób dostosowany do praktyki, czyli do tego, jak coś naprawdę się robi/dzieje; dla korzyści praktycznych; użytecznie. Na przykład zwrot „uczyć praktycznie” będziemy rozumieć jako: uczyć tak, by wiedza miała zastosowanie w rzeczywistości, w codziennym życiu/ w codziennej pracy zawodowej. Uczy praktycznie ten, dla kogo najważniejszym celem w procesie uczenia nie jest przekazywanie zestawu różnorodnych teorii i abstrakcyjnych tez, gdyż istotniejsza jest funkcjonalność przedstawianych uczniom informacji. Uczyć praktycznie np. języka obcego będzie zatem ktoś, kto nie tyle skupi się na niuansach gramatyki, co na kompetencjach komunikacyjnych uczniów, uczyć praktycznie matematyki będzie ten, kto pokaże jej zastosowania w życiu codziennym itp.
A jednak przysłówek „praktycznie” ostatnio zyskuje zupełnie nową definicję, wbrew swojemu utartemu znaczeniu. Spójrzmy na poniższe przykłady:
„Praktycznie wszystkie podstawowe dokumenty dotyczące Katynia zostały już opublikowane – oświadczył w poniedziałek w wywiadzie dla dziennika Izwiestija dyrektor Instytutu Historii Powszechnej Rosyjskiej Akademii Nauk (RAN), profesor Aleksandr Czubarian” (Wprost 24, 2010).
„Beatyfikacja Jana Pawła II w tym roku praktycznie niemożliwa” (newsweek.pl, 2010).
„Kryształowa Kula jest praktycznie w moich rękach – mówiła Justyna Kowalczyk na gorąco zaraz po zakończeniu zawodów reporterowi TVN 24” (tvn24.pl).
„Premier Donald Tusk oświadczył, że oczkuje jeszcze kilku drobnych wyjaśnień od ministra sprawiedliwości Andrzeja Czumy, ale jego sprawę uważa praktycznie za zamkniętą” („Gazeta Wyborcza”, 2009).
„To będzie praktycznie nowa ulica. Za rekordowe pieniądze klientów!” (strefabiznesu.echodnia.eu).
„Sprzedam renault twingo praktycznie nowy” (autogiełda.money.pl).
„Praktycznie wcale o niej nie myślał” (zasłyszana wypowiedź).
Te cytaty, w większości pochodzące z opiniotwórczych mediów, wskazują, że przyzwyczailiśmy się już do zapożyczonego z języka angielskiego znaczenia słowa „praktycznie”. Dziś bowiem „praktycznie” oznacza już nie tylko „w zgodzie z praktyką”, ale przede wszystkim (!) to, co znaczy wyraz „practically” w języku angielskim. Praktycznie to zatem coraz częściej już: „właściwie”, „faktycznie”, „niemal”, „w rzeczywistości”. I praktycznie (!) niewielu widzi w tym coś niewłaściwego.
Małe słówko „praktycznie”, a dokładniej: jego coraz powszechniejsze nowe znaczenie, pokazuje, jak zwodnicze może być bezmyślne stosowanie reguł jednego języka w innym. Takie działanie, które prowadzi do rozmywania znaczeń, jest wbrew jednej z czterech reguł rządzących językiem, tj. tendencji do wyrazistości i precyzji. Dlatego jest nie do przyjęcia – ani w praktyce, ani w teorii.
A jednak przysłówek „praktycznie” ostatnio zyskuje zupełnie nową definicję, wbrew swojemu utartemu znaczeniu. Spójrzmy na poniższe przykłady:
„Praktycznie wszystkie podstawowe dokumenty dotyczące Katynia zostały już opublikowane – oświadczył w poniedziałek w wywiadzie dla dziennika Izwiestija dyrektor Instytutu Historii Powszechnej Rosyjskiej Akademii Nauk (RAN), profesor Aleksandr Czubarian” (Wprost 24, 2010).
„Beatyfikacja Jana Pawła II w tym roku praktycznie niemożliwa” (newsweek.pl, 2010).
„Kryształowa Kula jest praktycznie w moich rękach – mówiła Justyna Kowalczyk na gorąco zaraz po zakończeniu zawodów reporterowi TVN 24” (tvn24.pl).
„Premier Donald Tusk oświadczył, że oczkuje jeszcze kilku drobnych wyjaśnień od ministra sprawiedliwości Andrzeja Czumy, ale jego sprawę uważa praktycznie za zamkniętą” („Gazeta Wyborcza”, 2009).
„To będzie praktycznie nowa ulica. Za rekordowe pieniądze klientów!” (strefabiznesu.echodnia.eu).
„Sprzedam renault twingo praktycznie nowy” (autogiełda.money.pl).
„Praktycznie wcale o niej nie myślał” (zasłyszana wypowiedź).
Te cytaty, w większości pochodzące z opiniotwórczych mediów, wskazują, że przyzwyczailiśmy się już do zapożyczonego z języka angielskiego znaczenia słowa „praktycznie”. Dziś bowiem „praktycznie” oznacza już nie tylko „w zgodzie z praktyką”, ale przede wszystkim (!) to, co znaczy wyraz „practically” w języku angielskim. Praktycznie to zatem coraz częściej już: „właściwie”, „faktycznie”, „niemal”, „w rzeczywistości”. I praktycznie (!) niewielu widzi w tym coś niewłaściwego.
Małe słówko „praktycznie”, a dokładniej: jego coraz powszechniejsze nowe znaczenie, pokazuje, jak zwodnicze może być bezmyślne stosowanie reguł jednego języka w innym. Takie działanie, które prowadzi do rozmywania znaczeń, jest wbrew jednej z czterech reguł rządzących językiem, tj. tendencji do wyrazistości i precyzji. Dlatego jest nie do przyjęcia – ani w praktyce, ani w teorii.
Subskrybuj:
Posty (Atom)