Wbrew pozorom (tytuł tego tekstu) dzisiejszy post nie będzie miał charakteru afirmatywnego, nie chodzi bowiem o bycie „za” czymś, ale o przedrostek „za-”. „Zakupić” i „zapytanie”, a także (zdecydowanie rzadsze) „zasyłać” to słowa, którym tym razem będziemy się w szczególny sposób przyglądać.
O sprawie prefiksu „za-” przypomniała nam przedświąteczna wizyta w jednym z supermarketów. Megafony dudniące reklamami co i rusz wyrzucały z siebie słowo „zakupić”: „Produkt X umili państwu chwile spędzane przy świątecznym stole. Można go zakupić na dziale Wędliny”, „Rodzinna atmosfera świąt tylko z produktem Y! Zapraszamy na dział Nabiał, gdzie w promocyjnej cenie 9,99 zł zakupią państwo dwupak Y”, „Tylko dziś: jeśli zakupisz jedno opakowanie produktu Z, drugie dostaniesz gratis! Produkty gratisowe wydawane są przy kasie”... Jak to dobrze, że człowiek, nawet przed świętami, nie tylko kupuje (a w tym kontekście raczej: zakupuje), ale i pracuje – pomyśleliśmy z ulgą. Radość trwała jednak krótko: okazało się, że redagowana przez nas właśnie książka (tzw. kategorii biznes) pełna jest odmienianego przez wszystkie przypadki i co chwilę przywoływanego słowa „zapytanie”. „Zapytania do biura pomocy”, „25% wszystkich zapytań w mediach społecznościowych”, „zapytania związane z produktami”, „kiedy współpracownik stawia ci zapytanie...” itp.
Zakupić i zapytanie - oba te słowa, coraz częstsze w języku potocznym, brzmią bardzo pretensjonalnie i najczęściej są nieodpowiednie do sytuacji (a lepiej: kontekstu, w którym się pojawiają). O ile bowiem mamy już utrwalone w języku wyrażenia w rodzaju „zapytanie poselskie”, „zapytanie ofertowe” czy zwroty „wystosować zapytanie”, „sformułować zapytanie”, w których to związkach wyrazowych omawiane tu słowo nie razi, o tyle już zdanie „Mam do ciebie takie zapytanie: zgodzisz się podlewać kwiatki w moim domu, kiedy będę na urlopie” brzmi co najmniej śmiesznie. W tej drugiej (a autentycznej!) sytuacji komunikacyjnej oficjalne i nieco urzędowe słowo „zapytanie” zgrzyta, użyte bowiem zostało w zwykłej rozmowie dobrych znajomych, dotyczącej powszednich spraw.
Podobnie jest z czasownikiem „zakupić” – według słownika języka polskiego oznacza ono „kupić, zwykle coś wartościowego albo większą ilość czegoś”. Wobec przywołanego tu znaczenia kilogram kiełbasy swojskiej, choćby i najlepszej jakości, czy dwa opakowania twarogu na sernik prościej i sensowniej byłoby po prostu kupić, zamiast z dumą obwieszczać, że je „zakupiliśmy”.
Językowe potworki w rodzaju „zapytań o podlewanie kwiatków” czy „zakupywania kiełbasy” przypomniały nam jeszcze o wakacyjnych kartkach, jakie zapamiętaliśmy z czasów głębokiego dzieciństwa: piękne widokówki okraszał na odwrocie – oprócz adresu – wykaligrafowany starannie, ale jakże ubogi w treść komunikat: „Serdeczne pozdrowienia z wakacji zasyła XYZ z Rodziną”. To „zasyła” – jak sobie wtedy tłumaczyliśmy – było, zdaje się, znakiem wysiłku (intelektualnego? językowego? twórczego?) włożonego przez nadawcę widokówki w wypisany pięknie tekst, oznaczało też może specjalne traktowanie nas przez nadawcę kartki, więc tym samym miało zasługiwać na naszą wdzięczność. A jednak – zamiast wdzięczności budziło śmiech. Cóż, wakacje i młodość mają swoje prawa :-)
Bez wielokropka
Pomagamy tworzyć udane publikacje
czwartek, 12 kwietnia 2012
wtorek, 27 marca 2012
Radzimy wykluczyć
W redagowanych przez nas ostatnio tekstach, zwłaszcza tych o tematyce informatycznej i biznesowej, większość uwag kierowanych do autorów dotyczyła coraz bardziej nadużywanego przymiotnika „kluczowy”. Problem, jaki wiąże się z tym wyrazem, dotyczy nie tylko częstotliwości występowania, przez co słowo staje się powoli wytrychem. Ale wyraz ten to także ukryte zapożyczenie z języka angielskiego (inaczej zapożyczenie semantyczne lub kalka językowa).
Co to znaczy? Otóż terminem kalki językowej w językoznawstwie określa się wyrazy, które pod wpływem obcych języków zyskują nowe znaczenie, zaczyna się je stosować w nowym niewłaściwym dotąd dla nich kontekście. Czasami kalka językowa jest dla języka nieszkodliwa – dzieje się tak na przykład wtedy, gdy dotąd używany w jednym znaczeniu wyraz zaczyna nazywać zupełnie nowy element rzeczywistości; przykładem może być słowo „mysz (komputerowa)”, które jest kalką angielskiego „mouse”. Częściej jednak kalka językowa pojawia się w języku niezależnie od innych, tradycyjnie używanych w danym znaczeniu/w danym kontekście słów, zastępując je i stopniowo wypierając. Takie zjawisko postrzegane jest przez językoznawców jako szkodliwe dla języka przede wszystkim dlatego, że często łamie zasady rządzące polszczyzną, eliminuje utrwalone w języku i dobre konstrukcje czy znaczenia. Innymi słowy: nie wzbogaca języka, ale go psuje i odbiera mu oryginalność. Taką kalką jest choćby rozpowszechnione już wyrażenie „póki co”, które przyszło do nas z języka rosyjskiego i – chyba już na trwałe – zastąpiło polskie „na razie” (zob. Póki co nie będziemy się tym zajmować – popr. Na razie nie będziemy się tym zajmować).
Przyjrzyjmy się jednak słowu „kluczowy”. Słownik języka polskiego PWN podpowiada, że przymiotnik ten znaczy tyle, co «podstawowy, główny, najważniejszy; wyjściowy» i jako przykłady podaje wyrażenia: „kluczowy problem”, „kluczowe zagadnienie”, „kluczowa pozycja”. Analizując te przykłady, możemy zauważyć, że przymiotnik „kluczowy” właściwszy jest w kontekście rzeczowników abstrakcyjnych niż jako określenie rzeczowników konkretnych. Tymczasem we współczesnej polszczyźnie notujemy takie przykłady jak chociażby „kluczowa impreza”, „kluczowy kolor”, „kluczowi klienci” (i „przedstawiciel handlowy ds. kluczowych klientów”), „kluczowe osoby w firmie”, „kluczowy krok”, „kluczowy bieg” (w znaczeniu: wydarzenia sportowego) itp., a wreszcie językowe potworki w rodzaju: „Pracownik wiedzy jako kluczowy zasób współczesnego przedsiębiorstwa” (zob. tutaj) czy – niby żartobliwe sformułowanie „kluczowy składnik [systemu Android]” (zob. tutaj).
Skąd to się bierze? „Winny” jest tutaj język angielski i słówko „key”, występujące w takich utrwalonych wyrażeniach, jak np.: „key account” (najważniejszy klient), „key person” (osoba podejmująca decyzje w firmie), „key player” (ważny gracz – np. na rynku), „key message” (istotna wiadomość/informacja), „key witness” (główny świadek) itp. W polszczyźnie angielski przymiotnik „key”, przetłumaczony dosłownie jako „kluczowy” i wielokrotnie powielany w rozmaitych, dotąd obcych mu kontekstach, tylko drażni i zamiast być kluczem do zrozumienia, staje się ordynarnym wytrychem – niby pasuje do wszystkiego, choć do niczego jak ulał.
I dlatego radzimy: starajmy się zastępować słowo „kluczowy” którymś z jego wielu przecież synonimów.
Co to znaczy? Otóż terminem kalki językowej w językoznawstwie określa się wyrazy, które pod wpływem obcych języków zyskują nowe znaczenie, zaczyna się je stosować w nowym niewłaściwym dotąd dla nich kontekście. Czasami kalka językowa jest dla języka nieszkodliwa – dzieje się tak na przykład wtedy, gdy dotąd używany w jednym znaczeniu wyraz zaczyna nazywać zupełnie nowy element rzeczywistości; przykładem może być słowo „mysz (komputerowa)”, które jest kalką angielskiego „mouse”. Częściej jednak kalka językowa pojawia się w języku niezależnie od innych, tradycyjnie używanych w danym znaczeniu/w danym kontekście słów, zastępując je i stopniowo wypierając. Takie zjawisko postrzegane jest przez językoznawców jako szkodliwe dla języka przede wszystkim dlatego, że często łamie zasady rządzące polszczyzną, eliminuje utrwalone w języku i dobre konstrukcje czy znaczenia. Innymi słowy: nie wzbogaca języka, ale go psuje i odbiera mu oryginalność. Taką kalką jest choćby rozpowszechnione już wyrażenie „póki co”, które przyszło do nas z języka rosyjskiego i – chyba już na trwałe – zastąpiło polskie „na razie” (zob. Póki co nie będziemy się tym zajmować – popr. Na razie nie będziemy się tym zajmować).
Przyjrzyjmy się jednak słowu „kluczowy”. Słownik języka polskiego PWN podpowiada, że przymiotnik ten znaczy tyle, co «podstawowy, główny, najważniejszy; wyjściowy» i jako przykłady podaje wyrażenia: „kluczowy problem”, „kluczowe zagadnienie”, „kluczowa pozycja”. Analizując te przykłady, możemy zauważyć, że przymiotnik „kluczowy” właściwszy jest w kontekście rzeczowników abstrakcyjnych niż jako określenie rzeczowników konkretnych. Tymczasem we współczesnej polszczyźnie notujemy takie przykłady jak chociażby „kluczowa impreza”, „kluczowy kolor”, „kluczowi klienci” (i „przedstawiciel handlowy ds. kluczowych klientów”), „kluczowe osoby w firmie”, „kluczowy krok”, „kluczowy bieg” (w znaczeniu: wydarzenia sportowego) itp., a wreszcie językowe potworki w rodzaju: „Pracownik wiedzy jako kluczowy zasób współczesnego przedsiębiorstwa” (zob. tutaj) czy – niby żartobliwe sformułowanie „kluczowy składnik [systemu Android]” (zob. tutaj).
Skąd to się bierze? „Winny” jest tutaj język angielski i słówko „key”, występujące w takich utrwalonych wyrażeniach, jak np.: „key account” (najważniejszy klient), „key person” (osoba podejmująca decyzje w firmie), „key player” (ważny gracz – np. na rynku), „key message” (istotna wiadomość/informacja), „key witness” (główny świadek) itp. W polszczyźnie angielski przymiotnik „key”, przetłumaczony dosłownie jako „kluczowy” i wielokrotnie powielany w rozmaitych, dotąd obcych mu kontekstach, tylko drażni i zamiast być kluczem do zrozumienia, staje się ordynarnym wytrychem – niby pasuje do wszystkiego, choć do niczego jak ulał.
I dlatego radzimy: starajmy się zastępować słowo „kluczowy” którymś z jego wielu przecież synonimów.
Etykiety:
błędy słownikowe,
synonimy,
wrażliwość językowa,
wyrazy modne,
znaczenie słów
| Reakcje: |
środa, 21 marca 2012
Jasio to taki misio
Długo nas tutaj nie było – ostatnio nasza praca przypominała bowiem raczej nieustający ostry dyżur ratunkowego pogotowia językowego niż spokojne od 8.00 do 16.00 codziennej rutyny dogłębnych studiów i konsultacji. Ale teraz jesteśmy, choć nie wiadomo na jak długo, tym bardziej więc warto wykorzystać czas :-)
Pomysł na temat tego posta jest stary – dawno już zwróciliśmy uwagę na niezauważalny (a może według niektórych: niewart uwagi) błąd, szczególnie często popełniany w rozmowach z dziećmi (lub o dzieciach). Chodzi o formy zdrobnień od wyrazu „miś/misio” oraz zdrobnienia imion męskich zakończone w mianowniku na „-ś/-sio” (np. Jaś, Staś). Słyszymy np.: „Zobacz, jaki śliczny misiu”, „Ten misiu aż się do ciebie uśmiecha, kiedy tak ładnie jesz”, „Och, mój Jasiu to taki grzeczny chłopiec”, „Stasiu ostatnio zrobił mi taką awanturę w sklepie, że nie wiedziałam, gdzie oczy podziać ze wstydu” itp.
Mechanizm błędu jest prosty – formy wołacza, przypadku niknącego już w polszczyźnie, zaczęły wypierać formy mianownikowe. W mianowniku poprawna postać omawianych wyrazów to: Jaś/Jasio, Staś/Stasio, miś/misio itp. I tylko taka – używanie zatem form z końcówką „-u” jest lapsusem i powinniśmy o tym pamiętać.
Co ciekawe, forma „przebranego” za mianownik wołacza okazuje się już do tego stopnia utrwalona, że na rynku pojawiają się produkty (dla dzieci, oczywiście) o nazwach odzwierciedlających ten błąd językowy. Przykładem może być łóżeczko Misiu firmy Kowal i syn, które jednak (sic!) sprzedawane jest razem z szufladą Jasio (zobacz). To dziwne połączenie formy poprawnej z niepoprawnej przywodzi na myśl skojarzenie ze słynną komedią Barei („Oczko odpadło, temu misiu”) i kto wie, czy łóżeczko Misiu nie jest śladem filmowej pasji producenta mebli? :-)
A skoro o Jasiu mowa, przypomniał nam się słynny skecz Kabaretu Dudek (zobacz tutaj), który na wiosnę dedykujemy naszym Czytelnikom. I choć to nie problemy językowe są tematem tej scenki, to... Jasio (Kobuszewski) jest po prostu genialny :-) Prawda?
Pomysł na temat tego posta jest stary – dawno już zwróciliśmy uwagę na niezauważalny (a może według niektórych: niewart uwagi) błąd, szczególnie często popełniany w rozmowach z dziećmi (lub o dzieciach). Chodzi o formy zdrobnień od wyrazu „miś/misio” oraz zdrobnienia imion męskich zakończone w mianowniku na „-ś/-sio” (np. Jaś, Staś). Słyszymy np.: „Zobacz, jaki śliczny misiu”, „Ten misiu aż się do ciebie uśmiecha, kiedy tak ładnie jesz”, „Och, mój Jasiu to taki grzeczny chłopiec”, „Stasiu ostatnio zrobił mi taką awanturę w sklepie, że nie wiedziałam, gdzie oczy podziać ze wstydu” itp.
Mechanizm błędu jest prosty – formy wołacza, przypadku niknącego już w polszczyźnie, zaczęły wypierać formy mianownikowe. W mianowniku poprawna postać omawianych wyrazów to: Jaś/Jasio, Staś/Stasio, miś/misio itp. I tylko taka – używanie zatem form z końcówką „-u” jest lapsusem i powinniśmy o tym pamiętać.
Co ciekawe, forma „przebranego” za mianownik wołacza okazuje się już do tego stopnia utrwalona, że na rynku pojawiają się produkty (dla dzieci, oczywiście) o nazwach odzwierciedlających ten błąd językowy. Przykładem może być łóżeczko Misiu firmy Kowal i syn, które jednak (sic!) sprzedawane jest razem z szufladą Jasio (zobacz). To dziwne połączenie formy poprawnej z niepoprawnej przywodzi na myśl skojarzenie ze słynną komedią Barei („Oczko odpadło, temu misiu”) i kto wie, czy łóżeczko Misiu nie jest śladem filmowej pasji producenta mebli? :-)
A skoro o Jasiu mowa, przypomniał nam się słynny skecz Kabaretu Dudek (zobacz tutaj), który na wiosnę dedykujemy naszym Czytelnikom. I choć to nie problemy językowe są tematem tej scenki, to... Jasio (Kobuszewski) jest po prostu genialny :-) Prawda?
Etykiety:
błędy składniowe,
nazwy własne,
wrażliwość językowa
| Reakcje: |
czwartek, 9 lutego 2012
Język pisany, język mówiony, ale poprawna polszczyzna
Dziś będzie o prostej, wydawać by się mogło, sprawie: o miejscu przymiotnika towarzyszącego rzeczownikowi. Tekst, który ostatnio redagowaliśmy (instruktaż na temat zastosowania e-learningu) najlepiej pokazuje, że użytkownikom języka polskiego coraz częściej trudno jest zdecydować, co ma być pierwsze – rzeczownik czy przymiotnik i zwykle stawiają na pierwszym miejscu rzeczownik, co nie zawsze jest poprawną konstrukcją.
Na początek ciekawy i obszerny cytat z artykułu, który znaleźliśmy, szukając informacji na poparcie niżej przedstawionych tez – artykuł dotyczy języka... kaszubskiego i w całości można go przeczytać tutaj:
„Za pierwotny, naturalny w polszczyźnie potocznej i w polskich dialektach uznaje się szyk: przymiotnik + rzeczownik. Taki szyk najczęstszy jest również w polszczyźnie literackiej, w której jednak, zapewne pod wpływem łaciny, [...] zwłaszcza w wypadku terminów przyjął się szyk rzeczownik + przymiotnik, np. węgiel kamienny, lampka nocna, zegar ścienny itp. Taki szyk odróżnia polszczyznę od innych języków słowiańskich, gdzie przymiotnik zdecydowanie częściej stoi przed rzeczownikiem, por. np. pol. literatura rosyjska – ros. russkaja literatura, pol. Republika Czeska – czes. Czeska Republika.
W kaszubskim zdaniu również częstszy, bardziej naturalny wydaje się szyk przymiotnik + rzeczownik, np. pieczelné brómë, mlecznô droga; obok niego jednak, zapewne pod wpływem polszczyzny, pojawia się szyk rzeczownik + przymiotnik, np. Dzeń Zadeszny, [...] Zrzeszeszenié Kaszëbskò-Pòmòrsczé obok Kaszëbskò-Pòmòrsczé Zrzeszenié, Bòżi Syn obok Syn Bòżi, ale Bòżé królestwò”.
Powyższy cytat – by wskazać Państwu jasne reguły – nieco wykropkowaliśmy, dlatego dla porządku wypunktujmy jeszcze zasady:
1. Jeśli przymiotnik nazywa jakąś cechę danej osoby/rzeczy/zjawiska, stawiamy go przed rzeczownikiem. Wskazywana przez przymiotnik cecha czegoś bądź kogoś może być wtedy doraźna (brzydka pogoda) lub stała (to życzliwa osoba). Taki szyk – jak wskazuje powyższy cytat – naturalniejszy dla języków słowiańskich, pozbawiony jest tonu oficjalności czy sformalizowania.
2. Jeśli przymiotnik jest częścią sformalizowanej już nazwy lub jakiegoś terminu, wtedy stawiamy go po rzeczowniku, np. zdanie pojedyncze, kształcenie zintegrowane, chleb razowy. Szyk rzeczownik + przymiotnik może być też zastosowany wtedy, kiedy chcemy nadać naszej wypowiedzi oficjalny czy uroczysty ton, np. zwracając się do kogoś w apelu: Kobieto występna!, Dziecko najmilsze!, Koleżanko droga!
Kiedy zatem powiemy: Uczeń używa tylko zdań pojedynczych, wskażemy na termin gramatyczny mający swoją definicję (zdanie z jednym orzeczeniem, czyli jedną osobową formą czasownika). Czym innym natomiast będzie stwierdzenie: Łkając, wyrzucał z siebie pojedyncze zdania, bo zdania te mogą być długie i wielokrotnie złożone, tyle że razem nie tworzą spójnego tekstu albo są przedzielane długimi przerwami.
Proste, prawda?
Na początek ciekawy i obszerny cytat z artykułu, który znaleźliśmy, szukając informacji na poparcie niżej przedstawionych tez – artykuł dotyczy języka... kaszubskiego i w całości można go przeczytać tutaj:
„Za pierwotny, naturalny w polszczyźnie potocznej i w polskich dialektach uznaje się szyk: przymiotnik + rzeczownik. Taki szyk najczęstszy jest również w polszczyźnie literackiej, w której jednak, zapewne pod wpływem łaciny, [...] zwłaszcza w wypadku terminów przyjął się szyk rzeczownik + przymiotnik, np. węgiel kamienny, lampka nocna, zegar ścienny itp. Taki szyk odróżnia polszczyznę od innych języków słowiańskich, gdzie przymiotnik zdecydowanie częściej stoi przed rzeczownikiem, por. np. pol. literatura rosyjska – ros. russkaja literatura, pol. Republika Czeska – czes. Czeska Republika.
W kaszubskim zdaniu również częstszy, bardziej naturalny wydaje się szyk przymiotnik + rzeczownik, np. pieczelné brómë, mlecznô droga; obok niego jednak, zapewne pod wpływem polszczyzny, pojawia się szyk rzeczownik + przymiotnik, np. Dzeń Zadeszny, [...] Zrzeszeszenié Kaszëbskò-Pòmòrsczé obok Kaszëbskò-Pòmòrsczé Zrzeszenié, Bòżi Syn obok Syn Bòżi, ale Bòżé królestwò”.
Powyższy cytat – by wskazać Państwu jasne reguły – nieco wykropkowaliśmy, dlatego dla porządku wypunktujmy jeszcze zasady:
1. Jeśli przymiotnik nazywa jakąś cechę danej osoby/rzeczy/zjawiska, stawiamy go przed rzeczownikiem. Wskazywana przez przymiotnik cecha czegoś bądź kogoś może być wtedy doraźna (brzydka pogoda) lub stała (to życzliwa osoba). Taki szyk – jak wskazuje powyższy cytat – naturalniejszy dla języków słowiańskich, pozbawiony jest tonu oficjalności czy sformalizowania.
2. Jeśli przymiotnik jest częścią sformalizowanej już nazwy lub jakiegoś terminu, wtedy stawiamy go po rzeczowniku, np. zdanie pojedyncze, kształcenie zintegrowane, chleb razowy. Szyk rzeczownik + przymiotnik może być też zastosowany wtedy, kiedy chcemy nadać naszej wypowiedzi oficjalny czy uroczysty ton, np. zwracając się do kogoś w apelu: Kobieto występna!, Dziecko najmilsze!, Koleżanko droga!
Kiedy zatem powiemy: Uczeń używa tylko zdań pojedynczych, wskażemy na termin gramatyczny mający swoją definicję (zdanie z jednym orzeczeniem, czyli jedną osobową formą czasownika). Czym innym natomiast będzie stwierdzenie: Łkając, wyrzucał z siebie pojedyncze zdania, bo zdania te mogą być długie i wielokrotnie złożone, tyle że razem nie tworzą spójnego tekstu albo są przedzielane długimi przerwami.
Proste, prawda?
piątek, 13 stycznia 2012
Precyzja z łebkiem kotka w tle
Wpadł nam w oko tekst o brawurowej akcji łódzkich strażaków (całość czytaj tutaj). Otóż pewien malutki kotek zaklinował się w śmietniku, próbując się z niego wydostać przez wąską rurę na dole aluminiowego kontenera. Na akcję pospieszyli strażacy, którzy użyli szlifierki, by uwolnić kocię. Jeden strażak rozcinał rurę, drugi trzymał łebek kotka, by nie przeszkadzał, a trzeci polewał wodą, by od iskier szlifierki nie zapaliła się sierść zwierzęcia i by akcja pozostała ratunkową do końca całego zdarzenia.
Oprócz tego, że spodobał nam się temat tekstu (więcej takich!), to zwróciły naszą uwagę dwa problemy językowe z nim związane. Pierwszego dostarczył nam autor artykułu, pisząc w leadzie: „Godzinę czasu poświęcili strażacy na uwolnienie kota, który rano zaklinował się w rurze na terenie posesji przy ul. Zielonej 66”. Drugi problem wywołali internauci komentujący tekst i rozstrzygający, jak powinno się pisać wyraz „łebek”.
Co do pierwszego: autor popełnił oczywisty błąd językowy, który fachowo nazywa się tautologią, a jego klasycznym przykładem jest „masło maślane”. W związku dwóch wyrazów ten, który jest wyrazem określającym (przymiotnik lub rzeczownik), nie wnosi żadnej nowej treści, powtarza tylko to, co już wyrażone zostało wcześniej. „Godzina” to jednostka czasu, dlatego właśnie dodawanie do niej określenia „czasu” jest błędem. Inne przykłady tego typu językowych potknięć – też wiążące się z czasem – to np. „miesiąc styczeń” (wystarczy „styczeń") czy (bardzo częste!) „okres czasu” (wystarczy „okres").
Kiedyś w jednym ze swoich wystąpień w wideoblogu prof. Jerzy Bralczyk, spierając się z Wojciechem Cejrowskim, powiedział, że można uznać użycie tego typu tautologii za dążenie do szczególnego podkreślenia/doprecyzowania danej informacji (w kontekście pełnej dramatyzmu akcji strażaków to byłby zatem argument broniący autora tekstu). My jednak nie radzilibyśmy Państwu korzystania z tego argumentu – naszym dążeniem powinna być nie tylko precyzja w wyrażaniu informacji, ale i skrótowość wypowiedzi, co w epoce mikroblogów wydaje się decydować o tym, czy ktoś przebije się ze swoim komunikatem, czy nie.
A co wobec tego z „łebkiem”? Jeden z internautów wychwycił to słowo z tekstu i uznał je za błędnie zapisane. Został zaraz zakrzyczany przez innych komentujących, którzy fachowo (naprawdę!) zacytowali wydawnictwa poprawnościowe.
Bo rzeczywiście, określenie małego łba (tym bowiem jest łebek) to taki dziwny rzeczownik, który ma dwie równie poprawne formy zapisu – „łebek” i „łepek”. Nas zawsze dziwi ta druga pisownia („łepek"), ale jak widać, są i tacy, dla których to właśnie „łebek” jest nietypowy.
W Łodzi kotek uratował swój łebek/łepek, choć ta godzina akcji ratunkowej musiała być dla niego ekstremalnie dramatycznym przeżyciem. Nam pozostaje się cieszyć nie tylko z tego, że kotek przeżył i że mamy dzielnych strażaków, ale i z tego, że mamy edukowanych internautów – wrażliwych zarówno na losy zwierząt, jak i na normy językowe :-).
Oprócz tego, że spodobał nam się temat tekstu (więcej takich!), to zwróciły naszą uwagę dwa problemy językowe z nim związane. Pierwszego dostarczył nam autor artykułu, pisząc w leadzie: „Godzinę czasu poświęcili strażacy na uwolnienie kota, który rano zaklinował się w rurze na terenie posesji przy ul. Zielonej 66”. Drugi problem wywołali internauci komentujący tekst i rozstrzygający, jak powinno się pisać wyraz „łebek”.
Co do pierwszego: autor popełnił oczywisty błąd językowy, który fachowo nazywa się tautologią, a jego klasycznym przykładem jest „masło maślane”. W związku dwóch wyrazów ten, który jest wyrazem określającym (przymiotnik lub rzeczownik), nie wnosi żadnej nowej treści, powtarza tylko to, co już wyrażone zostało wcześniej. „Godzina” to jednostka czasu, dlatego właśnie dodawanie do niej określenia „czasu” jest błędem. Inne przykłady tego typu językowych potknięć – też wiążące się z czasem – to np. „miesiąc styczeń” (wystarczy „styczeń") czy (bardzo częste!) „okres czasu” (wystarczy „okres").
Kiedyś w jednym ze swoich wystąpień w wideoblogu prof. Jerzy Bralczyk, spierając się z Wojciechem Cejrowskim, powiedział, że można uznać użycie tego typu tautologii za dążenie do szczególnego podkreślenia/doprecyzowania danej informacji (w kontekście pełnej dramatyzmu akcji strażaków to byłby zatem argument broniący autora tekstu). My jednak nie radzilibyśmy Państwu korzystania z tego argumentu – naszym dążeniem powinna być nie tylko precyzja w wyrażaniu informacji, ale i skrótowość wypowiedzi, co w epoce mikroblogów wydaje się decydować o tym, czy ktoś przebije się ze swoim komunikatem, czy nie.
A co wobec tego z „łebkiem”? Jeden z internautów wychwycił to słowo z tekstu i uznał je za błędnie zapisane. Został zaraz zakrzyczany przez innych komentujących, którzy fachowo (naprawdę!) zacytowali wydawnictwa poprawnościowe.
Bo rzeczywiście, określenie małego łba (tym bowiem jest łebek) to taki dziwny rzeczownik, który ma dwie równie poprawne formy zapisu – „łebek” i „łepek”. Nas zawsze dziwi ta druga pisownia („łepek"), ale jak widać, są i tacy, dla których to właśnie „łebek” jest nietypowy.
W Łodzi kotek uratował swój łebek/łepek, choć ta godzina akcji ratunkowej musiała być dla niego ekstremalnie dramatycznym przeżyciem. Nam pozostaje się cieszyć nie tylko z tego, że kotek przeżył i że mamy dzielnych strażaków, ale i z tego, że mamy edukowanych internautów – wrażliwych zarówno na losy zwierząt, jak i na normy językowe :-).
sobota, 31 grudnia 2011
Kuchnia dla krakowiaków, wino – dla górali?
Zapewne analiza tekstów na stronie WWW nie jest najlepszym sposobem na wybranie restauracji, która zaspokoi nasze kulinarne gusta. Lepiej jest zdać się na smak, węch i intuicję – w ten sposób przynajmniej nie popsujemy sobie apetytu. Natomiast czytając na pusty żołądek rozmaite reklamy (?) lokali, apetyt nie tylko możemy sobie popsuć, ale też – całkiem go stracić.
My jednak przeczytaliśmy. A raczej – trafiliśmy na stronę krakowskiej restauracji Kuchnia i Wino za sprawą felietonu Wojciecha Nowickiego, który dla czytelników „Gazety Wyborczej” co jakiś czas testuje gastronomiczne wzloty i upadki rodem z królewskiego i stołecznego grodu nad Wisłą (o restauracji Kuchnia i Wino napisał tutaj). Kulinarny felieton z gazety pobudził bowiem nie tyle nasz apetyt, co ciekawość. I tak oto przez krainę kuchni i wina dotarliśmy na ziemię nonsensu.
Witryna WWW restauracji (tutaj link) wita użytkowników hasłem (całkowita zgodność pisowni z oryginałem – tu i dalej): „Niniejsza strona została stworzona aby przybliżyć Państwu uroki znakomitej Krakowskiej restauracji, »Kuchnia i Wino«”. Kto by się czepiał przecinków, gdy jeść się chce? Kto by zwracał uwagę na wielkie litery, gdy w brzuchu burczy? Kto wreszcie wytykałby komukolwiek palcem styl rodem z lokali gastronomicznych typu GS, gdzie quasi-urzędowy sztywny ton pobrzmiewał z jadłospisów i zeszytów księgi wniosków i zażaleń, ześlizgując się raz w humor, a raz w bliską rozpaczy powagę?
Zatem i my się nie czepiliśmy, tylko czytaliśmy dalej. W ten sposób dowiedzieliśmy się m.in., że: „Restauracja Kuchnia i Wino została założona w 2002 roku, by służyć zarówno rdzennym Krakowiakom jak i gościom przebywającym w tym pięknym mieście przez zaledwie krótki czas, jako miejsce romantycznych schadzek czy biznesowych spotkań”. Cóż, słowniki notują wprawdzie, że krakowiak może być synonimem krakowianina, jednak jest to znaczenie dziś już odchodzące w niepamięć; krakowiaków kojarzymy raczej jako opozycję do np. górali (zob. znana opera Wojciecha Bogusławskiego), czyli jako określenie mieszkańców regionu krakowskiego, a nie – samego grodu Kraka. Zapewne jednak zamysłem autora opisu restauracji Kuchnia i Wino było stworzenie tekstu oryginalnego, szlachetnie postarzonego i budzącego apetyt na jeszcze więcej – niekoniecznie słów.
Dalsza lektura tekstów „reklamujących” restaurację przekonała nas jednak, że autor tego opisu tak ugrzązł w językowych zawiłościach, że ostatecznie rozprawił się z resztkami apetytu swoich czytelników. Poniżej przykłady:
•„[Restauracja została założona] jako miejsce gdzie wykwintną kuchnię i profesjonalną obsługę można spotkać na porządku dziennym” – porządek dzienny to zapewne specjalna przedkuchenna salka, z której doskonale wyszkoleni kelnerzy, wytwornie odginając mały paluszek, startują z potrawami, przekazywanymi im niespiesznie przez mistrzów sztuki kulinarnej.
•„Restauracja Kuchnia i Wino mieści się w Krakowie, przy pięknej ulicy – Józefa 13. Jest ona położona w najbardziej tajemniczych i uroczych dzielnic Krakowa – Kazimierzu” – tu znać, że autor opisu trudząc się nad tekstem, zgłodniał i ukradkiem zjadł dwa wyrazy.
•„Najważniejsze jest pierwsze wrażenie, a przekraczając próg naszej restauracji Państwa zmysły pobudzą cudowne zapachy dochodzące z kuchni” – gdyby chcieć poprzestać na logice, to zdanie trzeba by było zrozumieć np. tak: pierwsze wrażenie, które przekroczy próg restauracji spotka tam pobudzone przez zapachy zmysły gości. Albo tak: zmysły gości mają taką moc, że natychmiast po przekroczeniu restauracyjnego progu mogą pobudzić silne zapachy, które dotąd spokojnie drzemały sobie w kuchni. Aż strach pomyśleć, co taki pobudzony zapach może potem zrobić gościom czy profesjonalnej obsłudze!
Przykłady można mnożyć. My jednak sobie i naszym czytelnikom oszczędzimy tej lektury, a zamiast tego – za Wojciechem Nowickim – polecimy Kuchnię i Wino. Na szczęście bowiem jakość reklamujących tę restaurację tekstów pozostaje daleko w tyle za jakością serwowanych tu potraw. I wina, oczywiście.
My jednak przeczytaliśmy. A raczej – trafiliśmy na stronę krakowskiej restauracji Kuchnia i Wino za sprawą felietonu Wojciecha Nowickiego, który dla czytelników „Gazety Wyborczej” co jakiś czas testuje gastronomiczne wzloty i upadki rodem z królewskiego i stołecznego grodu nad Wisłą (o restauracji Kuchnia i Wino napisał tutaj). Kulinarny felieton z gazety pobudził bowiem nie tyle nasz apetyt, co ciekawość. I tak oto przez krainę kuchni i wina dotarliśmy na ziemię nonsensu.
Witryna WWW restauracji (tutaj link) wita użytkowników hasłem (całkowita zgodność pisowni z oryginałem – tu i dalej): „Niniejsza strona została stworzona aby przybliżyć Państwu uroki znakomitej Krakowskiej restauracji, »Kuchnia i Wino«”. Kto by się czepiał przecinków, gdy jeść się chce? Kto by zwracał uwagę na wielkie litery, gdy w brzuchu burczy? Kto wreszcie wytykałby komukolwiek palcem styl rodem z lokali gastronomicznych typu GS, gdzie quasi-urzędowy sztywny ton pobrzmiewał z jadłospisów i zeszytów księgi wniosków i zażaleń, ześlizgując się raz w humor, a raz w bliską rozpaczy powagę?
Zatem i my się nie czepiliśmy, tylko czytaliśmy dalej. W ten sposób dowiedzieliśmy się m.in., że: „Restauracja Kuchnia i Wino została założona w 2002 roku, by służyć zarówno rdzennym Krakowiakom jak i gościom przebywającym w tym pięknym mieście przez zaledwie krótki czas, jako miejsce romantycznych schadzek czy biznesowych spotkań”. Cóż, słowniki notują wprawdzie, że krakowiak może być synonimem krakowianina, jednak jest to znaczenie dziś już odchodzące w niepamięć; krakowiaków kojarzymy raczej jako opozycję do np. górali (zob. znana opera Wojciecha Bogusławskiego), czyli jako określenie mieszkańców regionu krakowskiego, a nie – samego grodu Kraka. Zapewne jednak zamysłem autora opisu restauracji Kuchnia i Wino było stworzenie tekstu oryginalnego, szlachetnie postarzonego i budzącego apetyt na jeszcze więcej – niekoniecznie słów.
Dalsza lektura tekstów „reklamujących” restaurację przekonała nas jednak, że autor tego opisu tak ugrzązł w językowych zawiłościach, że ostatecznie rozprawił się z resztkami apetytu swoich czytelników. Poniżej przykłady:
•„[Restauracja została założona] jako miejsce gdzie wykwintną kuchnię i profesjonalną obsługę można spotkać na porządku dziennym” – porządek dzienny to zapewne specjalna przedkuchenna salka, z której doskonale wyszkoleni kelnerzy, wytwornie odginając mały paluszek, startują z potrawami, przekazywanymi im niespiesznie przez mistrzów sztuki kulinarnej.
•„Restauracja Kuchnia i Wino mieści się w Krakowie, przy pięknej ulicy – Józefa 13. Jest ona położona w najbardziej tajemniczych i uroczych dzielnic Krakowa – Kazimierzu” – tu znać, że autor opisu trudząc się nad tekstem, zgłodniał i ukradkiem zjadł dwa wyrazy.
•„Najważniejsze jest pierwsze wrażenie, a przekraczając próg naszej restauracji Państwa zmysły pobudzą cudowne zapachy dochodzące z kuchni” – gdyby chcieć poprzestać na logice, to zdanie trzeba by było zrozumieć np. tak: pierwsze wrażenie, które przekroczy próg restauracji spotka tam pobudzone przez zapachy zmysły gości. Albo tak: zmysły gości mają taką moc, że natychmiast po przekroczeniu restauracyjnego progu mogą pobudzić silne zapachy, które dotąd spokojnie drzemały sobie w kuchni. Aż strach pomyśleć, co taki pobudzony zapach może potem zrobić gościom czy profesjonalnej obsłudze!
Przykłady można mnożyć. My jednak sobie i naszym czytelnikom oszczędzimy tej lektury, a zamiast tego – za Wojciechem Nowickim – polecimy Kuchnię i Wino. Na szczęście bowiem jakość reklamujących tę restaurację tekstów pozostaje daleko w tyle za jakością serwowanych tu potraw. I wina, oczywiście.
Etykiety:
błędy gramatyczne,
błędy interpunkcyjne,
błędy ortograficzne,
błędy składniowe,
pisownia,
strony www
| Reakcje: |
środa, 21 grudnia 2011
Autokorekta Microsoft Word - zły doradca
W jednym z krakowskich przedszkoli zawisło na tablicy takie oto ogłoszenie. Zawisło ku przestrodze - dla tych, którzy bezkrytycznie ufają narzędziom MS Office.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
