Okres mikołajkowo-świąteczny w pełni, zatem sklepy z zabawkami przyciągają tłumy. Tłumy te coraz częściej kierują swe kroki w stronę regałów z zabawkami edukacyjnymi, dydaktycznymi, a nawet - ostatnio - naukowymi. W dużych i małych sklepach zabawkowych można już bowiem kupić rozmaite zestawy, których celem jest wprowadzenie dziecka w świat fizyki, chemii, biologii, geometrii itp. Mamy zatem np. "Młodego paleontologa", "Hodowlę kryształów", "Elektronik start", "Laboratorium perfum", "Kopalnię minerałów" i wiele wiele innych.
Wśród nich znaleźć też można (np. w sieci sklepów SMYK) zestaw nazwany przez jego producenta "Pierwsza chemia". Wbrew pierwszym skojarzeniom nie jest to jednak zestaw z dziedziny medycznej (inna wersja takiego zestawu mogłaby wtedy zostać nazwana "Mały onkolog", na wzór "Małego doktora"), ale zabawka, która ma być dla dziecka pierwszą lekcją chemii, coś w rodzaju minilaboratorium - kilka probówek, pojemniczków, pipet itp. przedmiotów nieodzownych do wykonywania pierwszych eksperymentów.
A przecież można było wymyślić neutralną nazwę dla tej zabawki. "Małe laboratorium", "Pierwsza lekcja chemii", "Mały chemik"... Może wtedy nazwa tego naukowego zestawu nie zapadałaby tak w pamięć, ale może też - nie odstraszałaby w pierwszym odruchu sporej części klientów.
niedziela, 5 grudnia 2010
piątek, 3 grudnia 2010
Wielkie z małym
Jeden z ważniejszych w Polsce dostawców usług telekomunikacyjnych, firma Aster, reklamuje ostatnio pakiety swoich usług hasłem „Aster-o-nomiczne promocje”. Autora tego sformułowania skusiło zgrabne połączenie znanego powszechnie przymiotnika z nazwą firmy. Jednak hasło to jest przykładem coraz powszechniejszego w reklamach dawania prymatu formie nad treścią czy, inaczej, obojętności na normy językowe wynikającej z pogoni za atrakcyjnością reklamowego sloganu.
Według słowników wyrazów obcych (przewertowaliśmy kilka, by nie być gołosłownymi) astronomiczny to bowiem: „o liczbach: bardzo wielki, zawrotny, ogromny”. Reklama mówiąca o astronomicznych (w domyśle) promocjach daje nam zatem pod rozwagę oksymoron, bo coś, co de facto jest obniżką ceny (tak należy rozumieć słowo promocja w tym kontekście), zderzone zostaje z sugestią liczby ogromnej, niewyobrażalnie wysokiej.
Podobnym hasłem „pochwalić się” może mały i szerszemu odbiorcy nieznany sklepik na ul. Kalwaryjskiej w Krakowie. Na witrynie sklepowej można przeczytać wielkie i kolorowe hasło „Wysokie rabaty”. I znów coś tu zgrzyta. O rabacie (ten rabat, czyli obniżka) powiemy przecież raczej, że jest duży, możemy też nazwać go atrakcyjnym (bo klient zwraca na niego uwagę, widząc w takim zakupie korzyść dla siebie), ale mówienie wysoki, o czymś, co obniża cenę... Zabieg dla nas wątpliwy.
No chyba że w sklepie, którego reklama zwróciła naszą uwagę, w sprzedaży są aktualnie wysokie rabaty, czyli grządki kwiatowe. To też teoretycznie jest możliwe i już widzimy oczyma duszy wysokie i wąskie połacie ziemi, w sam raz dopasowane do możliwości ogrodników, którym problemy z kręgosłupem nie pozwalają się schylać, a pasja życiowa, czyli sadzenie kwiatów, nie pozwala żyć spokojnie. Bo czego to ludzie nie wymyślą?
Według słowników wyrazów obcych (przewertowaliśmy kilka, by nie być gołosłownymi) astronomiczny to bowiem: „o liczbach: bardzo wielki, zawrotny, ogromny”. Reklama mówiąca o astronomicznych (w domyśle) promocjach daje nam zatem pod rozwagę oksymoron, bo coś, co de facto jest obniżką ceny (tak należy rozumieć słowo promocja w tym kontekście), zderzone zostaje z sugestią liczby ogromnej, niewyobrażalnie wysokiej.
Podobnym hasłem „pochwalić się” może mały i szerszemu odbiorcy nieznany sklepik na ul. Kalwaryjskiej w Krakowie. Na witrynie sklepowej można przeczytać wielkie i kolorowe hasło „Wysokie rabaty”. I znów coś tu zgrzyta. O rabacie (ten rabat, czyli obniżka) powiemy przecież raczej, że jest duży, możemy też nazwać go atrakcyjnym (bo klient zwraca na niego uwagę, widząc w takim zakupie korzyść dla siebie), ale mówienie wysoki, o czymś, co obniża cenę... Zabieg dla nas wątpliwy.
No chyba że w sklepie, którego reklama zwróciła naszą uwagę, w sprzedaży są aktualnie wysokie rabaty, czyli grządki kwiatowe. To też teoretycznie jest możliwe i już widzimy oczyma duszy wysokie i wąskie połacie ziemi, w sam raz dopasowane do możliwości ogrodników, którym problemy z kręgosłupem nie pozwalają się schylać, a pasja życiowa, czyli sadzenie kwiatów, nie pozwala żyć spokojnie. Bo czego to ludzie nie wymyślą?
czwartek, 18 listopada 2010
Startując z głową...
Samorządowa kampania wyborcza trwa w najlepsze, językoznawcy zatem mają pożywkę dla swoich badań i/lub krytyki. Przykład: jeden z krakowskich kandydatów na prezydenta miasta przekonuje do siebie hasłem: „Inwestując z głową, stać nas na więcej”. Hasło jest ogromne, billboardowe, więc tym trudniej w nim nie zauważyć błędu. Błędu szkolnego, będącego jednocześnie jednym z bardziej rażących (choćby tylko dlatego że pisanym ogromniastymi literami) dowodów na to, że coraz gorzej radzimy sobie z imiesłowami przysłówkowymi. A przecież polonistki do upadłego powtarzają na lekcjach dzieciom i młodzieży w każdym wieku, że imiesłowowy równoważnik zdania jako część zdania złożonego możemy stosować tylko wtedy, gdy podmiot w obu zdaniach – nadrzędnym i podrzędnym – jest ten sam. Tu często pada koronny przykład: „Idąc do domu, padał deszcz” (źle!) / „Idąc do domu, zmokłam” (dobrze).
Wracając do wyborczego hasła: rozumiemy, że kandydat chciał mieć zawołanie krótkie, plakatowe, nośne, a może nawet bojowe. Rozumiemy więc, że nie wchodziły w grę zbyt jak na billboardy rozbudowane konstrukcje typu: „Kiedy inwestujemy z głową, stać nas na więcej” czy „Jeśli inwestujemy z głową, stać nas na więcej”. Rozumiemy, że kandydat chciał mieć hasło wyraźnie odwołujące się do przyszłości, przyszłości z nim jako prezydentem Krakowa, rzecz jasna. Ale nie rozumiemy, dlaczego w gronie doradców (także tych od promocji czy marketingu politycznego) tego lokalnego polityka nie znalazł się ani jeden, który by pomyślał o językowej poprawności i spróbował ustrzec go od krytyki.
A przecież nie było trudno. Podpowiedzi cisną się bowiem same. Np. takie: „Inwestycje z głową. I stać nas na więcej!”, „Stać nas na więcej: inwestujmy z głową”, „Inwestujmy z głową, bo stać nas na więcej”.
Kandydatowi z felernym hasłem życzymy jak najlepiej. A przede wszystkim życzymy mu doradców z prawdziwego zdarzenia. Takich... z głową, jeśli to nie oksymoron :)
Wracając do wyborczego hasła: rozumiemy, że kandydat chciał mieć zawołanie krótkie, plakatowe, nośne, a może nawet bojowe. Rozumiemy więc, że nie wchodziły w grę zbyt jak na billboardy rozbudowane konstrukcje typu: „Kiedy inwestujemy z głową, stać nas na więcej” czy „Jeśli inwestujemy z głową, stać nas na więcej”. Rozumiemy, że kandydat chciał mieć hasło wyraźnie odwołujące się do przyszłości, przyszłości z nim jako prezydentem Krakowa, rzecz jasna. Ale nie rozumiemy, dlaczego w gronie doradców (także tych od promocji czy marketingu politycznego) tego lokalnego polityka nie znalazł się ani jeden, który by pomyślał o językowej poprawności i spróbował ustrzec go od krytyki.
A przecież nie było trudno. Podpowiedzi cisną się bowiem same. Np. takie: „Inwestycje z głową. I stać nas na więcej!”, „Stać nas na więcej: inwestujmy z głową”, „Inwestujmy z głową, bo stać nas na więcej”.
Kandydatowi z felernym hasłem życzymy jak najlepiej. A przede wszystkim życzymy mu doradców z prawdziwego zdarzenia. Takich... z głową, jeśli to nie oksymoron :)
niedziela, 14 listopada 2010
Uciekające bilety
W jednym z klubów na krakowskim Zabłociu zobaczyliśmy takie oto ogłoszenie: „Bilet traci ważność po wyjściu z klubu”. Z niepokojem chwyciliśmy się za kieszenie – lepiej przeciwdziałać niż żałować, a klub, z którego wychodzą bilety, choć wcześniej zdawał nam się sympatyczny i modnie postindustrialny, teraz wydał się mocno podejrzanym miejscem. Odetchnęliśmy jednak: nasze bilety jeszcze nie zdążyły wyjść i spokojnie wciąż tkwił w naszych kieszeniach. Dobre leniuchy.
Ale od chwili przeczytania kartki ostrzegającej o uciekających biletach nic już nie było takie samo, a sobotnio-swobodna i jakże przyjemna atmosfera ustąpiła miejsca podejrzliwości. Zaczęliśmy węszyć za innymi ogłoszeniami w stylu: „Piwo/drinki po odejściu od baru tracą procenty” czy „Muzyka po oddaleniu się od sceny znika”. Klubowy chillout ustąpił miejsca jazgotliwej galopadzie myśli w naszych głowach.
Pozostało nam kurczowo trzymać się za kieszenie, a raczej: za bilety. W końcu, nie mogąc znieść napięcia, wyszliśmy, a nasze bilety wraz z nami. Niepokój stracił ważność – wraz z biletami.
PS. Ponieważ klub w gruncie rzeczy naprawdę jest przyjemny, radzimy na koniec właścicielom: zmieńcie ogłoszenie o biletach np. na takie: „Jeśli wychodzisz z klubu, Twój bilet traci ważność”. Troszkę dłuższe, ale przynajmniej poprawne i nie budzi strachu w klubowiczach :)
Ale od chwili przeczytania kartki ostrzegającej o uciekających biletach nic już nie było takie samo, a sobotnio-swobodna i jakże przyjemna atmosfera ustąpiła miejsca podejrzliwości. Zaczęliśmy węszyć za innymi ogłoszeniami w stylu: „Piwo/drinki po odejściu od baru tracą procenty” czy „Muzyka po oddaleniu się od sceny znika”. Klubowy chillout ustąpił miejsca jazgotliwej galopadzie myśli w naszych głowach.
Pozostało nam kurczowo trzymać się za kieszenie, a raczej: za bilety. W końcu, nie mogąc znieść napięcia, wyszliśmy, a nasze bilety wraz z nami. Niepokój stracił ważność – wraz z biletami.
PS. Ponieważ klub w gruncie rzeczy naprawdę jest przyjemny, radzimy na koniec właścicielom: zmieńcie ogłoszenie o biletach np. na takie: „Jeśli wychodzisz z klubu, Twój bilet traci ważność”. Troszkę dłuższe, ale przynajmniej poprawne i nie budzi strachu w klubowiczach :)
poniedziałek, 11 października 2010
Język: gra w refleks
Sytuacja z kursu jazdy (zajęcia teoretyczne).
Instruktor: - Co powinien teraz zrobić pojazd 1?
Kursantka 1: - Cofnąć się.
Instruktor: - Dobrze, ale gdzie?
Kursantka 1: - ...?
Po kilku chwilach niepokojącej i pełnej napięcia ciszy szept podpowiedzi z sali: - Do tyłu...
Instruktor (uradowany): - Tak, tak, właśnie, musi cofnąć się do tyłu!
Kursantka 1: - ???
Opisane powyżej zdarzenie, z gatunku autentycznych, doskonale pokazuje, jak dynamicznie zmienia się język. Przyzwyczailiśmy się już bowiem - a "my" oznacza tutaj grupę dumnych z siebie użytkowników języka wyczulonych na jego poprawność (mamy nadzieję, że autoironia jest czytelna :-) ) - do zwrotów w rodzaju: "kontynuować dalej", "podskoczyć w górę", "cofnąć się do tyłu" itp., czyli do tautologii. Przyzwyczailiśmy się, bo znamy dobrze teorie mówiące, że język rozwija się w rytm czterech tendencji - jedną z nich jest tendencja do precyzji. Zatem: ktoś mówiący "cofnąć się do tyłu" czuje, że bardzo dokładnie określił kierunek ruchu, bez owego "do tyłu" samo "cofnąć się" jest gorsze, bo jakby niepełne.
Czymś innym jest jednak tendencja do precyzji w języku, czymś innym doprecyzowujące tautologie, a czymś zupełnie innym przytoczone pytanie postawione przez instruktora ze szkoły jazdy. A precyzyjniej - nomen omen - pytanie to doskonale obrazuje konsekwencje utrwalanych błędów. Pytanie to bowiem pokazuje, jak bardzo szybko - np. w ślad za dążeniem do precyzji w języku - następuje zmiana znaczenia słów. Dziś już "cofnąć się" nie różni się wiele od czasownika "pojechać/pójść/skierować się", zaczyna być synonimem tych słów. Nie dość bowiem, że powszechnie używamy łącznie konstrukcji tautologicznej "cofnąć się do tyłu", to jeszcze (a raczej: już) owo "cofnąć się", użyte samo, zaczyna funkcjonować jako czasownik ogólny, w który nie jest wpisany ściśle określony kierunek ruchu, więc ten kierunek trzeba każdorazowo ukonkretnić (co z tego, że każdorazowo wypada dodać "do tyłu"? Może za chwilę to już nie będzie jednak takie oczywiste...).
Język rozwija się - taka jego nieustająca uroda. Purystom językowym pozostaje pozostać w tyle za tymi z użytkowników języka, którzy mówią (rozumują) jak większość i w lot chwytają najbardziej podchwytliwe językowo pytania.
A jak językowy refleks wpływa na refleks na drodze? Pozostaje nam mieć nadzieję, że jeden i drugi nie mają ze sobą wiele wspólnego... ;-)
Instruktor: - Co powinien teraz zrobić pojazd 1?
Kursantka 1: - Cofnąć się.
Instruktor: - Dobrze, ale gdzie?
Kursantka 1: - ...?
Po kilku chwilach niepokojącej i pełnej napięcia ciszy szept podpowiedzi z sali: - Do tyłu...
Instruktor (uradowany): - Tak, tak, właśnie, musi cofnąć się do tyłu!
Kursantka 1: - ???
Opisane powyżej zdarzenie, z gatunku autentycznych, doskonale pokazuje, jak dynamicznie zmienia się język. Przyzwyczailiśmy się już bowiem - a "my" oznacza tutaj grupę dumnych z siebie użytkowników języka wyczulonych na jego poprawność (mamy nadzieję, że autoironia jest czytelna :-) ) - do zwrotów w rodzaju: "kontynuować dalej", "podskoczyć w górę", "cofnąć się do tyłu" itp., czyli do tautologii. Przyzwyczailiśmy się, bo znamy dobrze teorie mówiące, że język rozwija się w rytm czterech tendencji - jedną z nich jest tendencja do precyzji. Zatem: ktoś mówiący "cofnąć się do tyłu" czuje, że bardzo dokładnie określił kierunek ruchu, bez owego "do tyłu" samo "cofnąć się" jest gorsze, bo jakby niepełne.
Czymś innym jest jednak tendencja do precyzji w języku, czymś innym doprecyzowujące tautologie, a czymś zupełnie innym przytoczone pytanie postawione przez instruktora ze szkoły jazdy. A precyzyjniej - nomen omen - pytanie to doskonale obrazuje konsekwencje utrwalanych błędów. Pytanie to bowiem pokazuje, jak bardzo szybko - np. w ślad za dążeniem do precyzji w języku - następuje zmiana znaczenia słów. Dziś już "cofnąć się" nie różni się wiele od czasownika "pojechać/pójść/skierować się", zaczyna być synonimem tych słów. Nie dość bowiem, że powszechnie używamy łącznie konstrukcji tautologicznej "cofnąć się do tyłu", to jeszcze (a raczej: już) owo "cofnąć się", użyte samo, zaczyna funkcjonować jako czasownik ogólny, w który nie jest wpisany ściśle określony kierunek ruchu, więc ten kierunek trzeba każdorazowo ukonkretnić (co z tego, że każdorazowo wypada dodać "do tyłu"? Może za chwilę to już nie będzie jednak takie oczywiste...).
Język rozwija się - taka jego nieustająca uroda. Purystom językowym pozostaje pozostać w tyle za tymi z użytkowników języka, którzy mówią (rozumują) jak większość i w lot chwytają najbardziej podchwytliwe językowo pytania.
A jak językowy refleks wpływa na refleks na drodze? Pozostaje nam mieć nadzieję, że jeden i drugi nie mają ze sobą wiele wspólnego... ;-)
poniedziałek, 4 października 2010
Ulice mają swoje życie
Wbrew tytułowi tego posta nie będziemy tym razem analizować tekstów piosenek rockowych, tylko błędy w nazwach krakowskich ulic. A źródłem pomysłu jest ulica Anny Libery (tak, właśnie tak byłoby poprawnie, a że nie jest – o tym poniżej).
Na początek krótka notka biograficzna. Anna Libera, zgodnie z danymi z Wikipedii (więcej pod tym linkiem), była z zawodu hafciarką, a z zamiłowania i powołania poetką i dramatopisarką. Żyła w XIX wieku, a tematem, jaki często brała na warsztat pisarski, były zgodnie z romantyczną modą ludowe legendy z najbliższych jej okolic, czyli Krakowa i sąsiadujących z nim miejscowości.
Forma mianownikowa nazwiska tej poetki, jest zakończona na -a: Libera. Zatem zgodnie z zasadami obowiązującymi w polszczyźnie podlega odmianie – za „Nowym słownikiem poprawnej polszczyzny PWN” (Warszawa 2002) należy do grupy nazwisk, które „mają odmianę rzeczownikową analogiczną do odmiany żeńskich rzeczowników pospolitych zakończonych na -a (np. wdowa)”. W dopełniaczu jest wdowy, zatem i Libery. Idąc dalej: ulica powinna nazywać się Anny Libery, ponieważ w języku polskim nazwy ulic będące rzeczownikami mają formy dopełniaczowe (zob. np. ul. Św. Krzyża, ul. Powstania Warszawskiego, ul. Powstańców Śląskich, ul. Kościuszki, ul. Nawojki itp.).
Używana powszechnie nazwa (na mapach, w dokumentach urzędowych, na tabliczkach z nazwą ulicy – zresztą to też ciekawy i osobny temat; chcącym go zgłębić polecamy spacer ulicą Anny Libery, bo tylko tak będą mogli przekonać się o „tabliczkowej” wojnie poprawności z niepoprawnością toczonej przez właścicieli posesji znajdujących się na omawianej tu ulicy) jest niedobra też dlatego, że u bardziej świadomych użytkowników języka polskiego powoduje niepokój i niesie z sobą wieloznaczność. Bo powstaje pytanie, jak brzmiałaby mianownikowa forma nazwiska żeńskiego o dopełniaczu Libera? Przecież nie Liber (takie nazwisko polszczyzna zresztą też notuje), bo wtedy nazwisko pozostałoby nieodmienne (zob. np. Nowak, Bacewicz, Kośmider itp.). Dopełniaczowa forma Libera jest w języku polskim po prostu niemożliwa. Mimo to nie jest niemożliwa w urzędowej i zwyczajowej nomenklaturze. Pozostaje zanucić szlagier zespołu T.Love…
niedziela, 3 października 2010
Naczelna, wydawnicza, prowadząca... - czyli o żeńskiej końcówce
Powiedzmy sobie od razu - nie jesteśmy zwolennikami słów w rodzaju: ministra, krytyczka, skoczkini czy myśliwa. Co więcej, mamy spore opory przed używaniem słów typu: socjolożka, psycholożka, filolożka. Powodem nie jest wcale antyfeministyczne nastawienie czy brak zrozumienia dla takich językowych zabiegów. Chodzi raczej o to, że uznajemy, że zwyczajów językowych nie można sztucznie zmieniać, język nie jest materią, która podda się tego typu systemowym działaniom, choćby nawet u ich podstaw leżały jak najbardziej słuszne intencje. Inna sprawa: większość proponowanych przez feministki żeńskich odpowiedników tradycyjnych nazw (więcej przykładów można znaleźć na stronie akcji "Trudne wyrazy" prowadzonej w 2005 roku przez Feminotekę) jest albo trudna do wymówienia (zob. np. adiunktka, architektka), albo powoduje wieloznaczność (zob. np. bokserka, kolarka, stolarka, profesorka), albo wreszcie brzmi cokolwiek niepoważnie (np. prezeska).
Są jednak takie męskie określenia stanowisk/zawodów, które nas rażą i których zmianę warto forsować. Chodzi tu o określenia w stylu: redaktor naczelny, dyrektor wydawniczy, główny księgowy, redaktor prowadzący (oraz ich na wpół kobiece odpowiedniki - zob. niżej). Geneza tego zjawiska jest prosta, przynajmniej w odniesieniu do nazw stanowisk menedżerskich. To, najprościej rzecz tłumacząc, nazwy funkcji, a nie osób, niezależne zatem od płci tych, którzy te stanowiska w danej chwili piastują. Główny księgowy, dyrektor wydawniczy - te słowa informują o roli odgrywanej w danej organizacji, ich nieodmienność pozwala uniknąć także takich sytuacji jak np. każdorazowe dostosowanie nazewnictwa na identyfikatorach (pieczątki, etykiety, wizytówki itp.) nowo mianowanych na takie stanowisko osób. Inna rzecz: zwyczajowo nazwy "dyrektorka" czy "księgowa" odczuwane są jako mniej prestiżowe, przynależne albo pracownikom szeregowym (księgowa), albo zarządzającym mało znaczącymi firmami/oddziałami.
Geneza genezą, a praktyka? Ta pokazuje, że mamy problem z nazywaniem kobiet, które obejmują męsko nazywane stanowiska, i różnie radzimy sobie z ukobiecaniem nazw. Przykłady: "Frykowska będzie redaktor naczelną" (portal Plotek), "Ewa Wanat, redaktor naczelna TOK FM, z nagrodą Człowiek mediów 2010" (TOK FM), "Agnieszka Kozak dyrektor wydawniczą "Zwierciadła" i "Sensu"" (Press) itp. Zatem nader częsta jest praktyka, w której trzon nazwy zostaje męski (dyrektor, redaktor), ale odmieniany jest towarzyszący mu przymiotnik.
Jak oceniać takie zabiegi? Choć uzus wskazuje, że niezgodność rodzajowa w tego typu nazwach zyskała już spore grono zwolenników, my zalecalibyśmy ostrożność w używaniu zestawień będących kompromisem (nieudanym, naszym zdaniem) między tradycyjną nomenklaturą a feministycznymi postulatami. Zwłaszcza gdy mowa jest o stanowiskach w rodzaju "redaktor prowadzący" - w wydawnictwach taką pracę wykonuje kilka osób, nie jest to zatem określenie funkcji menedżerskiej, ale nazwa szeregowego pracownika, który samodzielnie prowadzi projekty wydawnicze (zarządza nimi). Tu zestawienie "redaktorka prowadząca" nikomu nie odejmuje prestiżu, a jest zdecydowanie lepsze z punktu widzenia poprawności językowej.
I jeszcze a propos feminizmu: spotkaliśmy się z opinią, że feminizowanie nazw jest swego rodzaju manifestacją niezależności, samodzielności, aktywności zawodowej i wykształcenia osób ukobiecających język. Jeśli tak jest w rzeczywistości, to kompromisy językowe w rodzaju "redaktor naczelna" czy "dyrektor wydawnicza" świadczą o niezależności, samodzielności, aktywności zawodowej itp. na pół gwizdka? Warto się nad tym zastanowić...
Są jednak takie męskie określenia stanowisk/zawodów, które nas rażą i których zmianę warto forsować. Chodzi tu o określenia w stylu: redaktor naczelny, dyrektor wydawniczy, główny księgowy, redaktor prowadzący (oraz ich na wpół kobiece odpowiedniki - zob. niżej). Geneza tego zjawiska jest prosta, przynajmniej w odniesieniu do nazw stanowisk menedżerskich. To, najprościej rzecz tłumacząc, nazwy funkcji, a nie osób, niezależne zatem od płci tych, którzy te stanowiska w danej chwili piastują. Główny księgowy, dyrektor wydawniczy - te słowa informują o roli odgrywanej w danej organizacji, ich nieodmienność pozwala uniknąć także takich sytuacji jak np. każdorazowe dostosowanie nazewnictwa na identyfikatorach (pieczątki, etykiety, wizytówki itp.) nowo mianowanych na takie stanowisko osób. Inna rzecz: zwyczajowo nazwy "dyrektorka" czy "księgowa" odczuwane są jako mniej prestiżowe, przynależne albo pracownikom szeregowym (księgowa), albo zarządzającym mało znaczącymi firmami/oddziałami.
Geneza genezą, a praktyka? Ta pokazuje, że mamy problem z nazywaniem kobiet, które obejmują męsko nazywane stanowiska, i różnie radzimy sobie z ukobiecaniem nazw. Przykłady: "Frykowska będzie redaktor naczelną" (portal Plotek), "Ewa Wanat, redaktor naczelna TOK FM, z nagrodą Człowiek mediów 2010" (TOK FM), "Agnieszka Kozak dyrektor wydawniczą "Zwierciadła" i "Sensu"" (Press) itp. Zatem nader częsta jest praktyka, w której trzon nazwy zostaje męski (dyrektor, redaktor), ale odmieniany jest towarzyszący mu przymiotnik.
Jak oceniać takie zabiegi? Choć uzus wskazuje, że niezgodność rodzajowa w tego typu nazwach zyskała już spore grono zwolenników, my zalecalibyśmy ostrożność w używaniu zestawień będących kompromisem (nieudanym, naszym zdaniem) między tradycyjną nomenklaturą a feministycznymi postulatami. Zwłaszcza gdy mowa jest o stanowiskach w rodzaju "redaktor prowadzący" - w wydawnictwach taką pracę wykonuje kilka osób, nie jest to zatem określenie funkcji menedżerskiej, ale nazwa szeregowego pracownika, który samodzielnie prowadzi projekty wydawnicze (zarządza nimi). Tu zestawienie "redaktorka prowadząca" nikomu nie odejmuje prestiżu, a jest zdecydowanie lepsze z punktu widzenia poprawności językowej.
I jeszcze a propos feminizmu: spotkaliśmy się z opinią, że feminizowanie nazw jest swego rodzaju manifestacją niezależności, samodzielności, aktywności zawodowej i wykształcenia osób ukobiecających język. Jeśli tak jest w rzeczywistości, to kompromisy językowe w rodzaju "redaktor naczelna" czy "dyrektor wydawnicza" świadczą o niezależności, samodzielności, aktywności zawodowej itp. na pół gwizdka? Warto się nad tym zastanowić...
Subskrybuj:
Posty (Atom)
